piątek, 31 października 2014

Cukierek albo psikus

Te halloweenowe zwyczaje, które starają się zagnieździć w naszej kulturze, zadziwiły mnie dzisiaj dwudziestoma grupami dzieciaków pukających do moich drzwi i żądających cukierków. Wydałem niemal wszystkie słodycze jakie miałem i zostały mi już tylko moje ulubione cukierki eukaliptusowe, których nie oddam. Nie ma mowy. Już sama myśl o oddaniu tych cukierków budzi we mnie chęć odwetu:-) Jestem zdecydowanym przeciwnikiem Halloween, ale daję dzieciakom cukierki, bo nie chcę im robić przykrości. Raz w roku mają możliwość samodzielnego uzbierania słodyczy i objedzenia się nimi aż do torsji, więc korzystają. Ale cukierków eukaliptusowych nie dam!

Confession

Muszę się przyznać do czegoś strasznego. Dwa lata temu, będąc miesiąc na zwolnieniu lekarskim po operacji, zrobiłem coś okropnego. Od tego czasu minęły dwa lata, a ja wciąż nie mogę uwierzyć, że to zrobiłem. Obejrzałem Magdę M! Cały serial od pierwszego do ostatniego odcinka! Oglądałem po kilka odcinków dziennie, bo wkręciłem się w ten serial jak jakaś cholerna pensjonarka. Moim jedynym usprawiedliwieniem może być tylko pooperacyjna trauma i nuda. Upadłem bardzo nisko, przyznaję. Pocieszam się jednak myślą, że nie sięgnąłem dna, bo dnem byłoby wkręcenie się w fabułę latynoamerykańską. Znaczy jakaś nadzieja dla mnie jeszcze jest. Uczciwie muszę przyznać, że ten serial, a właściwie dwoje protagonistów kreowanych przez Brodzik i Małaszyńskiego, dostarczyło mi mnóstwo rozrywki i śmiechu. Widok Brodzik zagrywającej się nieporadnie budził u mnie salwy śmiechu. Bezwstydnie powiem, że choćby z tego powodu warto ten serial obejrzeć. Niniejszym rozgrzeszam się z grzechu wkręcenia się w fabułę Magdy M. 

czwartek, 30 października 2014

Dyżurny szofer

Rozśmiałem się przed chwilą perliście po przeczytaniu smsa od Maryśki. Przeprasza mnie w nim mianowicie za to, że rozporządziła dziś moim samochodem. Zrobiła tak w istocie. Zdziwiłem się trochę widząc, że do mojego auta prawymi drzwiami załadowała się Maryśka, a lewymi Marika. Maryśka z promiennym uśmiechem poinformowała mnie, że Marika się z nami zabiera i mam ją wysadzić po drodze. Ok, pomyślałem, nie będę się czepiał pierdół, czyli tego, że nikt mnie o zdanie nie zapytał, ani zwyczajnie nie poprosił. Chętnie podwożę, ale nie lubię być traktowany jak dyżurny szofer. Maryśka przed chwilą wykoncypowała, że chyba jednak wypadało przynajmniej zapytać. Lepiej późno niż wcale. Odpisałem jej, że jest ok, bo autentycznie rozbawiła mnie pisząc, że „zaproszenie Mariki do Twojego auta Adaś było przyjacielskim odruchem”.

środa, 29 października 2014

Z Tobą odeszły Anioły

Od kilku dni chodziło za mną pytanie, o co w tym wszystkim chodzi. I wiem. Odkryłem, że gdzieś głęboko w środku mnie żyła nadzieja, że tamten szczęśliwy czas powróci, że Szarooki i ja będziemy znowu razem. Moje naiwne, głupie i tęskniące za nim serce nie chce przestać się łudzić i nie chce pozwolić mu odejść, broni się przed tym i protestuje. Nie chce przyjąć do wiadomości, że on zepchnął naszą historię tam, gdzie jest jej miejsce – w przeszłość. Bo życie toczy się dalej. I nie zmienią tego sercowe szlochy i tupanie nóżkami…

Z tobą odeszły Anioły. Mam nadzieję, że kiedyś powrócą…


poniedziałek, 27 października 2014

Nemezis (2)

Odwiedziłem wczoraj panią Zosię, która z wypiekami na twarzy zrelacjonowała mi konsultację neurochirurgiczną, którą miała kilka dni temu.

Wynik konsultacji neurochirurgicznej według pani Zosi:

- Byłam u takiego młodego chłopaka, gdzieś w twoim wieku. Pooglądał tę płytkę z tomografią. Widziałam to wszystko na monitorze. Pooglądał i powiedział, że nie ma co się śpieszyć.
- Z czym nie ma się co śpieszyć pani Zosiu? - zapytałem
- No nie ma się co śpieszyć.
- Z operacją?
- Nie, z rezonansem.
- Czyli neurochirurg zlecił rezonans?
- No zlecił. A po co zlecił, skoro miał na płytce tomografię?
- Bo rezonans jest czulszy od tomografii i dla pewności zlecił.
- Aha.
- Pani Zosiu przykro mi, że muszę panią rozczarować, ale niech się pani nie nastawia na operację, bo żadnej operacji neurochirurgicznej nie będzie. Gdyby cokolwiek się działo widać by to było na tomografii i neurochirurg powiedziałby pani, że coś się dzieje.
- Dzieje się, bo zapytał mnie, czy jak mnie głowa boli, to oczy mi łzawią.
- I co mu pani powiedziała?
- Że łzawią.
- Pani Zosiu litości! Dlaczego wprowadza pani lekarza w błąd mówiąc, że pani oczy łzawią, jak oczy pani nie łzawią!
- Ale łzawią. No popatrz.
Popatrzyłem. Oczy oczywiście nie łzawiły.
- Pani Zosiu oczy pani nie łzawią. Zresztą to nieistotne, bo z łzawieniem bądź nie i tak operacji nie będzie.
- Zapytałam go co z tą operacją – relacjonowała dalej niezrażona pani Zosia – popatrzył na mnie i zapytał o jakiej operacji mówię, to mu powiedziałam, że o operacji głowy. Znowu na mnie popatrzył i powiedział, że żadnej operacji nie będzie, bo wszystko jest ok. No to go zapytałam, po co w takim razie ten rezonans?
- I co pani odpowiedział?
- Że dla pewności.
- No widzi pani, więc chce dokładnie sprawdzić. Niech mi pani powie, co to było z ta neurolożką? Ona powiedziała pani, że będzie potrzebna operacja?
- No powiedziała, że mam rozważyć kolejną operację głowy.
Pani Zosia przypomniała sobie ten szoł przychodniano - szpitalny który zrobiła i ciarki ją przeszły.
- Wkurzona jestem na nią, bo jak można tak człowieka straszyć niepotrzebnie – skonstatowała pani Zosia – jeśli trzeba będzie głowę znowu operować, to myślę, że się zgodzę.
- Pani Zosiu ja na pani miejscu nie robiłbym sobie nadziei na operację, bo żadnej operacji nie będzie, jak pani powiedział neurochirurg.
- Ale ty głupio gadasz – powiedziała na to pani Zosia – przecież czwartej operacji bym nie przeżyła.
- No to ma pani to zmartwienie z głowy, bo neurochirurg powiedział, że operacji głowy nie będzie.
Pani Zosia trochę się stropiła, bo chyba miała ochotę na malutką operacyjkę:-) Jeśli pani Zosia zaplanowała jakąś operacyjkę dla siebie, to z pewnością coś wymyśli, żeby dopiąć swego. Skoro na neurochirurgiczną operację szans nie ma, to może w ramach innych specjalizacji się uda. Pani Zosia wspomniała coś o laryngologu i zapaleniu zatok. Moją uwagę, że gdyby miała zapalenie zatok, na tomografii byłoby to widoczne, puściła mimo uszu. A to może oznaczać, że jakiś laryngologiczny planik w głowie pani Zosi już kiełkuje…

sobota, 25 października 2014

Happy Birthday Szarooki

Nic już nie jest takie, jak dawniej, jak wtedy, kiedy byliśmy razem. Ja też się zmieniłem. Kilka zdarzeń zostawiło niezatarty ślad we mnie. Wśród nich rozstanie z Tobą, później z Tomkiem, Twoja przeprowadzka na drugi koniec Polski, nagła operacja. Twoja przeprowadzka do Szczecina bardzo mnie zabolała. Twoja obecność tu w tym mieście była dla mnie bardzo ważna, bo dawała mi poczucie, że jesteś obok, blisko - łączyło nas to miasto. Twój wyjazd sprawił, że poczułem się tak bardzo opuszczony, samotny, wręcz zdradzony. Wiem, że wyjechałeś, bo byłeś tu nieszczęśliwy i chciałeś odmienić swoje życie. Udało Ci się. Podglądam Cię na FB i wydaje mi się, że ostatnio ktoś się w Twoim życiu pojawił i nie jesteś już sam. Cieszę się. Wiele przeżyłeś. Obaj wiele przeżyliśmy… Mam nadzieję, że ten ktoś doceni, jak pięknym, wyjątkowym człowiekiem jesteś, jak bardzo wrażliwym, dobrym, oddanym, opiekuńczym i kochającym. Czasem bardzo mi Ciebie brakuje i tęsknię. Tak dobrze się rozumieliśmy. Byliśmy pokrewnymi duszami. Dobrze nam z sobą było: tak radośnie, miłośnie i szczęśliwie… Jestem Ci za to ogromnie wdzięczny. Wciąż wierzę, że miłość mnie jeszcze odnajdzie…

Niedawno zwróciłem uwagę na jednego takiego z brązowymi oczyma. To Twój kolega z uczelni, na pewno go znasz i pamiętasz. W zasadzie to on zwrócił moją uwagę na siebie i… tyle. Nic się więcej nie zadziało. Ta historia, którą rozdmuchałem w sobie z drobiazgów, otworzyła starą ranę. Ten Twój kolega ze studiów odebrał mi spokój. Weź mu nagadaj:-) To minie, wiem. W sumie jest ok. Nie jestem nieszczęśliwy, a to bardzo wiele. Prowadzę normalne życie. Tylko czasem… Czasem wydaje mi się, jakbyśmy widzieli się wczoraj, a czasem jakbyś był tylko snem… Chciałbym jeszcze kiedyś usłyszeć Twój głos i popatrzeć Ci w oczy. Czy spotkam Cię jeszcze kiedyś? Obawiam się, że nie.
Byłem u Jenny. Niedawno pojechałem tam pierwszy raz po naszym rozstaniu i ostatnio często tam wracam. Byłem tam też dzisiaj, w Twoje urodziny. Bardzo lubię to miejsce, bo tam czuję Twoją obecność tak wyraźnie, jakbyś dopiero co zniknął za zakrętem alejki, a Twój zapach wciąż jeszcze unosił się w powietrzu… To miłe i ciepłe wrażenie, pozbawione elementów katorżniczych:-) Śmiała Jenny i nieśmiały John miewają się dobrze.

