niedziela, 30 listopada 2014

Dlaczego ja

Siedzieliśmy na ławeczce w ulubionym miejscu nad stawem. Jenny przyczłapała, poskubała Mariusza za nogawkę spodni, przekąsiła kawałeczek chlebka i wróciła do wody. Rytuał się odbył. Popatrzyłem na nieśmiałego Johna i pomyślałem sobie, że kiedyś w porywie zazdrości o swoją Jenny, zdziobie Szarookiemu zadziec i tak się skończy to „romansowanie”.
 - Chochlik w oczach – powiedział Szarooki.
- Co takiego? – zdziwiłem się.
- Masz chochlika w oczach. Znaczy, pomyślałeś sobie coś zabawnego.
- Rzeczywiście. Pomyślałem, że kiedyś John z zazdrości o Jenny zdziobie Ci zadziec.
- Co zdziobie??? Zadziec??? – Szarooki wybuchnął śmiechem. Ja też się roześmiałem.
- Jak się pierwszy raz zobaczyliśmy, popatrzyłeś mi w oczy i uśmiechnąłeś się, a w oczach miałeś takiego chochlika. Pomyślałem wtedy, że chciałbym poznać tego człowieka z chochlikiem w oczach - powiedział po chwili.
- E tam, chochlik. Po prostu przystojniak jesteś i oczy mi się do ciebie zaśmiały.
Uśmiechnął się trochę zawstydzony. Odkryłem, że miał coś w rodzaju kompleksu swojej własnej fizycznej atrakcyjności. Nie lubił, jak ktoś, oprócz mnie, akcentował tę jego dekoracyjność.

Któregoś wieczoru, patrząc mi głęboko w oczy zapytał:
- Dlaczego ja? Dlaczego z wszystkich facetów tego ogromnego miasta, właśnie ja? Dlaczego ze mną jesteś? Przecież to, co jest, to maksimum. Więcej nie jestem w stanie dać, wiesz o tym. Mógłbyś być przecież z kimś, kto dałby ci więcej, z kim byłbyś szczęśliwy.
- Taa... Z pewnością masz rację. Ale... Widzisz... Jest jeden mały problem - spojrzałem mu głęboko w oczy. - Ja nie chcę nikogo innego. Chcę ciebie, bo właśnie z tobą jestem szczęśliwy. I nikt nie mógłby mi dać więcej.
Przyciągnął mnie do siebie i mocno przytulił.

Dziewczę w bordowym Tico

Śliczne blond dziewczę w bordowym Tico sprawiło dziś, że szczęka mi opadła. Nie, nie w podziwie nad jej naprawdę wyjątkową urodą. Ale po kolei. Wracałem do domu drogą szybkiego ruchu. Przede mną jechało bordowe Tico. Jakoś tak dziwnie jechało, jakby niepewnie. Miałem się na baczności, bo z doświadczenia wiem, że tak jeżdżą kierowcy lubiący robić niespodzianki. I niespodzianka była, a jakże. Aż trudno mi wciąż w to uwierzyć. Z tej drogi szybkiego ruchu odchodzą zjazdy na obwodnice miasta oraz na pobliską autostradę. Dziewczę w bordowym Tico minęło sobie taki zjazd i… gwałtownie zahamowało, wrzuciło wsteczny i dalejże cofać! Całe szczęście, że działo się to dzisiaj, a nie w dzień roboczy w godzinach szczytu, bo doszłoby do gigantycznego karambolu! Widziałem, że była zła, że ja i stojące za mną samochody, nie cofamy, żeby jej umożliwić powrót i zjechanie na wybrany zjazd, bo rozkładała rękami i coś pyskowała. Zrezygnowała jednak, kiedy stojący za mną kierowcy zaczęli trąbić. Pojechała przed siebie. Wyprzedziłem ją – prześliczne blond dziewczę! Kto jej, na litość, dał prawo jazdy!
***
Dzisiaj jest pierwszy dzień adwentu i drugi prawdziwie zimowy dzień. Choć śniegu nie ma, temperatura utrzymuje się poniżej zera (-5) przez cały dzień. Wróciłem do domu z kościoła, odpaliłem ogrzewanie (pierwszy raz tej zimy) i pijąc gorące cafe late cieszę się ciepłem domowego ogniska - w tym wypadku gorących kaloryferów. Dziś już nie wychylam nosa z domu. Pamiętam z dzieciństwa jaką frajdą było dla mnie codzienne wędrowanie z Mamą i lampionem na roraty na 6.30. W górach od początku grudnia leżał już śnieg, mróz czasem był siarczysty, nawet poniżej -20 st. Uwielbiałem jak zmrożony śnieg skrzypiał pod stopami... 

sobota, 29 listopada 2014

Zdjęcie

Zrobiłem porządek w komodzie. Nie, nie dlatego, że jestem taki porządnicki. Po prostu zrobiłem porządek z konieczności. Przetrzepałem całą komodę w poszukiwaniu pewnego ważnego dokumentu. Wyglądało to tak, że zawartość wszystkich szuflad wylądowała na podłodze, po czym została przejrzana i posegregowana w odpowiednie szuflady. Teraz wiem, gdzie co jest i bez problemu powinienem odnaleźć potrzebne rzeczy. Przynajmniej teoretycznie. Przy okazji tego remanentu wpadło mi w ręce zdjęcie. Pan ze zdjęcia ma na sobie granatowe porcięta, czarne trapery, granatowy T shirt z napisem I♥NY, dekoracyjny pyszczek ozdobiony radosnym uśmiechem i błyszczące szare ślepka. Znam tego pana ze zdjęcia. To Szarooki. Sam mu to zdjęcie zrobiłem. To był nasz pierwszy wspólny wyjazd do górskiego domku. Znalazłem też swoje zdjęcie z tego wyjazdu. Zdziwiłem się widząc siebie z dość długą grzywką. Okropność. Choć Szarookiemu się podobała. To zdjęcie przypomniało mi ten nasz wspólny wyjazd i coś, co się wtedy wydarzyło. Coś narozrabiałem - pamiętam co, ale nie zdradzę, bo mi wstyd. Opowiedziałem to Szarookiemu składając uczciwą samokrytykę. On wysłuchał i… zaczął bronić mnie przede mną samym. Patrzyłem na niego, słuchałem tego, co mówił i uświadomiłem sobie, jak bardzo go kocham. Musiało być coś w moich oczach, bo zamilkł i po chwili zapytał niepewnie:
- Co?
- Nie no nic, nic. Chodź tu do mnie – powiedziałem. Objąłem go, przytuliłem policzek do jego policzka i powiedziałem mu to. Nie był zaskoczony. Powiedział, że on mnie też...

Od tego czasu zmieniliśmy się, zmężnieliśmy, lekko przyprószyły nam się skronia. I obaj wyglądamy świetnie. No dobra, On wygląda zarąbiście, a ja świetnie. Zdjęcie wylądowało w szufladzie komody. Nie jestem fetyszystą pamiątek, ale trzymam kilka drobiazgów związanych z ważnymi dla mnie ludźmi i wydarzeniami. Takie drobiazgi, to małe kapsułki czasowe, pendrajwy pamięci…

Materializacja

Pod koniec października, jak byłem u Mamy w górach, słowo „cham” mi się zmaterializowało i przybrało człowieczą postać. Spotkałem to słowo na drodze wracając ze sklepu. To daleki sąsiad mieszkający na ulicy, na której mieszka moja Mama. Uosabia to słowo całym sobą – ochędóstwem, plastyką twarzy, gestykulacją, barwą i dynamiką głosu, a nade wszystko językiem tak grubym i sprośnym, że dziwi fakt, że jest w stanie w ogóle zamknąć usta! Można by sfilmować jego wypowiedź i emitować w tv z czerwonym napisem „cham”. Nie spotkałem drugiego tak ordynarnego prymitywa. Zagaił do mnie „lekko” i „salonowo”, i poraził mnie swoją wypowiedzią. Uprzejmie wymiksowałem się z tej „salonowej” rozmowy, bo to było ponad moje siły – po prostu wymiękłem po jednym zdaniu. Zdarza mi się czasem przekląć, ale rzadko i nie w towarzystwie. Używanie różnych soczystych słów, mających jakoby swoje źródło w łacinie, jako jedynego nośnika całej treści i formy wypowiedzi, poraża mnie, budzi wewnętrzny skowyt i uruchamia we mnie odruch ucieczki.

