środa, 31 grudnia 2014

Tajemnica 2015

wiem, że przyjdzie
spodziewany
najpewniej kilka chwil po północy
spojrzy mi w oczy w których
kryć się będzie pytanie
jakim będzie gościem
i wyszepta
jak poprzedni
i następny pewnie:
- tajemnica
której częścią jesteś*

Dobrego i zdrowego Nowego Roku!


Wymiana koła

Po raz pierwszy w życiu zmieniłem dziś koło i to dwukrotnie, bo oczywiście nie obyło się bez przygód. Zmiana koła okazała się banalnie prosta i zaskakująco szybka. Poluzowałem śruby, uniosłem auto podnośnikiem, odkręciłem koło, założyłem zapas, przykręciłem śruby, opuściłem auto i się ucieszyłem, że taki dzielny i szybki jestem. Radość trwała chwilę, bo zobaczyłem, że z zapasu powietrze schodzi i nie ma mowy, żebym dojechał do mechanika na kapciu. Zadzwoniłem do mechanika, że mam taki problem i nie dam rady do niego przyjechać. Wsiadł więc w auto, przyjechał, zabrał koło do naprawy. Czekając na jego powrót poszedłem do pobliskiej Biedronki zobaczyć, czy czegoś nie potrzebuję. Nie potrzebowałem, ale i tak do auta przytargałem dwie reklamówki różnych dobroci. Mechanik przywiózł naprawione koło, skasował tylko 25 PLN i pojechał. Ja ponownie zabawiłem się podnośnikiem i założyłem koło, a flakowaty zapas schowałem tam, gdzie jego miejsce w bagażniku. De facto nie mam zapasu, bo flaka użyć nie mogę, ale jak będę w górach wstąpię do kolegi mechanika, żeby sprawdził mi ten zapas i naprawił. Wróciłem do domu bez przygód. Z naprawionym kołem na razie wszystko dobrze. Z pozostałymi również. O 18 dzisiaj jestem umówiony z Panem Bogiem w kościele – udając się na to spotkanie sprawdzę, czy z kołem wszystko ok. Nie pochwaliłem się jeszcze moją dzielnością Modrookiemu - czekam, żeby zapytał. Zapyta?

wtorek, 30 grudnia 2014

Gdyby...

Wprowadziłem wczoraj nową osobę w moją opowieść: Marcina Modrookiego. Jednak wczorajszy dzień nie należał do niego.

Szarooki

Natknąłem się na tę piosenkę przypadkiem - bardzo mnie ujęła tekstem i klimatem. Niesamowicie skojarzyła mi się z Szarookim i sprawiła, że retrospekcja we mnie wybuchła. Słuchałem jej wiele razy. Choć nigdy jej nie słuchaliśmy razem, choć nie towarzyszyła żadnemu związanemu z nim wydarzeniu, to jednak doskonale wpisuje się w moje emocje jego dotyczące. 


Jemu ją dedykuję. W domu, do którego wracam, jego nie zastanę, nie z nim ten bieg ukończę i nie z nim zacznę od nowa… Chciałbym ogromnie, żeby było inaczej i gdyby to tylko było możliwe… Wiem jednak i mam tę absolutną pewność, że nie jest. Między nami po rozstaniu zapadła cisza. Nie dlatego, że brakło nam słów. Kiedy przeznaczenie rozmija się z życiem pozostaje cisza, bo najmniej rani… Mój rozsądek mówi mojemu sercu: ”Pozwól tej tęsknocie stać się przeszłością”. Na co moje serce odpowiada rozsądkowi słowem, jakim onegdaj minister Fedak uraczyła ministra Sawickiego…

Brązowooki

Złapałem dystans i  uświadomiłem sobie, że on się spłoszył. Okazałem mu, że zauważyłem te jego dwie demonstracje mające zwrócić moją uwagę i to go spłoszyło. Włączył się w nim zestaw surwiwalowy i ostrzegł przed ewentualnymi negatywnymi konsekwencjami. Chęć walczy z nim z obawą i przewagę zyskuje obawa, skoro dotąd nie wyszedł do mnie z żadnym gestem. Jak znam życie, gesty się pojawią, jak nie będę już nim zainteresowany. Zostawiam to, bo mielenie tego nie ma sensu.

Modrooki

Wymiana miłych smsów trwa. Napisał mi dziś, że Sylwestra spędza na imprezie w gronie przyjaciół i jeśli miałbym ochotę, zaprasza do przyłączenia się. Nie skorzystam tym razem, bo nie znam jego przyjaciół i tak w ostatniej chwili nie będę ich zaskakiwał swoją obecnością. Może przyjdzie czas na poznanie ich w spokojnym, naturalnym tempie. Muszę się pilnować, żeby nie poddać się pokusie porównywania go do Szarookiego, bo to mogłoby doprowadzić do odrzucenia go tylko dlatego, że nim nie jest. Modrooki dziś popołudniu intensywnie uprawiał squosha, a ja…

Ja

…a ja włóczyłem się dziś „po chałpach”. Koleżanka zaprosiła mnie na kolację. Zaserwowała tartę dyniową, która okazała się całkiem smaczna. Było bardzo, bardzo miło. Ta moja dzisiejsza łazęga „po chałpach” bardzo dobrze mi zrobiła. Choć nie obyło się bez przygód. Mianowicie wyruszyłem autem i przejechałem 200 m zanim zorientowałem się, że jadę na flaku. Z lewego przedniego koła całkiem zeszło powietrze. Zjechałem, zatrzymałem się, wysiadłem i dokonałem inspekcji, odkrywając, że to właśnie ten flak tak hałasował. Ciemno, mróz – 11 st, więc zdecydowałem, że zostawię auto tu, gdzie zjechałem i nie będę zmieniał dzisiaj koła. To tylko 200 m od domu, więc jutro rano pójdę i zmienię koło na zapas i pojadę do mechanika naprawić flaka. Zadzwoniłem do koleżanki, która przyjechała po mnie, a przed chwilą też dostarczyła do domu. 

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Marcin

Czas wprowadzić nową osobę w tę moją opowieść. Marcin. Świeżo upieczony kardiolog. Posiadacz pary inteligentnych niebieskich oczu i fajnych muskularnych ud. Fajny, kulturalny, inteligentny, subtelny. Wczorajszy koncertowy wieczór był bardzo miły. Dziś wymieniliśmy kilka miłych smsów. W ramach rewanżu zaprosiłem go na koncert do filharmonii w połowie stycznia. Tuż po Nowym Roku mamy się spotkać. Zależy mu i stara się - podoba mi się to. Zobaczymy, co będzie dalej. Jestem otwarty, ale też bardzo ostrożny. Na razie nic więcej o nim nie mogę napisać.

W drodze na wczorajszy koncert spotkałem tego eleganta:

niedziela, 28 grudnia 2014

Fajny dzień

Niedawno wróciłem do domu. Byłem na koncercie kolędowym. Chór pięknie śpiewał, organista fantastycznie improwizował na temat kolęd. Bardzo mi się podobało. Na ten koncert zaprosił mnie Ktoś. Mam absztyfikanta. Pojawił się. Poznaliśmy się kilka lat temu, kiedy byłem z Szarookim. Nie byłem wtedy zainteresowany, z oczywistych względów. Spotkaliśmy się przypadkiem niedawno. Zaprosił mnie na ten koncert, zaproszenie przyjąłem. Po koncercie poszliśmy do knajpki pogadać. Było bardzo miło. Wymieniliśmy kilka miłych smsów po powrocie do domów. Fajny chłopak. Stara się - to mi sprawia przyjemność, bo dawno nikt się o mnie nie starał. Inaczej - długo nie pozwalałem nikomu o mnie się starać. Czas to zmienić. Jego towarzystwo sprawia mi przyjemność. Czas pokaże, co będzie.

sobota, 27 grudnia 2014

I po Świętach

Święta, Święta i po Świętach. Były takie, jak lubię: rodzinne, ciepłe, pozbawione pośpiechu, hałasu i martyrologii. Odpocząłem. Jak co roku narzuca mi się refleksja, że święta, każde, mijają zbyt szybko. Mama zrobiła i zamroziła całe mnóstwo pierogów ruskich i z mięsem. Przywiozłem je i wypełniłem cały zamrażalnik. Kochana Mama.
Jestem już w moim wielkim mieście, bo jutro do pracy na 14. Teoretycznie mógłbym pojechać jutro rano, ale praktycznie to niezbyt dobry pomysł, ponieważ aklimatyzacja z klimatu górskiego na wielkomiejski trwa u mnie kilka godzin i praca w trakcie tej aklimatyzacji jest uciążliwa. Zostawiłem mój górski raj zasypany śniegiem, który wczoraj spadł. Przez cały wczorajszy dzień była zadymka śnieżna, zwana tam kurniawą. Wiatr zamiatał śniegiem tworząc tumany śnieżne. Uwielbiam taką pogodę, bo przypomina mi zimy z dzieciństwa, kiedy całe dnie, nie zważając na śnieg i mróz, szaleliśmy na polu. W Galicji wychodzi się na pole i bawi się na polu, a nie na dworze. Wychodziliśmy zaraz po śniadaniu, wracaliśmy na obiad i zaraz po obiedzie z powrotem na pole, aż do kolacji. Szaleliśmy na sankach, łyżwach i nartach. Niezmordowani, niewyczerpani w pomysłach, odporni na mróz. Banda pięciorga – ja, mój brat, kuzyn i dwie kuzynki. Maksymalna różnica wieku między nami wynosiła 3 lata, więc byliśmy prawie rówieśnikami. Z kuzynami mieszkaliśmy po sąsiedzku, więc było się z kim bawić. Pamiętam zimy, kiedy zaspy śnieżne były wyższe od nas i to dopiero była frajda. Wybudowaliśmy ze śniegu dwa igloo, na przeciwległych krańcach podwórka i połączyliśmy wykopanym w tych ogromnych zaspach tunelem. Wykopanie i uklepanie tego tunelu od wewnątrz dla wzmocnienia, zajęło nam całe długie dwa dni. Ale warto było, bo pomiędzy naszymi dwoma igloo przemieszczaliśmy się tylko tunelem, a o tę atrakcję nam właśnie chodziło. Wychodziliśmy z tego tunelu i igloo całkiem mokrzy, wymarznięci i… szczęśliwi. Pamiętam mój brązowy kombinezon, który po powrocie do domu moja Mama wykręcała, bo był całkiem przemoczony i wieszała na kaloryferze, żeby wysechł do rana. Całe dnie spędzaliśmy na polu, na śniegu i mrozie – byliśmy tak zahartowani, że nie wiedzieliśmy, co to katar, czy przeziębienie. Wspaniałe, beztroskie czasy dzieciństwa.
*
Szarooki był tu u rodziców w Święta. Wujek FB doniósł, że przyjechał 23, a wyjechał wczoraj.


piątek, 26 grudnia 2014

Pani Zosia

Odwiedziłem panią Zosię. Jej niewyczerpana inwencja jest źródłem mojej radości. Wrócił mianowicie temat deficytu krwi. Pani Zosia doszła do wniosku, że po wysunięciu się wenflonu w szpitalu straciła co najmniej 2 litry krwi i od tego czasu wiruje jej w głowie. Konsekwentnie twierdzi, że funkcjonuje bez tych 2 litrów krwi i stąd te wszystkie dolegliwości, które ją opadły i dręczą. Może i krew odtwarza się w ciągu dwóch tygodni, jak twierdzi nauka, ale nie u niej. Ona jest wyjątkiem. Nie prostowałem, nie tłumaczyłem. Poddałem się, bo tłumaczenie i tak byłoby bezcelowo – pani Zosia tak przesieje, że i tak zostanie jej tylko to, co chce, żeby zostało. Nawiedziła neurologa – stosunkowo młodą lekarkę, która jeszcze pani Zosi nie zna. Potraktowała poważnie dolegliwości pani Zosi i skierowała ją na tomografię głowy, żeby znaleźć przyczynę tego wirowania w głowie. Pani Zosia zadowolona, że będzie kosztochłonnie diagnozowana, jest pełna nadziei, że ta lekarka ją z pewnością z tej głowowej wirówki wyleczy. Najpewniej tomografia będzie czysta. Wszystkie tomografie od operacji neurochirurgicznej przed kilku laty, a było tych tomografii wiele, są czyste. Prawdopodobnie pani Zosia ponownie usłyszy, że klinicznie jest zdrowa. Zastanowiam się, czy gdyby panią Zosię zażyć psychologicznie i podać jej we wlewie 100 ml krwi zgodnej, poczułaby się uzupełniona w krew i wirowanie w głowie by od tego ustało? Oczywiście nie mogłaby wiedzieć, że to nie 2 litry, bo efekt terapeutyczny byłby chybiony – ustałoby wirowanie w prawo, natomiast w lewo dalej by wirowało. Ale oprócz ulubionego wątku pani Zosi, był również wątek rozrywkowy. Pani Zosia opowiedziała, jak lata temu pracując w jednym z sanatoriów musiała wstąpić do dyżurki pielęgniarek, gdzie trafiła na imprezę i została przez napranego jak meserszmit lekarza powitana słowami: „Co jedna to ładniejsza”. Miała wtedy już dobrze po sześćdziesiątce, więc ten mocno spóźniony komplement wzbudził w niej spontaniczny atak nieokiełznanej wesołości.

