wtorek, 30 września 2014

I'm back

Spędziłem weekend w górach u Mamy. Jesień przyszła w góry i przepięknie pokolorowała drzewa. Zrobiło się bajkowo. Zamieszczam kilka zdjęć z gór mojego autorstwa.


 


 




 







 

poniedziałek, 29 września 2014

Pani Zosia (3)

Odwiedziłem dziś Panią Zosię. Po performensie w przychodni doszła do siebie i jest zdecydowanie w bardzo dobrej formie. Najwidoczniej ten show, który zrobiła, podziałał na Nią odświeżająco. Pani Zosia poczuła się zadbana, zauważona i zaopiekowana – po prostu rozkwitła. Udzieliła audiencji zadowolona, radosna, żwawa i energiczna. Wciąż jeszcze odrobinę czuje wyrzut sumienia, że pomówiła moją mamę o udzielenie Bronce informacji o przychodnianym performensie (post pt. Sensacja), bo Pani Zosia jest do mojej Mamy bardzo przywiązana – to ponad trzydziestoletnia przyjaźń. Cieszę się, że Pani Zosia wróciła do formy.

czwartek, 25 września 2014

Jesienna podróż sentymentalna

Pięć dni byłem uziemiony z powodu anginy i strasznie chciało mi się dziś już gdzieś wyjść. Czułem się już dobrze, na dodatek w południe wyszło słońce, więc po obiedzie wsiadłem w auto i pojechałem na drugi koniec miasta do parku na spacer. Na osiedlu sąsiadującym z tym parkiem mieszkał kiedyś Szarooki, więc ten rejon jest mi dobrze znany. Zafundowałem sobie podróż sentymentalną śladami Szarookiego. Nie byłem tam od naszego rozstania, więc jechałem z lekką obawą, że może zrobić się martyrologicznie. Zaparkowałem, jak kiedyś, pod oknami jego dawnego mieszkania. Niewiele się tam zmieniło, jedynie chodnik wyłożono kostką. Spojrzałem w te okna i uśmiechnąłem się, przypominając sobie z jaką radością tu przyjeżdżałem. Pospacerowałem po parku. Pięknie tam jest teraz – drzewa kolorowe, pod nogami dywan z liści. Często tam spacerowaliśmy. Szarooki ma fenomenalną pamięć - jest w stanie cytować przeczytane książki całymi fragmentami, zna na pamięć niezliczoną ilość wierszy. Żartowałem, że on nie czyta, ale skanuje do pamięci. To romantyk - marzyciel o wielkiej wrażliwości i duszy artysty. W tym swoim rozmarzeniu zadziwiająco jednak przytomnie stojący na ziemi, rozsądny, praktyczny i zaradny. Jak już wspomniałem, często w tym parku spacerowaliśmy. Szczególnie jeden spacer utkwił mi w pamięci. 2 listopada. Szarooki mówił z pamięci fragmenty opowiadań. Pytał, co o nich myślę, czy mi się podobają. Były piękne, więc wyrażałem mój zachwyt entuzjastycznie. Cieszył się, oczy mu błyszczały. Przyznał się, że znalazł wydawcę zainteresowanego wydaniem jego opowiadań. Siedzieliśmy na „naszej” ławeczce – to taka ławeczka w naszym ulubionym miejscu, tuż przy stawie, osłonięta krzewami od wiatru, na której lubiliśmy siedzieć i gadać - rozmawialiśmy, śmialiśmy się, nagle on pochylił się i patrząc mi głęboko w oczy powiedział: „Tak się cieszę, że jesteś!”. Niestety Mariusz zdecydował jednak nie wydawać swoich opowiadań, uznając je za zbyt osobiste.
Posiedziałem dziś długo na „naszej” ławeczce. Kaczki oczywiście przypłynęły wyżebrać trochę chleba, a ja nie miałem i nie mogłem ich poczęstować. Uśmiechnąłem się, bo pomyślałem, że Mariusz na pewno nie zapomniałby o wzięciu chleba dla kaczek. Zawsze o tym pamiętał. Kaczki jak go widziały, leciały jak wariatki, jakby miesiąc niczego nie jadły. Również łabędzie, które nazywał śmiałą Jenny i nieśmiałym Johnem, przypływały majestatycznie. Nieśmiały John trzymał dystans, ale śmiała Jenny wychodziła z wody, podchodziła do Mariusza i skubała go za nogawkę spodni, żeby dał jej chleb. Zawsze miał kromeczkę dla śmiałej Jenny, bo wiedział, że przypłynie. Miałem wrażenie, że śmiała Jenny przychodziła do niego bardziej w celach towarzyskich niż kulinarnych, bo zjadała tylko dwa, trzy kawałeczki chleba i wracała do stawu, do swojego nieśmiałego Johna. Ten rytuał powtarzał się zawsze, ilekroć zobaczyła Mariusza. Nie widziałem, żeby kogoś jeszcze zaczepiała. Spotkałem dziś te łabędzie – przepłynęły w pobliżu. Powiedziałem: „Hej Jenny. Dawno się nie widzieliśmy. Powiedz Jenny, pamiętasz go jeszcze? Tęsknisz za nim czasem?”. Nie odpowiedziała. Siedziałem na ławeczce i wracały do mnie w pamięci strzępy naszych rozmów, nasz śmiech. Często się śmialiśmy. Uwielbiałem jego śmiech. Wspomnienia przypływały i odpływały: słowa, zapachy, dotknięcia, spojrzenia. Te jego piękne, mądre, jasne, dobre i czułe oczy, gęsta ciemna czupryna, szorstki zarost na twarzy, zapach jego skóry, ciepło dłoni, ramion, ust i ten jego przepiękny głos, który był dla mnie jak pieszczota… Wszystko tak wyraźne, jakbyśmy widzieli się wczoraj.
Wsiadając do auta, spojrzałem w okna jego dawnego mieszkania i zaskoczyło mnie to, że jedno było otwarte. Poczułem silne wzruszenie, jakby to on tam był i jakbyśmy mieli się zaraz zobaczyć. Natychmiast jednak przyszła refleksja, że przecież on już tu nie mieszka, że jest bardzo daleko, na drugim końcu Polski i nie powinno mnie dziwić to, że ktoś mieszka w jego dawnym mieszkaniu. W mieszkaniu, którego zapach pamiętam tak doskonale, jakbym przed chwilą stamtąd wyszedł…

