piątek, 27 lutego 2015

Wyżęty

To był ciężki tydzień w pracy, zakończony efektowną kompromitacją kolegi, o którym już kiedyś pisałem. Dzisiaj wszedł ze mną w dialog krótki i dla niego chyba niezbyt szczęśliwy. Dostał chyba coś do łba, bo czując szansę na oświecenie mnie (czyt. dokopanie), wytknął mi rzekomy mój błąd. Zrobił to z nieukrywaną satysfakcją i złośliwością. I głośno, żeby jak najwięcej osób mogło usłyszeć! Trzeba było zobaczyć tę jego radość, że mnie przyłapał, że mnie "ma”, że może się zrewanżować za to, że go nie poparłem kiedyś! Ta chęć odwetu zaślepiła go. Spokojnie uświadomiłem mu, że to on się myli, odsyłając go do konkretnego punktu firmowego regulaminu. Sprawdził. Policzki oblał mu szkarłatny rumieniec! Bąknął tylko „Sorry” i pognał do łazienki. Okropnie się zawstydził! Nie twierdzę, że nie popełniam błędów. Popełniam, ale najczęściej sam je wyłapuję i poprawiam. Jednak pomylić się w absolutnych podstawach? Popisać się aż takim dyletanctwem? Z podziwu wyjść nie mogę. Nie, nie odczułem satysfakcji ani radości – jedynie zażenowanie. Przede wszystkim jego zachowaniem. Lubię swoją pracę. Dziś jednak czas w pracy wlókł się niemiłosiernie, a współpracownicy już pod koniec dnia działali mi na nerwy, dlatego cieszę się, że do poniedziałku nie będę ich oglądał! Jakie mam plany weekendowe? Hedonistyczne nieróbstwo, bo przyszły tydzień w pracy zapowiada się ciężki. Na dzisiaj chyba tyle, bo jestem tak wyżęty, że padam na swoje nadobne lico.

środa, 25 lutego 2015

Kolejny

To był ciężki dzień. Po powrocie do domu położyłem się na moment i zamknąłem oczy, żeby odetchnąć i rozprężyć się. W wyobraźni zobaczyłem jego twarz i oczy, takie, jakie ostatni raz je widziałem. Smutne takie... Chciałbym, żeby, tak jak kiedyś, położył głowę na moich kolanach. Gładziłbym jego włosy. Rozmawialibyśmy o takich zwyczajnych, codziennych sprawach. Wszystko byłoby prostsze, łatwiejsze, jaśniejsze… Zamierzam obejrzeć „Idę”. Żałuję, że nie będzie mi towarzyszył. W ogóle żal mi, że nie obejrzę z nim więcej żadnego filmu, spektaklu, nie wysłucham koncertu. Jego zachwyt nad każdym przejawem piękna był taki zaraźliwy - sprawiał, że obcowanie ze sztuką ekscytowało mnie jeszcze bardziej… Tych żalów jest więcej: że nie złoży głowy na moich kolanach, nie pogładzę jego włosów, nie obejmiemy się szepcząc dobre słowa, nie powiemy sobie „Kocham Cię”. Żałuję, że nie mówiliśmy tego sobie każdego dnia...

W tle dyskretnie sączy się z głośników jedna z moich ulubionych piosenek. Słuchałem jej często, kiedy na dwa tygodnie zamroził naszą relację. Identyfikowałem się z jej treścią myśląc, że nie znaczę dla niego tyle, ile on dla mnie. Myliłem się… Jutro będzie nowy dzień. Może lepszy niż dzisiejszy? Mimo, że kolejny bez niego...