Mariusz, mój drogi, uśmiecham się do Ciebie obejmując Cię myślą, bo tylko tak mogę. Uważaj na siebie.


piątek, 24 października 2014

Głowa vs serce

Wczoraj Kolega wspierający zapytał mnie w rozmowie, czy rozprawiłem się z Brązowookim. Temat Brązowookiego „odpoczywał” i dochodził w ciągu ostatniego tygodnia. Niewiele o nim myślałem ostatnio. Co z Brązowookim? 

Głowa twierdzi, że gdyby on był zainteresowany, zrobiłby coś, żeby się zbliżyć. Skoro nie podjął żadnych działań, to znaczy, że zainteresowany nie jest. Argumenty twarde, muszę przyznać. Serce natomiast, w opozycji do głowy, twierdzi, że to nie koniec, ani nawet nie początek. Serce uważa, że on znalazł się na mojej drodze w jakimś celu i ten cel wcześniej, czy później się objawi. Jeśli zaś chodzi o podejmowanie działań, to serce uważa, że to ani tak proste, ani tak oczywiste, jak twierdzi głowa. I tu muszę się z sercem zgodzić. Wiem z autopsji, że z tym podejmowaniem działań to różnie bywa, bo obawa przed odrzuceniem czasem jest tak mocna, że odbiera odwagę. Do tego dochodzi jeszcze jedna istotna okoliczność, której tu analizował nie będę. Nie czekam na niego. Co będzie miało być, to będzie – jeśli będziemy mieli się odnaleźć, to się odnajdziemy. Podoba mi się to, że ciśnienie martyrologiczno – katorżnicze zeszło i pojawiła się, obok chuci, taka zwyczajna ludzka sympatia do niego. W tej jednej kwestii serce dogadało się z głową. Polubiłem go. To takie polubienie na kredyt, bo przecież go nie znam. Na dzisiaj zostawiam to. Czas pokaże, czy coś się zmieni. Niech ewentualne zadzianie się czegoś między nami będzie miłą niespodzianką. Serce w tym momencie powiedziało: „Oj będzie, będzie niespodzianka!”, a głowa stonowała serce mówiąc „Ciiiii”. Znaczy jakaś równowaga się pojawiła.
***
Szarooki
On wciąż budzi emocje. Nie ma w tym nic patologicznego, bo On był moim emocjonalnym Czomolungmą. To wszystko wyjaśnia. Lubię Go powspominać, lubię powspominać najszczęśliwszy jak dotąd okres mojego życia. Żyję tu i teraz, ale lubię przypomnieć sobie, że dane mi było kochać niezwykłego Człowieka i być przez Niego kochanym. Brakuje mi Go czasem i tęsknię. To też nic patologicznego, bo ci, których kochałem, choć nie są już częścią mojego życia, żyją jednak w moim sercu.

piątek, 17 października 2014

Dyplomacja

Maryśce coś się popieprzyło i uznała, że jesteśmy przyjaciółmi. Całe szczęście, że nie bierze mnie pod uwagę jako ewentualnego partnera życiowego, bo to by dopiero była jazda. Maryśka, na szczęście dla mnie, mierzy wysoko. Jej ambicje mógłby zaspokoić jedynie prezes firmy lub dyrektor, ewentualnie właściciel prywatnej firmy, ale dochodowej. Maryśka bez ustanku trzepie jęzorem nie kontrolując tego, co jej się z buzi sypie, ale fizjonomię ma ładną, choć nieskalaną żadną myślą. Adoptowała mnie na przyjaciela i wprosiła się na kawę - niedawno wyszła. Musiałem wysłuchać dwugodzinnego monologu o nieszczęściach, które ją opadły i nękają. Dziewięćdziesiąt procent tych nieszczęść to jej urojenia, osiem procent sama powoduje, a dwa procent to rzeczywiste kłopoty od niej niezależne. Wysłuchałem tych zwierzeń. Ta moja nadmierna empatia przysparza mi jednak czasem niezbyt pożądanych wrażeń. Poradziłem jej na tyle, na ile mogłem. Jeśli będę mógł pomóc, pomogę. Ale drugi raz takiej dawki zwierzeń nie zmogę. Byłem dyplomatą. A dyplomata to ktoś, kto spławia w taki sposób, że spławiany cieszy się na tę podróż. Więc tak spławiłem Maryśkę z jej zwierzeniami, a ona ucieszyła się na tę podróż. Powiedziałem jej mianowicie, że chętnie jej pomogę w rzeczywistych problemach, o ile będę w stanie, ale nie znam się na tych wszystkich kobiecych egzystencjonalnych sprawach i z tymi powinna zwrócić się do kobiety. Ma przecież psiapsióły, te, z którymi tak pytluje symultanicznie. Któraś z nich na pewno jej wysłucha. Maryśkę olśniło i postanowiła tak zrobić. Lubię ludzi, jestem życzliwy, pomagam, jeśli jestem w stanie pomóc. Wiele razy pomogłem Maryśce, choć odwdzięczała się za to obmową. Ale jej egzystencjonalnych zwierzeń nie zmogę! Wysłuchiwanie, że kupiła poradnik psychologiczny, jak znaleźć bogatego faceta i ten poradnik nie działa, to ponad moje siły! Sorry. 