Przywitałem jesień pielgrzymując śladami mojej relacji z Szarookim. Ostatnim punktem tej pielgrzymki był mój dom, którego on czuł się domownikiem i w którym bywał chętnie i często. Wierzę, że miłość mojego życia jest dopiero przede mną - jednak miłością mojego dotychczasowego życia jest on. Chciałbym jeszcze kiedyś usłyszeć jego głos mówiący moje imię…

wtorek, 23 września 2014

Jesień

Dziś pierwszy dzień kalendarzowej jesieni. Za oknem mglisto, szaro, buro i ponuro, co znaczy, że ta labilna wariatka rzeczywiście przylazła i zasiadła okrywając świat swoją piękną żółto – złoto – czerwono – brązową suknią. Posiedzi tak aż do zimy, racząc nas swoimi zmiennymi humorami. Już jesień. A przecież dopiero przed chwilą była wiosna i cudne lato. Czas tu tak strasznie szybko gna – jak oszalały. A ja razem z nim. Wcale mi się to nie podoba, ale cóż mogę zrobić…


sobota, 20 września 2014

Angina

Dopadła mnie angina i wysoką gorączką powaliła do łóżka. Byłem u lekarza, dostałem antybiotyk i jakieś głupoty mające złagodzić ból gardła. Prawie nie spałem tej nocy. Dziś rano, słaniając się na nogach, bo jestem bardzo słaby, zaszedłem do łazienki i wystraszyłem się widząc jakiegoś faceta w mojej łazience! Już miałem zakrzyknąć „A co pan tu…”, ale uświadomiłem sobie, że to ja. Wyglądam okropnie – podkrążone, wpadnięte i nienaturalnie błyszczące od gorączki oczy, twarz jakaś taka ściągnięta, niezdrowe rumieńce. Zombi. Nic tylko wyruszyć na miasto po zmroku i ludzi straszyć. Szczęśliwie angina, choć gwałtowna, u mnie trwa krótko – jutro już będę się czuł dużo lepiej, a pojutrze będę już na chodzie. Ostatnio anginę miałem dawno temu. Wzruszam się przypominając sobie, jak Szarooki mnie pielęgnował w tej chorobie. Poprosił swoją mamę, żeby ugotowała mi  rosołek - przywiózł mi go i we mnie wmusił. Choć w ogóle nie miałem apetytu, zjadłem, bo mnie postraszył, że jeśli nie zjem, to mnie nakarmi jak małą dzidzię. Rosołek był pyszny. Dotrzymał mi towarzystwa całe popołudnie i wieczór. Wyświetliliśmy sobie seans złożony z dwóch filmów: „Ulotna nadzieja” (tyt. oryg. Hope floats) z Sandrą Bullock i „Jasminum” Jana Jakuba Kolskiego. Oba piękne. Mam je gdzieś na półce. „Ulotną nadzieję” dzisiaj sobie obejrzę, bo muszę sobie jakoś zorganizować czas. Strasznie nie lubię leżeć w łóżku w dzień. Na trzeci dzień rzeczywiście stanąłem na nogi, za to Szarookiego położyło. Angina oczywiście. U mnie rozwinęła się szybciej, gwałtowniej i krócej przebiegła. Szarookiego trzymało tydzień. Role się odwróciły. Zawiozłem Go do lekarza, bo był bardzo słaby i słaniał się biedak na nogach, potem dostarczyłem do domu, położyłem do łóżka, wykupiłem leki. Ugotowałem mu rosołek (nie lubię gotować, ale potrafię i to całkiem nieźle) i wmusiłem w niego strasząc, że jeśli nie zje, to nakarmię go jak małą dzidzię. Zaśmiał się ochrypłym głosem i powiedział, a w zasadzie zachrypiał: „Co to? Zemsta?”