sobota, 21 lutego 2015

O obłaskawieniu

Obłaskawiłem wczoraj Helę. Przypadkiem. Hela jest konserwatorką powierzchni płaskich w mojej firmie*. Jest wysoka, chuda i z wyglądu przypomina strzygę w okularach. Z charakteru zresztą też, bo znana jest z tego, że zawsze jest zmierzła, zgryźliwa i goni tych, którzy ośmielą się przeszkadzać jej w robocie, na przykład depcząc świeżo umytą przez nią podłogę. Marny jest los delikwenta, który targnie się swoimi stopami na efekt jej ciężkiej pracy. Wiele o Heli można powiedzieć dobrego, ale na pewno nie to, że Hela promienna jest i przyjazna otoczeniu. Tego, że ma klasę też powiedzieć o niej się nie da, ponieważ Hela prosty klim ma, a więc grubym słowem rzucić lubi i język złośliwy ma. Poważa tylko prezesów, dyrektorów i swoją bezpośrednią przełożoną, przed którymi płaszczy się, podlizuje i czołem bije. Całą zaś resztę światka firmowego nie będącą prezesami, dyrektorami i jej bezpośrednią przełożoną, traktuje z bezceremonialną surowością, bo Hela poczucie misji ma i świadomość, że jest niezastąpiona, bo gdyby nie jej harówa, drobne wszy by nas wszystkich zżarły i syf z malarią zadusiły! Zupełnie marginalnie wspomnę tylko, że Hela czuje się naturalną szefową swoich dwóch koleżanek sprzątaczek (obie bardzo sympatyczne), których pracą lubi zarządzać. Generalnie Hela, jako samozwańcza szefowa, robotą stara się nie przemęczać i nader często zdarza się, że koleżanki Heli sprzątają, a Hela je nadzoruje wydając dyspozycje i gadając. Uwielbiają ją za to! Wczoraj Hela, głównie za pomocą operującej mopem koleżanki, zmywała podłogę na korytarzu. Na swoje zaś działania porządkowe wybrała powierzchniowo najmniejszą, ale za to najruchliwszą część korytarza pomiędzy wejściem służbowym a windami i klatką schodową. Hela zabrała się za mycie podłogi w tym przejściu w godzinie szczytu, czyli rano, kiedy wszyscy śpieszyli się do pracy i MUSIELI tamtędy przejść, bo innej drogi nie ma. Tak się złożyło, że usiadłem na chwilę na sofie naprzeciwko wind, żeby zawiązać sznurówkę buta, kiedy Hela wraz z koleżanką wyjechały z windy ze szmatami i zaczął się cyrk. Zostałem na tej sofie, żeby się nacieszyć tym, jak Hela moje przechodzące korytarzem koleżeństwo wychowuje. A, że ma kobieta styl i do tego przebojowa jest, każdego człeka, który ośmielił się pojawić na korytarzu, raczyła upomnieniem wygłaszanym podniesionym, poirytowanym głosem, przeplatając owe upomnienia refleksjami na temat kultury osobistej, inteligencji, szacunku dla czyjejś roboty i okraszając to wszystko wzdychaniem: „Co za ludzie!”.
- Pani Heleno, po co tak się denerwować? Przecież ludzie śpieszą się do pracy i muszą przejść. Nie ma innej drogi. Czekać też nie mogą aż podłoga wyschnie, bo spóźniliby się do pracy – wyrwało mi się nieopatrznie.
"No to teraz będzie zjebka" – pomyślałem sobie.
Hela łypnęła na mnie podejrzliwym okiem i już miała coś zgryźliwego powiedzieć, ale zmieniła zdanie i uśmiechnąwszy się rzekła:
- To pan zna moje imię? To… Miło mi.
- Tak znam.
Nie powiedziałem Heli, że wszyscy znają jej imię, bo jest kimś w rodzaju firmowej celebrytki, odkąd ludzie, którzy doświadczyli konfrontacji z nią (a było ich wielu) nadali jej miano „Zmierzła Hela”. Nie powiedziałem jej tego nie tylko dlatego, że uznałem, że nasze kumpelstwo jest zbyt świeże, jak na takie osobiste zwierzenia, ale również dlatego, że uświadomienie jej celebryctwa mogłoby przewrócić jej w głowie i jeszcze, nie daj Boże, stałaby się miła, co mogłoby jej zaszkodzić, bo nie przywykła.
- No zobacz pan, co to za kultura! – powiedziała Hela o Kaśce-intrygantce, która idąc do windy zbrukała swoimi szpilkami świeżo maźniętą przez Helę podłogę.
– To jest kultura! Inteligenci! – zmełła to słowo w ustach tak, że zabrzmiało, jak przekleństwo - No tak, pewnie, można brudnymi buciorami przejść po świeżo zmytej podłodze, no bo przecież nikogo nie interesuje to, że ktoś …rwa będzie ją musiał jeszcze raz zmyć!
Kaśka-intrygantka na pewno słyszała tę pochlebną wypowiedź Heli, ale nie zareagowała. Ja też zachowałem pokerową twarz, choć miałem ochotę wytarzać się po świeżo zmytej przez Helę podłodze rycząc ze śmiechu. Kaśka-intrygantka najwyraźniej unikała konfrontacji ze Zmierzłą Helą. Czyżby trafił swój na swego? Na usta cisnęła mi się refleksja, że Hela nie miałaby problemu z wędrującymi korytarzem ludźmi, gdyby zabrała się za sprzątanie korytarza poza godziną szczytu, ale nie chciałem taką nietaktowną (choć trafną) uwagą zniszczyć naszego świeżo pączkującego i bardzo obiecującego kumpelstwa. Hela chyba również doszła do podobnego wniosku (o obiecującym kumpelstwie), bo uznawszy, że trafiła na pokrewną duszę, pociągnęła swoją wypowiedź:
- A pan co? Spać nie może, że tak wcześnie pan przyjechał?
- Muszę wcześniej trochę przyjeżdżać, żeby zaparkować, bo znalezienie miejsca nie jest łatwe.
- Ma się samochód to się wie, ile ta przyjemność kosztuje! Wszystko teraz …rwa takie drogie! – powiedziała Hela sentencjonalnie.
- No właśnie – tylko tyle zdołałem z siebie wydusić w odpowiedzi.
Hela tymczasem dojechała szmatą do sofy, na której siedziałem i zatrzymała się przy moich stopach, patrząc na mnie wymownie. Już miałem się poderwać, ale Hela zatrzymała mnie w miejscu słowami:
- Niech nie wstaje. Nogi tylko niech podniesie.
Podniosłem stopy, Hela przejechała szmatą podłogę i powiedziała:
- Może pan już spuścić nogi.
Tak też zrobiłem. Moje buty spotkały się ze świeżo maźniętą przez Helę podłogą i… Nic się nie stało!  Nie spotkała mnie ze strony Heli żadna wymówka! 
- A czy ja pana nie widziałam w (tu padła nazwa jakiejś knajpy) jakiś miesiąc temu? – podjęła rozmowę Hela.
- A (tu padła nazwa owej knajpy) gdzie się znajduje?
- W (tu padła nazwa ulicy w moim mieście mieszczącej się w areale, od którego, dla własnego bezpieczeństwa, należy się trzymać jak najdalej!).
- Przykro mi pani Heleno, ale nigdy nie byłem w tym, z pewnością bardzo przyjemnym, przybytku.
- Tam zaraz przybytek – żachnęła się lekko Hela - Zwykła piwiarnia.
- To tym bardziej nie byłem, bo w piwiarniach z zasady nie bywam.
Wstałem, bo musiałem pójść do windy.
- Pani Heleno sorry, ale będę musiał przejść do windy.
- Niech pan idzie. Nie ma problemu.
Szok przeżyłem, jak już w windzie odwróciłem się i ujrzałem Helę wycierającą moje ślady i posyłającą mi jednocześnie coś w rodzaju uśmiechu.
- Do widzenia – powiedziałem.
- Do widzenia.
Nikomu nie powiem, że obłaskawiłem Helę, bo gdyby reszta poszła moim śladem, ucierpiałaby firmowa dyscyplina, a ja straciłbym rozrywkę. No bo kto by ich wszystkich rugał?
_________________________________
* sprzątaczka