piątek, 28 listopada 2014

Dubeltowa anatema

Jakiś czas temu na moich oczach rozpoczęła się, błyskawicznie przebiegła i zakończyła się historia miłosna. Zenon poczuł miętę do Maryśki – swoim wzdychaniem robił przeciągi na korytarzach, wpatrywał się w Maryśkę maślanym wzrokiem i kilka miesięcy się zbierał, żeby przypuścić na Maryśkę szarżę ułańską. Powiernicą jego sercowych rozterek została koleżanka o swojsko brzmiącym słowiańskim imieniu Marika. Maryśka z Zenonem mogliby stworzyć stadło doskonałe, ponieważ ich systemy operacyjne wykazywały kompatybilność. Marika też nie powiem, świetnie pasowała i razem stanowili tercet niebywale barwny. Maryśka patologiczna konfabulatorka, Zenon bajkopisarz i Marika kupidynka – posłanka miłości. Po kilkumiesięcznym robieniu przeciągów wzdychaniem i wpatrywaniu się w Maryśkę maślanym wzrokiem, zmotywowany przez Marikę Zenon uczynił wysiłek i pościemniał Maryśce niestworzone historie o sławie i szczęściu. Maryśka wysłuchała, odpaliła wbudowany zestaw surwiwalowy, napięła się, nadęła, przemieliła w sobie i… wyskoczył wynik negatywny dla Zenona. Zenon miał jedną wadę, która go dyskwalifikowała – nie był mianowicie prezesem, ani dyrektorem, ani nawet kierownikiem nie był. Rzecz z perspektywy Maryśki niewybaczalna. Maryśka, jako osoba empatyczna, delikatnie poinformowała Zenona, że nie jest zainteresowana, uzasadniając to… Trudno uwierzyć, że to zrobiła, ale myślę, że zrobiła to naprawdę: powiedziała mianowicie Zenonowi, że nie może się z nim związać, ponieważ Zenon zdradzałby ją z… Mariką! Zenon uzasadnienie przyjął ze zrozumieniem i odszedł z opuszczoną głową…. Prosto do Mariki po wsparcie. Otworzył przed Mariką serce i poskarżył się jej, że Maryśka go odrzuciła i powiedział dlaczego. Marika wysłuchała, wsparła i pojechała do domu. Otwierając drzwi do domu doznała nagłego olśnienia i doszło do jej świadomości uzasadnienie odrzucenia Zenona przez Maryśkę – ręka Marice zadrżała, klucze złowrogo zadźwięczały. Nagły szlag Marikę trafił. Była jak furia, nawet jej własne koty, które kocha, pochowały się gdzieś po kątach i bały się wychylić nosy, ze strachu, że mogłyby podejść wściekłej Marice pod rękę. Mąż również starał się raczej nie rzucać jej w oczy. Szlag Marikę trafił, trzymał do białego rana i nie puszczał. Przywiozła ten szlag do pracy, dopadła Maryśkę i rzuciła się na nią z zamiarem przegryzienia jej aorty szyjnej. Maryśka w desperackim akcie ratowania życia wyparła się wszystkiego i zwaliła na wybujałą fantazję Zenona. Też ją szlag trafił, że Zenon wylaptał wszystko Marice. Zwarły szyki i jak dwie Walkirie pogalopowały na niczego nie spodziewającego się Zenona. Przypadkiem byłem tego świadkiem. Wjechały jak dwie furie i zahamowały frontalnie przed siedzącym Zenonem. Marika złowrogo, acz w miarę dyskretnie, powiedziała: ”Zenon, czy możemy cię prosić na słowo?”. Zenonowi krew się ścięła w żyłach, tyłek przykleił do krzesła i wstać nie był w stanie. Marika ponowiła prośbę, tym razem jednak już nie tak dyskretnie: „Zenon pozwól na słowo!”. Zenon dalej nie reagował. Maryśka nie bawiąc się w konwenanse ryknęła: „Zenon marsz z nami na korytarz!”. Tu ściszyła teatralnie głos i syknęła: ”No chyba, że wolisz, żebyśmy to załatwiły tutaj, przy świadkach?”. Nie, Zenon zdecydowanie tego nie chciał! Odkleił tyłek od krzesła i posłusznie pomaszerował za swoimi oprawczyniami. Nie wiem, co tam na korytarzu się stało, ale cokolwiek tam zaszło, te dwie Walkirie rozprawiły się z nim szybko. Zenon wrócił i zasiadł na swoim krześle, ale już jako kastrat. Aż żal było na niego patrzeć. Sojusz Mariki z Maryśką trwał tylko do tej ich husarskiej szarży na Zenona, bo Marika miała bardzo poważne podejrzenia, że Zenon tylko powtórzył produkt niebywale wyrafinowanej umysłowości Maryśki, ale nie mając dowodów, nie mogła Maryśce przegryźć aorty, tak jak w pierwszej chwili planowała. Natomiast Maryśka nie była pewna, czy Marika jednak tego nie będzie chciała zrobić, więc nie czuła się bezpiecznie. Maryśka pełna oburzenia zrelacjonowała mi całą sprawę w drodze z pracy. A Zenon? Został obłożony dubeltową anatemą. Marika teatralnie uniosła rękę i powiedziała mu, że z nim skończyła i nie chce mieć z nim więcej nic do czynienia. Maryśka powtórzyła gest i to, co przed chwilą powiedziała Marika i tym oto sposobem rzucona została na niewinnego, acz niemądrego Zenona podwójna anatema… Marika przez kilka dni dąsała się na Maryśkę, ale szybko się pogodziły, jak na pokrewne dusze przystało. Myślę, że Zenon powtórzył tylko po Maryśce. To moje domniemanie graniczy niemal z pewnością. To bajkopisarz i konfabulator, tak, ale w porównaniu z Maryśką to niewinna, prawdomówna dziecina...

czwartek, 27 listopada 2014

Melanż

Mariusz zaprosił swojego bliskiego przyjaciela Dariusza na weekend do górskiego domku. Dariusz przywiózł z sobą 3 butelki świetnego wina kalifornijskiego. Słabiuteńkiego, jak powiedział. Postarałem się i zrobiłem efektowną kolację. Zjedliśmy przygotowane przeze mnie pyszności, siedzieliśmy sobie przy winku i gadaliśmy sobie. Było bardzo, bardzo miło. Wypiłem dwie lampki tego świetnego, wcale nie słabego wina, a oni do północy wytrąbili resztę. Z kulturalnej kolacji zrobił się melanż, bo chłopaki urżnęli się tym "słabiuteńkim" winkiem tak, że niemal osiągnęli stan nieważkości. Dariusz dzielnie starał się trzymać pion przemieszczając się do drugiego pokoju, gdzie miał spać. Wychodziło mu to średnio, bo nogi w kolanach jakieś takie giętkie i niestabilne miał. Szarookiemu też jakoś niespecjalnie przemieszczanie się udawało, bo tyłkiem mu zarzucało na boki. Klucząc nieco i dzielnie walcząc z atakującymi ich meblami, udało im się trafić do łóżek. Ja też w końcu trafiłem do łóżka. Byłem przekonany, że Mariusz już śpi, ale okazało się, że nie. 
- Powiedz miły mój, azaliż miłujesz mnie? – rzekł obłapiając mnie i jednocześnie wysyłając ku mnie falę uderzeniową alkoholowego chuchu, od której w głowie mi się zakręciło i promil mi podskoczył we krwi z 0,1 na 0,5. Pomyślałem sobie: "Nie no, trzeba zdusić tę chuć w zarodku!"
- Miłuję, miłuję, ale naprany jesteś kochany jak bąk, więc wynocha mi na swoją połowę łóżka, albowiem chuch masz straszliwy – powiedziałem ostentacyjnie odsuwając się od niego.
- No dobra, dobra, Kajtku* Ty.
Kajtku, tak do mnie powiedział. Kajtku. Facet niższy ode mnie o 2 cm powiedział do mnie Kajtku.
- Kajtku? – powiedziałem śmiejąc się – Przecież jestem od Ciebie wyższy o całe 2 cm.
- Taa, jesteś. A ja od Ciebie szerszy o 20 – mruknął zasypiając. Prawdę rzekł, bo w barkach rzeczywiście szerszy był. Byczysko. Tak już zostało. I z barkami i z Kajtkiem. Mówił tak czasem do mnie, jak byliśmy sami. Lubiłem to. Rano okazało się, że w górskim domku mamy najgłośniej gotujący wodę czajnik na świecie, a ja zaś jestem najgłośniej poruszającym się, najgłośniej mieszającym kawę w kubku, najgłośniej mówiącym człowiekiem we wszechświecie. Jednym słowem, startujący odrzutowiec robił mniej hałasu ode mnie. Miły tak stwierdził, jęcząc przy okazji „O matkooooo, moja głowa”. Bezlitośnie odpowiedziałem cytując powiedzenie mojego dziadka: „Takim słaby, takim ladacy, po com pił!”, co zostało przyjęte błagalnym jękiem „Ciiiiiii”. Dariusz w nie lepszym był stanie. Postawiłem chłopców na nogi gorącą jajecznicą na bekonie (mniam), kiełbachą również na gorąco (nie jadam w żadnej formie) i Alka Seltzer, którego nie używam, bo nigdy w moim długim życiu się nie upiłem. Serio. Nigdy nie byłem pijany. Cyknięty, lekko wstawiony itp. tak, ale pijany nigdy. Nawet nie wiem, czy umiałbym się upić, bo robi mi się jakieś takie pstryk i wiem, że następny łyk alkoholu będzie miał konsekwencje zwrotne. Normalnie wbudowany zestaw antyalkoholizacyjny.
____________________________________
*Kajtku – tak się mówi do małych chłopców

środa, 26 listopada 2014

Sale 85%

Przedwczoraj wyciągnąłem z szafy zimową kurtkę, rękawiczki, szalik i czapkę, i tak zimowo okutany otworzyłem wczoraj sezon zimowy. Moja zimowa kurtka… W wielkim  centrum handlowym, w którym robię zakupy, bo mam je po drodze, w głównej alejce znajduje się sklep z bardzo markową odzieżą. Wędrując ową alejką do głównej hali, wielokrotnie mijałem ten sklep. W witrynie sklepu plastikowi panowie puszyli się przybrani prześlicznymi ciuchami, wśród nich jeden puszył się najbardziej, bo miał na sobie absolutnie cudowną zimową, czarną bawełnianą kurtkę. Nie jestem fetyszystą markowych produktów, naprawdę nie jestem. Kosztują o wiele za dużo! Lubię ładne rzeczy, ale nie muszą być markowe – ważne, żeby były wygodne i żeby mi się po prostu podobały. Owa prześliczna kurtka kosztowała 2400 PLN – cena, jakiej absolutnie nie wyłożyłbym nawet za coś tak ładnego. Ja wiem, że to i tak cena umiarkowana, jak na niektóre markowe rzeczy, ale i tak zdecydowanie zbyt wysoka. Przechodziłem koło sklepu, spoglądałem na kurteczkę, wzdychałem, wyobrażałem sobie, jak ładnie by na mnie wyglądała, wzdychałem ponownie i szedłem dalej. Aliści pewnego pięknego, lutowego, sobotniego przedpołudnia przechodząc koło tego sklepu zobaczyłem wielki napis SALE 30-85%. Miałem przejść wzdychając, jak zwykle, ale coś mnie natchnęło i pomyślałem, że wejdę i zapytam ile za tę kurtkę sobie powinszują po przecenie. Okazało się, że kurtka była ostatnią niesprzedaną końcówką kolekcji i przecenili ją o 85%! Do tego rozmiar L! 360 PLN za takie cudo to prawie za darmo. Złapałem kurtkę warcząc ostrzegawczo, żeby nikt się nie zbliżał do mojego łupu! Zapłaciłem, przywiozłem do domu, odpakowałem, założyłem na siebie i zapytałem zwierciadło: „Zwierciadełko powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w świecie?”. Odpowiedziało: „Ty Adasiu, ale tylko w tej kurteczce”. Od tego czasu uwielbiam moją kurtkę i bezwstydnie się do tego przyznaję.

wtorek, 25 listopada 2014

Na satysfakcję!