. Rosołek był pyszny, więc zjadł. Był taki zadowolony, że się o niego zatroszczyłem. Leżałem obok niego na łóżku, patrzyłem jak spał. Przebudził się, spojrzał na mnie, uśmiechnął się i zasnął znowu, a ja poczułem, ile radości może dać troszczenie się o kogoś. W ciągu tych kilku anginowych dni bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Zatęskniłem za nim dzisiaj bardzo…  

czwartek, 18 września 2014

Pani Zosia (2)

Moja Mama odwiedziła dziś Panią Zosię i stwierdziła, że Pani Zosia po tych ekscesach przychodniano – szpitalnych zaczęła się izolować i wybiórczo wpuszcza do domu. Kilka dni temu nie wpuściła córki, dzisiaj nie wpuściła mojej Mamy. Wstąpiła do Pani Zosi na chwilę idąc na spacer i umówiły się, że jak będzie wracać, zajdzie na pogawędkę. Wracając wstąpiła, ale Pani Zosi się odmieniło i nie otworzyła – udawała, że nie ma Jej w domu. Pani Zosia w ciągu tego roku dość mocno się posunęła. Na temat swoich niezliczonych dolegliwości konfabuluje, zmieniając wersje w zależności od pogody. Moja Mama martwi się o Nią, ale też denerwuje się tymi fochami Pani Zosi, która po tym show, który zrobiła, obraziła się trochę na świat, że się tym show zainteresował. Świat, czyli sąsiadki plotkary. Powiedziałem mojej Mamie, że może Pani Zosi do kolekcji chorób brakowało tylko zawału, więc jak się okazało, że to tylko atak paniki, wkurzyła się rozczarowana. Może zbiera punkty: za zawał 10 punktów, za atak paniki tylko 2. Uśmialiśmy się. To lepsze niż denerwowanie się ekscesami Pani Zosi, która naprawdę stała się ostatnio dość, hmm... ekscentryczna. Czasem opowiada bzdury, w które brnie z uporem trzyletniego dziecka. Jak byłem ostatnio w górach, wstąpiłem do Pani Zosi z Mamą, zaraz po tym show przychodniano - szpitalnym [pisałem o tym w tym poście] zastaliśmy córkę Pani Zosi. Pani Zosia zdawała relację z wydarzeń, a córka siedząc tak, że Pani Zosia jej nie widziała, często gęsto przecząco kiwała głową. Pani Zosi się pieprzy rzeczywistość z wyobraźnią, albo konfabuluje, lub też jedno i drugie. Żal mi Jej, bo ten proces jakiejś takiej wewnętrznej degrengolady u Niej postępuje. Wspomniałem Jej, że psycholog mógłby Jej pomóc i może poczułaby się lepiej. W pierwszej chwili bardzo się zainteresowała, ale zaraz zrobiła się czujna, no bo jak mogłaby pójść do psychologa. No co by powiedziały plotkary, gdyby się o tym dowiedziały - nosiłyby Panią Zosię na jęzorach, a tego by Pani Zosia nie zmogła. Zwęziła tylko oczy w szpareczki, łypnęła na mnie i powiedziała, że ona nie ma żadnych problemów, które nadawałyby się na zawracanie głowy psychologowi. Poddałem się i już więcej o psychologu nie wspominałem. 