czwartek, 16 października 2014

Twardy reset

Życie czasem robi nam twardy reset stawiając nas w obliczu zagrożenia zdrowia a nawet życia. Choroba to twardy reset, który kalibruje naszą optykę, wskazując, co naprawdę jest ważne. ŻYCIE. Co znaczą zawiedzione nadzieje, rozczarowania, jakieś żale, w obliczu zagrożenia zdrowia i/lub życia. Naprawdę niewiele. Życie to największa wartość jaką posiadamy. Jest takie kruche i delikatne. Dwa lata temu poczułem smak lęku o życie. Znalazłem się na stole operacyjnym z ostrym wyrostkiem. Sama appendektomia nie jest operacją bardzo skomplikowaną, ale to sprawa drugorzędna, bo przecież już sam fakt nagłego znalezienia się na stole operacyjnym jest niezwykle traumatyczny. Nie byłem sedowany przed narkozą, więc pamiętam wszystko doskonale. Pamiętam ten obezwładniający strach o życie, pamiętam anestezjologa pochylającego się nade mną, patrzącego mi w oczy i mówiącego, żebym się nie martwił, bo zaintubuje mnie tak, że nawet gardło mnie po ekstubacji nie zapiecze. Pamiętam kątem oka widzianą fiolkę z lekiem i pielęgniarkę pytającą anestezjologa, czy tyle będzie ok i… film mi się urwał. Nie pamiętam, jak mnie wybudzali. Pielęgniarka mi później mówiła, że ładnie się wybudzałem, tak spokojnie. Nie pamiętam tego. Rzeczywistość zacząłem sklejać dopiero na sali pooperacyjnej, a i to tylko w jakimś stopniu, bo pompowali we mnie opioidy przeciwbólowo. Pamiętam mojego brata stojącego przy moim łóżku.

To wydarzenie zostawiło wyraźny ślad w mojej psychice i ledwo widoczny na moim ciele. Mam na podbrzuszu, po prawej stronie, niemal niewidoczną kreskę, jakby ślad po zadrapaniu paznokciem. Blizna pooperacyjna. Muszę przyznać, że chirurg, która mnie operowała, zszyła mnie mistrzowsko. Dziś minął drugi rok od tamtych traumatycznych wydarzeń. To był twardy reset. Dzisiaj, dziękując Bogu za życie i zdrowie, celebruję życie. Bo jest piękne!

środa, 15 października 2014

Gdybyśmy...

Pojechałem sobie dziś do parku, posiedzieć nad stawem i pobyć w ładnych okolicznościach przyrody. Bardzo lubię to miejsce. Idąc tam kupiłem nawet bułki dla ptactwa wodnego. Posiedziałem na ławeczce, porozmyślałem. Przedwczoraj widziałem jaki Brązowooki potrafi być fajny. Nie, nie dla mnie. Zanim minąłem się z nim, spotkałem się na uczelni z moją koleżanką z roku. Lubiliśmy się, choć nie byliśmy jakoś blisko. Chwilę porozmawialiśmy miło. Podchodząc do mojej Pani Profesor, u której robiłem specjalizację, minąłem się z Brązowookim, który podszedł do tej mojej koleżanki z roku, wesoło się z nią przywitał i coś tam sobie radośnie gadali. Znają się i chyba lubią – w każdym razie tak to wyglądało. Głupie to, ale poczułem zazdrość, że zna się z nią i jest dla niej fajny, a dla mnie… w ogóle nie jest. Jestem rozczarowany, zawiedziony i jest mi naprawdę przykro. Siedziałem sobie na tej „naszej” ławeczce i pomyślałem, że chciałbym, żeby Mariusz Szarooki tu teraz był. Widząc, że się smucę, przytuliłby mnie i powiedział: „Nie martw się! Damy radę!”. I wszystko stałoby się prostsze.
- Jenny wiem, że wolałabyś, żeby zamiast mnie, on tu teraz był. Wierz mi, ja też bym chciał, żeby tu teraz był. Czas jednak Jenny, żebyśmy ty i ja, uświadomili sobie i zaczęli godzić się z tym, że on się już tu nie pojawi. Nie jesteśmy już częścią jego życia - jesteśmy jego przeszłością. Trzeba się z tym pogodzić. W pewnym sensie jesteśmy na siebie skazani Jenny, więc bądźmy dla siebie mili.
Jenny jakoś niespecjalnie przejęła się tym moim monologiem wewnętrznym skierowanym do niej. Ale ona już tak ma, że niechętnie okazuje emocje.

