sobota, 31 stycznia 2015

Once upon a time...

31 stycznia spotkaliśmy się z Szarookim przypadkiem i zobaczyliśmy się po raz pierwszy w życiu. Wieczór był równie piękny jak dzisiejszy i podobnie jak dzisiaj było dużo śniegu. Pamiętam, jak nasze oczy się spotkały i uśmiechnęliśmy się do siebie. Pomyślałem sobie: „Ale fajny!” i… tyle. Nie przypuszczałem, że nasze drogi się zbiegną, że coś między nami się wydarzy, coś zaistnieje. Wydawało mi się co prawda, że zerkał na mnie dyskretnie, ale uznałem, że to niemożliwe, żeby ktoś tak dekoracyjny jak on mógł zwrócić na mnie uwagę. A jednak okazało się inaczej i odnalazł mnie po nieco ponad roku. Mam do niego irracjonalny żal, że czekał, bo gdyby zadziałał wtedy, bylibyśmy razem o ten rok dłużej. Mam chandrę. Inną niż zwykle, bo rozbudowaną o poczucie jakiegoś takiego opuszczenia, bezpańskości i bezradności. Zrobiłem dzisiaj coś, czego nie robiłem od bardzo dawna: wyciągnąłem z komody jego szary polar, przytuliłem do siebie i leżałem tak bite dwie godziny. Czy to możliwe, żeby kochać kogoś zaocznie tak długo? Byliśmy sobie przeznaczeni, a jednak przeznaczenie rozminęło się z życiem... Miłość mojego życia... Czy będzie nowa? Wszystko się jeszcze może zdarzyć, choć patrząc realnie, wszedłem w wiek, w którym szanse są coraz mniejsze. Zawsze jednak, sobie na pociechę, mogę rzec, że dane mi było przeżyć wielką i spełnioną miłość. Wciąż ją przeżywam, choć już od dawna się nie spełnia. Miłość, która uczyniła mnie dojrzałym i sprawiła, że osiągnąłem pełnię człowieczeństwa. Marna to pociecha, choć i tak lepsza niż żadna...

środa, 28 stycznia 2015

Nemezis (3)

Pani Zosia ostrzegła, że wybiera się do neurologa. Podjęła taką decyzję, ponieważ neurolożka, u której się dotąd leczyła i której przy okazji ostatniej wizyty odstawiła szopkę z "zawałem", już nie pracuje w specjalistycznej przychodni, do której pani Zosia lubi uczęszczać. Najważniejszy świadek pamiętnego szoł pani Zosi odpadł, więc pani Zosia poczuła się zachęcona do złożenia wizyty. Co prawda została jeszcze dwójka świadków (pielęgniarka oraz lekarka kardiolożka), pani Zosia jednak szybko w głowie obliczyła prawdopodobieństwo spotkania w przychodni tej dwójki i wyszło jej 50%. W związku z tym postanowiła podjąć ryzyko i nawiedzić przychodnię specjalistyczną, bo już się bardzo za specjalistami stęskniła. Na pierwszy ogień pójdzie neurolog właśnie, zaraz po nim okulista, bo pani Zosia wzięła sobie do serca pytanie neurochirurga o łzawienie oczu i chce, żeby przyjrzał się temu specjalista. W trzeciej kolejności będzie zaliczony laryngolog. Laryngolog, do którego pani Zosia się wybiera, potraktował jej obszerną dokumentację medyczną dość nonszalancko podczas ostatniej jej u niego wizyty – nie zapoznał się z nią wystarczająco skrupulatnie, bo poprzestał na zapoznaniu się z diagnozami i leczeniem, a pominął skany TK, co wzbudziło u pani Zosi pewne wątpliwości, co do jego lekarskiej dokładności. Pani Zosia mogłaby się poczuć stuprocentowo usatysfakcjonowana, gdyby kontemplował każde zdjęcie TK przez co najmniej 15 minut. Zajęłoby mu to ca 5 godzin, czyli całą jego „dniówkę” w przychodni. To byłby dopiero mega czad, gdyby przez całą „dniówkę” tylko panią Zosię obsługiwał. Dopiero by się poczuła zadbana, diagnozowana, zaopiekowana i leczona. Niestety, lekarz ten nie jest na tyle skrupulatny, żeby pani Zosi taką mega czadziarską atrakcję zapewnić. Trudno, pomimo tej niewątpliwej jego wady, pani Zosia jednak do niego pójdzie. Z prostej przyczyny – drugiego się zwyczajnie boi, bo ją opierniczył. Pani Zosia wmawiała sobie wtedy jakąś poważną niedomogę gardlaną. Zdarzyło się, że musiała sobie kilka razy odchrząknąć w trakcie werbalizacji i to wzbudziło jej podejrzenia. Pognała więc do laryngologa, który obejrzawszy gardło lusterkiem laryngologicznym orzekł, że z gardłem wszystko w porządku. Nieusatysfakcjonowana pani Zosia zagrała vabank i złożyła lekarzowi zapotrzebowanie na milion badań, czym go tak zirytowała, że powiedział jej, że to on jest lekarzem i to on decyduje o diagnostyce i leczeniu. Prawdę powiedział. Gdyby pani Zosia dostała skierowania na te wszystkie badania, na które by chciała, NFZ by zbankrutował. W samym tomografie spędziłaby tydzień skrupulatnie się skanując. Lekarz kazał parzyć pani Zosi siemię lniane i pić, czym bardzo panią Zosię uraził. No bo co za pożytek z siemienia lnianego? Żadnej perspektywy na jakieś odświeżające objawy niepożądane, żadnej ulotki. Nic, kompletnie nic. Pani Zosia takich lekarzy nie poważa i więcej nie zaszczyca. Pójdzie zatem do tego mniej skrupulatnego, ale jednak jakiś lek zapisującego. Ostatnio zapisał pani Zosi Glimbax do płukania gardła, czym ją ogromnie ucieszył. To taka głupota przeciwzapalna. Pani Zosia przeczytała w ulotce, że może wywołać pokrzywkę i oczywiście natychmiast na tę pokrzywkę zapadła. Podrapała się tu i ówdzie myśląc, że choć Glimbax odstawić musi, bo ją „uczulił”, to jednak lek to dobry, skoro jakieś działania niepożądane wywołać może. Plany medyczne pani Zosi na najbliższy czas poznałem. Niemedycznych planów pani Zosia nie robi, bo „przecież nie wiadomo, czy rano się obudzi”, jak mi obwieściła kiedyś. Może to pielgrzymowanie po specjalistach obędzie się bez ekscesów, bo pani Zosia chce bardzo absorbować uwagę, ale tylko lekarzy, a nie otoczenia… 

wtorek, 27 stycznia 2015

Takie tam...

Dostałem dziś spóźnionego nieco smsa urodzinowego od przyjaciółki ze studiów przebywającej aktualnie za granicą. Napisała w nim, że gratuluje mi „coraz sędziwszego wieku, tzn. atrakcyjniejszego i mądrzejszego”. Ona sama w październiku również osiągnie ten wiek sędziwy:)
***
W moim wielkim mieście zima, bo od trzech dni pada śnieg - jest pięknie, czysto i biało. Moje wielkie miasto otulone śniegiem staje się całkiem ładne, a po zmroku wręcz bardzo ładne. Czekając na zagotowanie się wody na herbatę, delektowałem się z kuchennego okna, widokiem opadających leniwie dużych płatków śniegu. Pierwszą myślą, jaka przyszła mi do głowy było: „Jak pięknie!”. A za nią przypłynęła następna: „Ciekawe, co Mariusz teraz robi?”. Wciąż łapię się czasem na myśleniu: „Ciekawe, co Mariusz teraz robi?”. Chciałbym cofnąć czas… On, nawet nieobecny, zawsze będzie częścią mojego życia, bo sprawił, że doświadczyłem tego, co wcześniej było jedynie przeczuciem. To było życie. To, co jest teraz, to letarg.
***
Nie palę od siedmiu miesięcy. Jestem z siebie bardzo dumny. Zauważam ten obłok papierosowego smrodu, jaki każdy palacz za sobą ciągnie, rozsiewając na około. Zastanawiam się, jak mogłem lubić ten smród zapach. W ogóle nie ciągnie mnie do papierochów. Cieszę się. 


