sobota, 28 czerwca 2014

Szczerość

Szczerość czasem jednak popłaca..

W ciągu ostatnich dni przewędrowałem górami sporo kilometrów - przedwczoraj 15, a wczoraj trochę ponad 10. Powietrze, widoki, dźwięki, zapachy - wszystko super. A na drugi dzień zakwasy w udach takie, że z trudem zwlókłem się rano z łóżka. Bardzo zresztą zadowolony. W związku z tym, że dzisiejszy dzień był deszczowy i zimny, nie mogąc powłóczyć się po górach, postanowiłem pojechać do supermarketu i zrobić potrzebne zakupy.

Wybrałem się więc na te zakupy. Zaparkowałem i poszedłem do wejścia. Idąc, widziałem, że jakiś „Łazik” kręci się po parkingu. Kupiłem to, co miałem kupić i wracając do samochodu, usłyszałem za sobą głos:

- Kierowniku, kierowniku – powiedział jakiś facet. Widać było, że lubi popić, bo jego twarz miała fioletowawy odcień, zdradzający jego upodobania.
- Kierowniku, dałby kierownik złotówkę? – zapytał
Z zasady nie daję pieniędzy. Owszem, kupię jakieś jedzenie i dam, jeśli ktoś o to poprosi, ale kasy na alkohol z zasady nie daję. Gość chyba zobaczył niechęć malującą się na mojej twarzy, bo kiedy miałem mu odmówić, szybko dodał:
- Kierowniku, nie będę ściemniał – zbieram na alkohol.
Jego szczerość rozbawiła mnie i dałem mu tę złotówkę.
- Dzięki kierowniku – ucieszył się gość i szczęśliwy pognał ku wejściu do supermarketu. Widocznie do potrzebnej do zakupu jakiegoś alkoholu kwoty brakowało mu tej złotówki. Wsiadając do samochodu pomyślałem sobie, jak niewiele czasem trzeba, żeby uszczęśliwić człowieka. Czasem wystarczy tylko złotówka.

Szczerość czasem popłaca.

***

Wracając z zakupów wstąpiłem na moment do Pani Zosi coś jej podrzucić. I tu druga niespodzianka. Wizyta u lekarza rodzinnego musiała być owocna, bo Pani Zosia w bardzo dobrej formie, radosna i towarzyska. Rozśmieszyła mnie dziś swoją opowieścią. Swego czasu wraz z mężem udzielała się towarzysko i bywała na koncertach. Opowiedziała, że bardzo zawsze lubiła śpiewające męskie głosy, natomiast koloratur nie cierpiała. Cyt.: „Faceci śpiewali cudnie, natomiast te baby, jak zaczęły wyć, to myślałam, że do nieba odjadą”. Pani Zosia potrafi nazywać rzeczy po imieniu.  Co prawda ja najbardziej lubię śpiewające soprany, ale o gustach się nie dyskutuje. Pani Zosia nie wspomniała nic o chorobach, w ogóle nie narzekała. Najwidoczniej cały bagaż bolączek zostawiła u lekarza rodzinnego…

niedziela, 22 czerwca 2014

Beztrosko

Jest pięknie! Włóczę się po górach, wietrzę się intensywnie i beztrosko. Nie tęsknię, nie odczuwam braku, łapię dystans i równowagę. Czuje jak ciśnienie opada. To bardzo dobry objaw. Będę potrzebował zdrowego dystansu i równowagi, jak nadejdzie właściwa chwila spotkania z Brązowookim. Wykorzystam szansę. Nie wiem, jak to zrobię, ale nie martwię się tym. Jak to w życiu najczęściej bywa, okazja nadarzy się sama. „Jakby nie miało być, lepiej stracić niż nigdy nie mieć nic”. Może w przyszłym roku On będzie towarzyszył mi w górskich wędrówkach? Kto wie. Czas pokaże. Bardzo bym tego chciał. 