wtorek, 16 września 2014

Brązowooki (2 i pół)

Byłem dziś u fryzjera. Ściąłem krótko włosy i naczapierzyłem fajnego irokezika. Ładnie mi. Mam swoją sprawdzoną fryzjerkę, u której strzygę się już kilka lat. Napiszę kiedyś o niej i o tym, że miłość od nienawiści dzieli wąska granica. Wsiadłem w auto i ruszyłem do domu. Od fryzjerki muszę przejechać kawałek dwupasmową jednokierunkową drogą do skrzyżowania i dalej trasą szybkiego ruchu. Stałem na światłach przed skrzyżowaniem. Z naprzeciwka chodnikiem nadjechał na rowerze, w pełnym kolarskim rynsztunku, Brązowooki. Spojrzeliśmy sobie w oczy, dlatego wiem, że to był na pewno on – wszędzie poznałbym te oczy. Nie, nie rzucił się, żeby mnie zatrzymać – pojechał. Ja też pojechałem. Cieszę się z tego przypadkowego minięcia się. Miło było zobaczyć go w kolarskim anturażu, a nie w garniturze. Nie, nie było w oczach żadnych komunikatów. Nie spadł z roweru, ani ja nie wypadłem z auta z wrażenia. Tak naprawdę dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że to na pewno był on. Nic się nie zadziało, ale nic zadziać się nie mogło, bo nie było czasu. Nawet jakiegoś szczególnego emocjonalnego wzruszenia nie doznałem – uśmiechnąłem się tylko i powiedziałem do siedzącego obok mnie brata: „Brązowy śmignął na rowerze przed momentem. Wszędzie poznałbym te oczy”. Mojego brata niespecjalnie to poruszyło – nic nie powiedział. Sorry, że rozczaruję, ale nie będzie samoubiczowania z tego powodu, że się z nim minąłem. Przerwał mi wyliczankę, bo dziś minęłyby 4 miesiące od ostatniego widzenia, ale nie uczczę tego faktu postem, skoro widziałem go zaledwie dwie godziny temu. Nie będzie nowej wyliczanki.

