poniedziałek, 30 marca 2015

Gonił, gonił i...

Gonił cię mój anioł stróż po świecie, o mój Drogi,
biegł wciąż za tobą przez lasy, przez łany,
potrącał cię ku mnie, zapędzał cię do mnie,
ciągnął za obie ręce, spychał z prostej drogi -
o miłości coś szeptał, bredził nieprzytomnie,
pachniał jak wytężone białe nikotiany...
Siedzący noc całą przy tobie na warcie
krzyczał głosem jak trąby złote i waltornie,
to znów o łaskę twoją modlił się pokornie,
zbawienie własne diabłom rzucał na pożarcie!
Wreszcie ciebie ślepego, ciebie niechętnego
zawiódł przemocą do mego pokoju,
gdzie siedziałam płacząca, Pan Bóg wie dlaczego,
jak to się zdarza czasami.
Wpuścił cię naprzód, sam został za drzwiami,
zatańczył w triumfie jakiś taniec boski -
potem twarz zakrył szatą srebrnobiałą,
zamyślił się pełen troski
i jęknął z przerażenia nad tym, co się stało.

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska Robota anioła stróża

Gonił, gonił i… Dogonił 30 marca. Koncert muzyki klasycznej - „Pasja wg św. Mateusza” Jana Sebastiana Bacha. Po koncercie Szarooki podszedł do mnie, uśmiechnął się i powiedział:
- Miło mi pana spotkać ponownie. Mariusz Jakiśtam – podał mi rękę.
- Witam. Adam Madulski – odpowiedziałem.
- Jakie wrażenia po koncercie? Ja jestem zachwycony.
- Podobał mi się. Bardzo. Wie pan, ja uwielbiam Bacha.
Porozmawialiśmy chwilę o koncercie, wymieniając się swoimi wrażeniami. Świetnie nam się rozmawiało, tak łatwo i przyjemnie, jakbyśmy się znali od dawna. 
- Czy ja mógłbym coś zaproponować? – zapytał w pewnym momencie.
- Proszę bardzo – odpowiedziałem z uśmiechem.
- Czy moglibyśmy sobie mówić po imieniu?
- Oczywiście. Adam – podałem mu rękę.
- Mariusz. Dziękuję.
Rozmawialiśmy jeszcze chwilę, nie pomnę o czym. Pamiętam natomiast doskonale jego błyszczące, uśmiechnięte oczy, które sprawiały, że kolana mi miękły i czułem się jakiś taki bezbronny. W pewnym momencie odniosłem wrażenie, że lekko się napiął. Dalej swobodnie rozmawiał i uśmiechał się, ale jakoś tak czujniej. Bardziej to wyczuwałem, niż dostrzegałem. Pomyślałem sobie: „O co kaman? Skumał, że mi się podoba, albo co?”. Spodziewałem się zgrabnej wolty i rejterady, jednak wbrew mojej prognozie, Szarooki miast uciekać, zapytał:
- Zobaczymy się jeszcze kiedyś?
Niby nic się nie stało, a stało się wszystko, bo pytając spojrzał mi w oczy w taki sposób, że zrozumiałem.
- Masz przy sobie telefon? Bo ja zostawiłem mój w domu – zapytałem.
- Tak, mam.
- To jest mój numer: 503xxxxxx. Będzie mi miło, jeśli się odezwiesz – uśmiechnąłem się.
Wyraźnie się rozluźnił. Wpisał mój numer w swoją komórkę. Pożegnaliśmy się i każdy udał się w swoją stronę. Każdego dnia wyczekiwałem jakiejś wiadomości, On jednak milczał. Zastanawiałem się, czy się odezwie, czy zobaczę go znowu, czy jeszcze usłyszę jego głos. Myślałem o tym z niepokojem, jakimś takim tęsknym napięciem. Myśl, że może się nie odezwać i mogę go więcej nie zobaczyć budziła we mnie smutek. Wyjechałem do Mamy w góry na Święta Wielkanocne. Cały czas o nim myślałem i czekałem, coraz bardziej zasmucony tym bezowocnym oczekiwaniem. Myślałem, że skoro dotąd się nie odezwał (minął tydzień), to już się nie odezwie, bo po cóż miałby zwlekać. Jednak myliłem się, bo w Wielkanocną niedzielę otrzymałem od niego smsa ze świątecznymi życzeniami. Czuł się niepewnie, dlatego wolał wysłać smsa. Oddzwoniłem i chwilę wesoło porozmawialiśmy. W poniedziałek wielkanocny zadzwonił z propozycją umówienia się na kawę i pogadania zaraz po moim powrocie do naszego wielkiego miasta. Nie mogłem się doczekać spotkania. Godziny dłużyły mi się jak lata. Byłem podekscytowany, pełen nadziei i tęsknoty. Normalnie jak jakiś napalony nastolatek...