Byłem dziś w pracy. To nic niezwykłego, wiem. Bywam tam parę razy w tygodniu. Dziś jednak mój wyjazd do pracy okraszony został niespodziewaną atrakcją. Do pracy (i z pracy) jeżdżę samochodem. Taka moja fanaberia. Ekonomicznie uzasadniona, ale nie o tym chciałem. Pojazd (nie pierwszej już młodości) parkuję nieopodal bloku, w którym mieszkam. Zaszedłem na parking dzisiaj rano i ze zdziwieniem skonstatowałem, że kluczyk przestał pasować do zamka! Wczoraj pasował, dzisiaj nie pasuje. Pomyślałem „what the f…k!” i ponownie spróbowałem włożyć kluczyk w zamek. Ni cholery nie wejdzie! Ciut się wkurzyłem, że nie uda mi się otworzyć auta i do roboty będę musiał pojechać komunikacją miejską. Myślę sobie, czemu ten cholerny kluczyk nie wchodzi w ten cholerny zamek, przecież nie było mrozu i nie mógł zamarznąć! Zresztą pragmatycznie zafukałem zamek preparatem mającym zapobiec jego zamarznięciu. Wypuszczane przeze mnie w powietrze …rwy nie pomogły – kluczyka nie dało się włożyć do zamka! Olśniło mnie jednak, że przy kluczyku jest pilot i mogę spróbować otworzyć auto pilotem. Udało się. Gwoli wyjaśnienia – auto na parkingu zamykam zawsze kluczykiem, żeby nie aktywować alarmu, który nie wiedzieć czemu ma zwyczaj włączać się bez powodu średnio co jakieś 4 godziny. Absolutnie bez żadnego powodu. Tak po prostu ma i kropka. Mechanicy sprawdzali ten alarm wiele razy i za każdym razem stwierdzali, że wszystko jest ok i alarm nie ma prawa włączać się ot tak bez powodu. Oni twierdzili swoje, a alarm swoje – włączał się ca co 4 godziny, nieproszony, nieprowokowany, nietykany! Stanęło na tym, że to jakieś czary albo cóś. Pomyślałem, poważna sprawa, bo cóś mi się zdaje, że owego cósia nie da się zmóc, więc trzeba poradzić w inny sposób. Jestem prospołeczny, dlatego, żeby oszczędzić sobie i sąsiadom akustycznych wrażeń, szczególnie w nocy, litościwie zamykam auto kluczykiem, nie aktywując alarmu. Wczoraj mój bezbronny z tego powodu samochód stał się celem sabotażu – cóś zostało wciśnięte w zamek, żeby go zablokować. Teraz będzie brzydko, więc co wrażliwsze osoby, tudzież czytelników z tzw. klasą, proszę o odwrócenie wzroku, ewentualnie o przeskoczenie o jedną linijkę niżej. Jakaś pieprzona swołocz, jakieś ścierwo cholerne, jakaś nagła franca wcisnęła mi w zamek blaszkę od długopisu! Dojechałem do pracy, a tam mój kolega, który wozi w aucie chyba każde narzędzie, jakie kiedykolwiek mogłoby się przydać, wyciągnął pęsetę, którąż włożywszy w zamek, wyciągnął z niego owąż blaszkę od długopisu (którąż, owąż – podoba mi się ten zawijas ąż, bo zakręca się w uściech tak wyrafinowanie). Nie, nie zdenerwowałem się. Pomyślałem tylko, co w takim łbie musi się dziać, że ów łeb zmusza właściciela do wciskania w zamki samochodów blaszek od długopisu lub innych mających zapchać zamek militariów. Urwać taki łeb właścicielowi to byłoby za mało dla mnie na satysfakcję, ale gdyby urwać jeszcze do kompletu łapki…. Hmmm… Tak, to byłoby satysfakcjonujące.

poniedziałek, 24 listopada 2014

Jakoś...

Jakoś mi dzisiaj zimowo i ckliwie. Tuż przed obudzeniem śniłem, że przytulam się do pleców Szarookiego. Czułem ciepło i zapach jego ciała. Obudziłem się z wrażeniem, że on jest obok. Otworzyłem oczy i poczułem rozczarowanie, że to był tylko sen. Nie miałem czasu rozczulać się nad sobą, więc to rozczarowanie zginęło gdzieś w dzisiejszych obowiązkach. Dzień mijał całkiem spokojnie, ale późnym popołudniem zostałem zaatakowany w aucie piosenką:


To jedna z najpiękniejszych miłosnych piosenek ever. Tylko raz zdarzyło nam się z sobą zatańczyć i stało się to właśnie przy tej piosence. Mieliśmy oglądać jakiś film, więc włączyłem TV, a tam leciała ta piosenka. Nie wiem, co mi się stało, bo ja nie lubię tańczyć, ale poczułem wtedy, że cholernie chcę przytulić się do niego i się z nim pogibać do tej piosenki. "Zatańcz ze mną" powiedziałem wyciągając do niego rękę. Wstał, ujął moją wyciągniętą dłoń i przyciągnął mnie do siebie. Zatańczyliśmy. Choć tak naprawdę trudno to nazwać tańcem. Po prostu pogibaliśmy się przytuleni. Piosenka w TV się skończyła, ale miałem ją w laptopie, więc odpaliłem w pętli i tak gibaliśmy się nie wiem jak długo, bo straciłem poczucie czasu, tak mi było dobrze…

Zrobiło się chłodno – temperatura nie przekracza 4 st. Wyciągnąłem dziś z szafy zimową kurtkę, szalik, czapkę i rękawiczki.

A z weselszych rzeczy: od pięciu miesięcy nie palę i bardzo mi się to podoba!

niedziela, 23 listopada 2014

O blogach

Odprężyłem się i zrelaksowałem. Cały dzisiejszy dzień leniuchowałem: oglądałem serial kabaretowy "Spadkobiercy", potem czytałem sobie blogi, które odkryłem i które wręcz łapczywie pochłonąłem, tak fajnie są pisane. Nie będę ich analizował, bo za cienki bolek jestem, ale bardzo polecam. Pięć fantastycznie pisanych blogów:


Pierwszy milion nocy Małgorzaty Południak, która bawi się słowami zmieniając ich kolor i fakturę kontekstem

garść drobnych - blog, który pisze niezwykle wrażliwy marcinsen

fellow victim - pisany przez bardzo wnikliwego obserwatora relacji międzyludzkich

Madagaskar Lemurów Pełen - będący swoistą introspekcją

Skoro już tu reklamuję blogi, nie mogę pominąć dwóch blogów mojego ulubionego autora Piotra Braisa / Piotra Kodera  - pisałem już o nich kiedyś. Mają, w mojej opinii, działanie terapeutyczne, bo tyle w nich ciepła. Świetnie poprawiają nastrój. Skąd sentyment do tych niepisanych już blogów? Otóż blog Piotra Braisa "Świat okiem szeroko otwartym widziany" był pierwszym blogiem, jaki zacząłem czytać. Naczytałem się, pozachwycałem i... strach pisać cokolwiek, bo w porównaniu z rekomendowanymi przeze mnie wyżej blogami, te bzdury, które wypisuję są banalne, płytkie, miałkie i nijakie. Pocieszam się jednak myślą, że stworzyłem tego bloga po to, żeby wentylować się emocjonalnie, a nie artystycznie. 

sobota, 22 listopada 2014

Trans

Wpadłem w trans porządkowy i ogarnąłem habitat – poodkurzałem, wymyłem, wypucowałem na błysk. Habitat lśni aż miło. Zasiadłem, żeby odetchnąć po tym porządkowym transie i zamyśliłem się nad sobą głęboko. Odkrywam zachodzące powoli we mnie zmiany. Złapałem wreszcie trochę dystansu do Brązowookiego i zaczynam rozumieć jego postawę pt. "Chciałbym, ale się boję". Bardzo chciałbym, żeby on coś zrobił, żeby to chcenie wywołało jakąś jego aktywność w moim kierunku, ale obawiam się, że lęk przed ewentualnymi negatywnymi konsekwencjami go powstrzyma. Zostawiam to, bo mielenie tego nic nie da. Czas pokaże, czy coś się między nami zadzieje.
***
Szarooki
Prawdą jest to, co twierdzi psychologia, że żałoba nie przeżyta do końca wraca. Moja żałoba po stracie Mariusza wróciła i walnęła we mnie dokładnie tym momentem, w którym została zawieszona, wyparta, odłożona. To też się zmienia. Ta katorżnicza martyrologia powoli odchodzi. Tęsknię za nim czasem bardzo i nie tłumię tej tęsknoty – niech się wypali. Myśl o tym, że ta tęsknota się wypali, minie, przestanie być przeze mnie odczuwana, rodzi we mnie irracjonalny lęk i bunt. Moja dusza nie chce przestać za nim tęsknić, bo obawia się, że pustka, która może zająć miejsce tęsknoty, może być trudniejsza...