piątek, 20 lutego 2015

Jednego serca

Jednego serca! tak mało, tak mało,
Jednego serca trzeba mi na ziemi!
Co by przy moim miłością zadrżało,
A byłbym cichym pomiędzy cichemi.

Jednych ust trzeba! Skąd bym wieczność całą
Pił napój szczęścia ustami mojemi,
I oczu dwoje, gdzie bym patrzał śmiało,
Widząc się świętym pomiędzy świętemi.

Jednego serca i rąk białych dwoje!
Co by mi oczy zasłoniły moje,
Bym zasnął słodko, marząc o aniele,

Który mnie niesie w objęciach do nieba;
Jednego serca! Tak mało mi trzeba,
A jednak widzę, że żądam za wiele!

Adam Asnyk Sonet (1869)


czwartek, 19 lutego 2015

Śniło mi się...

Śniło mi się, że przytulałem się do pleców Szarookiego, czułem jego zapach, ciepło jego ciała, gładkość skóry… Zbudziłem się radośnie, jakbym rzeczywiście się do niego przytulał. Wraz z oprzytomnieniem przyszło rozczarowanie, że to nie do niego się przytulam, ale do poduszki. Ech… On zawsze śni mi się tak realistycznie i wyraźnie. I zawsze budząc się czuję rozczarowanie, że to tylko sen… Mimo to lubię, jak mi się śni…

Uświadomiłem sobie, że nie mam ani jednego zdjęcia, na którym bylibyśmy razem. Jakoś nigdy nie wpadło mi do głowy, żeby poprosić kogoś, żeby zrobił nam wspólne zdjęcie. Nie pomyślałem o tym. Trochę dzisiaj tego pożałowałem, bo nie mając wspólnego zdjęcia, nie mam dowodu, że byliśmy razem. Czy to nie idiotyczna myśl?