Smutno mi, ale to minie. Minie rozczarowanie Brązowookim i zawiedziona nadzieja, minie w końcu też żałoba po Szarookim. Czas litościwie się z tym rozprawi…

wtorek, 14 października 2014

Przezroczysty

Jestem przezroczysty. Muszę być, skoro on spojrzał na mnie jakbym był przezroczysty. Nawet nie mam mu tego za złe – szanuję jego prawo wyboru. Zastanawiam się, jak bardzo nierozsądny jestem, jak bardzo naiwny, że pozwoliłem nic nie znaczącym drobiazgom poruszyć moje serce i wzbudzić nadzieję. Mam sobie to za złe. Czuję się zażenowany swoją naiwnością. I zawstydzony. I przezroczysty.  

Poinauguracyjne refleksje

Byłem na inauguracji roku akademickiego w mojej Alma Mater. Spotkałem się z moją Panią Profesor, porozmawialiśmy, co bardzo mnie ucieszyło. Wysłuchałem mistrzowskiego wykładu inauguracyjnego o sztuce i miłości. Minąłem się z Brązowookim. Uśmiechnąłem się do niego i ukłoniłem się – odkłonił się z uśmiechem. Miałem wrażenie, że mnie nie poznał. Trzeba stanąć w prawdzie – zainteresowałem się człowiekiem, dla którego nie istnieję. A raczej zaistniałem jedynie epizodycznie. Podobałem mu się, widziałem to, ale nic więcej się nie wydarzyło i nie wydarzy, wiem to, bo on ma swój plan na życie i w tym planie nie ma miejsca dla mnie. Boże mój, trzeba to z siebie strząsnąć i pójść dalej. Zastanawiam się, dlaczego zwracam uwagę na facetów, którzy tak naprawdę są poza moim zasięgiem. A nawet jeśli w zasięgu, to z powodu ich uwikłania w różne sprawy, powinienem od nich uciekać jak najdalej. Zastanawiam się też, co we mnie jest takiego, że facetów uwikłanych przyciągam wręcz jak magnes. Zastanawiam się, skąd bierze się we mnie ta naiwność. Czy ja wiem zresztą czy to naiwność?  Może masochizm? A może po prostu nadzieja, która żyjąc we mnie, rani mnie. Odzieram się ze złudzeń i paradoksalnie przynosi mi to jakąś, niewielką co prawda, ale jednak ulgę. 
Dzisiaj zidentyfikowałem się z moim ulubionym blogerem Piotrem Braisem/Koderem (Po co bloguję) i powtórzę za Nim: ten blog to jakieś lekarstwo, jakiś sposób na samotność. Samotność, w którą jestem uwikłany z powodu oczu brązowych i szarych... Czy ten lek działa? Nie bardzo. Choć możliwość „wygadania” się na blogu działa do pewnego stopnia oczyszczająco. Jest to jakiś niewielki, ale jednak, wentylek, przez który można spuścić trochę emocji. "Dobre i choć co" - jak mawia się u mnie w górach.

Jestem otoczony ludźmi, jednak od 6 lat, odkąd straciłem Szarookiego, jestem samotną wyspą. Nikt dotąd tego nie zmienił, nawet Tomasz Niebieskooki w ciągu tych naszych wspólnych 13 miesięcy. Szarooki wciąż tak wyraźnie żyje we mnie, bo to, co było między nami, choć trwało zaledwie 15 miesięcy, było spełnieniem moich marzeń o miłości i byciu dla siebie. Być może nigdy już nie pokocham tak ufnie, bo ta ufność odeszła razem z Nim. I kawałkiem mojej duszy. Nie, nie ograbił mnie - zostawił mi w zamian kawałek swojej duszy…