Zatrzymałem się i przeczytałem to, co napisałem. Sporo piszę o pani Zosi i ktoś mógłby pomyśleć, że trochę się nad Nią pastwię. Nie, nie pastwię się. Lubię Ją i martwię się o Nią. Pani Zosia oklapła. Dopóki opiekowała się leżącym mężem była sprawna, żywotna, kręciła się jak fryga, nie narzekała. Po jego śmierci straciła motywację, rozsiedziała się w domu i bardzo się broni przed jakąkolwiek fizyczną aktywnością. Siedzi tylko i rozmyśla, szukając przyczyn swoich dolegliwości i wymyśla coraz bardziej odjechane. Ożywia się tylko wtedy, jak ją ktoś odwiedza. Na pewno w tym wszystkim nie pomaga jej syn alkoholik, który z nią mieszka. Bezrobotny, bo z każdej roboty wylatuje za pijaństwo. Pani Zosia żywi go, ubiera, daje na papierosy. Na alkohol bierze sobie sam – zawsze jakieś 2 lub 3 zł na zakupach uszczknie i na jakiegoś mózgotrzepa uskłada. Pani Zosia udaje, że tego nie widzi. Żal mi się wczoraj zrobiło Pani Zosi, kiedy zrezygnowana powiedziała „Co poradzi”. I tak jest dzielna – radzi sobie jakoś opędzając wszystko swoją emeryturą, choć z pewnością bywa jej ciężko, szczególnie pod koniec miesiąca. Przyjrzałem się wczoraj pani Zosi. Zawsze była wesoła i lubiła się śmiać. Od jakiegoś czasu stała się jakaś taka przygaszona, jakby łapnęła lekką depresyjkę. Posunęła się w ciągu ostatniego roku. Lubię panią Zosię i mam nadzieję, że się ogarnie i to przygaszenie minie.

czwartek, 25 grudnia 2014

Święta

Aura zdecydowanie wielkanocna, a nie bożonarodzeniowa. Wczoraj świeciło słońce, temperatura 10 st na plusie, dzisiaj pochmurno, trochę siąpi deszcz, temperatura 4 st na plusie. Przebiśniegi, bratki i wilcze łyko kwitną. Pełnia wiosny. Ja nie pamiętam tak ciepłych Świąt Bożego Narodzenia tutaj w górach. Trochę mi brakowało śniegu i jego skrzypienia pod stopami w drodze na Pasterkę. Uwielbiam Święta Bożego Narodzenia. Uwielbiam Wigilię. W moim domu jest ona bardzo tradycyjna, postna i galicyjska. Po postnym śniadaniu, nie je się aż do kolacji wigilijnej, do której siadamy około 17. Modlitwa, łamanie się opłatkiem i życzenia. Potem siadamy do stołu. Barszcz z uszkami (z grzybami), ryba (mintaj, bo nie lubimy karpia) z sałatką ziemniaczaną (ziemniaki i ogórek kiszony pokrojone w kostkę, z odrobiną drobniutko posiekanej cebulki, skropione oliwą z oliwek), pierogi z kapustą, kapusta z grochem i grzybami, pierogi z suszonymi śliwkami ze śmietaną, makowiec, sernik wiedeński i kompot z suszu. Niemal wszystkie te potrawy zarezerwowane są na kolację wigilijną. Naszą rodzinną tradycją jest również telefoniczna powigilijna rozmowa z Ciotką oraz udział w Pasterce o północy. Brązowooki i Szarooki na pewno, jak co roku, też uczestniczyli w tej pięknej nocnej mszy…  

W pierwszy dzień Świąt nie składa się wizyt i nie gotuje się – to też jest taka tutejsza, górska tradycja. Na późne śniadanie serwuje się wędliny z sałatką jarzynową, a na obiad i kolację pozostałości powigilijne. Po obiedzie ruszyliśmy się na spacer, żeby przerwać to hedonistyczne obżarstwo i nie zgnuśnieć zupełnie. Popołudnie natomiast spędziliśmy w towarzystwie pań z „Cranford” (absolutnie fenomenalne Judi Dench i Eileen Atkins). Odwiedzili nas też kolędnicy. Jacyś tacy byle jacy. Byle jak wystrojeni, byle jak zaśpiewali kolędy, trochę tak bez przekonania, każdy na swoją własną nutę, skasowali i poszli dalej. W drugi dzień Świąt składa się i przyjmuje wizyty gości. Mama zadzwoniła dzisiaj przed południem do pani Zosi, żeby ją zaprosić do nas na jutro, ale pani Zosia wymówiła się bólem głowy, który z całą pewnością nawiedzi ją jutro i uniemożliwi przemieszczenie się do nas. Stanowczo jednak nie przeszkodzi jej podjąć nas u niej. Pani Zosia w swoim obrzydzeniu do opuszczania domu jest chroniczna, więc stanęło na tym, że jak zwykle, my odwiedzimy panią Zosię. Kolejny miejscowy zwyczaj mówi, że na wizytę świąteczną nie wypada udać się z pustymi rękoma, więc na jutrzejszą audiencję do pani Zosi udamy się wraz z kawałem sernika po wiedeńsku. Pani Zosia również zaserwuje ciasto – jabłecznik, jak znam życie i panią Zosię. Posiedzimy, pogadamy i będzie bardzo miło. Piękny świąteczny czas – leniwy, ciepły, rodzinny, niemal beztroski. Niemal…


środa, 24 grudnia 2014

Marana Tha

Do Ciebie i do mnie
do Szarookiego i Brązowookiego
Łukasza, Marcina i Andriuszy
do przyjaciół i do wrogów
do zakochanych i szczęśliwych
radosnych i beztroskich
do porzuconych i niekochanych
tęskniących i samotnych
i do wszystkich, którzy potrzebują

przyjdź
i tchnij w nas nadzieję

Wszystkim odwiedzającym mnie życzę spokojnych, radosnych, pełnych ciepła i miłości Świąt.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Menopałza i antykoncepcja

Arek lat 10, bardzo inteligentny i ja, lat trochę więcej, też niegłupi. Graliśmy w słowa. Zasady bardzo proste: wymyśla się słowo, wpisuje pierwszą literę, kreseczki w miejsce następnych liter i końcową literę. Należy zgadywać litery, a każda nietrafiona litera powoduje rysowanie szubienicy i wiszącego na niej człowieczka – głowy, korpusu w formie kreski i jego kończyn. Trzeba odgadnąć słowo zanim wiszący człowieczek będzie kompletny.
Arek oczywiście chciał wygrywać, więc wymyślał bardzo długie słowa. Pierwszym, jakie wymyślił była baranica. Ostrzegł mnie, że to niezbyt ładna nazwa. A co to jest baranica? Jego zdaniem to kolokwialna nazwa żony barana, czyli owcy. Zafundował mi pierwszy atak śmiechu – jeszcze na siedząco. Następnym słowem była „menopałza” a trzecim antykoncepcja. Rozłożył mnie baranicą, a „menopałzą” i antykoncepcją znokautował. Już od lat tak się nie uśmiałem – po prostu tarzałem się po podłodze płacząc ze śmiechu. Kochane dziecko. Tego mi było trzeba! Skąd on takie słowa wziął? Zapytałem, jak już pozbierałem się z podłogi. Otóż z telewizji. Dopytałem, czy wie co oznaczają te słowa. Arek odpowiedział spokojnie, że nie wie, ale wydawały mu się trudne i długie, więc niełatwe do odgadnięcia. Jeszcze się trzęsę ze śmiechu, jak sobie przypomnę rozczarowanie na twarzy Arka, kiedy oba słowa szybko odgadłem. Był chyba przekonany, że ja takich słów nie znam. Patrzył zupełnie nie poruszony, jak tarzam się ze śmiechu, obmyślając kolejne trudne słowo. Niestety nie zdążył mnie nim uraczyć (żałuję ogromnie), bo jego matka zadzwoniła, że ma wracać do domu. Zanim wyszedł opowiedział mi, że muter (czyli mama) jest na niego trochę zła, bo rano miał miejsce incydent. Mianowicie muter, w celu powtórzenia z Arkiem jakiejś piosenki, której miał się nauczyć na pamięć, śpiewała z nim tę piosenkę. Arkowi to przeszkadzało, więc delikatnie poprosił matkę o wyłączenie wokalu słowami: „Mamo nie skucz”.
- I co na to muter? Uruchomiła się? – zapytałem.
- No – odpowiedział Arek.
- Lżyła cię grubymi słowy?
- No. Wydarła się, żebym sobie nie pozwalał – spokojnie zrelacjonował Arek.  Padłem ze śmiechu.

niedziela, 21 grudnia 2014

Kanikuła

Jestem w górach. Pogoda w ciągu nocy zmieniła się z późnowiosennej na zimową. Obudziłem się rano i ujrzałem świat okryty puchową śnieżną pierzynką. Prognoza nie jest jednak zimowa, więc ten śnieg do jutra pewnie pójdzie się czochrać do lasu:-)

Przygotowania do Świąt spokojnie się toczą, bo najbardziej pracochłonne potrawy wigilijne (uszka i pierogi) Mama zrobiła już na początku grudnia i zamroziła. Wchodzę w leniwe świąteczne, górskie tempo i czuję, jak wychodzi ze mnie miejskie napięcie. Zaglądnąłem do pani Zosi sprawdzić w jakiej jest formie. Tradycyjnie wysłuchałem opowieści o nękających ją dolegliwościach, ale pani Zosia zaprezentowała też objawy zadowolenia z nadchodzących Świąt i swojej, mimo wszystko, dobrej formy. Korzystam z kanikuły. 