Piękna piosenka


środa, 18 lutego 2015

Hejterska historia - epilog

Myślę, że hejterska historia Kaśka vs Ala znalazła swój epilog. Koleżanka hejterka odczuła dezaprobatę nie tylko z mojej strony, więc dała spokój. Nie jest głupia – ma rozbudowany zestaw surwiwalowy, który każe jej unikać kłopotów, a brnięcie w tę historię oznaczałoby nieuchronną konfrontację z nadszefem, którego się boi. Na mnie się gniewa za ten tekst, że nie doświadczyła kultury osobistej. Trzeba było widzieć tę jej opadającą z zaskoczenia szczękę. Strasznie jest na mnie naburmuszona - wzdęła podgardle i nagdakała na mnie do swoich psiapsiół. Jej zdaniem jestem bezczelnym, wrednym, zadufanym w sobie przydupasem nadszefa i wydaje mi się, że pozjadałem wszystkie rozumy, a tak naprawdę jestem zerem. Jedna z koleżanek mi o tym doniosła. Skomentowałem to tylko jednym krótkim zdaniem: „Prawdę powiedziała”, co tak oszołomiło koleżankę, że odeszła bez słowa. Może liczyła na to, że rzucę się Kaśce do gardła z intencją przegryzienia jej aorty i będzie fajny performance? Niech sobie Kaśka obrabia na zdrowie mój wciąż jeszcze fajny tyłek – taka zaoczna obróbka nie robi na mnie wrażenia. Poznała przedwczoraj drzemiącą we mnie zimną sukę i wie już, że nie zawaham się jej użyć, jeśli będzie to konieczne, dlatego bezpośrednio mnie nie atakuje. Kaśka jest intrygantką, ale muszę uczciwie przyznać, że jest dobrym fachowcem. Aśka-straszny-babol jest jeszcze lepsza. Jest równie dobra jak ja. Jednak tym swoim wrodzonym intryganctwem sama sobie robi czarny PR zarówno u współpracowników jak i u szefostwa. Pracuję w dużej firmie zatrudniającej sporą liczbę osób. Jak w każdej dużej grupie można tu znaleźć osobowości i... osobliwości. Lubię swoją pracę:)

wtorek, 17 lutego 2015

O hejcie i kaśko-aśkowym tandemie

Urlop w górach rozkoszny. Odpocząłem, poleniuchowałem, powłóczyłem się. Bardzo tego potrzebowałem. Moje wielkie miasto przywitało mnie piękną słoneczną pogodą. W pracy sajgon, ale do ogarnięcia. Muszę przyznać, że po tygodniowym lenistwie takie gwałtowne wejście w obowiązki było nieco… hm… męczące. Jednak na horyzoncie tli się nadzieja na długi weekend, bo poniedziałek mam mieć wolny, więc trzymam się dzielnie tej nadziei:)

Poniedziałkowy poranek w pracy powitał mnie burzą. Był hejt i polały się łzy. Nie, nie moje. Niektóre z koleżanek oddają się intrygowaniu z zapałem wartym lepszej sprawy. Celuje w tym Kaśka-intrygantka i jej psiapsióły od plot. Kaśka potrafi być wredna. Tym razem wzięła na cel moją koleżankę Alę, którą lubię. To świetna, życzliwa wszystkim, wrażliwa babka. I dobry fachowiec. A co dla mnie ma szczególne znaczenie, Ala jest jedną z nielicznych osób w pracy, na które mogę liczyć. Dla Kaśki to, że Ala przyznaje się, że jest wierzącą, praktykującą katoliczką, jest problemem. Nazwała ją z tego powodu „ciemną babą”, czym bardzo ją zraniła. Jedna z koleżanek zrelacjonowała mi to, jako wydarzenie ubiegłego tygodnia, jak tylko wczoraj zjawiłem się w pracy. Wczoraj Kaśka w obecności mojej i jeszcze kilku osób ponownie powiedziała coś o ciemnogrodzie, patrząc znacząco na Alę. Oczywiście stanąłem w jej obronie, bo oburza mnie takie zachowanie. Szczególnie, że Ala nie jest osobowością konfrontacyjną i w takich sytuacjach zalewa się łzami, co działa na Kaśkę (jak zresztą na wszystkie indywidua takiego autoramentu) stymulująco i inspirująco. Kaśka ostentacyjnie obnosi się z ateizmem, ale czyjeś przyznawanie się do religii budzi jej głęboki sprzeciw. To bardzo ciekawe: przyznawanie się do ateizmu jest „oświeceniem”, powodem do dumy, natomiast przyznawanie się do religii jest „ciemnotą”, która winna być wstydliwie skrywana! Coś takiego budzi mój sprzeciw, bo dlaczego ktoś, kto obnosi swój światopogląd, mówiąc, że ma do tego prawo, jednocześnie komuś innemu tego prawa odmawia? I to jeszcze w tak chamski sposób! Szacunek dla innych osób i ich światopoglądów jest elementem kultury osobistej, czyli czegoś, o czym Kaśka być może kiedyś przypadkiem słyszała, ale czego nie posiadła i nie doświadczyła! Wkurza mnie wjeżdżanie na światopogląd, żeby komuś dopiec. To niegodne! Szczególnie w kontekście tego, że Ala kilkakrotnie Kaśce pomogła i nie były to drobnostki. Nawet całkiem niedawno, bo jakieś siedem miesięcy temu, Ala wyświadczyła Kaśce wcale nie małą przysługę. Bezinteresownie. Żyję już na tym świecie trochę i wiem, że z tą ludzką wdzięcznością różnie bywa. Ale taki paskudny przejaw niewdzięczności… Wstyd! Ostatnio Kaśka-intrygantka zwąchała się z Aśką-strasznym-babolem. Stanowią tandem doskonały, bo się wzajemnie stymulują. Szkoda, że tylko w hejterstwie. Lubią tak bezinteresownie, dla przyjemności, dokuczyć. Z tego powodu niektóre co wrażliwsze koleżanki się ich zwyczajnie boją. Ja się kaśko-aśkowego tandemu nie boję, bo… z jakiegoś powodu się nie boję i już:)