poniedziałek, 26 stycznia 2015

Do Brązowookiego

No to mnie znalazłeś. Skoro tak się stało, przeczytaj tego posta uważnie. Publikuję go, bo wiem, że jesteś bardzo inteligentny i jeśli zakiełkuje w Tobie myśl, żeby mnie sprawdzić, bez trudu tego bloga odnajdziesz, bo popełniłem drobny błąd, który mógł Ci dostarczyć słowo kluczowe, ściągające wujka Google na tego bloga. W sumie, może to i dobrze. Jeśli tu trafiłeś i zapoznałeś się z treścią, wiele się dowiedziałeś. Twoje przypuszczenia, co do mnie, okazały się prawdziwe. Wiem, że zauważyłeś, że jestem Ciebie ciekawy i podobasz mi się. Nie zamierzam się z tego tłumaczyć ani Cię za to przepraszać. Jednak, oprócz tego, że mi się podobasz, szanuję Cię i chciałbym, żebyś spróbował zrozumieć. Jesteś mądrym facetem i potrafisz wznieść się ponad stereotypy. Spróbuj i tym razem. Przeczytaj bez uprzedzeń od początku, a wszystko zrozumiesz. Wiesz kim jestem służbowo i publicznie. Teraz dowiedziałeś się również kim jestem i jaki jestem prywatnie. Wiedz, że to jedynie pewien bardzo niewielki wycinek całości. Nie obawiam się Ciebie, nie martwi mnie to, że wiesz. Wiem, że nie wykorzystasz tej wiedzy przeciwko mnie. Wiem, że nie zrobisz niczego, co mogłoby sprawić, że poczułbym się upokorzony. Ja również nie zrobiłbym niczego, co mogłoby upokorzyć Ciebie. Szanuję Cię. I wiesz, lubię, tak kredytowo. Nie zwracałem na Ciebie uwagi – mijając Cię myślałem sobie: „Miły i dekoracyjny” i nic więcej. To się zmieniło. Ty to zmieniłeś. Świadomie, bądź nie. Nie wiem, czy te dwa zdarzenia, które w moim odczuciu miały zwrócić moją uwagę, a które opisałem w pierwszych postach, rzeczywiście miały taki cel. W moim odczuciu miały. Ufam mojej spostrzegawczości i intuicji. Bardzo chciałbym, żebyś był. Żebyś wykonał jakiś gest. Jestem świadomy kontekstu i wszystkich okoliczności. Jeśli przeczytałeś bloga, a zakładam, że tak zrobiłeś, wiesz już, że kontekst rozumiem lepiej, niż mogłeś przypuszczać. Bądź. Nawet jeśli nasza ewentualna relacja miałaby nie wyjść poza kumpelstwo, myślę, że i tak byłoby warto, bo obaj mamy bardzo wiele do zaoferowania. To oczywiste, że wygląd ma znaczenie, jednak najbardziej pociąga mnie w Tobie ciepło, które wokół siebie roztaczasz – jest takie zaraźliwe. Może to tylko urojenie, ale wiesz, ja naprawdę myślę, że moglibyśmy się polubić...

sobota, 24 stycznia 2015

O śnie

Śniło mi się dzisiaj nad ranem, że rozmawiam z Brązowookim na tej dzisiejszej oficjalnej uroczystości. Rozmawiamy, uśmiechamy się do siebie, jest bardzo miło. Nagle spoglądam w dół i z przerażeniem dostrzegam, że zamiast czarnych półbutów, mam na stopach trampki! W kolorze wściekłego, wypalającego rogówkę seledynu! Do mojego przepięknego czarnego garnituru! Brązowooki podąża za moim wzrokiem i również spogląda w dół na te moje oślepiająco seledynowe trampki, podnosi wzrok, patrzy mi w oczy i zaczyna się głośno śmiać. Ja też zaczynam się śmiać... Obudziłem się na siedząco. Spojrzałem na zegarek - była 8 rano. Wysztafirowałem się dzisiaj i wychodząc do roboty zatrzymałem się w drzwiach, spojrzałem w dół na swoje stopy, żeby sprawdzić, czy na pewno włożyłem czarne półbuty, a nie seledynowe trampki, których nie posiadam.:) Na co to się śniło?  

Brązowooki (3)

Minęliśmy się dzisiaj. Z daleka. Nie było innej możliwości. Świetnie wyglądał w czarnym (pięknym) garniturze. Ja też fajnie wyglądałem w moim czarnym (równie pięknym) garniturze. Byliśmy unieruchomieni za daleko od siebie (przy swoich nadszefach), żeby widzieć oczy. Patrzył w moim kierunku - mógł patrzeć na mnie, ale równie dobrze na mojego nadszefa. Zresztą nawet gdybyśmy stali blisko siebie, to i tak pilnowałby się. Musielibyśmy się zetknąć gdzieś prywatnie, żebym mógł obczaić cokolwiek. Mój przyjaciel kiedyś powiedział, właśnie a propos Brązowookiego, że jeśli nasze drogi będą miały się spotkać, to się spotkają, bo sam los tak pokieruje. Chciałbym, żeby tak się stało, ale nie czekam na to. I tyle o Brązowookim. 

piątek, 23 stycznia 2015

Bitchowatość

Przeniosłem wczoraj swoją bitchowatość na wyższy poziom. Stało się to w pracy, a inspiracją owego bitch progresu była moja współpracownica. Osoba dość specyficzna i niezbyt lubiana, szczególnie ostatnio. Jest starą panną, po pięćdziesiątce, doskonale wpisującą się w stereotyp kilkoma cechami, z których najbardziej wyraziste są zgryźliwość i złośliwość. Kilka miesięcy temu straciła matkę, co sprawiło, że te jej najbardziej wyraziste dwie cechy uwydatniły się i uaktywniły jeszcze bardziej. Potrafi być złośliwie wredna. Miałem z nią wcale niezłe relacje, do wczoraj. Bo właśnie wczoraj postanowiła być zgryźliwa i złośliwie wredna dla mnie. Bardzo przeżywa stratę matki, dlatego staram się być dla niej wyrozumiały. Ignorowałem wczoraj jej drobne złośliwości i obracałem je w żart. Normalnie jakiś czort w nią jednak wstąpił, bo tak długo mnie prowokowała, aż w końcu odniosła sukces. Zrobiłem wczoraj kawał dobrej roboty, z bardzo niewielką pomocą tej koleżanki, bo ona głównie zajmowała się krytykowaniem i narzekaniem. Jakoś przetrwałem do końca pracy. Kiedy już zbierałem się do domu zadowolony, że nie będę musiał dłużej znosić jej wredoty, rzuciła w moją stronę jedno zdanie, którym zakwestionowała wszystkie moje kompetencje i to przy świadkach. Posiadam znacznie wyższe od niej kwalifikacje, co najwidoczniej jest dla niej jakimś problemem, bo wypaliła ze złośliwym uśmiechem, coś w stylu, że jak na tak, jakoby, wysokie moje kwalifikacje, to w efektach mojej pracy szału nie ma. Choć powszechnie wiadomo, że łagodny jestem i spolegliwy jak jagniątko (taki żarcik), szlag mnie nagły trafił i odbił się rykoszetem od koleżanki. Empatia mi się wyłączyła, więc wypunktowałem ją tak, że stała z rozdziawionymi ustami i nie wiedziała, co powiedzieć. Powiedziałem jej, że:
- jest ostatnią osobą, która mogłaby oceniać moją pracę, bo nie posiada wystarczających kwalifikacji i to raczej ja, z moimi kwalifikacjami, mógłbym oceniać jej pracę (wredne, wiem)
- powinna się raczej powstrzymać od oceniania efektów czyjejś pracy, skoro efekty jej własnej pracy są bliskie zeru, co nie dziwi, skoro zajmuje się głównie mieleniem jęzorem i wkurzaniem ludzi. 
- miarę przebrała w swojej zgryźliwości i wredocie,
- nikt z nią nie chce współpracować, bo wszyscy już mają tego dość,
- nikt jej tego dotąd nie powiedział, bo wszyscy litujemy się nad nią, bo jest w żałobie.
Ale to nie wszystko. Widząc, że chce coś powiedzieć, warknąłem tylko: „Milcz i słuchaj, co ja mam Ci do powiedzenia!!!” takim tonem, że zamarła z otwartymi ustami. Powiedziałem jej, że powinna zrewidować i zmienić swój stosunek do koleżeństwa, bo jeśli tak to będzie dalej wyglądało, to ludzie zaczną się na nią skarżyć nadszefowi (do mnie już się skarżą!), że pracować z nią nie chcą, bo wredna i zapytałem, czy wie, jakie mogą być tego konsekwencje. Zaryzykuję tezę, że nikt jej chyba jeszcze w życiu tak nie opierdzielił, jak ja wczoraj. Wyczerpałem wczoraj limit bitchowatości z najbliższych dwóch tygodni, mogę więc być już tylko miły i spolegliwy. 

Dzisiaj przeprosiła mnie za swoje wczorajsze zachowanie. Dziwne to były przeprosiny, bo podszyte tłumioną zgryźliwością i złością. Widziałem, jak miota się w niej chęć przyozdobienia tych przeprosin jakąś złośliwostką, ale się nie odważyła. Widziałem też, że oczekiwała, że ja też ją przeproszę za to, że ją tak wczoraj zrypałem. Nie przeprosiłem, bo jej się należało. Naburmuszyła się i łypała na mnie złym okiem, ale nie komentowała, z obawy przed repetą. Normalnie ją zastraszyłem:) Obsobaczyła mnie za to do koleżanek, że bezczelny jestem i wredny (sic!), o czym koleżanki nie omieszkały mi natychmiast donieść. Jednak w stosunku do mnie pilnowała się. I dobrze. Niech zna mores! Bycie bitch i bycie spolegliwym. Oba bycia mają swoje zalety. Wad nie stwierdzam:)

czwartek, 22 stycznia 2015

Chciałbym...