- A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? - spytał Krzyś, ściskając Misiową łapkę - Co wtedy?
- Nic wielkiego - zapewnił go Puchatek - Posiedzę tu sobie i na Ciebie poczekam. Kiedy się kogoś kocha, to ten drugi ktoś nigdy nie znika.

piątek, 21 listopada 2014

Welcome to the real world (4)

Reperkusje dnia wczorajszego. Mam wrażenie, że kolega czuje się skrzywdzony tym, że nie doceniam jego błyskotliwej kreatywności i nie chcę załatwić za niego jego spraw z nadszefem. Wykastrowałem jego rozdęte ego. Zrobiłem w nim dziurę i zeszło trochę powietrza. Powiedział mi dziś „cześć” zbolałym, oburmuszonym głosem, czym mnie zresztą zaskoczył, bo spodziewałem się raczej, że śmiertelnie zbezczeszczony nie będzie się do mnie odzywał. Nie zamierzam robić niczego wbrew własnemu sumieniu i nie będę za kogoś załatwiał jego spraw tylko dlatego, że nadszef mnie szanuje. Uczciwie i ciężko zapracowałem na swoją pozycję zawodową i na to, że jestem szanowany, i nie zamierzam stracić swojej zawodowej wiarygodności, bo koledze się uroił firmowy mesjanizm. Nie będę rekomendował bzdur tylko z litości dla czyjegoś ego. Przykro mi, ale kolega będzie musiał sobie z tym poradzić i żyć dalej.

Koleżanka Ola po przeczytaniu mejla ode mnie, zadzwoniła do mnie późnym wieczorem wytłumaczyć się. Pościemniała, że nie miała nic złego na myśli, że to „niech się cieszy” oznaczało, że pewnie będę niezadowolony, że zawraca mi tym głowę, i tym podobne tłumaczenia. Ściemy, bo wiem, że to była złośliwość, że niby to taki ważny jestem. W gruncie rzeczy nawet lubię Olę. Chętnie wyręcza się innymi, jak ma okazję, ale wynika to z lenistwa, a nie z wredoty. Dałem się przeprosić. Nie zrobię za nią jej roboty i nie pozostawiłem jej w tym względzie żadnych wątpliwości, ale powiedziałem, że mogę te papiery sprawdzić, jak je zrobi. Powiedziałem też, co dalej zrobić z tymi papierami. Ola ma tupet, to fakt, ale nie jest wredna. 

czwartek, 20 listopada 2014

Welcome to the real world (3)

Co za tydzień w pracy! Dzisiejszy dzień, to był dzień prawdy i dwoje moich współpracowników nadziało się na mnie i tę prawdę usłyszało. Kolega, który wymyślił sobie, że jest zbawieniem dla firmy, usiłował wymusić na mnie poparcie jego kandydatury na samodzielne stanowisko. Wymyślił sobie, że nadszef mnie lubi, więc pójdę do nadszefa i zarekomenduję mu tego kolegę i jego pomysły! Wyobrażacie sobie coś takiego??!! Patrzyłem na tego kolegę zafascynowany tym, co mu się w głowie uroiło. Przedstawił mi swoje pomysły i... nie wiedziałem, czy mam się śmiać, czy płakać. To były jakieś kuriozalne brednie! Powiedziałem mu, że nie poprę go, bo ja go na tym stanowisku nie widzę. Zapytany dlaczego, uzasadniłem szczerze. Nie dam mojego poparcia komuś, kogo moralność i etyka zawodowa są bliskie zeru. Uświadomiłem mu też, że jest coś takiego jak zawodowa wiarygodność, a ja gdybym zarekomendował kolegę i jego pomysły, właśnie zawodową wiarygodność straciłbym bezpowrotnie. Przyznam szczerze, że widok opadającej ze zdziwienia twarzy tego mojego kolegi, po moim uzasadnieniu, wart był każdej ceny. Nie lubię, jak ktoś próbuje zrobić ze mnie idiotę i nawet nie zadaje sobie trudu, żeby to zamaskować. Drugą osobą była moja współpracownica Ola. Poprosiła mnie o udostępnienie jej mojego autorskiego materiału i pozwolenie wykorzystania go jako wzorca, a ja naiwny i durny, zgodziłem się. Jakie było moje zdziwienie, kiedy po jakiejś godzinie otrzymałem od niej mejla ze skomleniem, żebym tę robotę za nią zrobił, bo ona biedna nie wie, co i jak i gdzie ma to wysłać. Trochę mnie to ruszyło, bo dostała wzorzec, w którym miała zmienić tylko nazwy i nawet tego nie chciało jej się zrobić. Nie zdążyłem zareagować, bo podeszła do mnie Kaśka i położyła przede mną bez słowa jakieś papiery. Zapytałem co to jest. Odpowiedziała, że to Ola kazała te papiery u mnie zostawić na przechowanie i jutro je ode mnie odbierze. Powiedziałem Kaśce, żeby zabierała te papiery i przechowała je dla Oli u siebie. Kaśka wyciągnęła telefon i odczytała mi smsa, którego otrzymała od Oli. W tym smsie Ola napisała mniej więcej coś takiego: "Te papiery zostaw u Adama, niech się cieszy. Odbiorę sobie je od niego jutro". Kaśka odwróciła wyświetlacz do mnie, żebym mógł zobaczyć, że nie ściemniała. Wkurzyłem się. Kazałem Kaśce zabrać w cholerę te papiery, bo nie jestem Oli sekretarzem. Zabrała i poszła oburmuszona. Otworzyłem pocztę i wysmarowałem Oli tak jadowicie sarkastyczną odpowiedź (na chwilę wcześniej otrzymanego od niej mejla, w którym skomlała, żebym zrobił za nią jej robotę), że nagły szlag ją trafi, jak tego mejla ode mnie przeczyta. Niektórzy ludzie nie mają wstydu, przyzwoitości i sumienia!

środa, 19 listopada 2014

Habitat

Zrobiłem dziś małe przemeblowanie w sypialni. Przestawiłem komodę. W trakcie tej operacji odkręciła się końcówka nóżki (taka plastikowa część) i wystającą metalową częścią zrobiłem sobie rysę na podłodze - nie jest jakaś dramatycznie wielka, bo ma jakieś 4 cm, ale jest widoczna. Skląłem swoją głupotę i… uświadomiłem sobie, że dzisiaj mija kolejna rocznica, kiedy po raz pierwszy wszedłem do tego mieszkania. Powinienem napisać, że weszliśmy, bo Szarooki mi towarzyszył – jest praktyczny i uważny, więc poprosiłem go, żeby pomógł mi w wyborze. Obejrzeliśmy kilka mieszkań i to spodobało nam się najbardziej. Nie jest wielkie, ale ciepłe, miłe, przytulne i - co najważniejsze - ciche. Po załatwieniu wszystkich kredytowych i notarialnych formalności (co trwało jakiś tydzień), weszliśmy do tego, już mojego mieszkania i oczy mu się zaświeciły. Zapytał podekscytowany, czy pozwolę mu pomóc sobie w ogarnięciu tego mieszkania. Odpowiedziałem, że bardzo go o to proszę, bo sam sobie nie poradzę. Ucieszył się, przyciągnął mnie do siebie i pocałował. Już następnego dnia przyjechały wiertarka, wkrętarka, tudzież inne potrzebne akcesoria. Mariusz, przeszczęśliwy i w swoim żywiole, ciął, wiercił, wkręcał, układał, podłączał, malował. Przeżywał, jakby to było jego mieszkanie i cieszył się moją radością. Odbywaliśmy narady, odwiedzaliśmy Praktikera, OBI, Castoramę, wybieraliśmy, kupowaliśmy i mieszkanie z każdym dniem zmieniało się i ładniało. Przyjeżdżał w każdej wolnej chwili i zrobił mi w mieszkaniu wszystko, oprócz położenia płytek na korytarzu i w łazience. Był szczęśliwy, że mógł to dla mnie zrobić. Trochę mu pomogłem. Habitat został zasiedlony 19 grudnia i w tym dniu odbyła się parapetówa dla nas - uroczysta, romantyczna kolacja. Byłem tak szczęśliwy, że w nocy spać nie mogłem. Przez jakiś czas po zasiedleniu habitatu budziłem się w nocy z wrażenia, że śpię we własnym domu. Mój dom. Moja twierdza w wielkomiejskiej dżungli.