Kolega od sceny zazdrościprzywitał mnie wczoraj serdecznie, czym nieco mnie zaskoczył, bo spodziewałem się raczej dalszych dąsów. Nie przeprosił za swój wybuch, ale wczoraj i dzisiaj był tak serdeczny i miły, że doceniając to, że poczuł potrzebę naprawienia stosunków i tę potrzebę realizował, postanowiłem przejść z tamtą sprawą do porządku dziennego. Tak naprawdę kolega - poza tymi napadami, kiedy próbuje wydawać mi dyspozycje – jest ok. Choć swoje za uszami ma, to jednak nie jest wredny. 

niedziela, 15 lutego 2015

sobota, 14 lutego 2015

Może...

Może wyglądając dziś rano przez okno ucieszyłeś się tak jak ja, że ranek taki piękny i słoneczny… Może o tej samej porze wypiłeś kawę... Może jadąc samochodem usłyszałeś w radio, że dziś walentynki i uśmiechnąłeś się przypominając sobie mnie… Może zobaczyłeś coś i pomyślałeś, że mnie by się to spodobało… Może słysząc dźwięk przychodzącego smsa przemknęła Ci przez głowę myśl, że może to ja… Może zapach mokrego śniegu przypomniał Ci nasze walentynki i zatęskniłeś tak jak ja… Może przez tę jedną chwilę, kiedy pomyśleliśmy o sobie wzajemnie, byliśmy znowu blisko siebie... Może…

Nie myśl, nigdy nie myśl, że Cię zapomniałem! Wiesz, że to niemożliwe, bo zapominając Cię, musiałbym zapomnieć siebie. Miałeś moje sny i moją rzeczywistość, moje myśli, plany, marzenia, nadzieje i troski, radości i lęki, moją siłę i słabość. Moją miłość. I wreszcie moją tęsknotę, smutek i ból. Miałeś wszystko moje, a więc miałeś moje życie. Bo Twoja dusza zmieszała się z moją.

Nie myślę, nigdy nie myślę, że mnie zapomniałeś…

Wybacz, że to takie nieudolne.