czwartek, 11 września 2014

Mywająca prostota

W jednym z ostatnich postów wspomniałem, że pojawił się ktoś nowy. Otóż ten ktoś znikł równie szybko, jak się pojawił. Pisałem też w owym poście, że ten ktoś jest niezbyt wyrafinowany. Nie ma się za bardzo nad czym rozwodzić i wysilać na eufemizmy - pan jest prosty. Za prosty jak dla mnie. Nie wiedzieć czemu, przedmiotowe traktowanie nigdy nie budziło mojego zachwytu. Może dlatego, że taka redukcja jest zwyczajnie niesprawiedliwa. Przy całej swojej prostocie, panu nie brakuje sprytu. To sprytny mywający ściemniacz – obiecywacz. Mywający od liczby mnogiej od ja – my będziemy, dla nas, my, etc. Ja za stary jestem na takie podchody, ale pewnie ktoś daje się na coś takiego nabrać. Pan coś mi obiecał i nie wywiązał się. Chodziło o drobiazg. Cenię słowność, więc powiedziałem mu, że składa obietnice bez pokrycia. Szanowny Czytelniku, nie zgadniesz, jaką otrzymałem odpowiedź. Była ona krótka i sprawiła, że podziękowałem panu za uwagę. Powiedział mi mianowicie „Jak chcesz, mogę cię pokryć”. Poraził mnie swoją prostotą. Jak odzyskałem mowę, powiedziałem mu, że bardzo mi pochlebia to, co powiedział, ale nie skorzystam z tej oferty. Powietrze zeszło z niego, jak z przekłutego balonika. Chyba spodziewał się, że zapiszczę z radości i zakrzyknę „Bierz mnie!”. Naprawdę nie jestem pruderyjny i zdarzało mi się poświntuszyć, ale na litość, trzeba mieć trochę wyczucia i nie walić takim tekstem w kogoś, kogo się nawet osobiście jeszcze nie zna. Jestem zbyt ograniczony, żeby ogarnąć taką prostotę. 

środa, 10 września 2014

Przesłuchanie wujka FB

Przesłuchałem wujka FB o Szarookiego. Doniósł mi, że chyba się u niego poprawiło, bo fotki radosne zamieścił i pogodną muzykę linkuje. Dyskretnie zajrzałem – rzeczywiście na fotach ma radosne oczy i wygląda fajnie. Hm… Chyba trochę przypakował, bo ma fajne bicepsy… Nie to, że kiedyś miał niefajne. Teraz ma jakby okazalsze. W ogóle przystojnie wygląda. Cieszy mnie to. Może kogoś poznał? Oby był szczęśliwy, bo to wspaniały chłopak. Jestem mu ogromnie wdzięczny, za ten czas, kiedy był dla mnie. Byłem z Nim szczęśliwy. Bardzo się o siebie staraliśmy, dbaliśmy, troszczyliśmy się, zabiegaliśmy, wspieraliśmy się i szanowaliśmy się. Tylko raz zdarzyła się niemiła niespodzianka – wtedy, kiedy zerwał na dwa tygodnie. Ja jednak rozumiałem jego motywy i wiedziałem jak bardzo mu było ciężko. Wiedziałem, że równie ciężko jak mnie. Bardziej wtedy martwiłem się jego bólem niż swoim własnym. Potem on powiedział mi, że miał tak samo – bardziej martwił się o mnie niż o siebie. Kłóciliśmy się czasem burzliwie, ale to były kłótnie o bzdety, nigdy o kwestie zasadnicze.

wtorek, 9 września 2014

Wróciłem

Wróciłem z gór do mojego wielkiego miasta, które przywitało mnie deszczem i mgłą. Fajnie było w górach - pogoda się udała, więc powłóczyłem się, naładowałem akumulatory. Tam powietrze zaczyna już pachnieć jesienią, drzewa powoli zaczynają zmieniać barwy - brzozy powoli łapią żółć, buki czerwień. Jak jesień wybuchnie, lasy będą oszałamiały feerią barw. Jak w bajce. Mam nadzieję, że będę miał czas, żeby pojechać i nacieszyć się tym przepychem barw. Strasznie lubię jesień w górach. Zresztą każdą porę roku tam lubię, bo każda jest niezwykła. Przeszedłem górami trasę, którą szedłem kiedyś z Szarookim. Przepiękna trasa szczytami wzgórz otaczających moją górską miejscowość, z niesamowitymi widokami. Powspominałem ciepło Szarookiego - wciąż mi go czasem brakuje i ta zabliźniona rana jeszcze czasem piecze. Myślę, że tak będzie dopóki Ktoś nie zagości na stałe w moim życiu. Porozmyślałem o Brązowookim. Chcę go i to się nie zmieniło. Pojawił się też ktoś nowy. Miły, przystojny, sprawiający pozytywne wrażenie na mnie, choć z rozmów, na razie telefonicznych, mogę już zaryzykować tezę, że nieszczególnie wyrafinowany. Z tym może być problem. Ale zobaczymy. Co do Brązowookiego – przy pierwszej sprzyjającej okazji, zaryzykuję i pogadam z nim. Jeśli będzie otwarty, coś zaproponuję. Zrobię coś, bo nie oddam go walkowerem.