Tymczasem beztrosko spędzam czas. Beztroska. Wspaniałe uczucie. Szkoda, że nie odwiedza mnie częściej. Wyruszam na górską wędrówkę.


piątek, 20 czerwca 2014

Odwaga

Wydaje się, że lęk przed odrzuceniem sprawia  że rezygnujemy bez spróbowania, a to błąd. Bo przecież szanse są 50/50 – równie wysokie w obie strony. Z równym powodzeniem można usłyszeć „Tak” jak „Nie”. Trzeba pamiętać o takiej kolejności szans i nie pozwalać lękowi tej kolejności zamienić! Trzeba pytać o „Tak”! O akceptację, a nie o odrzucenie! Bo tak naprawdę jakąkolwiek odpowiedź się otrzyma i tak jest się wygranym, ponieważ albo się kogoś zyskuje, albo traci złudzenia. A zawsze lepiej wiedzieć niż dręczyć się domysłami i czekać w pełnej napięcia bolesnej nadziei, że odpowiedź sama przyjdzie. Niestety niezmiernie rzadko odpowiedź przychodzi sama. Ta druga osoba jest w identycznej sytuacji, ma dokładnie takie same wątpliwości, obawy i również odczuwa lęk przed odrzuceniem. Odwaga. Trzeba ją mieć, żeby skorzystać z szansy sięgnięcia po szczęście. Zapewne każdy kiedyś widział piękną kobietę z bardzo zwyczajnym mężczyzną przy boku i zastanawiał się, dlaczego taka piękna kobieta jest właśnie z tym facetem, a nie z kimś równie dekoracyjnym jak ona. Odpowiedź jest bardzo prosta. Ponieważ ten zwyczajny facet miał odwagę podjąć ryzyko, pomimo lęku przed odrzuceniem, kiedy inni poddali się temu lękowi i z góry uznali, że nie mają żadnych szans. Trzeba mieć wiarę i odwagę.

 „I zamiast dalej tak tonąć
wolę choć raz w swoim życiu spłonąć”

czwartek, 19 czerwca 2014

Skrupulatnie

Otrzymałem właśnie wiadomość od Kolegi wspierającego. Pisze, że nie ma się co biczować, bo emocje rozsądkiem się nie kierują. Słusznie prawi. Tyle, że ja się nie biczuję, bo masochizm nie należy do moich ulubionych rozrywek. Te blogowe wynurzenia to swego rodzaju introspekcja porządkująca, rodzaj ekshibicjonistycznej autoterapii, która odpowiada mi i jest prawie zupełnie bezbolesna. Wysłanie myśli w duszę bloga i opublikowanie ich sprawia, że po odczytaniu zyskują inną barwę. Może to dziwne, ale uruchamia to proces racjonalizowania, który pomaga łapać dystans. Badam swoje emocje, poddając je skrupulatnej analizie, żeby uzyskać odpowiedzi na swoje pytania. Od czasu jak historia z Szarookim przyschła nie czułem się samotny. Praca, jakieś tam przyjemności, różne zajęcia… Czas tak szybko pędził, że nie miałem czasu na czucie się samotnym. A może tylko wypierałem to uczucie? Jeśli tak, to sprawnie to robiłem. Jakkolwiek było, zmieniło się. Sprawiły to brązowe oczy. Zastanawiam się dlaczego i nie potrafię sobie odpowiedzieć na to pytanie. Nie wiem dlaczego z wszystkich oczu tej ogromnej aglomeracji, w której mieszkam, właśnie te brązowe. Wbrew zdrowemu rozsądkowi. Nie myślałem o Nim. Owszem, jak się mijaliśmy uśmiechając się do siebie, myślałem „miły i dekoracyjny” i tyle. Może ten błysk samotności, który ujrzałem w Jego oczach miesiąc temu sprawił, że zwróciłem na Niego uwagę i zaczął istnieć w moich myślach? Może. Nie wiem nawet, czy to wszystko nie jest wytworem mojej wyobraźni, która z niewiadomych przyczyn próbuje spłatać mi niemiłego figla. Poddaję się skrupulatnej autoanalizie. Odpowiedź, jaką otrzymuję nie jest satysfakcjonująca, ale satysfakcjonująca być nie może, dopóki Brązowooki jej nie zweryfikuje. Jedno wiem – nie jestem zakochany. To nie zakochanie i nie miłość. Aż tak rozchwiany nie jestem, żeby zakochać się w człowieku, którego znam w zasadzie jedynie z widzenia i z którym zamieniłem jedynie kilka zdań. To ciekawość, otwartość i gotowość na poznawanie. Wielka chęć poznania. A tak naprawdę… Cóż… Wiem…

Gdzieś, w najgłębszym zakamarku mojego wnętrza spała tak cichutko że niemal zapomniałem o jej istnieniu, ale zbudziła się i leniwie otwierając oczy nieśmiało wyszeptała imię. Zajrzałem w siebie i ujrzałem ją - miała brązowe oczy, dołeczki w policzkach, uśmiechała się. Znam tę twarz... Tęsknota za miłością.