środa, 11 lutego 2015

O celebryctwie, wybitnym artyście i pani Zosi

Kilka lat temu zdarzyło mi się zaistnieć epizodycznie w TV. Wypowiedziałem się dwukrotnie jako ekspert w jednym z najpopularniejszych telewizyjnych programów informacyjnych. To moje pokazanie się w TV wzbudziło tu w górach bardzo duże poruszenie – sąsiedzi zagadywali moją Mamę, gratulowali. Mnie też zagadywali, jak przyjechałem, ale z jakąś taką ostrożnością, z dystansem. Nagle objawiłem im się jako ktoś, kogo w ogóle nie znają, choć przecież znają mnie od dziecka. Pytali, jak to jest wypowiedzieć się w TV, czy to bardzo stresujące, jak wygląda studio telewizyjne itd. Bycie lokalnym chwilowym celebrytą było miłe. Minęło parę lat, jednak, ku mojemu zadziwieniu, jakieś resztki tego mojego celebryctwa jeszcze czasem się tutaj tlą. Ale te resztki giną w konfrontacji z moim osobistym mega celebrytą, którym jest Eduardo uosabiający swoją niezwykle wyrazistą osobowością całe niezmierzone bogactwo znaczeniowe słowa cham. Eduardo spotykając mnie czuje wewnętrzną konieczność podzielenia się ze mną swoimi głębokimi przemyśleniami natury egzystencjonalnej. Czasem nawet w te jego głębokie przemyślenia udaje mi się wtrącić jakąś grzecznościową monosylabę. To zrozumiałe i oczywiste, że celebrytę (Eduarda) ciągnie do „celebryty” (mnie). Wczoraj właśnie w drodze do pani Zosi dane mi było natknąć się na Eduardo. Z doświadczenia wiem, że Eduardo inwencję ma niewyczerpaną, ale po raz kolejny mnie oszołomił. Po jego wczorajszym monologu narzuciła mi się refleksja, że Eduardo to wybitny artysta, mistrz plugawienia mowy ojczystej, wznoszący się na wyżyny językowej obrzydliwości. Nie zacytuję, bo się nie da – to trzeba usłyszeć.
***
Odwiedziłem panią Zosię. Jest w doskonałej formie. Zbliżający się termin kompleksowego pielgrzymowania po specjalistach sprawia, że pani Zosia kwitnie. Jest zadowolona, pogodna i nie narzeka. Wkręciła się w fabułę nowego serialu w TV, którego akcja dzieje się w sułtańskim haremie w Stambule w XVI wieku. Pani Zosia postrzega ową fabułę jako historyczną prawdę i ogląda ten serial namiętnie. Emitowany jest po 16 i o tej porze pani Zosia staje się dziwnie niespokojna. Tak było również wczoraj. Mama uprzedziła mnie o tym, więc sprawdziłem, czy odcinek owego arcydzieła będzie powtarzany. Zbliżająca się pora emisji rzeczywiście sprawiła, że pani Zosia stała się lekko napięta i niespokojna. Cieszyła się z odwiedzin, skrzętnie ukrywając, że trochę szkoda jej traconego odcinka. Powiedziałem jej, że ten tracony odcinek może obejrzeć następnego dnia około południa – pani Zosia się zdziwiła i… rozluźniła. Zapodała mi krótkie streszczenie fabuły, które grzecznie przerwałem informacją, że nie oglądam i oglądał nie będę... Kanikuła pełna wrażeń.

wtorek, 10 lutego 2015

O kanikule

Mój górski raj jest zawalony śniegiem. I cały czas tego śniegu przybywa, bo obficie sypie. Jest go tyle, że auto musiałem dzisiaj odkopywać spod śniegu. Dokładnie tak, jak wtedy, kiedy Szarooki spędził tydzień u mnie w górach. Mój piękny Szarooki, niemożliwy śpioch, mogący spać do południa, będąc u mnie w górach bohatersko nastawiał budzik na 8 rano, wstawał, ubierał się, wychodził i odwalał śnieg wokół domu! Po czym wracał do domu, brał prysznic i... nie, nie wracał do łóżka, tylko grzecznie maszerował do kuchni, żeby razem ze mną zjeść śniadanie i wypić kawę. Moja Mama protestowała, że nie powinien śniegu odwalać, bo jest gościem, ale on zapewniał, że bardzo chce i bardzo lubi, i prosił, żeby mu nie zabraniać. Powiedziałem Mamie: „Pozwól mu. Niech się chłopak bawi łopatą i śniegiem skoro lubi. Nie pozbawiaj go tej przyjemności. Zresztą, jeśli on tego nie będzie robił, to będę to musiał robić ja”. Mariusz na to moje dictum tylko zachichotał. Bardzo lubił takie okołodomowe prace. Szarookiego nie ma, więc ja muszę bawić się łopatą i śniegiem, ale bez przyjemności:) Jutro ma być pięknie i słonecznie, co będzie miłą odmianą. Jest fajnie - odpoczywam, leniuchuję, włóczę się po chałpach, szwendam po moim górskim raju. I'm in paradise:) 