Welcome to the real world (2)

Śnił mi się Brązowooki. Siedziałem w jakiejś długiej ławce, jakby w kościele, a on stał obok tej ławki, po lewej stronie i rozmawiał z kimś. Spojrzałem na niego, nasze oczy się spotkały, zarumienił się i spuścił wzrok. Miał skośne oczy. Zastanowiłem się, dlaczego on ma skośne oczy? Dziwny sen. Zresztą jak wszystkie moje sny. 
***
W pracy ciężki dzień. Musiałem odwiedzić nadszefa, żeby zdać mu relację z wykonania czynności, którą mi powierzył. Uraczył mnie następnym zadaniem, które wcale, ani trochę mi się nie podoba, a które wykonać będę musiał. Pogoda dzisiaj paskudna, ludzie jacyś tacy nerwowi, podminowani, niecierpliwi. W powietrzu kotłowały się niedobre emocje, sprawiając, że napinałem się wewnętrznie. Zmęczyło mnie to. Nie mam weny do pisania, bo jakiś taki jałowy się czuję...
***
To były trudne dwa tygodnie - pełne napięcia i emocji. Dwie życzliwe mi osoby, powiedziały mi dzisiaj, że schudłem. Znaczy, że te emocje po mnie widać. Zważyłem się po powrocie do domu i rzeczywiście zjechałem z 77 na 75 kg w ciągu tygodnia.
***
Zdecydowałem nie kupować HUGO Hugo Bossa - chcę odpocząć od tego zapachu, bardzo pięknego, ale jednoznacznie kojarzącego mi się z Szarookim. To objaw rozsądku. Chyba.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Welcome to the real world

Nadszef mnie dzisiaj zaprosił do siebie na rozmowę. Nie, nie osobiście – zrobił to za pomocą swojej sekretarki. Stawiłem się, no bo cóż mogłem zrobić – „pan każe, sługa musi”. Wiem, że nadszef szanuje moje kwalifikacje i umiejętności, bo okazywał mi to już nie raz, a co za tym idzie, szanuje moje zdanie. Miło jest być docenianym, ale dzisiaj zostałem zaskoczony pytaniem, które wprawiło mnie w osłupienie i sprawiło, że włączył się we mnie system alarmowy. Mianowicie padło pytanie, czy jest coś, o czym nadszef powinien się dowiedzieć. W pół sekundy zrobiłem rachunek sumienia z ostatniego roku pracy, czy aby czegoś nie zawaliłem, ale nie, na pewno nie. Zapytałem więc, co nadszef ma na myśli, bo ja nie mam pomysłu, o jakich służbowych sprawach ode mnie nadszef powinien się dowiedzieć. Podkreśliłem słowo „służbowych”. Nadszef uśmiechnął się tylko i sprecyzował. To jego specyficzne poczucie humoru! Odetchnąłem, bo poprosił mnie o załatwienie pewnej służbowej sprawy w jego imieniu. Jest nadszefem i może dywersyfikować obowiązki jak mu się podoba. Czasem zleca mi takie służbowe czynności w jego imieniu. Napisałem na początku, że szanuje moje zdanie. Odkryłem dlaczego. Mianowicie nigdy nie wyrażam swojego zdania do nadszefa niepytany, nie podlizuję się, nie obmawiam koleżeństwa i nie donoszę, nie spoufalam się, nie zawracam mu głowy pierdołami. Kiedyś poprosił mnie (on nigdy nie wydaje poleceń, ale prosi, co jest i tak równoznaczne z poleceniem, brzmi jednak nieporównanie sympatyczniej) o zadziałanie w jego imieniu, mówiąc: „Bardzo proszę, żeby to pan się tym zajął panie Adamie, bo tu potrzebny jest takt”. Powiedział to przy trójce moich współpracowników, intensywnie zabiegających o nadszefowskie względy. Chwilę wcześniej dali taki popis lizusostwa, że aż przesadzili, bo nadszef poczuł się nieco zażenowany, a ja udawałem, że mnie tam w ogóle nie ma.  Nadszef jest nie tylko znakomitym fachowcem, ale również człowiekiem z klasą. Nie lubi takich sytuacji. A jak wspomniana wyżej trójka koleżeństwa? A zazdroszczą. Ale otwarcie nie mają odwagi zaatakować. W tym, co robię jestem naprawdę dobry i mam osiągnięcia. I już nie raz chroniłem im tyłki, jak coś zawalili. Mam pełną świadomość, że gdybym ja coś zawalił, z pewnością zostałoby to wykorzystane przeciwko mnie. Konkurencja znaczy. 

niedziela, 16 listopada 2014

Antrakt

Dzisiaj, tak dla odmiany, zrobiłem sobie wolne od Szarookiego i Brązowookiego. W ogóle o nich dziś nie myślałem. Nie powiem, taka odmiana działa odświeżająco. Mam dokładnie taki sam plan na jutro i mam nadzieję, że uda się go zrealizować. Trochę odsapnę i z nową siłą będę mógł oddać się użalaniu się nad sobą i nad nimi. Nie da się ich ot tak po prostu odciąć, więc pewnie jeszcze przez jakiś czas będę marudził w ich temacie. Pierwszy akt ekshibicjonistycznego spektaklu uważam za zakończony i ogłaszam antrakt. 

Babski wieczór

Zostałem zaproszony przez koleżankę ze studiów podyplomowych do niej do domu na kolację na wczorajszy wieczór. Oprócz mnie została zaproszona nasza wspólna koleżanka z tychże studiów. Babski wieczór psychologiczny był bardzo udany. Dlaczego babski? Bo pierwiastek żeński dominował: dwie dorosłe kobiety i dwie dziewczynki (córki koleżanki), na dwóch facetów (ja i mąż koleżanki). Grażka, ta nasza wspólna koleżanka, subtelnie, acz konsekwentnie kontynuowała uwodzenie mnie. Podobam jej się i wcale tego nie ukrywa. Pochlebia mi to, bo jest bardzo ładną kobietą. Nie powiem jej, że jej wysoko wykwalifikowana psychologiczna intuicja ją zawiodła i źle skierowała swoje uwodzicielskie starania. W dobrym towarzystwie i przy psychologicznych tematach (wiem, wiem, ale nas psychologia niezmiennie pasjonuje) pięć godzin minęło jak jedna chwila. Bardzo jestem zadowolony i dobrze mi to zrobiło. Potrzebowałem takiego przewietrzenia. 

czwartek, 13 listopada 2014

Mariusz

2 maja. Piękny, słoneczny dzień. Wypad daleko za miasto. W drodze Szarooki ujął moją dłoń i położył na swoim udzie -  przez całą drogę tam i z powrotem, skubałem szew jego granatowych dżinsów. Za każdym razem jak zabierałem dłoń z jego uda, on kładł ją na swoim udzie ponownie. Powłóczyliśmy się, odwiedziliśmy przepiękne miejsca. Wieczorem zaczęło robić się chłodno, a miałem na sobie tylko T shirt. Wyciągnął z bagażnika swój szary polar wożony "na wszelki wypadek". Włożyłem go. Pachniał nim. To sprawiło, że stałem się dziwnie spokojny i cichy. Zapytał: „Co taki cichutki jesteś? Stało się coś?”. Odpowiedziałem: „Nic. Po prostu jest mi dobrze”. Uśmiechnął się tylko do mnie, a w jego oczach było tyle ciepła... Przywłaszczyłem sobie ten jego szary, za duży na mnie polar. Za jego zgodą oczywiście.

26 stycznia. Mroźny, granatowy zmierzch. Wracałem z Szarookim ze spaceru w lesie. Mróz i śnieg skrzypiały nam pod nogami, powietrze pachniało, otaczały nas oszronione drzewa, byliśmy sami. Wsunąłem dłoń do kieszeni jego kurtki i poczułem ciepło jego palców. Spojrzałem na niego – uśmiechnął się, a jego szare oczy błyszczały radością. Nasze palce się splotły. Był tak blisko. I wtedy niespodziewanie musnął ustami mój policzek… Pojechaliśmy do przemiłej knajpki, gdzie spędziliśmy wieczór. Było już bardzo późno, jak odwiózł mnie do domu. Nie mógł zostać. Zanim wysiadłem, przytuliłem policzek do jego policzka, chłonąc jego zapach… Szedłem przez parking, śnieg skrzypiał pod moimi nogami, a on odprowadzał mnie wzrokiem. Obejrzałem się otwierając drzwi –  pomachał mi z uśmiechem i odjechał.

Beskidy. Mały, stary, drewniany domek należący do jego rodziców, spadek po nieżyjących już wtedy dziadkach ze strony ojca. Położony na zboczu góry, na uboczu wsi, z dala od wścibskich oczu. Domek jak z bajki, z dwoma pokojami, dużą kuchnią, maleńką łazienką, własną studnią, dwiema wiekowymi jabłoniami, kilkoma śliwami węgierkami i równie jak jabłonie wiekową gruszą, a to wszystko ogrodzone starym, drewnianym płotem. Mariusz kochał ten dom i to miejsce, więc jeździliśmy tam na weekendy, jak tylko mogliśmy. Paliliśmy drewnem w starym kuchennym piecu z fajerkami, żeby móc ugotować coś do jedzenia i mieć ciepłą wodę w kuchni i łazience, siedzieliśmy i słuchaliśmy jak ogień wesoło trzaskał w piecu. Mariusza strasznie cieszyło „gospodarzenie” - to, że mógł sobie ciąć drewno, wbijać gwoździe, naprawiać, poprawiać, malować, kosić trawę, rąbać drwa na opał, w zimie odwalać śnieg. A ja cieszyłem się, że on się cieszy i pomagałem mu, choć nie jestem dobry w te gospodarsko - naprawczo – remontowe klocki. To były cudowne wspólne dnie i noce, bo tam czuliśmy się wolni, beztroscy, bardzo w sobie zakochani i z sobą szczęśliwi. Nie było tam telewizji i internetu, za to była rozkoszna cisza i spokój. Wieczorami rozmawialiśmy albo milczeliśmy, czasem Mariusz czytał mi swoje opowiadania, czasem pisał, a ja bujałem w obłokach, czasem opowiadał mi o swoich bliskich i swoim życiu sprzed naszego poznania się. Byliśmy dla siebie i cieszyliśmy się sobą.