środa, 18 czerwca 2014

W oczekiwaniu

Licze niecierpliwie dni do urlopu. To już za chwilę, dzięki Bogu! Bardzo już jestem zmęczony pracą, gwarem wielkiego miasta, współpracownikami. Chcę stąd uciec do siebie, w góry. Żyję w wielkim mieście od początku studiów, już ładnych parę lat. Przywykłem, choć na początku było trudno. Mam tu swoje życie, mieszkanie, pracę, przyjaciół. Jest mi tu dobrze i naprawdę doceniam swoje życie tutaj, ale… Tak naprawdę wielkie miasto to nie jest mój żywioł. Pomimo swoich zalet (m.in. anonimowość), wielkie miasto mnie męczy. Ten ciągły gwar, nieustanny pośpiech, tłok, tempo życia. Tutaj dzień za dniem śmigają z oszałamiającą szybkością. A ja daję się wessać temu pośpiechowi. Aż się dziwię, że w ogóle mam tu czas, żeby zatęsknić i rozczulić się nad sobą. Przychodzi jednak taki dzień, że mówię dość temu wariackiemu tempu. Chcę urlopu. Chcę w góry! Tęsknię za szczególną atmosferą rodzinnego domu, pachnącym powietrzem, górami, lasami, szmerem górskiego strumyka przepływającego opodal i czasem, sączącym się tam nieśpiesznie. Można się tam zatrzymać, odetchnąć pełną piersią, popatrzeć wokół siebie i zachwycić się okolicznościami przyrody. Tam jest na to czas. Nawet przywiezione z wielkiego miasta problemy zyskują tam inny wymiar, jak je górski wietrzyk przewieje. Aktualnie ten górski raj zyskał jeszcze jedną zaletę – jest daleko od Brązowookiego. A tego właśnie potrzebuję. Niech górski wiatr wywieje go z mojej głowy. Trwam w oczekiwaniu. Na urlop.

wtorek, 17 czerwca 2014

Szarooki

Błysk ciekawości w oczach Brązowookiego przypomniał mi, że już kiedyś takie spojrzenie widziałem. Tak patrzył na mnie kiedyś Szarooki.

Szarooki…

Człowiek o niezwykłej wrażliwości, dobroci i empatii, a także o ogromnej potrzebie kochania i bycia kochanym.

Spotkaliśmy się przypadkiem na uroczystości na uczelni Szarookiego. Nie zamieniliśmy ze sobą nawet jednego słowa, ale jak się mijaliśmy w przejściu, uśmiechnął się szeroko, a ja odpowiedziałem uśmiechem. Szarooki zapamiętał i odnalazł mnie po roku. Tak się złożyło, że ukończył ten sam kierunek i uczelnię co Brązowooki, pracują obaj w tej samej ogromnej korporacji, więc krzyżujące się od kilku lat drogi dwóch różnych profesji przy okazji jakiś tam uroczystości były dla Szarookiego dogodnym pretekstem dotarcia do mnie. Wykorzystał szansę. Odnalazł mnie w ogromnym gmachu, w którym te drogi się krzyżują i zagadał. Rozmawialiśmy dość długo. Szybko zauważyłem, że nie była to tylko uprzejma rozmowa w ramach konwenansów, ale Szarooki chciał nawiązać kontakt i znajomość. Wymieniliśmy się numerami telefonów. I tak to się zaczęło. I było piękne. Spędzaliśmy ze sobą każdą wolną chwilę odkrywając się na płaszczyźnie intelektualnej i emocjonalnej. A było co odkrywać, ponieważ pozazawodowo Szarooki parał się pisarstwem i był w tym naprawdę dobry. Z pewnych bardzo istotnych powodów natury zasadniczej, Szarooki po 3 miesiącach znajomości próbował ją zakończyć. Udało mu się to na całe dwa tygodnie, w czasie których (jak później przyznał) z tęsknoty zjeździł wszystkie miejsca, w których ze mną bywał. Niemal codziennie też bywał w hipermarkecie, w którym robiłem zakupy, w nadziei, że przypadkiem na mnie tam wpadnie. I wpadł, ale nie przypadkiem. Po dwóch tygodniach będąc po raz kolejny w tym hipermarkecie wysłał mi sms, że właśnie tam jest. Tylko tyle. Ja również za nim tęskniłem, więc dwadzieścia minut później znalazłem się w tym samym miejscu. Szarooki bardzo się cieszył z tego „przypadkowego” spotkania i tylko jego wpadnięte, podkrążone oczy oraz utrata kilku kilogramów wagi powiedziały mi, że te dwa tygodnie musiały być dla niego bardzo ciężkie.