poniedziałek, 13 października 2014

GROZA symultanicznie potrojona

Dzisiaj po raz kolejny dane mi było ujrzeć zjawisko niezwykłe, które choć cykliczne, niezmiennie budzi mój respekt. Zjawisko magiczne, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Trzy kobiety pytlujące jęzorami symultanicznie. Zasypujące się mnóstwem informacji jednocześnie, z szybkością karabinów maszynowych i ogarniające to bez problemu. Ja po trzech słowach wypowiedzianych jednocześnie przez wszystkie trzy, zupełnie się tracę i odnaleźć się nie potrafię. Nie, nie żałuję, że tak się dzieje, bo niezmiernie rzadko mają do powiedzenia coś wartego uwagi. I to zarówno solo, jak i w tercecie. Obserwowałem dzisiaj jak trzepały jednocześnie łozorami, z zachwytem wypuszczając z ust serie słów, dla nich pełnych treści. Z zaangażowania włożonego w tę wymianę informacji oraz wyrazu ich twarzy domniemywałem, że plotkowały. Nie przesadzę ani trochę mówiąc, że wszystkie trzy są tak wysublimowane, że aż łatwo to przeoczyć. U każdej z nich zjawisko mielenia jęzorem jest wartością stałą, bo każda wypuszcza z siebie kaskady słów bez ustanku, od rana do nocy, przerywając to bombardowanie jedynie spaniem, choć nie zdziwiłbym się ani trochę, gdyby gadały też przez sen! Samonapędzające się perpetuum mobile! Każda z nich mogłaby gadaniem zabić! A jak się spotkają, siła rażenia ulega potrojeniu. Całe szczęście, że nie są świadome tego, że gdyby chciały, mogłyby jęzorami rozgruzować połowę miasta (same nie odnosząc najmniejszych obrażeń), bo jeszcze którejś z nich przyszłoby do głowy, żeby to wypróbować. A jak jedna rozpuszcza łozór, to pozostałe czują konieczność nie do przezwyciężenia, żeby się dołączyć. I nieszczęście dla połowy miasta gotowe. W tym symultanicznym entuzjastycznym przekazie one doskonale się łapią. Wiem, bo sprawdziłem. W drodze z pracy przepytałem jedną z tych Czarodziejek – Maryśkę. Czarodziejka Maryśka zreferowała mi szczegółowo, co która z nich mówiła. Zrobiła to z radością i nieskrywaną satysfakcją, że może się tymi rewelacjami ze mną podzielić. Uważam, że zjawisko owo dla mnie zupełnie niezrozumiałe i niedostępne, musi być zjawiskiem magicznym. To musi być magia, skoro Maryśka się w tym z łatwością łapie! A te rewelacje, które tak radośnie sobie przekazały w trzygłosie… Pierdoły takie, że aż żal słuchać. Kobiety pytlujące jęzorami symultanicznie – zjawisko budzące GROZĘ!

niedziela, 12 października 2014

Zestaw masakracyjny

Zastanawiam się, czy tylko ja jestem tak destruktywny, czy może każdy ma taki zestaw. Popytałem nawet koleżeństwo w pracy. I okazuje się, że większość koleżeństwa taki zestaw posiada. Zestaw masakracyjny, którego w zasadzie należy unikać. Trzonem zestawu jest posiadająca największą siłę rażenia muzyka masakracyjna. Piosenki przywołujące, piosenki utrwalające i piosenki odbijające. Króciutko omówię dla przejrzystości. Piosenki przywołujące – związane z jakimś wydarzeniem, najczęściej smutnym, z jakąś utraconą osobą, tzw. „nasze piosenki”. Ustawiają target, przywołują tęsknotę, smutek, poczucie straty. Żeby ten stan za szybko nie minął, ordynuje się sobie piosenki utrwalające. To piosenki ogólnie zasmucające, skłaniające do rozczulenia się nad przemijaniem, np. Zamiast E. Geppert, i inne w tym klimacie. Świetnie utrwalają doła. Sprawiają, że target doła (konkret), przechodzi na wyższy poziom – ogólnoegzystencjonalny. Piosenki odbijające w zestawie masakracyjnym pełnią rolę ratunkową. Jak już następuje przesyt delektowania się dołem, zapodanie sobie piosenki odbijającej podnosi nastrój i jest starterem powrotu do równowagi. Każdy ma swój zestaw masakracyjny. Zazwyczaj go unikamy, ale czasem serwujemy go sobie. To zadziwiające, ale zestaw masakracyjny może mieć działanie terapeutyczne, ponieważ pozwala wyzwolić emocje, przeżyć je, przerobić w sobie. Na mnie tak to działa. Mam swój zestaw masakracyjny. Używam go bardzo rzadko i z umiarem, bo łatwo można przedawkować, a wszelka przesada jest niewskazana.

Szybka akcja

Już wiem, jak to jest mieć obcałowany zadziec. Dowiedziałem się wczoraj. Mój wciąż jeszcze zgrabny tyłek został obcałowany przez Marikę i Maryśkę. Obcałowały w ramach naprawy stosunków po awarii (post: Odświeżająca odmiana). Wybaczyłem. Maryśka i Marika są niezwykłe, ale lubię je – nikt w pracy nie potrafi mnie tak rozbawić jak one. W przeciwieństwie do Aśki, strasznego babola. Aśka to intrygantka, bardzo nielubiana, której na przykład Maryśka i Marika boją się straszliwie. Mnie też Aśka porządnie zaszła za skórę i nie lubię jej. Niezbyt dokładnie to ukrywam i chyba dlatego jestem jedyną osobą, oprócz szefostwa, przed którą Aśka czuje respekt. Prawdopodobnie z tego powodu czasem miewa zrywy kumpelstwa, wprawiając mnie tym w zdumienie  i niesmak. Wczoraj miała taki zryw i źle trafiła. Rozmawiałem z kolegą o jego prywatnej sprawie, podeszła i wcięła się w rozmowę swoim komentarzem. Głupim. Obudziła drzemiącą we mnie zimną sukę, która warknęła: „Rozmawiam!”. Ton musiał być naprawdę miażdżący, bo syknęła mi wściekła: „Nie musisz patrzeć na mnie z taką nienawiścią!” i odeszła. Pisałem w którymś poście, że lubię ludzi. Lubię, tak bez naiwności. Jednak jest kilka osób, do których czuję niechęć, m.in. właśnie Aśka straszny babol. Te osoby ciężko na tę moją niechęć zapracowały. Nie robię sobie z tego powodu wyrzutów…

A fe!

To ten blog nie jest hetero??? A fe! 