Zdjęcia, które mu zrobiłem i dzisiaj oglądam, przywołały te wspomnienia. Jest na tych zdjęciach on w knajpce 26 stycznia o godz. 22:41, jest szary polar, który zawłaszczyłem, są granatowe dżinsy, których szew skubałem, jest górski domek, jest T shirt z napisem „kierownik imprezy”, który mu kupiłem, jest koszenie trawy, rąbanie drewna, wbijanie gwoździ, jest stary kuchenny piec i on pijący kawę i piszący coś przy kuchennym stole… Na wszystkich tych zdjęciach widzę miłość – w naszych oczach, uśmiechach i gestach. Brakuje mi tego. Tęsknię za tym. Wciąż doskonale pamiętam ciepło jego dłoni i ramion, szorstkość policzka, jego zapach, głos, czuły szept, ciepło ust… Jakby dopiero przed momentem wyszedł... W szufladzie komody wciąż mam ten jego stary, szary polar, który sobie przywłaszczyłem. Nie wyrzucę go, bo należał do niego i nosił go. Nieważne, że już od dawna nim nie pachnie. Mężczyzna mojego życia. I najszczęśliwszy okres mojego życia. Jak to zapomnieć? Jak nie tęsknić?  No jak?

środa, 12 listopada 2014

Zgubiony dom

Obudziłem się dziś rano myśląc o Szarookim. Tak się zastanawiam, czy bylibyśmy z sobą nadal, gdybyśmy nie musieli się rozstać? Czy wytrwalibyśmy z sobą do dzisiaj, czy kochalibyśmy się? Wierzę, że tak. To, co było między nami wciąż żyje we mnie. Cały czas, gdzieś głęboko w środku, czuję się jakiś taki z nim niepożegnany, jakby brak jakiegoś słowa, gestu, przytulenia sprawiał, że to poczucie niepożegnania tak się we mnie zawiesiło. On pokazał mi, czym jest miłość i wciąż intensywnie we mnie istnieje. Nawet większość muzyki tu przeze mnie linkowanej, to piosenki, które lubił, a ja lubiłem razem z nim. Andriusza, kilka dni temu mówiąc o tym człowieku, który złamał mu serce, powiedział coś takiego: „Znasz to uczucie, gdy trzymasz kogoś w ramionach i całym sobą czujesz, że tu jest twoje miejsce, że jesteś w domu...”. Tak, znam to uczucie i doskonale je pamiętam. Uświadomiłem sobie, że… dom mi się zgubił! I choć coraz mniej tej wiary we mnie, to jednak wciąż jeszcze wierzę, że się odnajdzie.

Ta miłość nie zostawi mnie, odnajdzie drogę, 
ona wie, że spotkamy się i już nie będziesz sam...

wtorek, 11 listopada 2014

Jestem

Jestem, żyję, normalnie funkcjonuję, pracuję, odpoczywam, nawet wcale nie rzadko śmieję się. Mój śmiech jednak jest inny - zmienił się po rozstaniu z Szarookim, jakby stracił część blasku i stał się mniej radosny. Zauważyli to moi bliscy, zauważyłem i ja. Sam siebie oszukuję. Tak dzielnie wypieram, wmawiając sobie, że to przeszłość, że nie chciałbym odgrzewać i tym podobne pierdoły. Nieprawdziwe. Bo prawda jest taka, że ja nie przestałem Mariusza kochać i gdyby była taka możliwość, byłbym z nim bez jakiejkolwiek wątpliwości czy wahania. Kocham go i tęsknię za nim każdego dnia. Owszem, to uczucie siłą upływu czasu zmieniło się trochę i urealniło. Ja wiem, że to się nie wróci, że nie będziemy razem, że to przeszłość. Pogodziłem się z tym. Nawet moje głupie, uparte serce przyjęło to do wiadomości, ale to nie znaczy, że przestało kochać. Wydawało mi się, że to przyschło, ale historia z Brązowookim sprawiła, że wszystko wróciło. 
Tęsknię za Brązowookim i chcę go, ale nie jestem w stanie powiedzieć, na ile jest to fascynacja nim samym, a na ile chęć dania sobie nowego otwarcia i zastąpienia Szarookiego. Może inaczej – może nie zastąpienia, a powtórzenia tego wszystkiego, co dane mi było przeżyć z Szarookim. Moje serce wskazało na Brązowookiego, kierując się sobie tylko wiadomą logiką. Rozum twierdzi, że to zły wybór i racjonalnie myśląc ma rację. I co z tego, skoro serce uważa, że skoro nie może być Szarooki, to musi być Brązowooki. I kropka. Ta różnica zdań między sercem a rozumiem jest czysto akademicka. Bo Brązowookiego w moim życiu nie ma. Jeszcze, jak chce serce. Czy ścigam cień? Racjonalnie myśląc, tak. Ponieważ to, że podobam się Brązowookiemu, wcale nie oznacza, że jest, czy będzie, zainteresowany. Szarooki, Brązowooki, Darek, Andriusza – dużo wrażeń ostatnio. Jestem tym wszystkim trochę zmęczony, trochę zagubiony, trochę strapiony. Nie, nie jest źle. Daję radę. Jestem dzielny - jakby powiedział Szarooki. Nie jestem nieszczęśliwy. A to bardzo wiele. Jestem, żyję, normalnie funkcjonuję, pracuję, odpoczywam, nawet wcale nie rzadko śmieję się … Tyle, że od rozstania z Szarookim jakiś taki jałowy się czuję i niepełny... I coraz mniej we mnie wiary, że to się zmieni. Mam w kompie kilka zdjęć Szarookiego, które sam mu zrobiłem. Oglądam je i widzę z jaką miłością na mnie patrzył. Brakuje mi tego. Tęsknię za tym. Tak się zastanawiam, czy bylibyśmy z sobą nadal, gdybyśmy nie musieli się rozstać? Czy kochalibyśmy się nadal? Wierzę, że tak. To, co było między nami... On pokazał mi, czym jest miłość.

Siła złudzenia

No i obchody 11 listopada mam za sobą. Minąłem się z Brązowookim. Powtórzył się kilkuletni rytuał, z którego nic nie wynika. Szukaliśmy się oczyma i kilkakrotnie nasze oczy się spotkały. Wylaszczyłem się i odpicowałem, przyznaję. Pełna gala z nastroszonym irokezikiem. Mój nowy image podobał mu się – oczy nie kłamią. I co z tego, skoro z tego napięcia, z tego szukania się oczyma, z tego śmiania się oczyma do siebie, nic nie wynika. To takie dreptanie w miejscu, dla samego dreptania. Dziś dotarło do mnie z całą mocą, że nic więcej się nie wydarzy. Ja nie mogę nic więcej zrobić, nie mogę go bardziej zachęcić, bo już coś zrobiłem – wysłałem mu w maju zaproszenie na fb, którego nie przyjął. Podałem mu się na tacy. Może to był błąd. Choć nie wydaje mi się. On jest naprawdę świetny w tym, co robi i w swoim hermetycznym zawodowym środowisku jest kimś. Ma duże ambicje, jak mniemam. Uwikłanie w taką relację byłoby zbyt ryzykowne dla jego ambicji i kariery. A czegoś takiego jego plan na życie nie przewiduje. Zauważyłem, że na samym środku swojej bujnej czupryny ma pasmo siwych włosów. Rozczuliło mnie to. Patrzyłem na niego i myślałem, dlaczego z wszystkich facetów tego olbrzymiego miasta, właśnie na niego zwróciłem uwagę. Jestem zmęczony tym impasem. Naprawdę jestem tym zmęczony. Zmęczony złudzeniami, nadzieją i czekaniem na niego. To wszystko nie ma sensu. Od początku nie miało. Złapałem się złudzenia i trzymałem się go kurczowo. Czas oprzytomnieć i przestać czekać, przestać myśleć o nim i przestać za nim tęsknić. Szkoda życia na jałowe złudzenia. Pół roku tęsknoty i karmienia się złudzeniami wystarczy! Chciałbym rzec, że głupie serce mnie oszukało, ale nie mogę. Nie oszukało. Nawet teraz spokojnie zgłasza swoje votum separatum w tej kwestii, twierdząc, że to ono ma rację, a nie rozum. Dziwne to, bo ma taką pewność, jak kiedyś z Szarookim. Pewność, że Brązowooki będzie. Wszystkie racjonalne argumenty kwituje jednym nieracjonalnym - zobaczysz, że będzie tak jak czuję. I co tu zrobić z tym upartym, durnym, naiwnym sercem?

niedziela, 9 listopada 2014

Andriusza

Zadzwonił do mnie dzisiejszego popołudnia mój przyjaciel Andrzej (mówię do niego Andriusza), że chciałby się ze mną zobaczyć. Andriusza to bardzo inteligentny, wrażliwy i dobry mężczyzna, tuż po czterdziestce, typ takiego dobrego, ciepłego niedźwiadka, roztaczającego wokół siebie aurę serdeczności, ciepła i życzliwości. Ma klasę i lubię go bardzo. Zaprosiłem go, żeby do mnie przyjechał na kawę. Przyjechał. Obfitość informacji, którymi mnie uraczył, sprawiła, że poczułem się nieco zagubiony. Andriusza na wstępie obwieścił mi, że zmienia pracę i przeprowadza się do innego miasta. Niedaleko, ale jednak. Szczęka mi opadła, a to był zaledwie początek. Opowiedział mi historię ostatnich czterech miesięcy. Spotykał się z kimś i to się gwałtownie skończyło w ostatnich dniach. Andriusza opowiadał ze łzami w oczach! Ten ktoś w sposób bezwzględny, okrutny i cyniczny wykorzystał go emocjonalnie, seksualnie i materialnie. Złamał Andriuszy serducho i zrobił z niego mielonkę – nie przesadzam ani trochę. Jakby tego było jeszcze za mało, narobił Andriuszy kłopotów w pracy! Widziałem go dziś skrzywdzonego, zranionego, znękanego i niewiele mogłem zrobić, żeby mu pomóc. Mogłem go jedynie wysłuchać. Chyba tego dzisiaj najbardziej potrzebował. Pomyślałem sobie, że ta pierwotna potrzeba należenia do kogoś, wypełnienia kimś samotności, jest tak ogromna, że potrafi stępić pragmatyzm. Biedny Andriusza. Wyściskałem go, bo tylko tyle mogłem zrobić. Smutno mi, że zamierza się przeprowadzić (jeszcze w listopadzie), bo rzadko będziemy się widzieć. Smutno mi, że tego dobrego Człowieka, którego bardzo lubię, cenię i szanuję spotkało okrucieństwo. Smutno mi, bo widziałem w oczach tego silnego mężczyzny łzy! 