Szarooki posiadał niezwykłą zdolność bezbłędnego wyczuwania moich nastrojów i kilka razy wprawił mnie tym w osłupienie. Każdego wieczoru prowadziliśmy telefoniczne rozmowy na dobranoc. W czasie jednej z nich wspomniałem o jakimś swoim kłopocie. Miało to swoje konsekwencje. Na drugi dzień rano odnalazłem w swojej skrzynce mejlowej „niespodziewajkę – pocieszaczkę”. Szarooki napisał opowiadanie dla mnie, żeby mnie ucieszyć. Opowiadanie o Błękitnookim, o wierze w cuda, o wierze w siebie, o zakochaniu, o dawaniu siebie i otrzymywaniu, o wietrze rozwiewającym włosy, o leżeniu na trawie i patrzeniu w niebo, o trzymaniu się za ręce. Zakończył je słowami: „Jeśli kiedyś poczujesz się samotny, a mnie przy Tobie nie będzie, zawołaj mnie myślą, a przyjdę do Ciebie we śnie”. Pisał je niemal całą noc misternie tkając z uczuć. Było piękne.

Sielanka trwała jakiś czas – wspólne spędzanie czasu, wypady za miasto, wyjścia do kina, teatru, na koncerty. Leżenie na trawie i patrzenie w niebo, trzymanie się za ręce. Było pięknie, idealnie wręcz. Jednak gdzieś w tle nieustannie przewijało się coś fundamentalnego, coś, co w konsekwencji zakończyło tę piękną znajomość. W zasadzie ja ją zakończyłem, bo nie miałem innego wyjścia. Musiałem to zrobić… Nigdy nie zapomnę tego bólu w szarych oczach – ich wyraz prześladował mnie długie miesiące…

Pozostało po Nim opowiadanie, które dla mnie jest bezcenne, bo przypomina mi, jak było i jak może być pięknie, szary polar i ciepło, które rozlewa się wokół mojego serca na jego wspomnienie. Co jakiś czas dyskretnie pytam wujka Facebooka o Szarookiego, a ten donosi co wie. Mam wielką nadzieję, że Szarooki nie czuje się samotny i jest szczęśliwy…

Przypomniały mi się słowa Szarookiego: „To o obecność chodzi. I nieistotne, czy ta druga osoba jest właśnie obok, czy też w innym miejscu. Ważne jest tylko to, że jest”.

Tak. Szarooki jak zawsze miał rację. To właśnie o tę obecność chodzi. O to, że ta osoba jest.

Brązowe oczy wywołały we mnie tęsknotę za tym pięknem. I lęk, że już nikt nie napisze mi opowiadania, żeby mnie ucieszyć… „Never say never” powiedział Kolega wspierający. Odepchnąłem od siebie ten lęk – wykorzystam swoją szansę, gdy ta nadejdzie…

poniedziałek, 16 czerwca 2014

21

Minęliśmy się.
Dokładnie o tej szarej godzinie.
Pamiętam Twoją twarz, oczy, spojrzenie,
małego pieprzyka na Twojej szyi,
pierwsze siwe włosy na Twoich skroniach
i Twoją zmęczoną twarz.
Pamiętam...

W tej chwili mojej słabości
ukryta w najgłębszym zakamarku
gdzieś w środku mnie,
w tajemnicy nawet przede mną samym
tęsknota
bezgłośnie wyszeptała Twoje imię
i jedna samotna łza
powoli stoczyła się po jej policzku.
Twoim policzku.
Bo ona Twoją ma twarz...