poniedziałek, 8 września 2014

Sensacja

Wczoraj w drodze z gór wstąpiłem z Mamą do Pani Zosi, sprawdzić, w jakiej jest formie. Nerwowa była, bo sąsiadka Bronka zapytała syna Pani Zosi o jej przygody przychodniano – szpitalne. Bronka plotkara jakimś sposobem dowiedziała się o tych przygodach Pani Zosi i mocno zdziwiła się widząc, że Pani Zosia przyszła do kościoła, jakby nigdy nic. Nie dawało jej to spokoju, więc po mszy dopadła syna Pani Zosi i usiłowała przesłuchać na tę okoliczność. Syn doniósł Pani Zosi o tym i Pani Zosia się wkurzyła. Postanowiła wyśledzić od kogo Bronka się dowiedziała. Ledwo usiedliśmy, wycelowała oskarżycielskie spojrzenie w moją Mamę i rzekła:
- Bronka dopadła Marka i pytała o mój piątkowy szpital. Ciekawe od kogo się dowiedziała? – zawiesiła znacząco głos…
Moja Mama się wkurzyła i odpowiedziała Pani Zosi:
- Od tych ostatnich przygód Zocha, w głowie Ci się chyba coś pomieszało. To, że zaistniałaś w przychodni i w szpitalu, nie znaczy od razu, że jesteś jakąś celebrytką. Nie martw się, w Gościu Niedzielnym o tym nie napiszą, ani w TVN24 nie pokażą. Nie patrz na mnie tak znacząco, bo Bronka nie dowiedziała się tego ode mnie.
- Ale ja nie mówię, że to Ty jej powiedziałaś. Ja tylko pytam skąd Bronka wiedziała. No, żeby zaraz taką sensację z tego robić - próbowała wybrnąć Pani Zosia.
- Sensację to sama zrobiłaś, więc się nie dziw, że plotkary są ciekawe szczegółów. Mnie o to pytasz, skąd Bronka wie? Jak jesteś tego ciekawa zapytaj Bronkę, może Ci powie.
- Ale ja nie mówię, że to Ty – brnęła Pani Zosia.
- Nie, nie mówisz, ale pytasz mnie ze wskazaniem. Na mnie.  
Pani Zosia wyznaje zasadę, że trzeba żyć tak skrycie, żeby nie gościć na językach bliźnich. Całe życie o to walczyła i ponosiła klęskę, bo im bardziej kryła, tym bardziej ludziska nosili ją i jej męża na językach.
- Zocha, jak się chce być celebrytką to trzeba się liczyć z tym, że ludzie będą ciekawi i będą gadać. Masz, co chciałaś – zakończyła temat moja Mama i zaczęła się śmiać.
- Ale Ty głupio gadasz – powiedziała na to Pani Zosia i też zaczęła się śmiać. 

sobota, 6 września 2014

Nemezis

Pani Zosia odwiedziła wczoraj neurologa i… uruchomiła wszystkich lekarzy w przychodni oraz pobliski szpital. Pani Zosia odstawiła taką szopkę, że neurolożka w pół sekundy odświeżyła sobie w głowie kardiologię. Na cito kazała zrobić Pani Zosi EKG i dla pewności wezwała na konsultację kardiologa. EKG było czyste, ale Pani Zosi to nie przekonało, histeryzowała dalej, więc neurolożka wezwała pogotowie i kazała powieźć Panią Zosię do szpitala. Cały oddział chorób wewnętrznych pochylił się nad Panią Zosią z troską, starając się dociec przyczyn nagłej kardiologicznej dolegliwości. Oczywiście bez skutku. Zrobili Pani Zosi wszystkie możliwe badania, które okazały się wszystkie w normie. Pani Zosia szczęśliwa, że tylu lekarzy się o nią zatroszczyło, poczuła się na tyle dobrze, że wypisali ją po 3 godzinach do domu. Jak się później okazało, neurolożka wspomniała coś o neurochirurgu, co Pani Zosia zrozumiała jako skierowanie na operację neurochirurgiczną i wpadła w szał. Nie wiem, czy ze strachu, czy z radości. Złapała się za lewą pierś i odstawiła szopkę z zawałem, wprawiając w popłoch całą przychodnię. Zdała mi dziś relację ze swoich wczorajszych przygód i opowiadała te rewelacje z prawdziwym, nieukrywanym zadowoleniem. Wprawiła w ruch tylu lekarzy, którzy koło niej skakali, że poczuła się zauważona i zadbana. Spodobało jej się to, więc nie zdziwię się, jeśli za jakiś czas tę szopkę powtórzy…