piątek, 19 grudnia 2014

Gocha odc. 4

Ubawiłem się i uśmiałem perliście z powakacyjnych aktywności Gochy na facebooku. Gocha żyje na fb - może przebywać tam permanentnie, uszczęśliwiając znajomych, wśród nich mnie, publikowanymi tam głupotami. Gocha pod koniec sierpnia udała się na wczasy z mężem i dzieckiem. Musiała wynająć lokum i zapłacić. Spędziła tydzień w Pieninach. Nie wiem jakim cudem i w głowie mi się to nie mieści, nie zabrała z sobą na ten wyjazd służby, czyli rodziców. Dla nich ta rozłąka z pewnością była niezwykle traumatyczna. Dla niej też musiała być, bo przecież Gocha nie przywykła do żadnej pracy, a nie mając tam służby, musiała się zajmować dzieckiem, o zgrozo! Więc Gocha wróciła z wczasów i zaraz jak tylko przekroczyła próg domu, obwieściła światu via fb, że jest mega zadowolona! Była w takim pięknym miejscu, a w górach (w domyśle u mojej Mamy) była już setki razy (raptem cztery) i nie ma tam nic ciekawego. O ile mi wiadomo, Pieniny to też góry, ale widocznie Gocha przywiozła stamtąd jakieś świeższe i bardziej aktualne dane, i jest lepiej ode mnie w tym temacie zorientowana… Zachichotałem – Gosze naprawdę rozchodziło się o tę banicję. Muszę się przyznać, że Gocha budzi we mnie jakąś przedziwną przekorę i pokusę dokuczenia jej. Nie jestem wyjątkiem, bo wiem, że Gocha budzi tę pokusę u wielu osób, szczególnie u uwielbiających ją koleżanek i kolegów w pracy… A propos facebooka - jest jedna rzecz, która mnie niezmiennie zadziwia. Celebrytka Gocha bardzo lubi zamieszczać na fb zdjęcia przydomowych rozkwitających drzew i krzewów. Zadziwia mnie to, że owe drzewa i krzewy zawsze zakwitają Gochą! Co to za niezwykłe drzewa rodzące kwiat tak nadobny, chciałoby się rzec… Ale nie, nic w tym niezwykłego - to tylko Gocha upozowana na zdjęciach, na tle rozkwitających drzew. Gocha wyznaje zasadę, że zdjęcie bez niej jest zdjęciem straconym. Wyrobiła w sobie odruch bezwarunkowy - widok aparatu fotograficznego sprawia, że błyskawicznie przybiera wdzięczną pozę i ozdabia twarz uśmiechem. Przyznała mi się kiedyś, że te pozy i uśmiechy ćwiczyła przed lustrem!!! Pamiętam, że spojrzałem na nią wtedy i pomyślałem: "Czy ciebie należy się bać?".
Breaking news
Przed chwilą zadzwoniła Gocha. Chyba wyczuła, że o niej piszę. Pogadała dziesięć minut, oczywiście o sobie i trochę o swoim dziecku. Na koniec obwieściła mi, że… zaciążyła! Spodziewa się drugiego dziecięcia gdzieś z początkiem czerwca przyszłego roku. To ci dopiero news. Pogratulowałem zaciążenia, powiedziałem, że cieszę się ogromnie, że zdecydowali się na drugie dziecko, bo co dwoje to nie jedno i będzie fajnie. Szczerze. To dobrze, że będzie drugie dziecko – może ten wnukowy obłęd straci na mocy, jak będzie musiał się rozdzielić na dwoje wnucząt. 

Jutro

Jutro rano wyjeżdżam w góry do Mamy na Święta. Prezenty kupione, zapakowane i spakowane do torby, samochód zatankowany do pełna - tylko wsiadać i jechać. Kolejny odcinek serialu pt "Gocha" jest już prawie gotowy i jeszcze dziś go opublikuję. Habitat ogarnięty, moja najlepsza kuchenna przyjaciółka jeszcze zmywa naczynia - jak zapiszczy, że skończyła, będę je musiał z niej wyciągnąć i schować. Druga moja najlepsza domowa przyjaciółka pierze moje rzeczy i jak skończy, będę je musiał z niej wyciągnąć i rozwiesić do wyschnięcia. W tym ferworze znajduję jeszcze czas, żeby pomyśleć o Szarookim i zatęsknić, i o Brązowookim, i zatęsknić... Lubię za nimi zatęsknić... Tak sobie myślę… Za kilka dni będę składał życzenia świąteczne najbliższym, przyjaciołom i znajomym. Jednak temu, któremu najbardziej chciałbym, nie będę mógł świątecznych życzeń złożyć. Mam numer jego komórki i wiem, że go nie zmienił, a jednak nie mogę do niego zadzwonić, żeby usłyszeć jego głos i z nim porozmawiać. Bo mógłbym sprawić ból. Jemu i sobie...


czwartek, 18 grudnia 2014

Gocha odc. 3

Ciotka ostatecznie przyjechała w wakacje na kilka dni do mojej Mamy. Stało się tak tylko dlatego, że Ciotka pogniewała się na Gochę. Gocha swoim zwyczajem, scedowała na Ciotkę wieczorną kąpiel wnuczęcia. Kiedy Ciotka odwróciła się po ręcznik, wnuczę w wannie wstało, poślizgnęło się i klapnęło tyłkiem w wodę. Nic się nie stało, ale wnuczę narobiło wrzasku, bo się wystraszyło. Gocha usłyszawszy szloch dziecięcia, wjechała do łazienki jak furia rycząc na Ciotkę, że skrzywdziła jej dziecko. Gocha nie jest przyzwyczajona do panowania nad sobą (nigdy nie próbowała, bo chyba uważa, że to mogłoby być szkodliwe dla jej zdrowotności), więc zrobiła Ciotce scenę jak trzylatka w amoku! Obryczała ją nie przebierając w słowach. Ciotka się wkurzyła i obwieściła, że wyjeżdża do mojej Mamy w góry na kilka dni, bo musi odpocząć. Jak powiedziała, tak zrobiła. Po przyjeździe Ciotka wyciągnęła z bagażu 3 opasłe tomy albumów ze zdjęciami. Dzielnie pozachwycaliśmy się, żeby zrobić jej przyjemność i szybko ten nieunikniony punkt programu został załatwiony. Pomimo chwilowego zagniewania na Gochę, Ciotka dzielnie uraczyła nas trzygodzinną opowieścią martyrologiczną o genialności Gochy i wnuczęcia. To oczywiste, że cieszy się wnuczęciem, że kocha itd., ale nie ma w tym umiaru. Jak dobrze, że moja Mama przytomnie zapobiegła zwaleniu się całej rodziny Ciotki do nas. Ciotka + mąż + Gocha + mąż Gochy + wnuczę = armagedon. Po ich wyjeździe musielibyśmy się chyba leczyć psychiatrycznie, bo to wariactwo jest nie do przejścia. Jak wspomniałem, ze spokojem znieśliśmy oglądanie opasłych albumów ze zdjęciami, które przyjechały w liczbie 3, a każde zdjęcie było opatrzone przez Ciotkę wyczerpującym komentarzem. Wytrzymaliśmy te pierwsze 3 godziny po jej przyjeździe, w czasie których musiała się wyżyć macierzyńsko. Potem można było już z nią normalnie porozmawiać. A w normalnych tematach (normalny temat to każdy temat niedotyczący Gośki i jej dziecka) rozmowa z nią jest bardzo ciekawa. I chociaż każdy temat, nie wiedzieć czemu, zawsze ma jakąś analogię związaną bezpośrednio z Gośką, to jednak można łatwo naprostować Ciotkę z powrotem na właściwy tor. Nie trzeba nic mówić. Wystarczy zignorować analogię, a Ciotka sama wraca do właściwego tematu. Analogia zawsze jest zapodana z entuzjazmem, więc brak reakcji, czyli niepodzielanie tego entuzjazmu, najwidoczniej jest dla Ciotki wstrząsający. Czasem to bywało nawet zabawne.

Gocha, jak łatwo było przewidzieć, obraziła się na moją Mamę za znieważenie i zbezczeszczenie jej majestatu. Rzecz straszna, w odczuciu Gochy równa świętokradztwu! Gocha się obraziła i obłożyła moją Mamę interdyktem – zabroniła oddawać kult swojej osobie!
Ciotka po kilku dniach spędzonych u mojej Mamy, poczuła bardzo duże ciśnienie na powrót do domu, bo zostawiła malutką Gochę (tsy latka) z jeszcze mniejszym wnuczęciem (roczek) – znaczy dziecko z dzieckiem, więc czuła już ogromne parcie, żeby znowu Gochę wyzwolić z obowiązków macierzyńskich, którymi nota bene Gocha wcale się nie przemęczała cedując je na dziadka. Ciotka stara się usprawiedliwiać Gochę. Może inaczej – nie usprawiedliwiać, a wybielać. Kilkakrotnie w swoich opowieściach o Gosze, nieco plątała się w zeznaniach. Fakty wykluczały się wzajemnie. Ciotka twierdziła, że gotuje z Gochą na zmianę dla rodziny, że Gocha sama zajmuje się dzieckiem, gotuje dla swojego dziecka, że je karmi, kąpie itd. Po czym sama wygadała się, że to ona gotuje codziennie, również dla wnuczęcia, że ona wnuczę karmi, kąpie, pierze, sprząta itd. Wygadała się, jak zła na Gochę była. Jak złość Jej minęła, Gocha ponownie stała się utyraną matką – bohaterką. Do pewnego stopnia rozumiem to i usprawiedliwiam, bo Gocha to jej dziecko. Ale tylko do pewnego stopnia, ponieważ w całości to przekracza moją zdolność do pojmowania. W tej relacji rodzice – Gocha – wnuczę jest coś dusznego, jakaś niezdrowo nadmierna więź, zaborcza nadopiekuńczość,  separowanie od otaczającej rzeczywistości. Wszystko to wynikające z rodzicielskiej miłości, ale przynoszące szkody zarówno Gośce, jak i wnuczęciu, które wychowywane jest tak, jak kiedyś wychowywana była Gocha. Odseparowywane od innych dzieci i bojące się innych dzieci histerycznie. Kolejny dowód na to, że nieprawdą jest, że ludzie uczą się na własnych błędach –  jedynie własne błędy utrwalają. Tym sprawdzonym sposobem wychowywany jest doskonały klon Gochy. Zastanawiam się, jak świat coś takiego wytrzyma. Co tam świat. Jak wytrzymają ze sobą Gocha i jej własne dziecko – wszak dwa słońca nie mogą świecić na jednym firmamencie. Kto kogo zmorze – Gocha swoje dziecko, czy dziecko Gochę? Oto jest pytanie. Czas pokaże. W sumie smutne to, bo Gocha z natury wcale nie jest zła – wszczepiono w nią skrajny egotyzm, który padłszy na podatny grunt rozrósł się do monstrualnych rozmiarów, pochłaniając wszystko, również to, co było w niej dobre. Nie dziwi więc to, że tak wyszkolona Gocha ćwiczy... hm... przysiady. cdn

środa, 17 grudnia 2014

Gocha odc. 2

Przypomniała mi się historia z Gochą z ostatnich wakacji. Któregoś wieczora zadzwoniła Ciotka. Odebrałem, chwilę porozmawialiśmy, a w zasadzie wysłuchałem monologu o genialności Gochy i jej dziecka, które nota bene dziadkowie wychowują na doskonałą kalkę Gochy. Od początku rozmowy wiedziałem jednak, że Ciotka się zbiera, żeby coś powiedzieć. Poprosiła, żeby dać Jej moją Mamę, bo z Nią też chciałaby porozmawiać. No i porozmawiały. Dawno już nie widziałem tak wkurzonej Mamy. Wiosną zaprosiła Ciotkę w góry do siebie na kilka dni na wakacjach. Chciała, żeby Ciotka odpoczęła od domowych obowiązków, które są już ponad jej siły. Gocha jednak wymyśliła, że ona też chce przyjechać, oczywiście z mężem i dzieckiem, zmusiła więc Ciotkę, żeby spróbowała przekonać moją Mamę do anulowania banicji. Gocha wykoncypowała, że zwali się z mężem i dzieckiem na darmową chatę, moja Mama będzie dla wszystkich gotowała, a Ciotka będzie zajmowała się dzieckiem, zaś Gocha z mężem będą sobie hulać po okolicy beztrosko. Moją Mamę na ten Gochy pomysł po prostu trafiło. Odmówiła bardzo stanowczo i wyhamowała Ciotkę słowami: „Nie ma mowy! Ja wiem jaka Gośka jest! Nie zamierzam jej obsługiwać, bo nie jestem jej służącą i nie zamierzam też denerwować się patrząc, jak Ty koło nich skaczesz! Mowy nie ma! Bardzo chcę, żebyś przyjechała, ale sama. Tych kilka dni bez Ciebie Gośka sobie poradzi. Zresztą służbie też należy się urlop raz w roku!”. Ciotka zaniemówiła, a jak już odzyskała głos, potulnie się zgodziła.