sobota, 7 lutego 2015

O zdziwieniu i pączkach z różą

Zadzwoniła moja Mama. Pogadaliśmy chwilę. Powiedziałem, że zastanawiam się, na którą jutro pójść do kościoła, skoro jadę. Na 6.30 czy na 8. Rano oczywiście.
- A po co tak wcześnie do kościoła chcesz pójść? Przecież jutro masz wolne i pospać możesz – powiedziała.
- Tak wcześnie, bo przecież jadę. A im wcześniej, tym fajniej się jedzie bo drogi puste.
- A gdzie jutro jedziesz?
- No do domu.
- Jak to do domu?
- No do domu. W góry.
- To jutro? A ja myślałam, że 15 lutego przyjeżdżasz. Nawet ktoś tam pytał, kiedy przyjeżdżasz i mówiłam że 15. A to jutro – powiedziała ucieszona - Co mam na obiad ugotować? – dodała lekko zaniepokojona.
- Co chcesz – odpowiedziałem.
- Czyli co?
- No co tam masz.
- Mogę zrobić schabowego, albo udka, bo mam zamrożone.
- To zrób schabowego.
- No to będziesz w tłusty czwartek – ucieszyła się Mama - Będę smażyła pączki.
- Twoje pączki… Super!
A musicie wiedzieć, że moja Mama smaży absolutnie genialne pączki z konfiturą z róży. I to konfiturą, którą sama robi z własnoręcznie zerwanych płatków róży! Ktoś, kto nie jadł pączka z taką konfiturą, nie wie co to pączek. Przepis otrzymała moja prababka od kucharki hrabiny Elżbiety Potockiej z Olszy. Te pączki to... czysta poezja i absolutna ekstaza!

Efekt mojej harówy został bardzo dobrze przyjęty przez nadszefa. Dałem radę. I jestem z siebie zadowolony. A to rzadko mi się zdarza.  

Harówa skończona

Skończyłem. Dopieściłem, wygładziłem i jestem zadowolony z mojej ciężkiej pracy. Na 15 jadę do firmy spotkać się z nadszefem i oddać mu efekt mojej harówy. Będzie zadowolony. Niechby spróbował nie być!:) A serio - zrobiłem kawał dobrej roboty. Nadszef jest znakomitym fachowcem. Ja też jestem niezły, bo ogarniam tematy, o których nadszef myślał, że tylko on je ogarnia. No nic nie poradzę na to, że jestem cholernie zdolny. Mogę to jedynie znosić z godnością;-)

Jak ja się cieszę na ten tydzień w górach! Liczę godziny! Wrócę z firmy, spakuję się i zacznę czekać:) Pamiętam, jak w dzieciństwie czekałem niecierpliwie na coś, co miało się zdarzyć następnego dnia, moja Mama mówiła, że już wkrótce wieczór i spanie, więc tak naprawdę jutrzejszy dzień może być już za chwilę. Wystarczy dzisiaj zamknąć oczy i zasnąć, żeby otworzyć je jutro. Kładłem się zatem spać tuż po dobranocce, żeby przyśpieszyć przyjście dnia następnego. Może dzisiaj też tak zrobię:) Tymczasem jednak usiłuję się ogarnąć, bo choć już niemal południe, to jakiś taki niezborny porannie jestem, jakby weekend był albo co:) 