Brązowooki (2)

Minęliśmy się znowu. Miesiąc temu. Tym razem na koncercie. Spodziewałem się, że Brązowooki na tym koncercie będzie i czekałem niecierpliwie. W trakcie koncertu zerkałem na Niego dyskretnie. Wydał mi się zmęczony – podpierał głowę dłonią i chwilami zamykał oczy. W przerwie wszyscy wyszli do foyer. Ja również. Zamierzałem znaleźć znajomych, żeby podzielić się wrażeniami. Schodząc schodami na parter zauważyłem, że tuż przy schodach, w grupce swoich znajomych stoi Brązowooki. Zamierzałem odważnie się przywitać – no przecież byłoby niegrzecznie udawać, że Go nie poznaję. Brązowooki odwrócił głowę i szybko spojrzał przez ramię na mnie schodzącego po schodach i uśmiechającego się jak zawsze, kiedy Go widziałem. Zanim jednak wyciągnąłem rękę na powitanie, przemieścił się do innej grupki swoich znajomych, na drugim końcu foyer, w bezpiecznej odległości ode mnie. Znalazłem swoich znajomych i wesoło zacząłem z nimi rozmawiać. Kątem oka widziałem Brązowego i dostrzegłem, że ten kilkakrotnie dyskretnie na mnie spojrzał. Skinąłem głową, Brązowy się odkłonił, ale natychmiast uciekł ze spojrzeniem.
- Nie rozumiem tego – pomyślałem zawiedziony.
Liczyłem, że się z Nim przywitam i wymienię kilka kurtuazyjnych zdań. Po koncercie ponownie minęliśmy się, tym razem przy wyjściu – Brązowooki spojrzał tylko smutno i poszedł. W jego spojrzeniu była samotność… Znałem to spojrzenie. Tak kiedyś patrzył Szarooki.
Skonstatowałem ze zdziwieniem, że w sytuacjach 1 na 1, Brązowy uśmiechał się i nawiązywał kontakt wzrokowy, natomiast w obecności innych osób w ogóle kontaktu wzrokowego nie nawiązywał, ba, starannie go unikał.
- Dziwne to wszystko – myślałem – nie wiem co o tym myśleć.
Dziwne to, że będąc człowiekiem towarzyskim, łatwo nawiązującym kontakt i bynajmniej nie nieśmiałym, pod spojrzeniem tych brązowych oczu robiłem się jakiś taki…hm…trochę onieśmielony i nie bardzo wiedziałem jak do Niego zagadać. Najdziwniejsze zaś dla mnie było wrażenie, że On, „lew salonowy”, w stosunku do mnie wykazywał podobny defekt.
- Hm… Cóś jakby było na rzecy, jak mawiają Górale – pomyślałem.
Zamierzam to zbadać…
Łatwe to nie będzie. Funkcjonujemy w dwóch zupełnie różnych hermetycznych środowiskach zawodowych i stykamy się jedynie kilka razy w roku, kiedy nasze zawodowe drogi się krzyżują, nie mamy wspólnych znajomych. Brązowooki to inteligentna bestia…
Słyszałem Go przemawiającego do audytorium. Szczerze zazdrościłem Mu swobody wypowiedzi. A mówił znakomicie. Miewam przebłyski inteligencji i wypowiedzieć się potrafię, jednak zawsze publiczne przemowy są dla mnie stresujące i nie czuję się w takich sytuacjach zbyt komfortowo. Za to spostrzegawczy jestem jak rzadko.
Może nic nas nie łączy oprócz tego, że on również czasem czuje się samotny. W każdym człowieku żyje ogromne pragnienie oddawania się drugiemu człowiekowi i otrzymywania z drugiego człowieka, potrzeba bezgranicznego zaufania i bliskości. Jeśli ten błysk zainteresowania, który ujrzałem w jego oczach nie był wytworem mojej wyobraźni, na pewno okazja do zbadania będzie.
Uspokojony tą myślą dojechałem do domu. Przed położeniem się do łóżka zapytałem wujka Google o Brązowookiego i otrzymałem odpowiedź… Dowiedziałem się mianowicie z wywiadu, jakiego udzielił, że ulubioną jego książką jest „Władca Pierścieni” Tolkiena. To mnie nie dziwi. Przecież on sam wygląda jak Aragorn. Tyle, że brązowooki…