Myślałem o przyszłości… Chcę i muszę wierzyć, że nie będzie zła. Jestem marzycielem i wciąż wierzę, że miłość mnie jeszcze odnajdzie. To moje uwikłanie w Szarookiego postrzegam jako próbę zagłuszenia pustostanu sercowego. Emocjonalną ucieczkę w czas szczęścia i miłości. On był miłością mojego dotychczasowego życia. Wciąż mam go pod skórą i wciąż za nim tęsknię. Nie jest to jednak uwikłanie, przez które nie można się przebić. Skoro wciąż jeszcze wierzę, że miłość mnie odnajdzie, to znaczy, że nie jestem zamurowany w tym uwikłaniu. Również moja ciekawość Brązowookiego, wrażliwość na niego, chęć i gotowość na interakcję z nim, gdyby on również tego chciał, jest dobrym objawem. Czy byłbym w stanie stworzyć nowy, równie pełen miłości i zrozumienia związek jak z Szarookim? Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Pod warunkiem jednak, że spotkałbym właściwego Człowieka. Szarooki jest niezastąpiony, bo nikt nie może być nim, ale to nie znaczy, że nie może zająć jego miejsca przy mnie ktoś inny, nowy, właściwy, inspirując równie intensywne uczucia. Aktualnie mógłby to być Brązowooki, bo z radością udzieliłbym mu kredytu zaufania i dał szansę. Co, jeśli ktoś taki (właściwy) się nie pojawi? Myślę, że są gorsze nieszczęścia niż bycie singlem. Życie pisze czasem swoje własne scenariusze, stawiając nas przed faktami dokonanymi, dlatego również taką ewentualność pragmatycznie biorę pod uwagę. Nie zamierzam robić niczego wbrew sobie, na siłę, z lęku przed samotnością, z desperacji. Zabrzmiało dzielnie? Wcale takie nie jest. Taki scenariusz budzi mój lęk, bo to nie tego pragnę. Chciałbym kochać i być kochanym. Jeśli jednak będę musiał żyć samotnie… Chcę i muszę w to wierzyć, że dam radę.

wtorek, 20 stycznia 2015

O przyjaźni między byłymi partnerami

W komentarzu do poprzedniego posta padło pytanie, słuszne bardzo, czy nie zastanawiałem się nad przeniesieniem znajomości z Szarookim na pole czysto przyjacielskie.

Zastanawiałem się wiele razy i buntowałem się, że tak się nie stało, że nie zachowaliśmy naszej bardzo bliskiej przyjaźni, że nie rozmawiamy, że nie wspieramy się.

Teoretycznie przyjaźń pomiędzy byłymi partnerami jest możliwa, jeśli spełnione są łącznie dwa zasadnicze warunki:
  1. wygaśnięcie miłości i namiętności
  2. pozytywne postrzeganie byłego partnera
Nader często w życiu trzeba zdobywać się na dokonywanie prostego rachunku zysków i strat, żeby uczciwie i pragmatycznie odpowiadać sobie na pytanie, czy ewentualne zyski są w stanie pokryć straty. Innymi słowy, czy warto, czy to możliwe i czy w ogóle wykonalne. Brzmi praktycznie, nieromantycznie, wręcz merkantylnie? I dobrze – tak właśnie ma być. Na taką, dobrze pojętą, merkantylną autorefleksję trzeba się zdobywać, dla własnego, również dobrze pojętego, interesu i komfortu psychicznego. Wielokrotnie takiej autorefleksji w przedmiotowej kwestii dokonywałem i zawsze odpowiedź, jaką otrzymywałem była taka sama. Nasza przyjaźń nie jest możliwa, ponieważ:

ad 1. Moje uczucia do niego nie wygasły, jak wskazuje również zawartość tego bloga. Namiętność również nie wygasła – on wciąż mnie kręci.
ad 2. Postrzeganie jak najbardziej pozytywne. Ale wziąwszy pod uwagę ad 1., czyli niewygasłe uczucia, gdyby wejść w taką „przyjacielską” (celowo ująłem w cudzysłów i wyjaśnię poniżej) relację, dość szybko okazałoby się, że postrzeganie mogłoby ulec zmianie.

Przyjaźń jest uczuciem zasadniczo opartym na bezinteresowności. A ja wobec niego bezinteresowny nie jestem, właśnie dlatego, że wciąż mnie (upraszczając) kręci. Spotykać się z nim, rozmawiać i nie móc go dotknąć, przytulić - to byłaby udręka! Przecież całe moje jestestwo wyrywałoby się do niego! W naszym wypadku przyjaźń nie jest możliwa. Piszę „w naszym” świadomie, bo wiem, że moje uczucia i pragnienia były przez niego odwzajemniane. Nasza relacja była bardzo intensywna i nasze zaangażowanie rozkładało się dość symetrycznie, dlatego jakakolwiek relacja nie będąca realizacją miłości, byłaby marnym substytutem, czymś raniącym do głębi, dewastującym, destruktywnym. Byłaby oszustwem. A ja nie potrafiłbym go oszukiwać, nie umiałbym. No bo jak udawać, że się nie kocha, kochając i że się nie pragnie, pragnąc? Przecież to byłby obłęd. Szaleństwo. Właśnie dlatego po rozstaniu nie zachowaliśmy kontaktu w żadnej formie. Rozstanie było dla nas obu czymś tak bolesnym i traumatycznym, że zerwanie kontaktu było uczynkiem miłosierdzia sobie wzajemnie wyświadczonym.

Powyższe to moja perspektywa. Pytanie, czy Szarooki życzyłby sobie takiej przyjaźni? Znałem go i wiem, że nie. Bo, najprościej, jak się tylko da i dlatego w tym wypadku najtrafniej: między nami była taka chemia, taki emocjonalny i fizyczny pociąg, że - pardon my French (uwielbiam ten idiom) – skonsumowalibyśmy się, bo nie potrafilibyśmy się powstrzymać. A to byłoby okrutne (choć rozkoszne), bo bez perspektyw na kontynuację. Ja, uczciwie mówiąc, zdobyłbym się na taki nierozsądek (popłynąłbym z miłosnej chuci, choć później opłakiwałbym to miesiącami), ale wiem, że Szarooki tak nierozsądny jak ja nie jest. Wiem to. Nie możemy być razem, z powodów, o których nie chcę pisać. Jakiekolwiek by one nie były (z całym szacunkiem dla najzupełniej naturalnej ciekawości Czytelnika - kluczowy jest tu sam niewątpliwy fakt, a nie tego faktu dowody), nie możemy być razem i to determinuje wszystko inne, co nas dotyczy.

Nie wyczerpałem tematu - jedynie lakonicznie prześlizgnąłem się po powierzchni, musnąwszy zaledwie meritum. Po napisaniu tego zdania naszła mnie refleksja, która przyozdobiła mą twarz czułym uśmiechem: gdyby tak zwrócić się do Szarookiego z pytaniem, czy możliwa jest przyjaźń między nim a mną, udzieliłby odpowiedzi czcionką Times New Roman nr 12 na pięć lub sześć stron A4, zgrabnie przeprowadzając wywód prowadzący do tych samych, jak moje powyższe, wniosków. To byłby wnikliwy, mądry i cholernie błyskotliwy wywód. 
______________________________
PS. Hwa bardzo Ci dziękuję za komentarz, którym zainspirowałaś/eś? mnie do przypomnienia sobie powyższego.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Garstka głupot

Brązowooki
W sobotę znowu się miniemy przy oficjalnej okazji. Nie będzie możliwości, żeby mogło wydarzyć się cokolwiek spontanicznego, więc będę sobie mógł jedynie na niego popatrzeć. Wizualnie jest bardzo miły dla oka, więc pooglądanie go sobie zawsze jest przyjemne… „Dobre i choć co”, jak mawia się u mnie w górach. Może uda mi się złapać jakieś jego zaciekawione spojrzenie. Będzie oczywiście pełna gala, a w pełnej gali wyglądam efektownie, jak to niedawno słusznie zauważył Modrooki. Brązowooki w zwykłych ciuchach (dżinsy i t-shirt) widział mnie tylko raz w październiku i nie poznał:)
***
Szarooki
Odwiedziłem go dziś na fb. Wrzucił link do artykułu w gazecie, którego jest autorem. Przeczytałem. O jego specjalności mam marne pojęcie, ale abstrahując od merytorycznej zawartości, na której nie bardzo się znam, artykuł napisany jest znakomicie. Pisać to on naprawdę potrafi. Zawodowo w Szczecinie jest bardzo ceniony i bryluje bez dwóch zdań. Oprócz linku do artykułu, Szarooki zamieścił też nowe zdjęcie profilowe. Świetnie wygląda uśmiechnięty. To foto bardzo dobrej jakości, więc można sobie je powiększyć i pooglądać. Tak też zrobiłem i poddałem fotę dokładnej analizie. Zmienił się trochę: skronia mu się przyprószyły siwizną, na czole pojawiły się bruzdy, zmarszczki mimiczne wokół oczu, cienie pod oczami. Jednym słowem pierwsze oznaki zbliżania się do czterdziestki, które sprawiają, że... jest jeszcze przystojniejszy. Wtedy wyglądał jak chłopak, teraz wygląda jak mężczyzna. Jest bardzo podobny do ojca i tak jak on będzie pięknie dojrzewał. Patrzę na to zdjęcie i serce mi się ściska, że nie mogę pogładzić dłonią jego przyprószonej siwizną skroni i powiedzieć, jak bardzo mi się podobają te zmiany, jak bardzo on mi się podoba właśnie taki. Żałuję, że nie jest nam dane radować się naszym dojrzewaniem.
***
Byłem dziś w parku. Pospacerowałem, posiedziałem chwilę na naszej ławeczce przy stawie. Patrząc na młode łabędzie patrolujące staw, uświadomiłem sobie, że odkąd wiem, że nie ma już Jenny, która była świadkiem moich i Szarookiego wspólnych tam obecności, to miejsce nie jest już takie samo, jakie było. Tak, jakby przestawało być nasze, a stawało się już tylko moje
***
Podczas pisania tego posta, w tle łagodnie sączyła się piosenka Gawlińskiego „Kalejdoskop Bardo” nieinwazyjnie penetrując mój słuch... 