Rodzice w sposób bezkrytyczny oddają się uwielbianiu Gochy. To monoteizm i kult jednostki w doskonałej postaci. Jak w sekcie – Gocha obiekt kultu i guru, a rodzice wierni wyznawcy. Oczekują również, że cały świat będzie im w tym adorowaniu Gochy towarzyszył. Niespełnienie tego oczekiwania owocuje z ich strony niechęcią. Nie lubią ludzi, którzy nie lubią Gochy. Z wyjątkiem mojej Mamy i mnie. Jakoś przyjęli do wiadomości i nawet pogodzili się z faktem, że nie jesteśmy fanami Gośki. Po owym telefonie czekaliśmy na dalsze wydarzenia i owszem, reperkusje były. Gocha zawiedziona, że jej plan nie wypalił (i wkurzona na maksa, bo nie przywykła, żeby jej plany nie wypalały), zamieściła post na facebooku, w którym napisała, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w potrzebie i że się bardzo zawiodła i rozczarowała, i tym podobne wynurzenia. Znaczy Gocha zareagowała we właściwy sobie sposób. Wyobrażam sobie, jaką awanturę zrobiła Ciotce, że nie zdołała przekonać mojej Mamy. Wrzaskom i rykowi końca pewnie nie było. Amok trzylatki! Znając ją, zakładaliśmy, że zrobi wszystko, żeby Ciotka w góry nie przyjechała.

Zastanawiam się, jak rodzice mogli ją tak wychować? Jak mogli zrobić jej taką krzywdę? Przecież ona w ogóle nie jest przystosowana do życia w społeczeństwie. Jedyną osobą, z którą się dogaduje jest jej mąż, który w ogóle nie wchodzi w jej emocje i w ten sposób czyni ją bezradną. Gośce wystarczy 5 minut, żeby każdego człowieka, który się z nią zetknie, do siebie zrazić i niemal każdy, kto pobędzie z nią w jednym pomieszczeniu dłużej niż 5 minut, zapada na chroniczną niechęć do niej. Ja też za nią nie przepadam i wcale nie robię sobie z tego powodu wyrzutów. Wierzę jednak, że Gośka czasem, w chwilowym zaćmieniu samouwielbienia, może nie czuć się dobrze z tym nielubieniem jej. Miewa czasem zrywy wrażliwości i empatii, jednak zajęta wyłącznie sobą i wyłącznie na sobie skoncentrowana, całą swoją wrażliwość i empatię kieruje na siebie samą. Jakby była jedynym człowiekiem na ziemi. Nie robi nic, żeby swój image poprawić, żeby coś zmienić, być miłą dla ludzi. Inaczej – może zorientowałaby się wreszcie, że to nie w otoczeniu problem, tylko w niej samej. Może zdobyłaby się na taką autorefleksję i zrobiłaby coś, żeby to poprawić. Rodzice jednak bardzo starają się, żeby nic podobnego się nie stało, bezkrytycznie wciąż jej wmawiając, że to otaczający ją ludzie są wobec niej niesprawiedliwi nie doceniając jej doskonałości. Dopóki będzie miała taki bezkrytyczny, klaszczący jej i dzielnie kibicujący wdzięczny chórek, nic się nie zmieni. cdn

wtorek, 16 grudnia 2014

O Szarookim, o pustostanie sercowym i o moim blogu

Spędzam niemal cały dzisiejszy dzień oddając się czynności, której od jakiegoś czasu oddaję się może nawet ze zbyt dużym zaangażowaniem - na patrzeniu za siebie i wspominaniu Szarookiego. Im bliżej Świąt, tym bardziej za nim tęsknię. To taki coroczny rytuał. Strasznie mi go brakuje. Zrobił w moim życiu rewolucję, a rewolucjoniści pozostają pod skórą na zawsze. Ta moja refleksyjność, to patrzenie za siebie, to wspominanie Szarookiego to nic innego, jak próba zapełnienia pustostanu sercowego. Tak, to jest właśnie to. Wciąż jeszcze wierzę, że miłość ponownie mnie odnajdzie. Jak to się stanie, przestanę oglądać się za siebie. Moja optyka zostanie wtedy zogniskowana na teraźniejszości i przyszłości. Piszę to, bo chcę zaakcentować, że ta obfitość wspomnień, to moje rozsmakowywanie się, użalanie, ckliwość okołomariuszowa, to stan przejściowy i uwikłanie odwracalne. Nie skasuję pamięci, ale wszystko to wróci do właściwych proporcji. 
*
W sobotę raniutko wyjeżdżam do Mamy w góry i wracam tu 27, bo 28 pracuję. Szarooki na pewno będzie tu u rodziców w Święta. Będzie tu wtedy, kiedy mnie nie będzie. Choć to i tak bez znaczenia, bo przecież nie zobaczylibyśmy się nawet przypadkiem, to jednak to nasze minięcie się nie nastraja mnie radośnie. Po raz pierwszy od rozstania z nim, spędzę też Sylwestra tu, w tym moim wielkim mieście, a nie w górach u Mamy. Nigdzie się nie wybieram, bo nie mam ochoty na zabawy i integrowanie się. Dzisiaj się zintegrowałem na spotkaniu opłatkowym w firmie i wystarczy.
*
Mój blog ma już pół roku. Nieźle jak na bloga, który miał być tylko takim chwilowym, doraźnym wentylem emocjonalnym. Wiem, że jakość opublikowanych postów jest różna, wiem, że za dużo tu refleksyjności a za mało radości (mam nadzieję, że te proporcje z czasem ulegną odwróceniu), ale cieszę się ogromnie, że pomimo tych ewidentnych mankamentów zyskałem grono Czytelników, wśród których są doświadczeni i zaprawieni w blogowych bojach Autorzy, których blogi czytam z podziwem. Dziękuję, że te moje wynurzenia czytacie i w komentarzach czasem nawet obdarzacie dobrym słowem. To miłe, że w tej wirtualnej przestrzeni można spotkać tylu fajnych, otwartych, bardzo ciekawych Ludzi, chcących dzielić się swoją wrażliwością z innymi.

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Okryj mnie

Okryj mnie płaszczem zimowego puchu
niechaj powrócą myślą młode lata
gdy w sercu nosząc nadziei otuchę
z wiosennych kwiatów będę wieniec splatał

Dla kogo jednak śnić szczęścia krainę
- nieważne bowiem jak głęboka rana -
lecz pozwól aby mogła w ostatnią godzinę
na progu stanąć miłość zapłakana

Eligiusz Dymowski

niedziela, 14 grudnia 2014

Paweł

Usłyszany przed chwilą w radio fragment "Weihnachtsoratorium" Jana Sebastiana Bacha przypomniał mi o moim pierwszym "narzeczonym". Paweł. Fantastyczny chłopak, śpiewak, baryton zakochany w muzyce klasycznej, świeżo po studiach na Akademii Muzycznej, bardzo utalentowany i bardzo pięknie śpiewający, co zresztą w konsekwencji doprowadziło do naszego rozstania. Zaprosił mnie na koncert, który odbył się wieczorem 22 grudnia dawno temu, w jednym z pięknych kościołów mojego wielkiego miasta. Na "Weihnachtsoratorium" Bacha właśnie, w którym śpiewał jedną z solowych partii. Przepięknie. Pamiętam, jak wielkie wrażenie na mnie zrobił ten koncert i on śpiewający. Ujrzałem i usłyszałem człowieka, z którym byłem blisko, a którego tak naprawdę nie znałem. On był cały muzyką, cały był swoim głosem, jak w transie. Śpiewał zjawiskowo. Uczestniczyłem w czymś absolutnie wyjątkowym - w magii tworzenia. Do dzisiaj jak usłyszę "Weihnachtsoratorium" Bacha, wracają tamte emocje sprzed lat i widzę w pamięci Pawła, we fraku, z nutami w rękach, śpiewającego arię. Nasza relacja zakończyła się kilka miesięcy później, bo Paweł dostał świetną propozycję śpiewania w Niemczech i wyjechał. Po roku przyjechał do Polski na wakacje i już do Niemiec nie wrócił. Przy okazji rutynowych badań zdiagnozowano u niego bardzo złośliwy nowotwór. Miesiąc później zmarł, niedługo przed swoimi 28. urodzinami. Gdyby żył, osiągnąłby wokalne szczyty, bo był ogromnie utalentowany i miał głos, jak twierdzili znawcy, zjawiskowej urody. Dobry, radosny chłopak. Entuzjastyczny we wszystkich swoich aktywnościach: w muzyce, sporcie, w miłości. Kochał życie. Uśmiecham się wspominając go. Mam nadzieję, że tam gdzie jest, jest mu dobrze.


sobota, 13 grudnia 2014

M.

- Tak się cieszę, że jesteś - dotknąłem jego dłoni. - Aż trudno mi uwierzyć, że siedzisz tu naprzeciwko mnie. Długo cię nie było i bardzo tęskniłem. Po naszym rozstaniu - splotłem palce z jego palcami - nie było łatwo. Wiem, że tobie również. Byłem dzielny i odkryłem, co to męstwo, bo choć rozpadłem się na kawałki, to żyłem, pracowałem, funkcjonowałem niemal normalnie, nosząc w sobie tę obezwładniającą pustkę, jak ogromną bryłę lodu w miejscu, gdzie kiedyś było moje serce. Pozbierałem się z czasem i podniosłem. Wiesz, w sumie jest ok. Czasem tylko ta pustka, która choć znacznie się zmniejszyła, nie zniknęła jednak całkowicie, dopada mnie i tęsknię za tobą. Puszczam sobie wtedy w tle zestaw ulubionych piosenek, kładę się, zamykam oczy i odpływam w marzenia. Odtwarzam w pamięci barwę twojego głosu, twój zapach, twoje spojrzenia, nasze miejsca, gesty, dotknięcia, słowa. Robię to drobiazgowo, żeby poczuć jeszcze raz to, co ty sprawiałeś, że czułem. I nie jest to rodzaj jakiegoś wyrafinowanego samoudręczenia, tylko taki swoisty remanent, przeliczenie i skatalogowanie zasobów pamięciowych z tobą związanych, który sprawia mi przyjemność. Strzegę ich w sobie czujnie, żeby żadnego nie uronić. Wiem, że to rozumiesz, bo przecież rozumiałeś mnie, jak nikt inny. Nigdy ci tego nie powiedziałem, ale wiele razy patrząc na ciebie śpiącego obok mnie, myślałem z lekkim niedowierzaniem, że ty, jeden z najinteligentniejszych i najprzystojniejszych mężczyzn, jakiego dotąd spotkałem, kochałeś mnie i z wszystkich ludzi na świecie chciałeś tylko mnie. Mnie. W porównaniu z tobą, do bólu zwyczajnego przeciętniaka. Nikogo nie kochałem tak, jak ciebie i nikt nie kochał mnie tak, jak ty. Patrzę na twoją, tak bardzo mi drogą twarz, czuję twój zapach, dotyk i ciepło twojej dłoni i całym moim jestestwem chcę zawołać, żebyś nie opuszczał mnie już nigdy więcej, ale wiem, że to sen, z którego właśnie się budzę…