czwartek, 4 września 2014

Taka dama

Mam dziś świetny humor. Z dwóch powodów. Piątek i poniedziałek mam wolne, więc jutro jadę w góry do Mamy, co ogromnie mnie cieszy.
Drugim powodem mojego dobrego humoru było spotkanie z moim kolegą Michałem i jego facetem Mariuszem. Choć myślę, że powinienem napisać odwrotnie - z Mariuszem i jego facetem Michałem.  Dlaczego taka kolejność? Ano dlatego, że Mariusz publicznie trzyma się dzielnie, ale niepublicznie przegina się jak jakaś diva. Strasznie mnie to zawsze śmieszy. Znam ich już parę lat. Wpadli do mnie wczesnym popołudniem na kawę.  Muszę przyznać, że choć Mariusz jest przegięty, choć śmieje się ściągając usta w kurzą dupkę, choć jest mało atrakcyjny, to jest bardzo wesoły, błyskotliwy i ma niesamowite poczucie humoru. Uśmiałem się dzisiaj z jego opowieści. Nasz pierwszy kontakt przed paru laty, telefoniczny, również był bardzo ciekawy. Mój kolega Michał jest cenionym lekarzem klinicystą. Kiedyś spotykaliśmy się – aspirował do bycia moim narzeczonym. Z narzeczeństwa nic nie wyszło, ale zakumplowaliśmy się. Tak się jakoś złożyło, że niedługo po tym, jak Michał zaczął się spotykać z Mariuszem, moja koleżanka poprosiła mnie o załatwienie jej konsultacji u niego. Michał to bardzo fajny, uczynny człowiek i chętnie się zgodził na tę konsultację. Wysłałem mu sms z podziękowaniem: „Misiu dziękuję Ci bardzo. Słodziak jesteś”. Tylko tyle. Jakąś godzinę później telefon zadzwonił, spojrzałem na wyświetlacz i zobaczyłem, że dzwoni Michał. Odebrałem i… usłyszałem krzyk: „Odpierdol się od mojego faceta!”. Ktoś wydzierał się do słuchawki, zachodząc w falset. No darł się niemiłosiernie wyzywając mnie od najgorszych. Od razu zorientowałem się, że jestem obiektem szalonego porywu zazdrości. Słyszałem jak Michał próbował mu odebrać telefon, ale mu się nie udawało. Rozłączyłem się. Po jakichś pięciu minutach telefon znowu zadzwonił, na wyświetlaczu znowu Michał. Odebrałem licząc na ciąg dalszy obsypywania girlandami splecionymi z przekleństw, ale dla odmiany sam właściciel numeru zadzwonił, żeby mnie przeprosić. To była komedia. Spotykam się czasem z Michałami. Zawsze uśmieję się serdecznie z opowieści Mariusza, z jego połamanych nadgarstków, z buzi w ciup, głosu w emocjach zachodzącego w falset. Niezła z niego awanturnica. Mówię do niego „Mania” i jestem jedyną osobą mogącą bezkarnie tak do niego mówić. Przypomniałem mu dzisiaj ten nasz pierwszy telefoniczny kontakt. Ściągnął usta w kurzą dupkę i powiedział:
- Ja przeklinałem? Ja?
- No tak, wyzywałeś mnie słowami, jakich nigdy wcześniej nie słyszałem – powiedziałem.
- Ja taka dama i takie słowa?! – zachichotał.
- Jak widać nawet damie może się przydarzyć - roześmiałem się.
- Ja byłem o ciebie zazdrosny, bo Michał tak dobrze o tobie mówił – zwierzył się.
A już kompletnie rozwaliło mnie to, co powiedział o Michale. Michał ma czterdzieści cztery lata i jest wciąż bardzo przystojny. Mariusz „Mania” ma dziesięć lat mniej, ale niestety o nim nie da się tego powiedzieć. Że przystojny. Wypalił dziś, że Michał się starzeje. Odpowiedziałem mu, że nic podobnego, że fajnie wygląda. Na to „Mania”:
- No popatrz na niego. Starzeje się.
- Mania, co Ty opowiadasz, babolu! Michał fajnie wygląda! – powiedziałem. Michał ze stoickim spokojem przysłuchiwał się tej rozmowie, a w jego oczach widać było błyski wesołości.
- Ale ty nie musisz z nim współżyć – powiedział „Mania” krzywiąc się. Położyłem się ze śmiechu. Oni też, zaraz po mnie. „Mania” ma doktorat z ekonomii, a wychodzi z niego czasem taka idiotka. Ku mojej radości.