niedziela, 18 stycznia 2015

Zamykam oczy

Lakoniczność jest wpisana w moją naturę. Jestem towarzyski, lubię rozmawiać, ale nie zwierzam się, nie wywnętrzam. W werbalizowaniu moich uczuć jestem bardzo lakoniczny. Tak już mam. Niewielu osobom udaje się zdezaktywować tę moją osłonę. To, co napisałem nie bardzo się ma do zawartości tego bloga, wiem. Wywnętrzam się tu i to zupełnie obcym osobom – nigdy nie zapominam, że po drugiej stronie są Ludzie. Piszę pod pseudonimem, który nijak się ma do mojego prawdziwego imienia i nazwiska, wiec mogę sobie pozwolić na otwarte wypowiedzi o tym, co zaprząta moje myśli i moje serce. Bardzo sobie cenię tę możliwość swobodnej i szczerej wypowiedzi tutaj. A jeszcze bardziej to, że są Ludzie, którzy chcą – a niektórzy nawet deklarują, że lubią - to czytać. Codziennie około 150 osób odwiedza mój blog. Wiem, że to zasługa doświadczonych i chętnie czytanych Blogerów, którzy zalinkowawszy mojego bloga, jako czytanego przez Nich, zarekomendowali go w ten sposób na swoich blogach. Dziękuję.

Jakoś dzisiaj nie tryskam radością ani optymizmem (to ci dopiero nowość, prawda?). Tęsknię. Żałuję niespędzonych razem chwil, niewypowiedzianych słów. Wszystko było za krótko, za szybko, za mało. Zbyt lakonicznie. Czuję się jałowy i pusty. Wciąż jeszcze dziwnie żyje mi się ze świadomością, że nasza wspólna historia się zakończyła i nic więcej między nami się nie wydarzy. Czuję się pojedynczy i niekompletny. Nie, nie dlatego, że nikt mnie nie chce. Jeszcze nie jest ze mną tak źle, żeby nikt się mną nie zainteresował. Nie mam w sobie jednak wolnej przestrzeni na eksperymenty, takiej swoistej strefy buforowej, obszaru wyrozumiałości, w którym mogłyby się przewalić różnice i dać ewentualnemu absztyfikantowi szanse. Tam, gdzie powinna być ta „strefa buforowa” jest jałowa pustynia. Nie ma tam niczego miękkiego, co mogłoby amortyzować i łagodzić, dlatego ewentualnych absztyfikantów postrzegam zero-jedynkowo, co zdecydowanie nie działa na ich korzyść. Zwinięcie się Modrookiego wywołało we mnie dyskretne uczucie ulgi. On funkcjonuje inaczej niż ja. Zwinął się, bo poznał kogoś w knajpie, w której bawił się z przyjaciółmi w Sylwestra i wylądował z tym kimś w łóżku posylwestrowego ranka. Prosto i łatwo. Czyli odwrotnie niż ze mną. Mam szczerą nadzieję, że odnalazł tego/to, kogo/czego szukał.

To już dziewięć miesięcy tego renesansu uczuć, albo, jak zauważyła Iw-nowa (pisząca pięknego bloga) echa byłych bardzo silnych przeżyć. Wywołał je Brązowooki. Jest kompletnie niepodobny do Szarookiego, a jednak to jego przeszywające spojrzenia uruchomiły tę retrospekcję, obudziły tę burzę. Zamykam oczy i pod powiekami widzę Szarookiego. Zasypiam i budzę się myśląc o nim. Często o nim śnię. Mam nadzieję, że ta retrospekcja, ta burza, renesans uczuć, te echa bardzo silnych przeżyć, będą trampoliną, od której odbiję się w przyszłość. W dobrą przyszłość. Chcę w to wierzyć. Tymczasem zamykam oczy…


sobota, 17 stycznia 2015

Zadymiarz z laską

Zaparkowałem auto pod sklepem, w którym kupuję chleb. Zająłem odrobinę szerokiego, półtorametrowego chodnika, zostawiając wystarczająco dużo miejsca na przejście, a nawet na przejechanie wózkiem. Wychodząc z auta zauważyłem zbliżającego się starszego pana, z wyglądu po osiemdziesiątce, wspierającego się na laseczce. Kupiłem chleb, wyszedłem ze sklepu wprost do auta, przy którym stał ten starszy pan. Jak się okazało czatował na mnie. Powitał mnie słowami:
- No jak tak można stanąć!
- O co chodzi? – zapytałem pana uprzejmie.
- No jak tak można stanąć! Jak można tak zastawić chodnik, że człowiek przejść nie może!!!
- Mało ma pan miejsca na przejście? Proszę spojrzeć, toż nie tylko swobodnie przejść chodnikiem można, ale nawet wózkiem przejechać.
Starszego pana to nie przekonało. Najwidoczniej szukając pretekstu do awantury, sprawdzał, czy da się przejechać wozem konnym i wyszło mu, że się nie da. Zatrząsł się więc z oburzenia.
- Jak można, k…wa, tak stanąć, że człowiek przejść nie może!! – starszy pan się uruchomił.
- Proszę pana, wózkiem tu przejechać można, a dla pana za wąsko? Proponuję zatem, żeby zaczekał pan tych pięć sekund, a wsiądę do auta, odjadę i odzyska pan cały chodnik. Będzie pan mógł iść nawet slalomem.
- Co to k…wa za kierowca! Debil nie kierowca. Ch…j!
Starszy pan trzęsąc się z wściekłości wygrażał mi swoją laseczką.
- O proszę bardzo, jak ładnie. To jest kultura! Brawo! – powiedziałem wsiadając do auta. Odjeżdżając spojrzałem w lusterko wsteczne i widziałem, że starszy pan wyzywał mnie dalej operując w powietrzu laską. Pomyślałem sobie, że to musi być straszne być takim zmierzłym. To pewnie wynik schorowania i złego samopoczucia. Tak, wiem, to nie jest wytłumaczenie, bo takiego zachowania nie usprawiedliwiają problemy z poruszaniem się, podeszły wiek, schorowanie ani złe samopoczucie. Wielu starszych ludzi ma takie problemy, a jednak nie chodzą po ulicach wyklinając. Współczuję jednak temu starszemu, sfrustrowanemu panu. Bardzo. Bo musi mu być źle samemu z sobą. Kiedyś Szarooki, w podobnej sytuacji, kiedy w ten sposób usprawiedliwiałem awanturę, jaką urządziła Mu starsza pani, żachnął się: „Ten Twój nieuleczalny przerost empatii!”. Zabrzmiało to jak zarzut. Spojrzałem tylko na Niego unosząc lewą brew i nic nie powiedziałem. Zapadło ciężkie milczenie, które przerwał słowami: „Kocham ten Twój nieuleczalny przerost empatii. Jest taki podniecający!”. Parsknąłem śmiechem i powiedziałem: „Że co??? Jesteś taki durny… Uwielbiam tę Twoją durnotę”.

piątek, 16 stycznia 2015

Rozmarzenie

Rozmarzyłem się, że obejmując mnie, szepczesz mi do ucha czułe słowa, a Twój ciepły oddech na płatku mojego ucha wywołuje dreszcze… Wiesz, że nie przepadam za Celine Dion, a jednak to ona śpiewa w tle: ”I’m everything I am because you loved me”. Po mojej głowie błąka się absurdalny żal, że nie zdążyłeś nauczyć mnie pływać… Tak mi Ciebie brak...