piątek, 7 listopada 2014

Darek

Byłem dziś na zakupach w wielkim centrum handlowym. Chodząc z wózkiem po hali, wlazłem na bliskiego przyjaciela Szarookiego – Darka. Spotykaliśmy się przy różnych okazjach (wiedział o nas) i choć zawsze byliśmy dla siebie mili, to jednak przyjaciółmi nie zostaliśmy, bo trzymał mnie na dystans. Wlazłem na niego i zamurowało mnie. Jego też, ale otrząsnął się szybciej. Przywitał się ze mną, chwilę pogadaliśmy. Był miły, wręcz serdeczny. Pomyślałem sobie, że muszę skorzystać z tej okazji i zapytać go o Szarookiego, bo nie wybaczę sobie, jeśli tego nie zrobię:
- Jak się miewa Mariusz? Jak mu się żyje w Szczecinie? Wybacz, że pytam, ale nie wybaczyłbym sobie, gdybym tego nie zrobił. 
Zawahał na moment, ale odpowiedział: 
- Wszystko u niego dobrze. Jest zadowolony i dobrze mu się tam żyje.
- A jak praca? Tutaj się trochę dusił...
- Jest bardzo zadowolony, bo to on tam dowodzi, a wiesz, że on lubi dowodzić – roześmiał się Darek. 
- Cieszę się, że jest zadowolony i dobrze Mu się żyje – powiedziałem z uśmiechem. Darek trochę się spiął, bo obawiał się, że zapytam o sercowe sprawy Szarookiego. Nie zapytałem, choć miałem cholerną ochotę. Wiedziałem jednak, że takie pytanie pozostałoby bez odpowiedzi, bo Darek jest bardzo dyskretny. Jakby doceniając to, że heroicznie nie zadałem mu takiego kłopotliwego pytania, Darek poopowiadał trochę o pracy Szarookiego i jego szczecińskich sukcesach, o tym, że fajnie się tam urządził, że ma ładne mieszkanie, że był u niego kilka razy, że on tutaj bywa bardzo rzadko, za to rodzice często jeżdżą do niego do Szczecina. Na pożegnanie powiedziałem:
- Pozdrów go ode mnie, jak będziesz go widział.
- Dzięki – uśmiechnął się.
- Trzymaj się!
- Ty też. Wszystkiego dobrego!
- Wzajemnie!
Wiem, ze nie powie mu, że mnie spotkał.

czwartek, 6 listopada 2014

Wizyta Szarookiego

Zawołałem i przyszedł. Odwiedził mnie we śnie. Dziś nad ranem. Spał przytulony do moich pleców, obejmując mnie ramieniem. Czułem ciężar jego ramienia, ciepło i zapach jego ciała, jego oddech na moim karku. Delikatnie, żeby go nie zbudzić, odwróciłem się w jego stronę i patrzyłem jak śpi. Przyglądałem mu się, słuchałem jego spokojnego oddechu. Pogładziłem dłonią jego policzek - otworzył leniwie oczy, spojrzał na mnie i uśmiechnął się, po czym przygarnął mnie mocno do siebie i… Obudziłem się.

Przyśnił mi się nasz poranny rytuał. Zawsze spał przytulony do moich pleców, zawsze budziłem się dużo wcześniej od niego i odwracałem się delikatnie, żeby patrzeć na niego jak śpi. Uwielbiałem patrzeć na niego, jak spał i słuchać jego spokojnego oddechu. Nie potrafię spokojnie wylegiwać się w łóżku po obudzeniu – wiercę się i kręcę zmieniając pozycje. Jak każdy kinestetyk. To go budziło, ale nie złościł się, bo wiedział, że tak już mam. Otwierał leniwie oczy i sennie mruczał: „Przytul się i pośpijmy jeszcze chwilkę”, po czym zasypiał, a ja wstawałem, ogarniałem się w łazience, potem robiłem sobie kawę, z którą maszerowałem do drugiego pokoju popatrzeć w tv, co w świecie słychać. Po wypiciu kawy zdzierałem Szarookiego z łóżka, kierowałem do łazienki, potem poiłem kawą i karmiłem śniadaniem. Uwielbiałem, kiedy na dzień dobry obejmował mnie i całował w kark. Cieszę się, że odwiedził mnie we śnie...

środa, 5 listopada 2014

Wysztafirowanie

Byłem wczoraj u fryzjerki w ramach wysztafirowania się na 11 listopada. Ścięła mnie króciutko pod irokezika. Trochę ją poniosło (pewnie przez ten halny), bo w życiu jeszcze nie byłem tak krótko ostrzyżony. Wyglądam jak American Soldier. Patrząc na efekt swoich maszynkowo – nożyczkowych zabiegów, pani Aneta lekko zaniepokojonym głosem zapytała, czy jest ok. Odpowiedziałem, że ok, choć nie byłem przekonany do tego nowego militarnego image’u. Koleżanki w pracy uznały jednak dzisiaj, że nowa fryzura jest super. Tej wersji będę się trzymał. 

Odległość smrodu skunksa

Dzisiaj w bufecie przysiadły się do mnie do stolika Kaśka, koleżanka, z którą byłem trochę zakumplowany, jak zacząłem pracować w tym miejscu, ze swoją kumpelą, którą znam tylko z widzenia. To moje kumpelstwo z Kaśką trwało bardzo krótko i skończyło się zaraz, jak tylko wyszło na jaw, że Kaśka jest dwulicową plotkarą. Po tym, jak zaczęły dochodzić do mnie niestworzone rzeczy opowiadane o mnie, których źródłem, jak się okazało, była Kaśka, nasze świeżutkie kumpelstwo przeszło do historii. W porę zorientowałem się, że starała się zakumplować ze mną tylko w jednym celu – liczyła, że będę się z nią dzielił informacjami zastrzeżonymi, do których mam dostęp! Wiele razy podpytywała mnie o takie informacje i próbowała pociągnąć za język. Bezskutecznie, bo nie jestem przecież kamikadze. Nie unikam jej ostentacyjnie – po prostu nie szukam z nią kontaktu, a jak już do takiego kontaktu dojdzie, ważę każde słowo, które wypowiadam. Przysiadła się dzisiaj ze swoją kumpelą od plot i nie krępując się zupełnie wylała z siebie „najsmakowitsze szambo” plotek. Dowiedziałem się, choć wcale mnie to nie interesowało, kto z koleżeństwa planuje odejście, kto emigrację, która koleżanka jest w ciąży i kiedy będzie rodzić. Bezpośrednim adresatem tych rewelacji była kumpela Kaśki, która słuchała cała podjarana, a ja byłem informowany niejako przy okazji. Próbowałem zmienić temat, okazywałem brak zainteresowania tymi rewelacjami, ale Kaśki to nie zniechęcało – jak bumerang wracała do plot. Kiedyś jeszcze się maskowała, teraz już w ogóle się nie krępuje. Zanim Kaśka i jej koleżanka przeszły do wątków obyczajowych (kto z kim i ile razy), dopiłem szybko kawę, uśmiechnąłem się do nich promiennie, podziękowałem za towarzystwo i ewakuowałem się. Ze świadomością, że Kaśka i jej kumpela, zaraz jak tylko zniknę za drzwiami, obrobią mi mój zgrabny tyłek, nie zostawiając na nim suchej nitki. Nie szkodzi – niech obrabiają:-) Kaśka i jej kumpele od plot to towarzystwo, od którego trzymam się na odległość smrodu skunksa!

 

wtorek, 4 listopada 2014

Z miłości własnej

Trzy bardzo różne kobiety, które mają wspólne cechy: rozdęte ego, bardzo mocną potrzebę pomocowości i działania dla dobra bliźnich i/bądź swojego. Wspólnym mianownikiem i napędem ich działań jest miłość własna i potrzeba zaspokojenia własnych emocjonalnych potrzeb, przy okazji zaspokajania potrzeb bliźnich. Efekty są skrajnie różne. 

Gocha

Nie będę się powtarzał, bo opisałem Gochę bardzo dokładnie w zakładce "W rolach głównych". Dodam, że cała jej pomocowość jest jednokierunkowa, bo tak została wytrenowana przez rodziców. Ludzkość ma tylko jedno zadanie – zaspokajanie zachcianek Gochy. Reszta jest nieważna. Gocha emocjonalnie nie przekroczyła lat dwunastu, więc doskonale dogaduje się z dzieciakami, z którymi pracuje. Dzieciaki ją naprawdę uwielbiają. Bardzo chętnie tym dzieciakom pomaga, poświęca dużo dodatkowego czasu, pod warunkiem jednak, że ma z tego korzyść (nagrody, awans zawodowy, lub inne splendory wynikające z ich sukcesów). Jeśli korzyści się nie spodziewa, jej zaangażowanie znacznie słabnie. Ale i tak to co jest, to bardzo dużo. Efekty zaskakująco dobre, a szkody niewielkie.