środa, 3 września 2014

Dawno, dawno temu...

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami... Szarooki wrócił z dwutygodniowego zagranicznego wyjazdu. Zadzwonił, że zaraz ojciec odbierze go z lotniska, pojedzie tylko odświeżyć się i zostawić rzeczy, i zaraz potem przyjedzie do mnie. Tak się złożyło, że miałem wtedy kilka dni wolnego i pojechałem do Mamy w góry. Powiedziałem mu, że doczekać się wprost nie mogę, żeby go zobaczyć, ale jestem u Mamy do końca tygodnia. Powiedział, że nie szkodzi, że przecież to tylko parę dni. Po godzinie zadzwonił, że zostawił rzeczy w domu i siedzi w samochodzie. Zdziwiłem się trochę i zapytałem, czy coś się stało, że musi już gdzieś jechać. Powiedział, że jechać nie musi, ale bardzo chce, tylko nie wie, czy go zaproszę. Zapytałem Mamę, czy nie będzie miała nic przeciwko temu, gdyby mój przyjaciel przyjechał na 2,3 dni. Zgodziła się, choć zachwycona nie była. Cztery godziny później zapukał do drzwi mojego rodzinnego domu. A po kolejnej godzinie szturmem zdobył sympatię mojej Mamy. Bardzo go polubiła. A on ją. Potem mówił mi śmiejąc się, że nie spodziewał się, że „teściowa” to taka fajna babka. Moja Mama zaprosiła go na Święta i Sylwestra. Rzeczywiście przyjechał 27 grudnia na trzy dni. Wyjechał 30 wieczorem, bo w Sylwestra rano pracował. W Sylwestrowy poranek ja też wyjechałem i wieczór sylwestrowy spędziliśmy razem. Potem był jeszcze kilka dni w lutym. Matkowała mu trochę, dogadzała. Zaprosiła na wakacje w lipcu. Miał zamiar przyjechać na 2 tygodnie, ale nie udało się… Wspomniała o nim kilka razy. Nawet ostatnio w lipcu:
- Ciekawe, co u Mariusza? To taki fajny, dobry chłopak…
Powiedziałem, zgodnie z prawdą, że kontakt z nim mi się urwał, ale wiem, że awansował i przeprowadził się na drugi koniec Polski.
- Wiesz, jak to jest – powiedziałem – nowa praca, nowi ludzie, nowe środowisko, nowe znajomości. Musiał sobie jakoś tam zorganizować życie, pozawierać nowe przyjaźnie. Na stare już pewnie ani głowy ani czasu nie ma…
- No tak...
- Lubiłam go – powiedziała po chwili
- Ja też go lubiłem i lubię nadal, ale cóż, życie – uśmiechnąłem się.
- No tak...
Choć nigdy o tym nie wspomniała, jestem pewny, że wiedziała…