piątek, 12 grudnia 2014

Gocha odc. 1

Wczoraj wieczorem zadzwoniła moja Ciotka. Bardzo Ją lubię. Ma klasę i piękny ogląd świata. Jest świetna, rozsądna, życzliwa i empatyczna. I tylko wobec własnego dziecka bezkrytyczna i bez umiaru. Niestety nie przekazała wychowaniem swojej klasy córce Gośce i wychowała niewyobrażalną egocentryczkę. Rodzice bardzo pracowicie wykształcili w Gośce przekonanie, ba, absolutną pewność, że jest pępkiem świata. Terroryzuje otoczenie, nie licząc się z nikim i niczym – wyłącznie jej potrzeby, oczekiwania, chciejstwo i plany się liczą. Przez całe swoje życie Gocha nie powiedziała niczego godnego uwagi, niemniej rodzice spijają z jej ust te wszystkie głupoty, które z jej ust spadają, z takim zachwytem, jakby sam Pan Bóg im się objawiał i głosił dobrą nowinę. Gocha nie mówi – Gocha jazgocze, zawsze na wysokim c. A że może jazgotać bez końca, oczywiście wyłącznie o sobie, ten jazgot jest nie do zniesienia już po 3 minutach przebywania z nią w tym samym pomieszczeniu. Gocha zdecydowanie nie odziedziczyła po Ciotce ani urody, ani inteligencji, ani klasy. Jej „klasa” to cieniutka politura, pod którą jest nieopanowanie i awanturnictwo. Do dzisiaj Gocha nie ma żadnych koleżanek ani przyjaciółek, bo z nikim zgodzić się nie jest w stanie, ponieważ jest przekonana, że to cały świat ma się do niej dostosowywać, a nie ona do świata. Bliżej jej już do czterdziestki niż trzydziestki, od 4 lat ma męża (jak on z nią wytrzymuje?!), a od półtorej roku dziecko. Dla rodziców jednak Gocha to wciąż trzyletnia dziewczynka. Dziecko, które ma dziecko. W związku z tym, jak przez całe życie, chronią Gochę przed wszystkim, również przed jej własnym dzieckiem. Gocha własnym dzieckiem zajmuje się tylko w nocy i to tylko dlatego, że dziecko całą noc przesypia, natomiast w dzień od obowiązków macierzyńskich jest zwolniona, bo dziadkowie z ochotą ją w tym zastępują. Gocha w domu nie robi nic, absolutnie nic. Ciotka gotuje, sprząta, opiekuje się dzieckiem Gochy, a Gocha spędza czas na facebooku roztaczając tam martyrologiczny nimb wycieńczonej macierzyńskimi obowiązkami matki. Poza fb nadzoruje służbę (rodziców), robiąc im cykliczne awantury, bo awantura to ulubiony żywioł Gochy. Każdy, najbardziej nawet banalny powód jest dobry do wszczęcia awantury. Rodzice Gośki są schorowani, jednak Gocha nie ma żadnych względów i żadnej dla nich litości – orze nimi jak parą wołów. Sami ją tego nauczyli. Nie mam dzieci, ale mogę zrozumieć, że miłość rodzicielska jest przeogromna, jednak w tym wypadku to jakaś patologiczna więź. Oni nie pozwolili Gośce dorosnąć. Dom Ciotki to nie dom – to sanktuarium poświęcone Gośce. Już od wejścia gości atakują zdjęcia Gochy, które towarzyszą gościowi przez klatkę schodową do salonu, w którym na ścianach nie ma nawet 1 cm2 wolnego, bo wszędzie wisi Gocha – we wszelkich możliwych pozach i z wszelkimi możliwymi grymasami na twarzy. Czyniłem pewien wysiłek, żeby Gochę polubić i mieć z nią dobre, nawet serdeczne stosunki. Podjąłem ten wysiłek wyłącznie ze względu na Ciotkę, którą bardzo lubię. Poddałem się jednak, bo stwierdziłem, że za stary jestem, żeby pozwolić się komuś terroryzować, żeby ktoś mi organizował czas, wyznaczał zadania i… robił sceny. Powiedziałem Gośce dość. Ciotka kilka razy przywiozła Gochę do nas w góry, Gocha jednak, przyzwyczajona, że to ona wszędzie rządzi i ustala warunki, nie potrafiła uszanować praw gościnności, robiąc sceny mojej Mamie! Bo przecież Gocha czuje nieprzepartą konieczność wyrażania swojego zdania na każdy temat, będąc przekonaną, że świat na jej błogosławione słowa, opinie, rozkazy etc, etc czeka z zapartym tchem. No bo przecież to Gocha, w jej własnym mniemaniu, wyznacza światu standardy. Generalnie doszliśmy do wniosku, że Gocha ma pewność, że jak otwiera usta i zamierza wypuścić z nich słowo, wszechświat zamiera w bezruchu czekając w napięciu, jakimż to bezcennym objawieniem tym razem go Gocha uraczy. Moja Mama przeciwstawiła się Gośce i powiedziała dość, więc Ciotka, nie mając innego wyjścia, wyekspediowała Gochę do domu. Gocha została obłożona banicją z zakazem pokazywania się w górach w domu mojej Mamy. cdn

czwartek, 11 grudnia 2014

Zezwłok

Mam w pracy kolegę, który uwielbia strzelać fochy. Ma taki wewnętrzny przymus, żeby swoje niezadowolenie, zmęczenie i zniecierpliwienie demonstrować fochem. Jak siedmioletni chłopczyk. Obrażony ton, rozdzieranie szat, wymachiwanie rękoma, strojenie min. Te fochy, choć nieszkodliwe, sprawiają, że kolega nie zyskuje sobie u koleżeństwa sympatii, że tak to eufemistycznie ujmę. Ja się z tych jego fochów śmieję i jeśli zdarza się (bardzo rzadko), że foch jest wymierzony we mnie, ostentacyjnie biję koledze brawo chichocząc, co zbija go z tropu skutecznie. Dziś przeszedł samego siebie. Coś tam zespołowo działaliśmy w kilka osób. Maryśce to działanie nie za bardzo szło, co wywołało atak fochowatości u pomienionego kolegi. To był foch bez fonii. Oparł mianowicie głowę o ścianę, wybałuszył oczy, otworzył usta i wywalił jęzor na zewnątrz jamy. Wyglądał jak zwłoki. Naprawdę. Maryśka, która na niego spojrzała, autentycznie się przeraziła. Poderwała się gwałtownie na równe nogi i blada jak ściana nie mogła się zdecydować co zrobić - krzyczeć, czy zemdleć, czy też zrobić coś jeszcze innego. Podążyłem oczyma za jej wzrokiem i ujrzałem, że przeraził ją prosektoryjny wygląd kolegi. Myślała, że zszedł był gwałtowną śmiercią i widzi truchło. Uprzedzając jej krzyk, bo zdecydowała pójść w tę stronę, powiedziałem:
- Spokojnie, to tylko foch.
Maryśka zdusiła wzbierający w niej krzyk i usiadła, a kolega przywrócił swoją fizjonomię do stanu użytkowego zaciekawiony, co też Maryśkę tak wzburzyło, że poderwała się była na nogi tak gwałtownie. Powiedziałem mu, że wystraszył ją swoim fochem á la zwłoki, na co on zwrócił się do Maryśki arogancko (dalszy ciąg focha) słowami, które nawet przy najlepszej wierze trudno byłoby uznać za miłe:
- Było nie patrzeć. Ty zawsze musisz patrzeć tam, gdzie nie powinnaś.
Maryśka oniemiała. Ale tylko na chwilę, gdyż po przetworzeniu komunikatu jej twarz zmieniła kolor z bladości na purpurę, bo szlag ją trafił nagły i gwałtowny, wyzwalając z jej ust komunikat zwrotny o niesamowitym ładunku. Maryśka kilkoma zaskakująco sprawnie dobranymi słowy, obiła rozdęte ego kolegi tak, że przeraźliwie skamląc schowało się pod krzesło. A ja popłakałem się ze śmiechu. 

środa, 10 grudnia 2014

Jenny

Od tej piosenki właśnie łabędzica zamieszkująca staw w parku otrzymała swoje miano. Śmiała Jenny. Kumpela Mariusza, wyłażąca z wody na jego widok i skubiąca go za nogawkę spodni, żeby skłonić go w ten sposób do poczęstowania jej kromeczką chleba. Taka ich towarzyska gra, w której uczestniczyłem jedynie jako widz, bo Jenny kompletnie mnie ignorowała. Śmiała Jenny i jej mąż Nieśmiały John (w przeciwieństwie do Jenny nie udzielał się towarzysko) byli świadkami naszych parkowych, przystawowych, ławeczkowych randek. Mariusz miał wyraźną słabość do Jenny i bardzo ją lubił. Ja zresztą też. Wszak łabędzie to piękne, majestatyczne ptaki.

Byłem dziś w parku nad stawem. Bardzo lubię to miejsce, bo mam tam wrażenie, jakby trochę mariuszowej ektoplazmy unosiło się w powietrzu koło naszej ławeczki i dlatego czuję tam wyraźnie jego obecność. Tak się złożyło, że napatoczył mi się tam dzisiaj pracownik parku. Zapytałem go, ile Jenny może mieć lat i otrzymałem odpowiedź, której się nie spodziewałem. Pracownik parku powiedział mianowicie, że łabędzie są młode i zasiedlają ten habitat od niedawna. Zapytany o to, co się stało z parą łabędzi, która mieszkała tu przedtem powiedział, że Śmiała Jenny zakończyła życie jesienią ubiegłego roku, a niedługo po niej zszedł też Nieśmiały John. To ci dopiero newsy. Szok. Śmiała Jenny nie żyje. Tak mi przykro. A jak Mariusz się zasmuci, jak się dowie. Pożałowałem, że zapytałem, bo chyba wolałbym być nieświadomy i myśleć, że te łabędzie, które pływają majestatycznie po stawie, to Śmiała Jenny i Nieśmiały John. Cóż, skoro już jednak wiem, będę musiał jakoś nazwać te młode łabędzie, tak dla siebie, a nie mam pomysłu, bo w mojej głowie kołaczą się dwa imiona: Jenny i John. Może jakieś podpowiedzi? 