środa, 14 stycznia 2015

O wczorajszej rozmowie z przyjacielem

Pogadałem wczoraj dwie godziny z moim przyjacielem Arturem telefonicznie. Jest muzykiem, kolegą z roku Pawła i jednym z moich najbliższych przyjaciół. 28 grudnia, kiedy ja bawiłem z Modrookim na koncercie kolędowym, On bawił publiczność szczecińską koncertem. Na pokoncertowym bankiecie spotkał Szarookiego. Znali się z okresu, kiedy byłem z Szarookim i nawet się polubili. Artur mówił, że Szarooki był miły i serdeczny - pogadali sobie chwilę miło. Szarooki zwierzył mu się, że planuje w sierpniu wyjazd do Paryża na trzyletni kontrakt. Potem, jeśli będzie chciał, będzie mógł przedłużyć kontrakt, bądź też wrócić do Szczecina na to samo stanowisko. Powiedział, że nic poza pracą go w Szczecinie nie trzyma, więc ten wyjazd do Paryża może być fajną odmianą. Nic poza pracą go nie trzyma… Artur mówił, że Szarooki wygląda świetnie – trochę mu się skronia przyprószyły siwizną, co dodaje mu tylko męskości i urody. W relacji Artura jedno mnie zastanowiło. Powiedział mianowicie, że Szarooki zmienił się i nie jest już tym radosnym, wesołym chłopakiem, jakim był niegdyś. Odpowiedziałem, że zmieniamy się wszyscy, bo przecież czas nie stoi w miejscu. Powiedział na to, że to nie to, że jego zdaniem to ta nasza historia zmieniła Szarookiego tak, jak zmieniła mnie. Może. Kochaliśmy się i zostaliśmy rozdzieleni - coś takiego zostawia ślad. We mnie pozostawiło, więc w nim również mogło. Tak sobie pomyślałem… Znam go trochę. Te jego przeprowadzki najpierw do Szczecina, a w tym roku do Paryża… To forma ucieczki przed samotnością? Wydaje mi się, że tak. Mój piękny Szarooki. Samotny z tak niesamowitą powierzchownością i jeszcze bardziej niesamowitym wnętrzem. Dlaczego? Wydaje mi się, że jest ofiarą własnej dekoracyjności. Potencjalni absztyfikanci postrzegają go przez pryzmat jego powierzchowności, akcentując tę jego fizyczną atrakcyjność, a to go zniechęca, bo on nie lubi takiej redukcji. I cynizmu. Płaszczyzna fizyczna jest dla niego bardzo ważna, jak dla każdego człowieka, ale kluczowa jest dla niego płaszczyzna emocjonalna - poczucie bycia zrozumianym, wyczutym, ciepło, akceptacja i poczucie bezpieczeństwa. Komfort emocjonalny jest dla niego warunkiem sine qua non do budowania relacji. Jest człowiekiem głęboko wierzącym, więc też nie prowadzi się lekko. Nie będę się nad tym rozwodził, bo myślę, że takie określenie będzie wystarczające: on nie uprawia seksu – on się kocha. Pod pewnymi, zasadniczymi względami, jesteśmy tacy sami i chyba dlatego było nam ze sobą tak dobrze.
Artur w tej krótkiej rozmowie z Szarookim wspomniał o mnie. Przy powitaniu powiedział mniej więcej coś takiego: „Mariusz! Kopę lat!”. Na co Mariusz powiedział, że rzeczywiście trochę czasu minęło odkąd widzieli się ostatnio. Na co Artur wypalił: „No, ostatnio widzieliśmy się u Adama”. Szarooki powiedział: „Tak…”.  Spuścił wzrok i dodał: „To były piękne czasy”. A powiedział to, zdaniem Artura, z tym szczególnym uśmiechem. „Tak uśmiechał się tylko do ciebie” – zrelacjonował mi Artur. 
Rozumiem tę jego potrzebę zmian. Oprócz ewidentnych korzyści dla jego rozwoju zawodowego, jest to całkiem skuteczny sposób na ucieczkę przed samotnością. Takie radykalne zmiany wymagające reorganizacji życia, dość efektywnie odwracają uwagę od samotności. Z drugiej jednak strony… Myśl, że będzie jeszcze dalej ode mnie…


Dlaczego „Wokaliza” Rachmaninowa i dlaczego w wykonaniu Kiri Te Kanawa? Bo obaj ją uwielbiamy i jej interpretacja „Wokalizy” to cały poemat. O miłości.

Na koniec pozwolę sobie zarekomendować blog Gościa, który mnie wczoraj odwiedził i którego rewizytowałem. Fajnie Chłopak pisze - wyraziście, jędrnie i czasem kolokwialnie. Podoba mi się jego szczerość.  

wtorek, 13 stycznia 2015

O bezproduktywnym renesansie


Ładna piosenka, prawda? Mnie się bardzo podoba. Pan Bolton, który jest niezwykle wrażliwym i wyrazistym artystą, informuje w niej, że "jest czas miłości i czas, kiedy trzeba pozwolić tej miłości odejść" oraz apeluje, żeby "odpuścić i pozwolić rozpocząć się nowemu dniu"… Bardzo słuszne wezwanie! Wybór tej piosenki to przekorna prowokacja z mojej strony, zważywszy na to, że… O ironio losu! Mogę w zasadzie powiedzieć - i nie będę w błędzie - że przeżywam od kilku miesięcy renesans uczuć do Szarookiego. Zaoczny i kompletnie bezproduktywny. Ale czy na pewno bezproduktywny? Nie uwolnię się dziś od lakoniczności i nie rozkminię tego, bo:

Odbyłem dziś dwugodzinną rozmowę telefoniczną z przyjacielem. Jestem oszołomiony wiadomościami.  Muszę je w sobie przetrawić, przespać się z nimi i może jutro coś o tym napiszę. Z szoku muszę wyjść.

Odkryłem, że Brązowooki miał urodziny dziesięć dni temu. Życzę mu w myślach wszystkiego najlepszego - szczególnie odwagi… I tyle w temacie jego urodzin.

Z całego tego blogowania najlepiej, mam wrażenie, wychodzą mi tytuły...

poniedziałek, 12 stycznia 2015

O zinwentaryzowaniu

Śnił mi się Szarooki tej nocy. Niby wszystko w tym śnie było ok, ale oczy miał, nie wiedzieć czemu, niebieskie a nie szare. To musiał być jakiś surogat Szarookiego! Zinwentaryzowałem w myślach szczegóły Szarookiego (strasznie mi się podoba to  wyrażenie) i oto, co mi wyszło:

  1. Blizna nad prawym łukiem brwiowym - niemal niewidoczna pozostałość po bliskim spotkaniu ze schodem w wieku lat trzech; lekarz założył „cy sfy”, jak wtedy opowiadał wszystkim dumny ze swojej dzielności, choć tak naprawdę darł się na pogotowiu tak, że pół miasta słyszało.
  2. Lekko cofnięta lewa górna dwójka – maleńka niedoskonałość w doskonałej twarzy.
  3. Blizna na brodzie – druga maleńka twarzowa niedoskonałość, nabyta na lodowisku w wieku ośmiu lat, dwa szwy założone na pogotowiu; łzy się lały obficie – mama obiecała, że tego nie zdradzi nikomu, nawet tacie.
  4. Blizna na wewnętrznej stronie lewej dłoni, czterocentymetrowa – druga ozdoba nabyta w wieku lat ośmiu w krzaczorach koło domu, od rozbitej butelki; chirurg założył na tę ranę kilka szwów - znowu obficie łzy się lały – tato (tym razem) również obiecał, że nikomu tego nie zdradzi, nawet mamie.
  5. Blizna na palcu wskazującym lewej dłoni, centymetrowa – pozostałość po niefortunnym krojeniu pomidora w ręku, w wieku lat dwudziestu, założony jeden szew.
  6. Maleńki pieprzyk, którego widywałem tylko ja, choć potem może jeszcze ktoś...
  7. Blizna na prawym kolanie – ozdoba zyskana w wieku siedmiu lat, kiedy pędząc ze szkoły do domu przewrócił się i walnął kolanem w wystający kamień; był już we własnym mniemaniu duży, więc choć bolało bardzo i łzy się cisnęły do ócz, powstrzymał płacz - wyć zaczął dopiero jak zamknął za sobą drzwi domu; Mama kolano opatrzyła i utuliła małego płaczącego twardziela.
Podobnie było wiele lat później, kiedy drżał o życie bardzo chorego taty. Był wtedy niezawodnym oparciem dla niego, wystraszonej mamy i młodszego brata, głową rodziny w zastępstwie za tatę. Trzymał ich wszystkich w pionie, dodawał odwagi, o wszystko dbał, wszystkiego pilnował. Był bardzo dzielny i nie okazywał lęku najbliższym. W ciągu tych dwóch dni nie widzieliśmy się, bo cały czas po pracy spędzał w szpitalu u ojca. Zapytałem, czy mógłbym coś dla niego zrobić, jakoś pomóc. Podziękował i powiedział, zgodnie z prawdą, że w szpitalu pomóc nie mogę. Dodał, że to, że może zadzwonić do mnie o każdej porze i porozmawiać, jest dla niego wielką pomocą. Mieliśmy zatem telefoniczną gorącą linię i często dzwonił, żeby mnie informować i otrzymywać wsparcie, którego bardzo potrzebował. Nie ukrywał przede mną swojego lęku przed tym, co mogło się stać. Szczęśliwie wszystko skończyło się dobrze. Przyjechał do mnie wymęczony, z wpadniętymi, podkrążonymi oczyma, zamknął za sobą drzwi, a ja objąłem go i przytuliłem policzek do jego policzka, tak jak lubił najbardziej. Czułem jak drżał, bo spadło z niego całe to napięcie z tych pełnych strachu dwóch dni. Tamtego dnia to ja utuliłem dużego drżącego twardziela...