niedziela, 15 czerwca 2014

Mundial

Nie podzielam entuzjazmu do piłki nożnej. Nie oglądam mundialu. 44 łydki ganiające chaotycznie za piłką po zielonym prostokącie (jak to niedawno określił mój Kolega, który ogląda mundial namiętnie), nie wkręcają mnie i nie budzą żadnych emocji. Dlaczego 44 łydki? Zapytałem i otrzymałem odpowiedź:
pierwsza drużyna: 11 chłopa
druga drużyna: 11 chłopa
czyli razem 22, a każdy z nich ma po 2 łydki, zatem 22×2=44
Nie emocjonuję sie mundialem, ale przypomniałem sobie bardzo zabawne wydarzenie sprzed jakiegoś czasu, związane z piłką nożną. Otóż mój sąsiad, mieszkający nade mną, zaprosił kolegów na oglądanie jakiegoś meczu, który był bardzo późno. Popili się solidnie przy tym oglądaniu i zachowywali się bardzo głośno. Byłem wściekły, bo nie dawali mi spać, a rano musiałem wstać wcześnie. Mecz skończył się dobrze po 2. W sposób osobliwy. Mianowicie całe pijane towarzystwo odśpiewało Hymn i „Boże coś Polskę”, w takiej kolejności. Popłakałem się ze śmiechu….

sobota, 14 czerwca 2014

Nadmiar

Z racji wykonywanego zawodu, muszę się dokształcać. Właśnie skończyłem studia podyplomowe. Ale nie o studiach będzie tu mowa, ale o koleżankach z tych studiów. Tak się złożyło, że w trzydziestoosobowej grupie przewaga kobiet była miażdżąca – byłem jednym z dwóch mężczyzn. Ten drugi przedstawiciel, ze względu na niezbyt efektowną powierzchowność, jakoś dla koleżanek nie zaistniał. W przeciwieństwie do mnie. Nie, nie dlatego, że jestem jakimś super przystojniakiem. Owszem, jestem wysoki, szczupły, o wcale miłej aparycji. No dobra. Jestem przystojny. Tak uznały koleżanki. Trzy z nich wzięły sobie mnie na cel. Dochodziło do komicznych sytuacji. Musiałem się bardzo pilnować, żeby swoim towarzyskim zainteresowaniem wszystkie trzy sprawiedliwie i po równo obdzielać, bo były o siebie cholernie zazdrosne i gdybym z którąś z nich dłużej rozmawiał niż z pozostałymi, demonstrowały swoje niezadowolenie w dość złośliwy sposób. Najzabawniejsze, do czasu jak się później okazało, było to, że czwarta admiratorka, która nie zamieniła ze mną nawet jednego zdania, przez całe 3 semestry nie spuszczała ze mnie oka. To znaczy spuszczała, ale tylko wtedy, jak wzrok mój przypadkiem na nią się zabłąkał. Poza tymi krótkimi momentami, wpatrywała się we mnie nieustannie, jakby chciała mnie zahipnotyzować. W sumie nie było to niemiłe, bo hasła w stylu „cześć piękny”, „cześć misiek”, czy „cześć przystojniaku”, „ładnie pachniesz” etc przyjemnie łechcą ego. Ale raz zrobiło się niezręcznie, wręcz nieprzyjemnie, kiedy ta wpatrująca się i do tej pory nic nie mówiąca, uznając najwidoczniej, że trzy semestry wpatrywania się na pewno wystarczająco mnie zmiękczyły, przemówiła i w sposób nie pozostawiający żadnych wątpliwości, kopiąc mnie pod stołem, bezceremonialnie zasugerowała seks. Choć bardzo nie lubię takiej obcesowości, zareagowałem z humorem i obróciłem całe zajście w żart.
- O ty świntucho. Chcesz mnie rozproszyć, bo widzisz, że test kończę, a Ty jeszcze nawet nie w połowie. – powiedziałem ze śmiechem.
Całe towarzystwo zaśmiało się gromko, a koleżanka wpatrująca się, oblała się pąsem. Nie przemówiła więcej, aczkolwiek wpatrywać się nie przestała. Aktywna trójka zaangażowanych koleżanek robiła później śledztwo, chcąc się dowiedzieć, co też wpatrująca się mi rzekła, że świntuchą ją nazwałem. Przeprowadziły skrupulatne dochodzenie, ale litościwie prawdy nie wyjawiłem. Szczęśliwie obyło się bez wyrywania paznokci. Ot nadmiar powodzenia bywa czasem męczący…

piątek, 13 czerwca 2014

Brązowooki

Minęliśmy się. Półtorej miesiąca temu. Na widok Brązowookiego uśmiechnąłem się, a Brązowooki natychmiast ten uśmiech odwzajemnił. A może to Brązowooki uśmiechnął się pierwszy? Nieistotne. Mijaliśmy się tak już od jakiegoś czasu, służbowo, kilka razy w roku, zawsze uśmiechając się do siebie. Lubiłem te chwile kiedy moje błękitne oczy spotykały się z Jego brązowymi, wywołując na twarz uśmiech.