wtorek, 9 grudnia 2014

Świadek niekoronny

Piękne letnie przedpołudnie. Dzwonek do drzwi. Pani Zosia swoim zwyczajem, zanim otworzyła, pomaszerowała do pokoju syna, żeby przez okno popatrzeć, kto tam się do niej dobija. Spojrzała dyskretnie i zobaczyła policjanta przy drzwiach i policyjne auto pod domem. Doznała szoku! Policja u niej! Co sąsiedzi na to powiedzą?! Ciśnienie gwałtownie jej skoczyło i z ust jej wydarły się słowa, skierowane do syna:
- Marek, co ta policja tu robi???!!!
Marek skoczył na równe nogi i przygalopował do okna spojrzeć. No rzeczywiście policja. Powiedział pani Zosi, że policji trzeba otworzyć. Pani Zosia przerażona, że może przyszli aresztować jej syna za jakieś przewinienie, o którym ona jeszcze nie wie, poszła otworzyć. Odetchnęła, jak okazało się, że policjant zbiera informacje o sąsiadach pani Zosi, którzy rozpoczęli rozwodowe boje o podział majątku. Policjant pytał panią Zosię, czy nie widziała jakiś podejrzanych rzeczy, etc. Pani Zosia odpowiadała, że nic nie widziała, nic nie wie. Na koniec policjant zapytał, czy sąsiad pani Zosi nie wynosił jakiś paczek. Pani Zosia stanowczo odpowiedziała, że nic nie wie. Policjant zapytał, czy na pewno, bo coś musiałby napisać. W tym momencie pani Zosia się zawahała i pełna współczucia dla ciężkiej pracy policji, powiedziała, że widziała, jak pakował torbę do bagażnika, jak wyjeżdżał. Policjant podziękował i sobie poszedł, a pani Zosia zadowolona, że wzorowo wypełniła obywatelski obowiązek, zapomniała o całej sprawie. Nie na długo. Po miesiącu od odwiedzin policjanta, pani Zosia otrzymała wezwanie do sądu, w charakterze świadka!!! Panią Zosię szlag trafił tak nagły i gwałtowny, że nie była w stanie przyswoić treści tego wezwania. Była tak zdezorientowana, że nie wiedziała, czy złapać się za lewą pierś i dostać zawału, czy złapać za telefon i zadzwonić do kogoś, kto jej wytłumaczy, o co w tym wezwaniu chodzi. Wygrała druga opcja. Pani Zosia złapała za telefon i zadzwoniła do mnie – przeczytała wezwanie i zapytała, czego sąd od niej chce, bo ona przecież nic nie wie. Wezwanie standardowe, że dnia tego i tego o godzinie tej i tej, pani Zosia ma się stawić w sądzie rejonowym, jako świadek w sprawie, etc. Pani Zosia przeżyła wstrząs. Ona świadkiem w sądzie!!! Ona, która całe życie starała się nie dawać sąsiadom asumptu do gadania o niej!!! Ona świadkiem w sądzie!!! Szok, hańba i wstyd!!! Tłumaczeń, że nie ma się czego bać, że to przecież nic takiego, że sobie poradzi, nawet słuchać nie chciała. Wizja bytności w sądzie kompletnie panią Zosie zdewastowała i przeraziła. W związku z tym, że była świeżo po operacji biodra i w trakcie rehabilitacji, córka pani Zosi napisała do sądu pismo, że pani Zosia jest po operacji, w trakcie rehabilitacji i nie może się stawić. Sąd pismo przyjął, okazał zrozumienie i… poinformował panią Zosię pisemnie, że dnia tego i tego o godzinie tej i tej sąd nawiedzi panią Zosię w jej domu, żeby wysłuchać jej wyjaśnień w sprawie. Pani Zosia, która żyła nadzieją, że sąd po przeczytaniu jej pisma da jej spokój, przeżyła kolejny wstrząs. Poczuła się prześladowana. Znowu złapała za telefon i zadzwoniła do mnie, żebym jej wyjaśnił o co chodzi. Wyjaśniłem, poradziłem, żeby nie była wylewna, tylko odpowiadała na pytania sądu zgodnie z prawdą i bez dygresji. Trochę się martwiłem, że pani Zosia, która lubi dygresje, może popłynąć. Sąd panią Zosię odwiedził, wypytał w sprawie i chyba uznał, że jej informacje niczego do sprawy nie wnoszą, bo dał pani Zosi spokój. Pani Zosia, dla której cała ta sądowa historia była ogromnie traumatyczna, przysięgła sobie, że w stosunku do organów państwa, wszystkich!!!, będzie skrajnie ostrożna i już więcej w żadne sądowe korowody wmanewrować się nie da. No bo co sąsiedzi o tym jej świadkowaniu w sądzie powiedzieli?! Przysięga złożona została w obecności mojej Mamy i mojej. Pani Zosia wściekła była na sąsiadów, że nasłali na nią policjanta, a potem prześladowali świadkowaniem. Starannie wyparła fakt, że sama była sobie winna. Zobowiązała moją Mamę, żeby przypomniała jej tę przysięgę, gdyby kiedyś ponownie doznała ataku wylewności. Wspomnienie tej sądowej historii przyprawia panią Zosię o ciarki.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Jak się nazywa

Jak się nazywa to nienazwane
jak się nazywa to co uderzyło
ten smutek co nie łączy a rozdziela
przyjaźń lub inaczej miłość niemożliwa
to co biegnie naprzeciw a było rozstaniem
wciąż najważniejsze co przechodzi mimo
przykrość byle jaka jak chłodny skurcz w piersi
ta straszna pustka co graniczy z Bogiem
 
to że jeśli nie wiesz dokąd iść
sama cię droga poprowadzi

Jan Twardowski Jak się nazywa

niedziela, 7 grudnia 2014

Rekluza 3

Pani Zosia – Nemezis lekarzy. Odwiedziła wszystkich, absolutnie wszystkich specjalistów. Wszystkich z wyjątkiem tego, którego odwiedzić powinna, bo tylko on mógłby jej pomóc. Psychiatry. Bo psycholog to w jej wypadku za mało – poddałby się po 10 minutach rozmowy z nią, bo odbiłby się od jej hipochondrii jak od ściany. A jej nerwicę można leczyć skutecznie farmakologicznie. Ale nie, pani Zosia do psychiatry nie pójdzie, bo przecież do psychiatry chodzą wariaci, a ona wariatką nie jest! Ona jest zdrowa! Całkiem niedawno jej lekarz rodzinny zniecierpliwiony już po raz setny snującą się opowieścią o trapiących ją chorobach, zasugerował wizytę u psychiatry, czym bardzo się pani Zosi naraził. Opowiadała o tym skrajnie oburzona. Bo tak naprawdę pani Zosia kocha te swoje wszystkie urojone dolegliwości i wcale nie chce się z nimi rozstawać!
Pani Zosia udając się do lekarza, targa z sobą dokumentację medyczną z całego życia i oczekuje, że lekarz z entuzjazmem odda się tej pasjonującej lekturze. A takiego, który nie zagłębia się w nią z satysfakcjonującą panią Zosię skrupulatnością (czyli nie czyta literalnie od deski do deski, najlepiej na głos, żeby i ona mogła mieć z tej lektury jakąś radość) pani Zosia nie poważa i więcej nie odwiedza. Generalnie pani Zosia czuje jakąś osobliwą, organiczną wprost niechęć do lekarzy, którzy mają czelność wmawiać jej, że jest zdrowa! Od takich lekarzy trzyma się z daleka!
Pani Zosia w repertuarze swoich dolegliwości posiada m.in.: zapalenie całego organizmu, nieodwracalny deficyt krwi i takież wyjałowienie organizmu, reumatyzm czaszki, która ją „łamie”, skurcz łydek, który niemal łamie jej kości, oraz jakąś na pewno bardzo poważną chorobę kardiologiczną, objawiającą się bardzo wysokim pulsem. Na pytanie o wysokość tego pulsu odpowiedziała, że 80, a górna granica to, zdaniem pani Zosi, 65!
- 65 pani Zosiu, to jak pani śpi. A jak się pani rusza i robi coś, to tętno się podniesie nawet do 150 i nie jest to żadna patologia – powiedziałem, zgodnie z prawdą. Moja wypowiedź wywołała pewną dezaprobatę, bo tak nietaktownie rozwiewałem jej przyjemne złudzenia o kolejnej dolegliwości.
Pomyślałem, że kiedyś może być z tym problem, bo tak zamęczyła wszystkich lekarzy w mieście swoimi urojonymi chorobami, że jak kiedyś naprawdę zachoruje, choroba może zginąć w natłoku pamiętanych przez nich tych wszystkich urojonych dolegliwości.
Pamiętam Ją sprzed lat – pomimo rozczarowania życiem, szczególnie małżeńskim, była pogodna, życzliwa, empatyczna i bardzo towarzyska. Dalej taka jest, o ile udaje się odwrócić jej uwagę od narzekania. A to trudne, bo wraca do niego jak bumerang. Pomimo opowieści „ścinających krew w żyłach” o jej bolączkach odwiedzam ją zawsze z przyjemnością. Lubię ją. Ale niech Pan Bóg broni lekarzy przed takimi pacjentami! Pani Zosia i jej dolegliwości. Neverending story...

Ostatni

7 grudnia widziałem Szarookiego po raz ostatni. Spotkaliśmy się na światłach na skrzyżowaniu. Jakiś samochód ustawił się za mną. Spojrzałem w lusterko wsteczne i... poczułem, jak krew odpływa mi z twarzy. Nasze oczy spotkały się w tym moim wstecznym lusterku. Widziałem jak jego twarz się zmienia, a oczy robią się coraz większe, jak w jakimś zwolnionym niemym filmie. Odwróciłem się do tyłu, uśmiechnąłem się i pomachałem mu. Pomachał do mnie również. Za skrzyżowaniem, już na drodze dwupasmowej, zrównał się ze mną, uśmiechnął się i ponownie pomachał do mnie, ja również pomachałem do niego z uśmiechem, dodał gazu, wyprzedził mnie i pojechał. Dopiero jak straciłem go z oczu ogarnął mnie obezwładniający żal, że to nasze przypadkowe spotkanie mogło być ostatnim i mogę go już nigdy więcej nie zobaczyć. Wróciłem po pracy do domu, położyłem się i leżałem całe popołudnie...  

Bardzo lubię tę piosenkę. Szarooki miał ją na płycie z ulubionymi polskimi kawałkami i często słyszałem ją w jego aucie. Szukałem wtedy jego dłoni. Zawsze jak ją słyszę, widzę w wyobraźni jego twarz... Pojawił się i było, jak w tej piosence. Nie sądziłem wcześniej, że można tak się wzajemnie wyczuwać, tak rozumieć. Na wszystkich płaszczyznach. Byliśmy dla siebie stworzeni. Dzięki niemu, jakkolwiek banalnie by to nie zabrzmiało, odkryłem, czym jest miłość. Wcześniej wydawało mi się tylko, że kochałem. Odkryłem samego siebie, jakiego wcześniej nie znałem. W pewnym sensie jemu zawdzięczam to, że jestem taki, jaki jestem, bo to on ten proces dookreślenia tożsamości we mnie uruchomił. Byliśmy ze sobą szczęśliwi. Tęsknię.