Dla Ciebie Mariusz 


niedziela, 11 stycznia 2015

O gigancie

Wczorajsze natknięcie się na najbliższych Szarookiego przypomniało mi historię o gigancie, którą mi niegdyś opowiedział. Historia owa zdarzyła się, kiedy miał sześć lat i chodził do zerówki. Narozrabiał w szkole, za co w domu… hm… odbył indywidualne szkolenie z ojcem. Nic by nie było oprócz kazania, ale pysknął do ojca arogancko, czym go uruchomił tak, że otrzymał jeden, ale za to porządny, komunikat pozawerbalny. Znaczy tyłek Szarookiego poczuł ojcowską rękę pierwszy (i jedyny) raz w życiu. Tak się za to na ojca obraził, że postanowił uciec z domu. Jak postanowił, tak zrobił. Tak jak stał, wyszedł z mieszkania na klatkę schodową i zamknął za sobą drzwi. Było listopadowe popołudnie – na zewnątrz ciemno, zimno i mokro. Mały uciekinier wystraszył się ciemności, usiadł więc na schodach i czekał, co będzie dalej. Siedział tak całe pół godziny - wydawało mu się, że to strasznie długo. Mama wracając do domu z zakupami zastała synka siedzącego na schodach, więc zapytała go zdziwiona, co się stało. Powiedział jej, że uciekł z domu, bo ojciec trzasnął go w zad. Mama całując go w czubek głowy powiedziała, że nie chce, żeby synuś uciekał z domu, bo bardzo by tęskniła i zapytała, czy wejdzie z nią do domu, czy też może chce sobie jeszcze posiedzieć na klatce schodowej. Wszedł do domu z mamą, bo przecież nie mógł pozwolić, żeby za nim tęskniła. I tak się skończyła jego pierwsza i ostatnia ucieczka z domu. Ojciec udał, że niczego nie zauważył. Po latach powiedział Szarookiemu, że obserwował tę jego ucieczkę przez wizjer, gotowy ścigać go, gdyby rzeczywiście gdzieś się wybrał. Opowieść o gigancie stała się ich rodzinną anegdotą.

sobota, 10 stycznia 2015

Small world

Byłem dziś na koncercie w jednym z pięknych kościołów mojego ogromnego miasta. Koncert świetny i bardzo się cieszę, że się jednak wybrałem. Marcin Modrooki przysłał smsa, że niestety nie będzie. Odpisałem mu „ok” i nic więcej. Wprowadziłem go w tego bloga jako nową osobę  i dzisiaj go stąd wyprowadzę. Marcin, świeżo upieczony kardiolog, bardzo kulturalny i inteligentny, może odmaszerować w swoją stronę - nie po drodze nam ze sobą. Szanuję jego prawo do przesunięcia mnie na listę rezerwową, ale szanuję również swoje prawo do niezgodzenia się na taką redukcję, dlatego kończę intensyfikację i nie zamierzam wykazywać więcej żadnej inicjatywy. Niech on się wykaże, jeśli będzie chciał. Jeśli zaprosi, wypiję z nim kawę, nawet obiad zjem z nim na mieście i... tyle. Każdy szuka dla siebie najlepszej opcji. On też. I ja. I nic w tym złego.

Dzisiejszy koncert miał miejsce w kościele nieopodal domu rodziców Szarookiego. Byli na tym koncercie. Był też jego brat z żoną i synkiem. Poznałem kiedyś jego rodziców, brata i bratową. Niewiele się zmienili. Zresztą te oczy wszędzie bym poznał - Szarooki i brat odziedziczyli te swoje niesamowite szare oczy po ojcu, który nota bene w młodości musiał być bardzo przystojnym facetem. Trochę mnie spotkanie najbliższych Szarookiego poruszyło, ale mniej, niż można by przypuszczać, a to dlatego, że jego z nimi nie było. Muszę przyznać, że brat jest do Szarookiego bardzo podobny, a oczy mają wręcz identyczne. Spotkałem ich przy wejściu do kościoła, potem jednak straciłem z oczu. Zresztą nie szukałem. Dopiero teraz poczułem się tym nieco oszołomiony. Ale tylko nieco...

piątek, 9 stycznia 2015

Odwód

No i zostałem odwodem. Modrooki odłożył mnie na półkę, jako zapas, który może się przydać, jeśli nie znajdzie się ktoś lepszy. W związku z zapadłą między nami ciszą, zapytałem dziś Modrookiego na fb, bo tak się złożyło, że niemal jednocześnie tam się znaleźliśmy, co z tym zaproszeniem na jutrzejszy koncert, bo chciałbym wiedzieć, czy aktualne. Pytanie wzbudziło w Modrookim popłoch, bo przyznał się, że był pewien, że koncert ów, na który mnie zaprosił!, jest w niedzielę (11), natomiast jutro (w sobotę 10) na 17 umówił się ze znajomymi. Rozbawił mnie. Zapytałem go, czy to zaproszenie na koncert, to z nowoodkrytej miłości do muzyki klasycznej, czy z chęci intensyfikacji kontaktu ze mną. Napisał, że dla muzyki, ale zaraz przytomnie dodał, że przecież kontakt ze mną „w czasie koncertu jest siłą rzeczy bardzo ograniczony”. Dodał również, że „możemy kiedyś do kina się wybrać albo na jakiś obiad”. Spróbowałem pociągnąć za język pisząc, że „możemy się umówić do kina lub na obiad, o ile rzeczywiście miałbyś na to ochotę, bo mam wrażenie, że intensyfikacja, o którą apelowałeś, gdzieś po drodze się ulotniła”. Odpisał mi: „mam ochotę… cały czas. Nie ma się gdzie spieszyć, cała wieczność przed nami Adamie przecież”. Napisałem mu: „a, skoro wieczność to ok. Wspomniałem o tym, bo nie chciałbym, żebyś czuł się zobligowany do czegokolwiek”, na co otrzymałem odpowiedź: „no proszę Cię”. Odpisałem, że wiem, że jest dużym asertywnym chłopcem, ale ja też jestem, na co odpisał: „lubię Cię naprawdę, cenię znajomość z Tobą”. Nie pozostało mi nic innego, jak tylko odpowiedzieć: „wzajemnie”. Stanęło na tym, że ja tak czy siak na koncert się udam, bo mam ochotę, a on może się zjawi, a może nie. Da znać. I na tym rozmowę skończyłem. Wylogowałem się z fb myśląc: Dzióbas, czy ty naprawdę myślisz, że nie widzę kątem oka, jak umieszczasz mnie w odwodzie, na liście rezerwowej? Czy ty Dzióbas myślisz, że nie mam kąta oka? Czy tobie Dzióbas naprawdę wydaje się, że bycie odwodem jest dla mnie aż taką atrakcją? Że uczestniczenie w czymś, co przypomina jakiś casting, to szczyt moich marzeń? Jeśli tak myślisz Dzióbasku, to znaczy, że nie po drodze nam.

To tylko moje myśli, których nie zwerbalizowałem, bo może to tylko moja subiektywna projekcja, a Dzióbas ma czyste intencje i rzeczywiście nie chce się spieszyć? Myślę jednak, że jeśli do kogoś się coś ma, to się chce z tym kimś intensyfikować kontakt – pisze się smsy, dzwoni się i temuż  podobnież, dbając o rozwój kontaktu i jego jakość oraz wykazując inicjatywę - bo to naturalne i oczywiste. A jeśli się chce mieć kogoś w odwodzie, intensyfikuje się kontakt właśnie tak, jak to robi Dzióbas. Ale może jestem w błędzie?

czwartek, 8 stycznia 2015

Gila

Gila. Ruda suka. Owoc bezwstydnego mezaliansu rasowej wilczurzycy z jakimś kundlem. Ukochana sunia pani Stefy, sąsiadki pani Zosi. Psina urocza, radosna, przyjazna, kochająca cały świat i całemu światu tę miłość okazująca. Liźnięciem z doskoku. Gila w celu wykonania owego liźnięcia przybierała postawę dwunożną, z oparciem łap przednich na piersi istoty, która miała zostać wylizana. Akrobacje te zazwyczaj budziły protest istot przez Gilę obskakiwanych, ponieważ przednie jej odnóża pozostawiały na ich garderobie ślady. Istoty protestowały, acz bez brutalności, więc kontakty z istotami kojarzyły się Gili z radością i beztroską. Do czasu. Któregoś pięknego letniego poranka, kiedy słonko spiło już z trawki poranną rosę, pani Stefa wypuściła była Gilę na pole, ażeby Gila mogła raniutko łyknąć świeżego powietrza, a przy okazji załatwić swoje biznesa natury fizjologicznej. Gila wyskoczyła była z domu wszystkimi czterema łapami, jak to miała w zwyczaju, zaciągnęła się świeżą poranną bryzą i już przykucnęła, żeby załatwić biznesa, nie zdążyła jednak, bo… przy furtce pojawiła się istota. Pojawienie się istoty wyzwalało w Gili wewnętrzny, nieprzezwyciężony przymus okazania miłości. Nie inaczej było i tym razem. Gila zdecydowała, że biznesa będą musiały poczekać, bo zanim zostałyby załatwione, istota mogłaby zniknąć. Poderwała się więc była z kucków i pognała na powitanie istoty… Biegnąc nie wiedziała, że to spotkanie będzie wyraźną cezurą w jej radosnym i beztroskim życiu. Nie podejrzewała, że po tym spotkaniu nie będzie już tą samą Gilą, którą dotąd była. Owego pięknego letniego poranka bowiem Gila radośnie pognała na spotkanie przeznaczenia. Już, już miała wykonać podskok z poderwaniem łap przednich… Nie zdążyła jednak, albowiem... Gila miała pecha owego ranka, bo nadziała się była na Eduardo, uosabiającego całe bogactwo znaczeniowe słowa cham. Eduardo huknął był na nią swym głosem tubalnym, nazywając ją drastycznie grubym słowem na k… Gila nie będąc przyzwyczajoną do takiej werbalnej brutalności, wyhamowała gwałtownie, zrobiła w tył zwrot i ze skowytem zwiała schować się za swoją panią. Pani Stefa słysząc, jakim słowem zbezczeszczona została jej ukochana sunia, uruchomiła się i nawet usiłowała coś tam pysknąć, ale Eduardo spacyfikował ją miażdżącą argumentacją, wobec której pani Stefa, jak każda istota mająca wrażliwość większą od ameby, musiała wymięknąć. Tego ranka Gila na własnej swojej rudej skórze przekonała się, że życie oprócz radosnego i beztroskiego oblicza, może mieć też oblicze ponure i brutalne. Gila, która niczego się dotąd w swoim psim życiu nie bała, owego ranka doznała traumy i poczęła się odtąd bać chamstwa. Uznała, że to nie jest jej żywioł, dlatego, żeby uniknąć ewentualnej ponownej konfrontacji, chowała się w najciemniejszy kąt, jak tylko doszedł jej uszu głos Eduardo. Wychodziła zeń, jak głos Eduardo zginął już gdzieś w oddali. Opuszczała ów najciemniejszy kąt rozglądając się czujnie, czy aby na pewno Eduardo oddalił się już dostatecznie daleko, bo „cham chamem, na wieki wieków amen” – jak zwykła czasem mawiać pani Zosia. Gila zdecydowanie podzielała to zdanie. Po tym niemiłym incydencie stała się mniej wylewna w okazywaniu uczuć istotom i przestała wykonywać wyskoki. Czego akurat nikt nie miał jej za złe.