No nie jest, nie jest. Ktoś tam jednak podgląda ukradkiem z wypiekami na twarzy, komentując w głowie…

Ta piosenka nastraja mnie optymistycznie. Jeszcze nie jeden raz!


sobota, 11 października 2014

Dylemat

W poniedziałek jest inauguracja roku akademickiego na mojej Alma Mater. Wiem, że będzie na tej inauguracji Brązowooki. Będzie też bardzo ciekawy wykład inauguracyjny. Mam dylemat, czy pójść na tę inaugurację, czy nie. Skłaniam się ku opcji „pójść”, bo chcę zobaczyć Jego pyszczek i przypomnieć Mu o moim istnieniu. Chcę zobaczyć, jak się dyskretnie spłoszy, jak mnie zobaczy. Pójdę w roli kusiciela:-) Okropny jestem, ale ciągnie mnie do Niego. Chcę Go. I wykład bardzo ciekawy będzie. Pójdę.

Drzemiąca zimna suka

Mam w sobie drzemiącą zimną sukę. Zazwyczaj drzemie i jakby jej w ogóle nie było. Tylko czasem się budzi, tryb zimna suka się włącza i wtedy... kurz i wiater, albo jeśli ktoś woli, siwy dym i białe sadze. Jednym pierdnięciem wyrywa język albo prozaicznie kastruje delikwenta, zanim ten w ogóle połapie się, co się dzieje. A jak nieco bardziej się uruchomi, szybkim ruchem pyska odgryza głowę. Błyskawiczny ruch i po sprawie - na zimno, bez pyskowania, bez ciskania się. Bach, ciach i posprzątane. Zdziwiony łeb toczy się po podłodze. Taka z niej zimna suka. No suczysko straszne. Ohydne, wredne i zimne. Ale cieszę się, że jest, bo bez niej byłbym kompletnie bezbronny. To moja sunia, oddana i wierna. Szarooki, pieszczotliwie zwany Szarym, obłaskawił ją tak, że nigdy nawet na Niego nie warknęła. Kłóciliśmy się czasem burzliwie aż ...rwy leciały, ale sunia wiedziała, że to Szary, odwracała się dupą do nas i tyle. Jakby chciała powiedzieć "Mnie w to nie mieszajcie!". Myślałem sobie, o ty suko. Ale ona mądra jest, swojego nie kąsa. Szary był swój, adoptowała Go. Sunia to również suka pasterska - jak trzeba, potrafi rozstawić towarzystwo po kątach. Dlatego grupa oddaje mi rolę przywódcy grupy. Wolę myśleć co prawda, że dzieje się tak dlatego, bo posiadam elementarne poczucie sprawiedliwości, empatię i nie jestem tchórzliwy, ale sunia ma w tym swój udział. Nie potrafię obojętnie patrzeć na krzywdę słabszych. Moja zimna suka dostaje wtedy skrzydeł i to już nie suka a smoczyca - odgryzione łby toczą się po podłodze, ręce i nogi roztrzaskują się na ścianach, jądra tudzież inne przydatki smętnie dyndają pod sufitem, urwane dupy walają się po kątach, a krew sika. Po prostu znęcanie się nad słabszymi budzi moją odrazę i bezwzględną reakcję. Dobra sunia. 

czwartek, 9 października 2014

Przeprowadzka

No i przeprowadziłem się. Znaczy przeniosłem bloga w całości na nowe konto. Mój niedoszły narzeczony, z którym jestem zaprzyjaźniony, znał poprzedni adres bloga, stąd ta przeprowadzka. Nie jestem z Nim aż tak blisko zaprzyjaźniony, żeby pozwolić Mu na dalszy udział w tym moim ekshibicjonizmie. Sorry.

poniedziałek, 6 października 2014

Odświeżająca odmiana

Mam kolegę w pracy, który czasem przyprawia mnie o ból głowy swoją werbalną nadruchliwością, że tak to eufemistycznie ujmę. Wpada do pracy i… oszaleć można. Robi tyle hałasu, tyle zamieszania, że po kilku minutach czuję się, jakbym kręcił się na jakiejś cholernej karuzeli. Jest w nim nieprzezwyciężona konieczność zabawiania całego świata. To zabawianie wygląda tak, że wpada i na maksymalnym nakręcie zaczyna podniesionym głosem nadawać różne cudowności i śmiać się z nich. Sam. Bo nikt więcej się nie śmieje. Jego ciało chce powiedzieć wszystko od razu, a że ma tylko jedne usta, dusi się chyba od nadmiaru niewypowiedzianych, cisnących się pod niewyobrażalnym ciśnieniem, słów. A tych słów jest tyle i ciśnienie takie, że gdyby miał dziesięć głów, wszystkie naparzałyby jednocześnie i każda mówiłaby, a w zasadzie krzyczała, co innego. Naprawdę oszaleć można z jedną jego głową, a gdyby miał ich dziesięć, byłby zagrożeniem dla ludzkości. Szczęśliwie praca przerywa to jego naparzanie. Staram się być wyrozumiały i tolerancyjny, ale taka ilość wykrzykiwanych pierdół jest po prostu irytująca. Zwłaszcza rano. Zauważyłem pewną prawidłowość: im bardziej pogoda niżowa i ludzie śnięci,  tym kolega jest żwawszy, a słowotok większy i głośniejszy.