sobota, 6 grudnia 2014

Rekluza 2

Któregoś dnia wysłuchałem opowieści o tym, jak bardzo jest chora, bo… UWAGA… ma zapalenie całego organizmu.
- A jakie ma pani objawy, pani Zosiu? – zapytałem nieostrożnie.
Pani Zosia wskoczyła na swojego ulubionego rumaka i wyliczyła z zadowoleniem całe mnóstwo objawów, począwszy od wyjałowienia organizmu antybiotykami, poważnego deficytu krwi w organizmie, poprzez łamanie, kłócie tu i ówdzie, pieczenie, a skończywszy na bólu zatok oraz drapaniu w gardle.
- A gorączkę pani ma, pani Zosiu? – dopytałem.
- Nie, gorączki nie mam – odpowiedziała zawiedziona.
- Pani Zosiu, zapalenie całego organizmu to sepsa. A sepsa charakteryzuje się gorączką oscylującą w okolicach 42 st C, bardzo dużym osłabieniem aż do utraty przytomności i bardzo ciężkim ogólnym stanem pacjenta. Innych objawów pani nie powiem, bo mogłaby pani postraszyć nimi swojego lekarza rodzinnego, a po co się ma facet denerwować. Zatem, pani Zosiu, cały organizm się pani nie zapalił, skoro normalnie pani funkcjonuje – powiedziałem. Pani Zosia łypnęła na mnie niedowierzająco, rozczarowana, że nie wykazuję wystarczającego zrozumienia dla jej cierpień. Gdyby dać jej do poczytania „Choroby wewnętrzne” Szczeklika, pognałaby do lekarza z żądaniem zwołania natychmiastowego konsylium lekarzy wszystkich możliwych specjalizacji, bo miałaby objawy wszystkich opisanych przez Szczeklika chorób!
Moja Mama, która przyjaźni się z panią Zosią od wielu lat, czasem nie wytrzymuje i w kolokwialny sposób przywołuje ją do porządku:
- Zocha, Ty się zastanów co Ty mówisz! Bo pieprzysz tak, że własną ścierą zabić się można!
To o dziwo pomaga – pani Zosia się nie obraża. Dlaczego? Jej mąż przywoływał ją w taki sposób do porządku.
Niektórzy specjaliści próbowali leczyć jej nerwicę – ordynowali nowoczesne leki antydepresyjne. Pani Zosia owszem, leki kupowała i nawet próbowała stosować, ale cóż, skoro na niemal każdy lek reagowała „alergią”. Lek przyjmowała, po czym zabierała się za lekturę ulotki i… natychmiast była atakowana przez wszystkie skutki niepożądane wymienione w ulotce. Alergizowała się błyskawicznie, niemal do wstrząsu anafilaktycznego, z wielkim zadowoleniem i to nic, że nikt oprócz niej żadnych skutków ubocznych leków u niej nie widział. Miała je i koniec! Leki oczywiście natychmiast odstawiała. Tylko dwa leki uznała za bezpieczne – Signopam i Pramolan. Signopam zapewne dlatego, że jak sobie go walnęła to ją ogłupiał tak, że nie była w stanie sprawnie wyprodukować skutków ubocznych. A Pramolan, bo ją przyjemnie leciutko rozluźniał, nie zakłócając delektowania się urojonymi dolegliwościami. cdn

Mikołaj

Zapach obieranej ze skórki pomarańczy uruchomił we mnie retrospekcję. Pamiętam końcówkę lat 80. całkiem nieźle. W zakładzie pracy ojca co roku organizowane były mikołajki dla dzieci. Otrzymywaliśmy paczki z pomarańczami i słodyczami. Pamiętam powroty do domu z paczką, a raczej worem słodyczy i pomarańczy. W górach leżał już śnieg. Pamiętam jednego roku było tyle śniegu, że zaspy były wyższe ode mnie. I ten mróz chrzęszczący pod stopami. Do dzisiaj uwielbiam to skrzypienie śniegu pod nogami, jak jest mróz. Pamiętam to celebrowanie zjadania pomarańczy. Zapach obieranej pomarańczy zawsze kojarzy mi się z mikołajkami i świętami. Wór słodyczy starczał zaledwie na tydzień – szybko się z nim rozprawiałem, w czym dzielnie pomagało mi moje kuzynostwo.


Ta reklama Coca Coli, przez kilka lat otwierała w tv okres przedświąteczny i leciała od początku grudnia wprawiając widzów w nastrój świąteczny. Mnie też się kojarzy ze świętami, choć na moim wigilijnym stole pojawia się kompot z suszonych owoców, a nie Coca Cola.

piątek, 5 grudnia 2014

Rekluza

Pani Zosia – znam ją od dzieciństwa. Lubię ją, bo jest bardzo fajną osobą, choć ma jeden mały, malusieńki feler. Malusieńki, ale determinujący jej życie, szczególnie ostatnio.
Ale od początku. Pani Zosia, lat 77 i pół, wdowa, matka, babcia i prababcia. Ze względu na długoletnią przyjaźń z moją Mamą, dość często u niej bywam. U niej, bo pani Zosia od 3 lat stała się rekluzą w 95%. Bardzo niechętnie i rzadko opuszcza dom. Rachunki i zakupy załatwia jej syn, a pani Zosia dzielnie trwa w domu, przemieszczając się najdalej na ganek. Tylko w niedzielę pani Zosia, trzymając syna pod rękę, maszeruje na mszę do kościoła (jakieś 200 m). Poza tym pani Zosia opuszcza swój dom jedynie w celu wizytowania lekarzy, ewentualnie od czasu do czasu (rzadko) jej córce udaje się zmóc ją i uwieźć do jej siostry w odwiedziny. Rzadko, bo propozycja opuszczenia domu powoduje u pani Zosi natychmiastową reakcję obronną. Pani Zosia zapiera się wszystkimi czterema kończynami, napada ją gwałtowny i obezwładniający ból głowy, bądź nóg i całą sobą krzyczy NIEE (z podwójnym ee). Bardzo chętnie i z radością udziela audiencji u siebie, bo lubi ludzi, natomiast wyciągnąć ją w gościnę do siebie niepodobna. Rozsmakowała się w swojej pustelni – wspomina „światło swoich oczu”, czyli nieżyjącego męża, modli się za niego, a w wolnych chwilach… nadzoruje ruch na drodze oraz sąsiadów. Pani Zosia lubi trzymać rękę na pulsie i wiedzieć co się dzieje. Nie, nie jest plotkarą – po prostu ten dyskretny gankowy nadzór nad ruchem drogowym i sąsiadami jest dla niej przyjemną odmianą, jakimś takim odświeżającym powiewem. Niewiele z tego, co się dzieje w polu jej widzenia, umknie jej uważnemu spojrzeniu. Poza powyższymi zajęciami pani Zosia lubi popatrzeć w telewizor, żeby śledzić losy bohaterów swojego ulubionego serialu oraz wiadomości, które są dla niej doskonałą inspiracją i paliwem do bulwersacji. A lubi się zbulwersować, ot tak, dla zdrowotności.
Pani Zosia posiada jedną niewątpliwą i prawdziwą chorobę – nerwicę lękową. Skąd się u niej wzięła ta dolegliwość? Z miłości. Klasyczny przykład olśnienia. Zakochała się bez pamięci w swoim mężu. Zakochała się tak, że ani jego alkoholizm, ani niewierność, ani wreszcie kompletna nieodpowiedzialność, nie przygasiły tego płomiennego uczucia. Szalała z zazdrości, przeszła załamanie nerwowe, głęboką depresję, ale wciąż kochała i kocha nadal, choć „światło jej oczu” od kilku lat już nie żyje. Najszczęśliwszym okresem jej życia było tych kilka lat, kiedy jej mąż po udarze był całkowicie od niej zależny – opiekowała się nim z oddaniem i radością, szczęśliwa, że ma go wreszcie wyłącznie dla siebie. Patologiczna, wyniszczająca ją miłość. Po jego śmierci znalazła sobie nową namiętność, której oddała się całkowicie, odnajdując najwidoczniej w niej jakąś radość – hipochondrię. Stała się prawdziwą Nemezis lekarzy w mieście, zadręczającą ich swoimi niezliczonymi, urojonymi dolegliwościami i chorobami. To prawda, że przeszła neurochirurgiczną operacją usunięcia małego oponiaka kilka lat temu (nie trzeba było operować, bo oponiak był maleńki, ale pani Zosia się uparła) oraz rok temu operację biodra (też nie było w złym stanie, ale pani Zosia rozsmakowawszy się najwidoczniej w leczeniu inwazyjnym również się uparła), obecnie jednak, z punktu widzenia klinicznego, jest całkowicie zdrowa. A gdzie tam – ona uważa, że jest jedyną prawdziwie cierpiącą osobą na świecie. Cała reszta to hipochondrycy. Ostatnio przechodzi sama siebie w wymyślaniu sobie dolegliwości i chorób. I zadręcza opowieściami o nich swoich słuchaczy. Bardzo trudno skierować jej uwagę na inny temat, bo rozprawia się z nim prędko, żeby powrócić do tego jednego, ulubionego. Po operacji biodra rok temu, wysunął jej się z żyły venflon, a że otrzymywała heparynę drobnocząsteczkową, trochę krwi jej wypłynęło i usmarowało pościel, co skłoniło ją po powrocie ze szpitala do domu, do postawienia sobie diagnozy, że w dużym stopniu się wykrwawiła i cierpi w związku z tym na nieodwracalny deficyt krwi w organizmie. Na słowa „Pani Zosiu, krew się odtwarza, więc utrata tych kilku mililitrów jest bez znaczenia”, zareagowała podejrzliwym rozczarowaniem, bo dolegliwość się strywializowała. Brany przez kilka dni antybiotyk wywołał autodiagnozę o całkowitym wyjałowieniu organizmu, które niestety również, zdaniem pani Zosi, jest nieodwracalne. „Pani Zosiu, flora bakteryjna się odbudowuje” – reakcja jak wyżej. Niektóre dolegliwości występują u niej napadowo: ból głowy przychodzi i odchodzi na zawołanie, ból nóg również. Zadręcza lekarzy swoimi urojonymi dolegliwościami. Wykonano jej wszystkie możliwe badania – chyba nikt na świecie nie został dotąd równie skrupulatnie przeskanowany. Tomografia komputerowa, rezonans magnetyczny i prozaiczne gastroskopie, kolonoskopie, RTG zatok etc, etc. Wszystkie badania w normie. cdn

czwartek, 4 grudnia 2014

System operacyjny

Jakiś czas temu Maryśka wracając ze mną z pracy zapodała mi jedną ze swoich opowieści z cyklu mrożących krew w żyłach. O studiach. Dowiedziałem się mianowicie, że Maryśka studiowała psychologię w Łodzi i pedagogikę w Warszawie. Opowieść tak mnie zaintrygowała, że zrobiłem coś, czego nigdy nie robię – zadałem Maryśce pytania podtrzymujące, żeby rozwinęła temat:
- Robiłaś te dwa kierunki jednocześnie?
-Tak – odpowiedziała Maryśka dumna i blada.
- Ale zaocznie? -  dopytałem
- Nie, stacjonarnie – odpowiedziała
- No, ale jak Maryśka? W dwóch miastach? – dopytałem jeszcze bardziej zaintrygowany
- No tak. Przecież są od siebie o rzut beretem.
- Ale jak Maryśka? Jeździłaś codziennie pomiędzy tymi dwoma miastami i uczelniami?
- No a jak? Jeździłam. Ale luz był, bo na obu kierunkach miałam indywidualny tok studiów. Zrobiłam oba kierunki w trzy lata.
- Licencjat? – zapytałem coraz bardziej ubawiony
- Magisterskie - odpowiedziała Maryśka i nawet rzęsa jej nie drgnęła od tych kłamstw.
- Aha – powiedziałem tylko, no bo cóż mogłem innego powiedzieć, wiedząc, że Maryśka edukację skończyła na studium zawodowym i nie studiowała ani psychologii ani pedagogiki. Maryśka jest patologiczną konfabulatorką i od dawna gubi się w swoich kłamstwach. Do wczoraj byłem przekonany, że Maryśka funkcjonuje w swoim własnym matrixie, niedostępnym dla nikogo innego. Zmieniłem jednak zdanie i doszedłem do wniosku, że Maryśka działa na swoim własnym systemie operacyjnym. Systemie nie do zhakowania! Gates pewnie kupiłby ten system od niej za grube miliardy, gdyby nie jeden szczegół, który go dyskwalifikuje. Mianowicie system podaje nieprawdziwe dane! Maryśka niestety się nie dorobi. Tak sobie pomyślałem, jak już Maryśkę wysadziłem, że ten jej międzyuszny tunel powietrzny to musi być jakaś aleja tornad i straszne rzeczy tam dziać się muszą. No bo żeby bredzić aż tak…