piątek, 6 lutego 2015

O odsapnięciu i scenie zazdrości

Szał pracy trwa, jednak postanowiłem zatrzymać się i odsapnąć chwilę. Mogę sobie na to pozwolić, bo w zasadzie wszystko ogarnąłem. Jeszcze tylko wygładzę, dopieszczę i jutro efekty mojej dwutygodniowej ciężkiej harówy mogę oddać nadszefowi. Powinien być zadowolony. Zatrzymałem się, żeby odetchnąć i… nie mam pomysłu na tego posta. Nie mam pojęcia o czym napisać. Praca tak mnie pochłonęła, że na prywatne życie czasu nie stało, więc też nic ciekawego się nie działo, o czym warto byłoby napisać. Choć nie. Stało się coś ciekawego. W pracy właśnie. Po raz pierwszy w życiu doświadczyłem sceny zazdrości w pracy. I to ze strony kolegi. To kolega na równorzędnym stanowisku. Szczerze mówiąc, zastanawiałem się już niejednokrotnie, jakim cudem ten koleś dostał to stanowisko, bo... hm... że tak to ujmę: szału nie ma. I nie ma w tej mojej ocenie nic złośliwego. Już od jakiegoś czasu zauważyłem, że kolega ma problem z tym, że nadszef liczy się z moim zdaniem. Starał się to ukrywać, z lepszym lub gorszym efektem, bo czasem nie mógł sobie odmówić jakiejś drobnej uszczypliwości skierowanej do mnie. Wczoraj jednak pękł i popłynął. Tak się wczoraj złożyło, że wchodząc do pracy, minąłem się przy wejściu z nadszefem. Po standardowym powitaniu, nadszef zwrócił się do mnie słowami: „Panie Adamie, czy byłby pan tak uprzejmy przekazać panu W. - bo zapomniałem powiedzieć sekretarce - że chciałbym z nim porozmawiać, jak wrócę? Proszę mu powiedzieć, że zapraszam go na dwunastą do mnie”. „Dobrze panie nadszefie, przekażę” odpowiedziałem. Tak też zrobiłem. W koledze zazdrość się zagotowała i wybuchła. Ale jak! Trzeba było to zobaczyć. Zaczął się wydzierać do mnie, że jest pomijany, źle traktowany, że nadszef informuje mnie o wszystkim wcześniej niż jego. Stał i wrzeszczał na mnie. To był amok trzyletniego chłopca, który awanturuje się sam nie wie o co, ciskając się i tarzając po ziemi. Poleciały nawet …rwy, tak się spienił! Poczekałem aż się zapowietrzy i jak zrobił przerwę na wdech, odesłałem go z pretensjami do nadszefa i odszedłem. Dzisiaj kolega był zawstydzony swoim wczorajszym wybuchem, ale też nadąsany, jakby to była moja wina. Nie przeprosił. No cóż… Skąd ta nagła demonstracja zazdrości? Otóż kolega ma wybujałe aspiracje, niewspółmiernie wysokie do swoich umiejętności – piszę to bez złośliwości, aczkolwiek nie bez satysfakcji. Czasem zachowuje się tak, jakby był moim przełożonym i próbuje wydawać mi polecenia, do czego nie ma prawa. To takie świadome napinanie muskułów, mające sprowokować do konfrontacji i sprawdzenia, który z nas jest mocniejszy. Ignoruję takie zaczepki. Nadszef scedował na mnie pewne swoje obowiązki, stąd te moje pracowite dwa tygodnie. Scedował je na mnie, a nie na kolegę, czym uznał, że to ja jestem mocniejszy. I bardziej kompetentny. Dlatego kolegę szlag trafił jasny i tak wczoraj popłynął. Wracam do roboty. W niedzielę rano pryskam stąd w góry. Liczę godziny!

środa, 4 lutego 2015

W biegu

W niedzielę wybieram się w góry na tygodniowy urlop, w związku z tym muszę ogarnąć wszystko w pracy. Do tego jeszcze mam sporo nauki. Ubiegły tydzień miałem równie ciężki. Ten nadmiar pracy ma jedną zaletę – nie mam czasu na roztkliwianie się nad sobą. Ale zmęczony jestem bardzo. Padam na twarz po 22 i zasypiam kamiennym snem. Muszę jeszcze wytrzymać trzy dni i poleniuchuję przez tydzień w górach u Mamy. Przypomniałem sobie lutowy pobyt Szarookiego u mnie w górach. Było cudownie – tak radośnie i szczęśliwie… Mój górski raj przywitał nas śnieżycą i rewelacyjnymi warunkami narciarskimi. Dużo jeździliśmy na nartach, dużo leniuchowaliśmy w domu, odpoczywaliśmy. Cały czas razem. Sorry, że rozczaruję, ale nie będę dziś tego wspomnienia celebrował, bo nie mam na to czasu. No może przed zaśnięciem przywołam tamten czas w pamięci. Na chwilę. Bo wspominając zasnę.
Mama mówiła mi dzisiaj, że mój górski raj jest zasypany śniegiem i warunki narciarskie są rewelacyjne. Niestety nie jeżdżę już na nartach, bo po kontuzji kolana musiałem zrezygnować z narciarstwa. Nie szkodzi jednak. Będę się cieszył zimą w górach na inne sposoby. Czekam niecierpliwie.

niedziela, 1 lutego 2015

Jesteś o tyle spojrzeń ode mnie

Jesteś o tyle spojrzeń ode mnie.
Jest mi o tyle twych spojrzeń samotniej.
Ciemniej
opada każdy wieczór bez słów,
trudniej słowa rzucone, kwiaty na drodze podnieść.
Cztery spojrzenia ścian miasto zamyka na smutek,
a obce czyny i ludzie ulatują obok.
W którym wieczorze jak ten odnajdę
ciszę przechodzącą przez ugór czasu Bogiem i tobą?
Oto jest znów ulica niedzielna zamknięta w miejski kurz.
Obcy flet kroków, gdzie szopen płacze z okien.
Tak samo, tak samo, tak samo jak kiedyś
niebo patrzy obłe, jak smutek głębokie.
Dni ulatują w trwogę o ciebie,
noc obca gwiazdami zarasta i bladą miejską trawą.
Wiatr wspomnienia — chmurom oderwana gałąź.
A przecież
te same gwiazdy co tam kołyszą noc nad Warszawą.

Krzysztof Kamil Baczyński Jesteś o tyle spojrzeń ode mnie