W ogóle dzisiejsze przedpołudnie pełne było wrażeń. Najpierw kolega poraził mnie werbalną nadruchliwością, a później poraziły mnie Maryśka z Mariką. Błysnęły i oślepiły. Marika zwierzała się, że w listopadzie zamierza wziąć kilka dni urlopu i pojechać gdzieś z mężem. Mówiła to ogólnie do grupki osób. W tej grupce niestety byłem też ja. Zapytałem uprzejmie Marikę, gdzie się wybiera i odpowiedziała mi, cytuję: „A co cię to obchodzi”. Osłupiałem, bo moje relacje z Mariką były zawsze dobre. Powiedziałem: „No nie obchodzi. Tak tylko z uprzejmości zapytałem. Nie rozumiem Marika, skąd ta niegrzeczna odpowiedź”. Na to odezwała się Maryśka: „Teraz ty, mówiąc to byłeś niegrzeczny dla Mariki”. Marika pokiwała twierdząco głową. Wymiękłem i stwierdziłem, że nie będę boksował się z chamstwem, bo trzeba rzecz nazwać po imieniu. Odszedłem bez słowa. Jakiś czas potem Marika zreflektowawszy się chyba, że przegięła, łaskawie przemówiła do mnie, że jak wróci, to pokaże mi zdjęcia, na co powiedziałem chłodno: „Dziękuję, ale myślę, że nie będzie takiej potrzeby”. Zrobiłem też małą demonstrację po pracy. Maryśka stała w towarzystwie Mariki, czekając, żeby się ze mną zabrać. Przechodząc obok nich, nie patrząc na nie, rzuciłem w powietrze „Do widzenia” i ignorując je zupełnie, wsiadłem do auta i pojechałem. Nie byłem w nastroju do wysłuchiwania pierdół wysypujących się z ust Maryśki. A znając jej wyczucie, pewnie zaczęłaby mnie nauczać zasad grzeczności, a tego bym nie zmógł. Mogę przejść do porządku dziennego z różnymi jej wymysłami i głupotami, ale Maryśki jako wzorca etycznego nie ogarniam i nie akceptuję. A Maryśka lubi przybierać pozę jedynej sprawiedliwej. Pozę, która budzi mój, najczęściej niewerbalizowany, głęboki sprzeciw! Maryśka wróciła dziś do domu tramwajem. Połączenie ma świetne, bo bezpośrednie. Nie ma więc potrzeby użalania się nad nią, że się tramwajem przejechała… Odmiana działa odświeżająco…

czwartek, 2 października 2014

Seans

Wyświetliłem sobie wczoraj „Tajemnice Brokeback Mountain”. Pierwszy raz oglądałem go z Szarookim u mnie w domu. Byliśmy tak poruszeni tym filmem, że po zakończeniu seansu długo leżeliśmy w milczeniu patrząc na siebie. Myślałem: jak dobrze, że on jest, jak dobrze, że taki wyrozumiały, ciepły, dobry i kochający. Musiało być coś w moich oczach, bo nagle pogładził dłonią moją twarz i patrząc głęboko w oczy powiedział: „Nie myślałem, że można kochać aż tak”...  

Film wspaniały, ale nie polecam samotnego oglądania. To jeden z tych filmów, które ogląda się z kimś bliskim.

He was giving me wings to fly…


środa, 1 października 2014

Ałła

Byłem w niedzielę świadkiem rozmowy Pani Zosi i mojej Mamy:
- Neurolożka powiedziała mi, żebym rozważyła kolejną neurochirurgiczną operację, ale w moim wieku, to ja już tej operacji nie przeżyję – zwierzyła się Pani Zosia
- Zocha Ty to tak się rozsmakowałaś w medycynie zabiegowej, że nic tylko kazałabyś coś sobie wycinać co i rusz. Dajże spokój z tymi operacjami. A jak już koniecznie chcesz się zoperować, zainwestuj i zrób sobie operację plastyczną. Jak Ałła Pugaczowa, o której wczoraj czytałam, że miała niezliczoną ilość operacji plastycznych. Na zdjęciach wygląda rzeczywiście nieźle, nie jak zombi, co znaczy, że ma dobrego chirurga plastycznego. Jak chcesz, mogę Ci Zocha załatwić numer do niego. A jak już się zoperujesz, to wtedy, tak jak Ałła, znajdź sobie o 30 lat młodszego faceta. Ałła w wieku 64 lat zrobiła sobie in vitro i urodziła bliźnięta. A w czym Ty Zocha jesteś od niej gorsza? No w niczym. Jak już sobie Zocha znajdziesz tego faceta o 30 lat młodszego, zrobisz sobie tak jak Ałła in vitro i może nawet trojaczki powijesz? – powiedziała moja Mama.  Pani Zosia jest matką czworga dzieci, w tym bliźniąt płci żeńskiej. Obie z Panią Zosią położyły się ze śmiechu. Ja też. Jak już się wyśmiały, Pani Zosia skonstatowała:
- Od tego bogactwa niektórym w tyłkach się przewraca! No, żeby w wieku 64 lat dzieci rodzić, to nie jest normalne! To jest chore!