Anka

Po traumatycznym rozwodzie wymyśliła nowy sposób na swoje życie – zajęła się coachingiem. Przez jakiś czas uważałem, że to świetny wybór i jest w tym dobra. To, że jest w tym dobra, podtrzymuję, natomiast od jakiegoś czasu uważam, że absolutnie nie powinna się tym zajmować, ponieważ ten cały jej coaching służy zaspokojeniu przede wszystkim jej potrzeb emocjonalnych (są nadrzędne), natomiast potrzeby osób przez nią coachowanych są wtórne. Jest bardzo inteligentna i sprytna. Potrafi dostać się do głów niestabilnych osób i nieźle tam namieszać. Uzależnia od siebie coachowane osoby do tego stopnia, że bez konsultacji z nią nie potrafią podjąć najprostszej decyzji. Uzależnienie tych osób od siebie i zarządzanie ich życiem, stało się od rozwodu misją Anki. Na chwilę obecną działalność Anki nasuwa mi porównanie do działalności sekty – ona guru, a jej „podopieczni” wierni wyznawcy. To się kiedyś może źle skończyć, ale jestem bezradny i nic nie mogę zrobić. Anka słuchać nie chce, bo wychodzi z założenia, że wie lepiej, choć psychologiem nie jest. Polskie prawo nie wymaga od osób zajmujących się coachingiem przygotowania psychologicznego. Może się tym zajmować każdy, jeśli tylko znajdzie chętnych „podopiecznych” do mieszania im w głowach. Możliwe szkody – ogromne!

Aśka

Śmierć męża w wypadku samochodowym odmieniła całkowicie jej życie. Wyzwoliła w niej ogromne pokłady energii, potrzebę działania, intensywnego udziału w życiu społecznym. Aśka prowadzi intensywne życie zawodowe, a po pracy oddaje swój czas potrzebującym ludziom – osobom wiekowym, schorowanym, niezaradnym życiowo, nieprzystosowanym. Ta jej pomocowość jest lekiem na jej samotność - zaspokajając potrzeby bliźnich, zaspokaja również swoje potrzeby, ale niejako przy okazji, a nie ich kosztem. Jej wielka wrażliwość i empatia pozwalają jej zachować zdrowe proporcje. Efekty – niesamowite!

poniedziałek, 3 listopada 2014

Rysa

Buszując dzisiaj w necie znalazłem wywiad z Brązowookim. Czasem udziela się medialnie jako ekspert. Wypowiedział się bardzo ciekawie, mądrze, merytorycznie (na tyle na ile jestem w stanie ocenić, bo nie moja dziedzina), do tego lekko i z humorem. Ogólnie wrażenie super. Rzuciło mi się w oczy jednak jedno zdanie, które mnie rozbawiło. Rozśmiałem się perliście, bo odkryłem, że on bywa próżny, jeśli chodzi o swoje umiejętności i wygląd. Muszę się przyznać, bez fałszywej skruchy i wyrzutów sumienia, że ucieszyło mnie to, że na wyidealizowanym Brązowookim pojawiła się rysa. Nie dlatego, że źle mu życzę, nie. Lubię go kredytowo, jest naprawdę świetny w tym, co robi i do tego przystojny, ale to, że nie jest skończonym ideałem, że ma swoje słabostki i kompleksy, czyni go przystępniejszym i fajniejszym. Nie chciałbym być źle zrozumianym. Nie ma w tym, co napisałem ani cienia złośliwości, zazdrości, czy też chęci dowartościowania się jego kosztem. Nie ścigam się z nim - nie muszę. Chętnie bym go uściskał właśnie z tego powodu, że ma rysę. Nigdy mu tego nie powiem, ale bardzo mi się z tą rysą podoba...

niedziela, 2 listopada 2014

Dom emerytowanych miłości

Odwiedziłem przed południem Jenny w parku. Siedząc na ławeczce w moim ulubionym miejscu nad stawem, pochyliłem się w myślach nad tą naszą miłością. Bardzo trudno jest mi się rozstać z tym najszczęśliwszym jak dotąd okresem mojego życia, z Mężczyzną, który był mi najbliższy i najdroższy. Czas już jednak najwyższy pozwolić tej zmęczonej, smutnej, starej miłości odejść na emeryturę. Hymn o miłości mówi, że miłość nigdy nie ustaje, więc może odchodzi gdzieś w najgłębszy zakamarek serca, żeby tam się schować w domu dla starych, zmęczonych, emerytowanych miłości? Ta banalna myśl nawet mi się podoba, bo przecież nosimy w naszych sercach wszystkich, których kiedykolwiek kochaliśmy.

Wszystko miało być inaczej i nic nie jest tak, jak chcieliśmy, żeby było. Nie zestarzejemy się razem, nie będziemy dla siebie zawsze, tak jak chcieliśmy być. Byliśmy najbliższymi przyjaciółmi dla siebie, mogliśmy sobie powiedzieć wszystko, bo tak dobrze się rozumieliśmy, jednak nawet ta przyjaźń została nam odebrana i nie ocalała.

Szarooki napisał dla mnie kiedyś bardzo piękne i wzruszające opowiadanie, w którym zawarł wszystkie swoje uczucia do mnie. Zakończył je słowami: „Jeśli kiedyś poczujesz się samotny, a mnie przy Tobie nie będzie, zawołaj mnie myślą, a przyjdę do Ciebie we śnie”. Wołałem wiele razy – nie przyszedł. Ale może dzisiaj przyjdzie? Zawołam...

Moja dusza oniemiała z zachwytu słuchając tej arii w fenomenalnym wykonaniu Kiri Te Kanawa. 

Ukochane lasy, błogosławione cienie:
Przychodzę w poszukiwaniu mojego serca.


Aria „Care selve” z opery „Atalanta” G. F. Haendla, śpiewa Kiri Te Kanawa. 

Sen (2)

Śnił mi się Brązowooki. Siedział na zasłanym łóżku przyodziany jedynie w bokserki. Powiedziałem do niego „cześć”, spojrzał na mnie wrogo i odpowiedział „cześć”. „Nie musisz dzielić ze mną pokoju, jeśli nie chcesz”. Nic nie powiedział, spuścił tylko wzrok. Spojrzałem na niego i to już nie był on, tylko moja koleżanka z pracy Ela, ubrana w różowy peniuar. Ela jest bardzo fajna, lubię ją, nie jest najszczuplejsza, więc w tym różowym peniuarze jakoś nieszczególnie efektownie wyglądała. Ucieszyłem się, że skoro muszę dzielić pokój z kimś ze współpracowników, to tym kimś jest ona.

Za oknem piękna słoneczna pogoda, ale w moim wnętrzu deszcz. Jadę do kościoła, a potem na chwilę do parku odwiedzić Jenny.

sobota, 1 listopada 2014

Bo to był człowiek!

Moja Mama zrelacjonowała mi telefonicznie ostatnią swoją bytność u pani Zosi. Przedwczoraj zaszła do niej na chwilę i zastała u niej ową Bronkę, która kiedyś usiłowała przesłuchać syna pani Zosi na okoliczność jej przychodniano – szpitalnego szoł (post Sensacja). Ożywiona rozmowa toczyła się wokół sąsiada Bronki, Nowaka*, alkoholika nieszkodliwego, choć aspirującego do pijackiej elity, czyli żulerii. Bronka generalnie spolegliwa nie jest, więc drze koty z wszystkimi sąsiadami, również z Nowakami. Obsobaczała zatem Nowaka zajadle, ku radości pani Zosi. Nie, żeby pani Zosia miała coś do Nowaka, absolutnie nie! Radość sprawiała jej sama relacja Bronki – zawszeć to jakieś urozmaicenie w życiu rekluzy. A relacja Bronki jędrna była i obficie okraszona słowami, które swój rodowód jakoby miały w łacinie. Ów wywód Bronki na temat Nowaka i jego alkoholizmu, pani Zosia podsumowała wnioskiem, że Nowakowa powinna oddać Nowaka na przymusowy odwyk. Moja Mama, która przysłuchiwała się temu obsobaczaniu Nowaka w milczeniu, nie wytrzymała i wypaliła:
- Zocha, a ty czemu swojego męża na przymusowy odwyk nie wysłałaś?
Pani Zosia, której mąż zdecydowanie nie wylewał za kołnierz, osłupiała na moment, ale szybko odzyskała rezon i odpowiedziała:
- Bo to był człowiek!!!
- A Nowak to nie człowiek? Zocha ty się zastanów, co ty mówisz!
Jak już Bronka pozbierała się i poszła, moja Mama przypomniała pani Zosi:
- Zocha ty nie bądź do Bronki taka wylewna, bo chyba wiesz, jaka Bronka jest, tak? Do ciebie powie jedno, a do Nowaka drugie, np. to co powiedziałaś o wysłaniu go na przymusowy odwyk. I jeszcze od siebie dołoży drugie tyle. Chcesz mieć tu wizytę Nowaka?
- No nie chcę – odpowiedziała pani Zosia.
- No więc waż słowa, które wypowiadasz do Bronki.
- Masz rację. Ona nie dość, że przekaże, to jeszcze drugie tyle dołoży!
- Przypomnij sobie, jakie były konsekwencje twojej wylewności – powiedziała moja Mama wskazując ręką na dom sąsiadów pani Zosi. Panią Zosię w tym momencie ciarki przeszły, bo przypomniały jej się korowody sądowe sąsiadów, którzy powołali ją na świadka. Kiedyś o tym napiszę.
______________________________________
* nazwisko na potrzeby posta