Pani Stefa, jak już wspomniałem, ogromnie Gilę kochała i... przekarmiała. Gila zaś ze swej natury strawą nie gardziła, bo apetyt miała taki, że ile by dostała, tyle by zżarła. Zaspokajanie oskomy było jej największą namiętnością i sensem jej życia. A że miała nieco łajdacką naturę, po błyskawicznym wymieceniu wszystkiego z wielkiej michy w domu (zapełnianej przez panią Stefę trzy razy dziennie!), Gila, która przekąsiłaby jeszcze jakowąś pychotkę, wyruszała niesiona ową zachcianką na poszukiwania czegoś smakowitego. Zazwyczaj udawało jej się coś znaleźć lub wyżebrać, bo i do takich metod Gila się posuwała. Koło sklepu na ziemi można czasem natknąć się na jakąś mniam-pychotkę, można też udać przed istotą wychodzącą ze sklepu z zakupami, słaniającą się z głodu biedną psinę. Zadanie będące dla Gili prawdziwym aktorskim wyzwaniem. Tak pracowicie wyszukane smakołyki w postaci kawałka skórki chleba, bądź wędliny, były dla Gili prawdziwymi rarytasami! Efekt tego aprowizacyjnego rozpasania był taki, że z wyglądu przypominała rozdętego guźca. Pani Stefa, bynajmniej nie reglamentująca Gili strawy, w dbaniu o nią też czasem przesadzała. Zdarzyło się pewnej jesieni, że Gila zrobiła sobie na dwa dni przerwę od... załatwiania biznesu, który dotąd miała zwyczaj załatwiać każdego ranka w pełnej skupienia zadumie. Fakt ten wzbudził w pani Stefie podejrzenie jakiejś dramatycznej gastrycznej niedomogi u suni. Pani Stefa postanowiła powstrzymać się jeszcze od gwałtownych alarmowych kroków do ranka dnia następnego. Kiedy i następnego ranka historia z kucaniem nie znalazła swojego zwyczajowego epilogu, pani Stefa narobiła rabanu i zawezwała weterynarza na wizytę domową. Weterynarz zjawił się, Gilę zbadał i stwierdził, że przekarmiona jest i… tyle. Chciał wypisać receptę na jakiś środek, który łagodnie by Gilę rozluźnił i rozwolnił, ale pani Stefa ofuknęła go, że ma ratować jej ukochaną sunię już, teraz, natychmiast, bo zanim ów środek zacznie działać, to jej najdroższa Gilunia może się rozpuknąć i zrobić zejście. Weterynarz powiedział ok, wszak „klient nasz pan”, i skoro pani Stefa się napierała… napoił Gilę od drugiej strony. Enemą. Gila najwidoczniej zupełnie inaczej sobie ten zabieg wyobrażała, bo zdecydowanie powiedziała Enemie "never again!” i tego postanowiła się trzymać do końca swoich dni. Co dzień raniutko wyskakiwała na pole wszystkimi czterema łapami i kucając tak długo załatwiała swoje biznesa, aż… je załatwiła! Choćby przyszło jej kucać z wybałuszonymi oczyma do wieczora! Gila – suka bohaterka… 

wtorek, 6 stycznia 2015

Kupon

Modrooki
Zamieścił na fb niniejszy obrazek:


Oczywiście dotyczy aktualnej sytuacji na froncie lekarze vs minister zdrowia & NFZ. Skomentowałem ten obrazek następująco, na jego profilu: „Najbardziej podoba mi się kupon na usługi medyczne losowane. Bo przecież może zdarzyć się, że jakiś pacjent (facet) wylosuje badanie ginekologiczne i co wtedy? Żeby się nie zmarnowało, pójdzie dzielnie na spotkanie z ginekologiem? Pewnie pójdzie, bo zawszeć to kontakt z lekarzem. A Ty Marcin zacznij drżeć, bo do tych kartek nożyczki dostaniesz i klej, a do takiego maleńkiego kuponiku będziesz musiał dołączyć segregator papierów. A jeśli to będzie miała być porada kompleksowa, to dodatkowo będziesz musiał napisać minimum sto wersów ośmiozgłoskowcem na zadany temat. I zmieścić się z tym wszystkim w 15 minutach. Już zacznij ćwiczyć:)”. Komentarz ów wzbudził wesołość u wszystkich jego kolegów lekarzy i dostał niezliczona ilość lajków. Od niego zresztą też.

Brązowooki
Widziałem dziś Brązowookiego w tv - wypowiedział się jako ekspert. Popatrzyłem, posłuchałem. Wyglądał bardzo przystojnie, mówił ładnie. Jak zawsze. Pomyślałem sobie: dekoracyjny. Kolana mi nie zmiękły, nogi się pode mną nie ugięły. To chyba dobry objaw. Racjonalnie myśląc, nic oprócz romansu, nie mogłoby się między nami wydarzyć. Uczciwie mówiąc, chętnie bym z nim poromansował, bo fizycznie bardzo mnie pociąga. Choć doskonale wiem, że to oznaczałoby duże kłopoty dla mnie, bo w romansowaniu jestem bardzo emocjonalny. Tak już mam. Zatem romans z nim oznaczałby dla mnie ekscytującą jatkę i emocjonalną masakrę. A jednak zaryzykowałbym...

Szarooki
Pisałem kiedyś, że na zdjęciach, które zamieścił na fb we wrześniu wyglądał na szczęśliwego, jakby kogoś miał. Być może miał, a być może była to tylko moja nadinterpretacja, jakkolwiek było, aktualnie wygląda na to, że jest sam. Skąd taki wniosek? Ano ze skrupulatnych oględzin jego profilu na fb. Przeprowadziłem po raz kolejny ściśle tajną operację wywiadowczą i przetrzepałem jego profil. Dość długo w ogóle się nie pojawiał na fb, ale po Świętach zamieścił kilka fot okołoświątecznych i ponownie zaczął linkować muzykę. Ładne te okołoświateczne zdjęcia. Wygląda na nich pięknie, choć mam wrażenie, że troszkę zmizerniał i wygląda na zmęczonego...
Nie naruszam w żaden sposób jego prywatności, bo zawartość jego profilu jest ogólnie dostępna.

Ballada o trzech królach

Tajemnicę przesypując w sobie
jak w zamkniętej kadzi ziarno,
jechali trzej królowie
przez ziemię rudą i skwarną.

Wielbłąd kołysał jak maszt,
a piasek podobny do wody;
i myślał król: "Jestem młody,
a nie minął mnie wielki czas.

I zobaczę w purpurze rubinów
ogień, siły magiczny blask;
może stanę się mocniejszy od czynów
przez ten jeden, jedyny raz".

Tygrys prężył siłę jak wąż,
mięśnie w puchu grały jak harfa.
Na tygrysie jechał drugi mąż,
siwą grzywę w zamyśleniu szarpał.

"Teraz - myślał - po latach tylu,
gdy zobaczę, jak płomienie cudu drżą,
moje czary skarbów mi uchylą,
moje wróżby nabiegną krwią.

Ziemia pełna jak złoty orzech,
pęknie na niej skorupy głaz,
usta jaskiń diamentowych otworzy
przez ten jeden, jedyny raz."

Trzeci król na rybie
wielkiej jak wyspa jechał
przez stepy podobne szybie
błękitnej pod wiatru miechem.

Nucił: "Po latach stu
kwiat początku i końca ogień
w jedno koło związanych nut
gdy zobaczę, sam się stanę Bogiem.

W suche liście moich ciemnych ksiąg
spłynie mądrość odwiecznych gwiazd
i osiądzie w misie moich rąk
przez ten jeden, jedyny raz".