Brązowooki… Ma imię. Nazwisko też ma. Kiedy pierwszy raz zetknąłem się z Nim, nazwałem Go w myślach „Brązowooki” i tak już zostało. Brązowooki. W swoim hermetycznym zawodowym środowisku osoba znana i powszechnie lubiana. Posiadał, a może miał to po prostu od urodzenia w sobie, niezwykle rzadką umiejętność zjednywania sobie ludzi. Zawsze uśmiechnięty, miły, emanujący jakąś taką naturalną serdecznością, lubiący ludzi. I do tego bardzo przystojny. Dziwne to były zetknięcia – naładowane jakimś subtelnym napięciem. Wydawało mi się, że to napięcie jest wytworem wyłącznie mojej wyobraźni. Do czasu…

Stałem niedaleko wejścia do budynku i paliłem. Półtorej miesiąca temu. Przed budynkiem mnóstwo zaparkowanych samochodów, ale kilka miejsc parkingowych wolnych. Jedno z tych wolnych miejsc parkingowych zaanektowałem sobie na palarnię. Stałem sobie spokojnie delektując się papierosem, kiedy nagle wypłoszył mnie z tego miejsca samochód, który z kilku wolnych miejsc parkingowych, wybrał sobie na postój właśnie to miejsce gdzie stałem. Auto zajechało i zatrzymało się z impetem. Z samochodu wysiadł, a w zasadzie energicznie wyskoczył Brązowy. Uśmiechając się szeroko, zaprezentował chłopięce dołeczki w policzkach.
- Sorry, że tak przegoniłem z tego miejsca – powiedział. Miał bardzo miły głos, doskonale harmonizujący z jego powierzchownością.
- Nie ma sprawy – odrzekłem również uśmiechając się. Pomyślałem sobie, że te Jego dołeczki w policzkach są bardzo efektowne. Wprost do schrupania. 
Krótką chwilę uśmiechaliśmy się do siebie, patrząc sobie w oczy. Wyczułem, że Brązowooki chciał coś jeszcze powiedzieć, ale… zrezygnował. Uśmiechnął się tylko ponownie.
- Dobrego dnia – powiedział i ruszył do wejścia do budynku.
- Wzajemnie – odpowiedziałem również z uśmiechem.
Zanim wszedł, jego oczy spotkały się jeszcze raz z moimi oczyma. W tej jednej chwili uświadomiłem sobie, że widziałem już kiedyś takie spojrzenie. Ktoś już kiedyś na mnie tak patrzył. Dostrzegłem w oczach Brązowookiego błysk zainteresowania i ciekawości…
Zgasiłem papierosa i wrzuciłem niedopałek do studzienki kanalizacyjnej. Wszedłem do budynku. Następne półtorej godziny spędziłem w tym samym gmachu co Brązowooki, mając go w polu widzenia. Obaj pełniliśmy swoje zupełnie różne obowiązki służbowe.  Zerkałem dyskretnie dość często w stronę Brązowego, jednak On, nawiązując kontakt wzrokowy z innymi, starannie unikał takiego kontaktu ze mną. 
- Dziwne – pomyślałem odrobinę zawiedziony.

Po opuszczeniu gmachu stałem przy wejściu czekając na koleżankę, którą miałem podrzucić do domu. Czekanie uprzyjemniałem sobie papierosem. Nie widziałem, kiedy Brązowooki wyszedł z gmachu, ale musiał wyjść przede mną, bo właśnie przejeżdżał obok. Mijając mnie zwolnił, odwrócił głowę i patrząc na mnie dodał gazu, ruszając z dużym impetem. Zupełnie jakby chciał zwrócić moją uwagę na siebie… Bardzo chciałem, żeby tak właśnie było.
- Zdawało mi się – pomyślałem. Nie byłem jednak przekonany. Brązowooki był dla mnie zagadką. Znakiem zapytania. Budził ciekawość...

czwartek, 12 czerwca 2014

Prolog

Rzecz będzie o sprawach dla mnie ważnych, które działy się, dzieją i dziać się będą...

Witaj blogowy świecie! Mam nadzieję, że będzie mi tu dobrze...