środa, 3 grudnia 2014

Katalog

Maryśka zastrzeliła mnie niedawno pytaniem. Nie powinno mnie to już dziwić ani robić na mnie wrażenia, bo Maryśka specjalizuje się w szokowaniu pytaniami i jej inwencja w tym względzie jest niewyczerpana. Dopadła mnie w pracy i poddenerwowanym głosem zapytała:
- Dostałeś katalog Ikei?
- Jaki katalog? Gdzie? – zapytałem zdziwiony.
- No Ikei.
- W pracy?
- E tam, w pracy – żachnęła się Maryśka – W domu. Do skrzynek wrzucali.
- A... Tak, dostałem.
- Możesz mi powiedzieć, dlaczego w takim razie ja nie dostałam? – zapytała z pretensją.
- Mnie o to pytasz Maryśka? – jeszcze bardziej się zdziwiłem.
- No, a kogo?
Spojrzałem na nią uważnie i pomyślałem sobie: „Czyś ty się czegoś nażarła albo nawąchała kobieto?”. Lekki szlag mnie trafił, ale zachowałem spokój.
- Maryśka, czy tu jest poczta? – zapytałem.
Maryśka rozejrzała się i pokiwała głową, że nie.
- A czy ja wyglądam na listonosza?
Maryśka omiotła mnie spojrzeniem i znowu pokiwała głową, że nie.
- A może mam na koszulce logo Ikei? – dopytałem.
Maryśka spojrzała na moją koszulkę i znowu pokiwała głową, że nie.
- No to dlaczego Maryśka, pytasz o to właśnie mnie?
Maryśka po tym pytaniu zawiesiła się i nie potrafiła odpowiedzieć.
- Dam ci katalog, który dostałem – powiedziałem. Przytomnie natychmiast dodałem, że przyniosę jej w poniedziałek do pracy, bo jeszcze by się wybrała do mnie do domu po ten katalog i miałbym ją na głowie co najmniej 2 godziny, bo Maryśka jak zasiądzie i rozpuści jęzor, to traci wyczucie czasu. W ogóle traci jakiekolwiek wyczucie. Koleżanka, która była świadkiem tej wymiany zdań między Maryśką a mną, usiadła sobie i zaczęła się śmiać jak szalona. Maryśka tymczasem odwiesiła się i ucieszyła:
- Dzięki. Tylko nie zapomnij. A z czego ta Magda śmieje się jak hiena?
- Nie wiem. Będziesz coś kupowała w Ikei?
- Nie. Lubię sobie pooglądać – odpowiedziała i poszła.
Koleżanka, która była świadkiem tej rozmowy popłakała się ze śmiechu. Choć wydaje się to nieprawdopodobne, naprawdę jest taka Maryśka.

wtorek, 2 grudnia 2014

Nieogar życiowy

Mam koleżankę w pracy, Maryśkę. Totalny nieogar życiowy. Nie wiem, jak się uchowała w tym świecie, bo nie skleja rzeczywistości. Pytania, jakie czasem zadaje potrafią zwalić z nóg, a opowieści dziwnej treści przyprawić o zawrót głowy, nie dlatego, że takie szałowe, tylko dlatego, że nieprawdopodobnie głupie. Maryśka to patologiczna konfabulatorka, od dawna już nie kontrolująca tego, co jej się z buzi wysypuje. Złapałem ją na tym niezliczoną ilość razy i ciągle łapię. Maryśka nieogar życiowy, za którą nie dałoby się złamanego grosza. Wszyscy litują się nad nią, że nieogar, że nieprzystosowana, że pomóc trzeba, żeby nie przepadła w świecie… A Maryśka, ta nieogarnięta życiowa pierdoła, doskonale potrafi o siebie zadbać. Ma wbudowany zestaw surwiwalowy, w wersji, która, ujmując rzecz eufemistycznie, budzi moje zdumienie. Wykorzystuje mianowicie ludzi bez żadnych sentymentów. Sam wielokrotnie jej pomagałem i pewnie pomogę znowu, jeśli zaszłaby taka konieczność, ale nie wierzę Maryśce, bo z „nieogarnięcia” życiowego zrobiła sposób na życie. Jak wampir. Maryśka sto pociech. Przypomniało mi się, jak któregoś wieczora wracając z pracy podwoziłem ją do domu, bo mam po drodze. Jechaliśmy trasą szybkiego ruchu. Maryśka nagle wypaliła, że lubi jeździć powyżej 100 km/h, bo tylko wtedy dogania swoje myśli! Odpadłem, bo biorąc pod uwagę jej nieskażoną żadną myślą fizjonomię, szczerze wątpię, żeby było co gonić. Niedaleko domu zatrzymała mnie policja do rutynowej kontroli. Zanim policjant podszedł, spojrzałem w lusterko wsteczne i… zobaczyłem Maryśkę sino - zieloną ze strachu. Chyba myślała, że policjanci na nią się zaczaili, żeby ją porwać i uwieźć w nieznane, bo siedziała i nie oddychała w ogóle. Już się nawet zacząłem martwić, że mi się tam na tym tylnym siedzeniu udusi, ale zaczęła ponownie oddychać, jak policjant kazał jechać. Z tego niedotlenienia chyba, jak dojechaliśmy, chciała wysiadać wprost na ulicę, zamiast na chodnik, i już nawet drzwi otworzyła i zaczęła się gramolić wprost pod jadący samochód. Rozdarłem się "Gdzie!!!" - Maryśka zamarła przestraszona, co uratowało jej życie prawdopodobnie. Mało brakowało, a straciłbym lewe tylne drzwi. Powiedziałem jej wkurzony:
- Maryśka, to mój samochód, ja prowadzę i ja tu rządzę! To ja daję hasło do opuszczania auta! Zapamiętaj, że drzwi możesz otwierać i wysiadać dopiero, jak powiem, że można wysiadać! I zlituj się Maryśka! Skoro siedzisz po prawej stronie, to po jakiego grzmota otwierasz lewe drzwi i tamtędy chcesz się gramolić wprost na ulicę?!
Maryśka posłusznie kiwała głową, że zrozumiała. Zapamiętała i dopóki nie powiem "wysiadka" nie tyka drzwi. Podejrzewam, że mógłbym wysiąść z auta, zamknąć je i zostawić siedzącą w środku Maryśkę, która grzecznie czekałaby na hasło "wysiadka". Siedziałaby tak wiele godzin, dopóki nagląca potrzeba natury fizjologicznej nie zmusiłaby jej do zadzwonienia do mnie z pytaniem, czy może już wysiąść z auta.
Czasem dochodzi do komicznych sytuacji z Maryśką w roli głównej. Maryśka bardzo lubi wygłaszać sądy o innych i robi to tonem wyroczni. Nasza koleżanka jakiś czas temu wyszła za mąż za człowieka bardzo dobrego, mądrego i z klasą, ale nienachalnie dekoracyjnego, że tak to ujmę. Facet naprawdę klasa, kultura, intelekt, doktorat, itp. Maryśka zaś kiedyś „urzędowała” z żonatym facetem, znaczy pełniła zaszczytną rolę kochanki żonatego faceta. Owego "narzeczonego" Maryśki doprawdy trudno byłoby nazwać powabnym, ze względu na chlupotliwość fałd ciała* i problem alkoholowy. Któregoś wieczoru, podwoziłem Maryśkę po pracy. Marycha, tradycyjnie ni z gruchy ni z pietruchy, zagaiła tonem wyroczni:
- Ale ten mąż Eli jest paskudny. Ja nie wiem jak ona z nim może… - tu znacząco urwała. A mnie trafił nagły szlag i wstrzeliłem się w tę znaczącą pauzę:
- Maryśka, a ty co?! Ty z kim mogłaś?! Z tym oblechem?! Przy nim mąż Eli to Adonis!
Zamilkła i nic już więcej w tym temacie nie mówiła.
_______________________________________
* znaczna nadwaga

Niemoc

Niemoc mnie naszła. Obudziłem się z chrypą i katarem - jakaś infekcja mnie napadła i próbuje powalić do łóżka. Nie damy się, nie damy! Jadę do lekarza, żeby obejrzał gardło i osłuchał. I dał zwolnienie na dziś i jutro, żebym mógł się ogarnąć i postawić na nogi. Mam nadzieję, że w sobotę będę na chodzie, że nie rozbierze mnie ta infekcja kompletnie. Na szczęście nie jest to niemoc twórcza. Pracuję intensywnie - przeredagowuję i poprawiam niektóre posty powstałe przed przeniesieniem bloga na ten adres, które z tego powodu nie zostały zauważone, a fajne są moim zdaniem. Na razie tyle. Na dobry początek dnia:


poniedziałek, 1 grudnia 2014

Adekwatność

Siedziałem zamyślony na ulubionej ławeczce w parku, koło stawu. Jakiś spacerowicz przechodził obok. Nie zwróciłem na niego uwagi, nawet nie spojrzałem. Zatrzymał się przede mną i powiedział moje imię. Serce przestało mi bić. Podniosłem wzrok - przede mną stał on. Szarooki. Oniemiałem kompletnie. Nie potrafiłem się ruszyć. Zapytał, czy może usiąść obok mnie. Nie potrafiłem wydobyć z siebie głosu, więc gestem wskazałem, że tak. Usiadł. Patrzyliśmy na siebie długo bez słowa. Uśmiechał się do mnie i spokojnie czekał, aż odzyskam trochę równowagi. Patrzył na mnie bardzo serdecznie i widać było, że to nasze przypadkowe spotkanie bardzo go ucieszyło. Przyjrzałem mu się: trochę mu się skronia przyprószyły siwizną, na czole pojawiły się wyraźne bruzdy. To tylko dodało mu urody, bo zmężniał i dojrzał. Odzyskałem głos i powiedziałem:
- Mariusz, ty naprawdę tu jesteś, czy z moją głową coś się dzieje?
- Jestem naprawdę – roześmiał się.
- Ale skąd? Jak?
- Wzywałeś mnie Bzyczku, więc jestem.
Bzyczku? Powiedział do mnie Bzyczku? Nigdy tak do mnie nie mówił. Spojrzałem na niego zdziwiony. Uśmiechnął się tylko. Nie miałem czasu zastanawiać się nad tym, bo nagle jakby spod ziemi, zjawił się na rowerze Brązowooki i rzucił się na Szarookiego, który dzielnie podjął wyzwanie i obaj gnietli się, tarzając się po ziemi. Jenny, która właśnie przyczłapała z towarzyską wizytą do Szarookiego, przyłączyła się do tej kotłowaniny, dziobiąc Brązowookiego w tyłek. Ugniataliby się tak pewnie do rana, gdybym nie zainterweniował:
- Hej, koguty! Kończyć mi te zapasy na-ten-tychmiast i siadać na ławeczce! Ale już siadać mi na ławeczce chłopcy! Bez dyskusji! Jenny, dajże już spokój i przestań dziobać Brązowookiego w tyłek! No przestańże już! Wystarczy! O żesz cholera jasna, Jenny, sio mi stąd, ale już! Sio! Wynocha mi do stawu, do nieśmiałego Johna! Wy też chłopcy sio! Na ławeczkę!
Posłusznie usiedli.
- Co to miało być Mateusz? Obrona mojej cnoty? A ty Mariusz? Nie powiem, to miłe, że dwóch takich przystojniaków gniecie się o mnie, ale…
Nie dokończyłem, bo przeszkodziło mi kolejne zdziwienie. Zdziwiłem się mianowicie, że siedzę w moim własnym łóżku, a nie w parku na ławeczce. Spojrzałem na zegar – była 4:09. Ja to mam sny. Położyłem się i otuliłem kołdrą w nadziei, że jeszcze zasnę i ten sen powróci… Nie zasnąłem.

Rano podczas golenia naszła mnie myśl, że zapłaciłem wysoką cenę za każdą chwilę z Szarookim. Ale ta cena nie mogła być niższa – była adekwatna do wartości tego, co było między nami. Uśmiechnąłem się do tej myśli.

Wspomnisz mnie gdy zachodni wiatr jęczmienia łany poruszy
i opowiesz słońcu jak chodziliśmy pośród złotych pól