A w pałacach na lądach zielonych,
co jak sukno wzburzonej fali,
mieli króle trzej błękitne dzwony,
w których serca swe na co dzień chowali.

A tak śpiesznie biegli, że w pośpiechu
wzięli tylko myśli pełne grzechu.

Więc uklękli trzej królowie zadziwieni,
jak trzy słupy złocistego pyłu,
nie widząc, że się serca trzy po ziemi
wlokły z nimi jak psy smutne z tyłu.

I spojrzeli nagle wszyscy trzej,
gdzie dzieciątko jak kropla światła,
i ujrzeli, jak w pękniętych zwierciadłach,
w sobie - czarny, huczący lej.

I poczuli nagle serca trzy,
co jak pięści stężały od żalu.

Więc już w wielkim pokoju wracali,
kołysani przez zwierzęta jak przez sny.

Wielbłąd z wolna huśtał jak maszt,
tygrys cicho jak morze mruczał,
ryba smugą powietrza szła.

I płynęło, i szumiało w nich jak ruczaj.
Powracali, pośpieszali z wysokości
trzej królowie nauczeni miłości

Krzysztof Kamil Baczyński Ballada o trzech królach

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Respect

Czytałem sobie dzisiaj dwa blogi: Pola Erratyjskie i Moje Brokeback. Blogi, w mojej subiektywnej opinii, pięknie i mądrze pisane. Nie zamierzam ich recenzować, zresztą nie śmiałbym, pozwolę sobie jednak napisać jedno zdanie o Autorach. Ich wielki szacunek i taka spokojna, asertywna empatia (i sympatia) dla Człowieka - każdego: tego czytającego, komentującego, polemizującego - budzą mój respekt. 

niedziela, 4 stycznia 2015

Zaklinanie rzeczywistości

Modrooki.
Prosił, żeby intensyfikować kontakt, ale najwidoczniej zapomniał dodać, że to ja mam intensyfikować, a on będzie jedynie odpowiadał krótkimi komunikatami. Narzuciła mi się myśl, że jestem tylko opcją. Nie chcę być opcją. Czy to źle? Przypomniało mi się powiedzenie Szarookiego: Nie czyń priorytetu z kogoś, dla kogo jesteś tylko opcją. Mądre. Czekam, co będzie dalej.

Szarooki
Uświadomiłem sobie dzisiaj, że trochę zaklinam rzeczywistość. Wszystkie te deklaracje pojawiające się na blogu dotyczące mojego uporządkowywania się to nie do końca prawda. Tak, staram się uporządkowywać, myśleć pozytywnie, łapać dystans i właściwe proporcje. Właściwe, czyli jakie? Pozbierałem się. Radzę sobie. Żyję i funkcjonuję normalnie. Ruszyłem do przodu. Jednak wciąż noszę Szarookiego pod skórą i bardzo wiele tego co mnie otacza, z czym się stykam, przypomina mi jego. Te analogie nie są zależne od mojego chcenia, czy niechcenia – po prostu są. Tęsknota za nim nie jest już we mnie wartością stałą – pojawia się i znika, zaostrza się i łagodnieje. Jednak to wciąż dynamiczna tęsknota, czasem, tak jak dzisiaj, dokuczliwie piekąca. To nie jest tylko tęsknota. To bezpańskość, jałowość, poczucie pustki i deficyt nadziei. Mimo wszystko powoli idę do przodu. On również. Szybciej ode mnie, bo podjął radykalne działania i wyjechał na drugi koniec Polski, żeby zmienić swoje życie. Bo tu, w tym naszym mieście, był nieszczęśliwy. Również z mojego powodu. Dobrze, że ruszył do przodu, bo szkoda życia na żale, na tkwienie w przeszłości. Przeraża mnie wizja siebie samego za dwadzieścia lat, zgorzkniałego i wyrzucającego sobie to, że życie przeciekło mi przez palce „o niczym’, bo zbyt byłem zajęty żalem, żeby żyć. Wiele się zmieniło od naszego rozstania. Zniknęła katorżnicza martyrologia, a to bardzo wiele. Jedna rzecz się jednak nie zmieniła – ja ciągle go kocham. Rozstaliśmy się nie z powodu deficytu miłości, ale z innych względów. Nie chcę o przyczynach pisać, bo musiałbym pisać o jego sprawach, a tego nie zrobię, bo jestem i zawsze będę wobec niego lojalny.
Pisanie o nim to forma mojego żegnania się z nim. Użyłem słowa „żegnanie” z wewnętrznym oporem. Nie wiem, jak długo to żegnanie się z nim potrwa. Nie mam pojęcia. Ważne jest jednak to, że pomimo wewnętrznego oporu, ten proces się toczy. Zadziwiające, jak wiele siły w sobie mamy i jak wielkie zdolności adaptacyjne.

piątek, 2 stycznia 2015

Głos

Zaplanowałem na dzisiaj reinstalację systemu w stacjonarnym kompie, bo już bardzo muli. Przenosząc zgromadzone pliki na dysk zewnętrzny trafiłem na kilka nieopisanych plików dźwiękowych. Miałem je usunąć, ale coś mnie tknęło, żeby je odtworzyć przed usunięciem. I całe szczęście, bo odnalazłem zagubione skarby, o których istnieniu zapomniałem. Nagrania, które kiedyś zrobiłem telefonem i zrzuciłem na dysk stacjonarnego kompa, gdzie się uchowały zapomniane. Wśród tych skarbów jest improwizacja mruczandowa w wykonaniu półtorarocznego Arka na temat dowolny (przesłodka!), „Lulajże Jezuniu” w wykonaniu tegoż samego Arka, ale w wieku trzech lat (cudna!) oraz plik, który mnie zaskoczył. Kliknąłem i zamurowało mnie, bo z głośników przy kompie popłynął głos Szarookiego. Kompletnie zapomniałem, że kiedyś nagrałem telefonem fragment jego wykładu. Nagranie trwa trzy minuty. Wysłuchałem go wiele razy. Zauważyłem, że czas trochę zmienił w mojej pamięci barwę jego głosu. Czas, który coraz bardziej go ode mnie oddala… Bardzo się cieszę z odnalezienia tego zapomnianego pliku...

czwartek, 1 stycznia 2015

No i jest...

No i jest. Przyszedł. Nowy Rok. Mam nadzieję, że jeśli nie będzie mógł być lepszy, to przynajmniej gorszy od ubiegłego nie będzie. Ubiegły był trudny i tęskny, ale nie był zły. I niech to jedno zdanie starczy za całe podsumowanie.

Wczorajszy sylwestrowy wieczór był całkiem przyjemny, choć zdarzyła się mała awaria. Jakiś miesiąc temu nabyłem Prosecco na sylwestrową okoliczność. Prosecco to włoskie wino musujące, odpowiednik francuskiego szampana i równie dobre jak szampan. Wczoraj zabrałem się za otwieranie tego „szampana”, a nie jest to moja ulubiona czynność. Dziwnym trafem zawsze jak otwieram „szampana” wystraszę się i pochlapię, bo wychodzi mi to z hukiem i wylewnie. Ale nie wczoraj. Zabrałem się zatem za otwieranie zachowując najwyższą ostrożność. Zdjąłem folię z korka i… zrobiłem gwałtowny unik, bo zorientowałem się, że korek nie jest zabezpieczony drucikiem i wystraszyłem się, że mi wystrzeli w rękach. Nie pasował mi ten brak drucika do „szampana”. Nic - myślę sobie - technika idzie do przodu jak burza, więc może Włosi wymyślili korki, którym nie potrzeba drucika? Zaraz za tą myślą przyszła następna, mianowicie, jak w takim razie tego „szampana” otworzyć? Ostrożnie, trzymając korek kciukiem, żeby zbyt gwałtownie nie wyskoczył, przekręciłem butelkę w ręku i poczułem, że korek się zakręcił. Hmmm… - pomyślałem – what the f...k? Nie pasowało mi to wszystko do „szampana”. Chrzanić to - pomyślałem - otwieram. Najwyżej obleję się tym Prosecco. Wzruszyłem ramionami, wykręciłem korek i odskoczyłem. Ale nic się nie stało. Cisza. Nic nie huknęło, nic się nie wylało. To wzbudziło moje podejrzenia. Spojrzałem na etykietę i doznałem nagłego olśnienia. Zamiast Prosecco wina musującego zakupiłem Prosecco Grappa, czyli rodzaj okowity z wytłoczyn winogron. Obśmiałem swoje roztargnienie oraz ewolucje towarzyszące otwieraniu tego trunku. Prosecco nie spróbowałem, ale trunek się nie zmarnował. Zakupiłem wczoraj w Biedronce Mojito w kartonie, dolałem Grappa Prosecco i wyszedł bardzo dobry drink, którym spełniony został toast noworoczny.
Modrooki nie przysłał jeszcze życzeń noworocznych. Pewnie jeszcze śpi po imprezie. Zastanawiam się, czy wysłać mu życzenia jako pierwszy, czy poczekać. Nie chciałbym, żeby wyglądało to tak, że ja intensyfikuję kontakt bardziej niż on. Wyślę, co tam.

Ech… Nowy Rok. Oby tylko zdrowy był! Tego najbardziej Tobie i sobie życzę.