Czas mija nieubłaganie, a mnie wciąż się wydaje, jakby to było wczoraj. Tak dobrze pamiętam. Czułem dziś rano wyraźnie, jak On się za mnie modlił. Wiem, że pamięta tak, jak ja… W pierwszą rocznicę naszego spotkania usłyszałem od niego: „Kocham Cię tak bardzo, że to aż boli”... Tych już bez niego nawet przypominać sobie nie chcę. Nauczyłem się bez niego żyć. Nie znaczy to, że przestałem go kochać. Dziwne to jednak uczucie – stępione przez czas i kalekie, bo nieodwzajemniające się i niespełniające, karmiące się wspomnieniami. I tęsknotą. Za ciepłem jego ramion, za tym szczególnym spojrzeniem, ufnym i niepewnym zarazem, za jego obecnością, samochodem pachnącym wanilią...

sobota, 28 marca 2015

Pasja

Wysłuchałem wczoraj przepięknego koncertu - "Pasji według Świętego Mateusza" Jana Sebastiana Bacha. To dzieło genialne, jedno z najwybitniejszych i najwspanialszych dzieł muzycznych w historii. Nie będę go analizował, bo nie to jest celem tej notki. Jeśli ktoś jest analizy tego dzieła ciekawy, polecam tę: http://www.muzyka.ofm.pl/bach/pasja/pasjaan.htm, bo bardzo dobra. Dla mnie utwór ten ma aspekt bardzo osobisty, bowiem na "Pasji według Świętego Mateusza" spotkaliśmy się z Szarookim i wszystko się zaczęło. Bardzo uradował mnie ten wczorajszy koncert - był balsamem dla mojej duszy. Wspomnienia wróciły, tak, ale bez martyrologii. Dziś też jej (jeszcze) nie odczuwam. Może dlatego, że właściwa rocznica będzie w poniedziałek? Okaże się. 

Początek
Aria pełna miłości
Zakończenie

środa, 25 marca 2015

Za horyzontem

Kiedyś… Tam za horyzontem, gdzie słońce zachodząc muska ziemię… Tam się spotkamy… I znowu będziemy szczęśliwi...


S. Rachmaninow "Здесь хорошо"

Jak tu dobrze
Spójrz, w oddali
Rzeka płonie ogniem
Łąki tworzą kolorowy dywan
Chmury bieleją

Nie ma tu ludzi
Jest tu tak cicho
Jesteśmy tu tylko Bóg i ja
Kwiaty, ta stara sosna
I ty, mój śnie!

wtorek, 24 marca 2015

Dolcze Kabana

W odpowiedzi na pytanie „Gdybyś miał wpływ na wybór orientacji to…” napisałem, że wybrałbym orientację hetero. Moją Czytelniczkę zdziwiła ta moja odpowiedź. A ja rzeczywiście, gdybym miał możliwość wyboru, tak właśnie bym wybrał i już tłumaczę dlaczego.
Wierzę, że odnalezienie swojej drugiej połówki nie jest proste również w „środowisku” hetero, ale mimo wszystko dużo, dużo łatwiejsze niż w „środowisku” homo, bo zwyczajnie jest nas, homo, mniej. Heteroseksualne osoby nie muszą ukrywać swojej orientacji, swoich związków, a od osób homoseksualnych w sposób, jeśli nawet nie bezpośredni, to dorozumiany, żąda się tego. Zresztą dla własnego bezpieczeństwa lepiej zachować dyskrecję, żeby nie narazić się jakimś krewkim osobnikom. Nie spotkała mnie dotąd żadna forma dyskryminacji z tego powodu, ale też dbam o tę dyskrecję. Wiele osób homoseksualnych doświadczyło jednak przeróżnych form dyskryminacji, agresji i przemocy. Ja tę agresję nawet do pewnego stopnia mogę zrozumieć (ale nie usprawiedliwić!), bo osobnicy pozbawieni zdolności do autorefleksji i cierpiący na niedowład empatii, czują lęk przed wszystkim, co przekracza ich zdolność pojmowania. A niezrozumienie + lęk + niedowład empatii = agresja. Ujawnienie swojej, innej niż typowa, orientacji oznacza stygmatyzację do końca życia i bycie postrzeganym głównie przez pryzmat owego stygmatu. A swoją drogą to ciekawe, że tyle emocji może wzbudzić zaglądanie komuś do łóżka - takie... podglądactwo, które, moim zdaniem, wcale najzdrowsze nie jest. Również osobom inteligentnym i empatycznym wcale nie jest łatwo uwolnić się od stereotypów, które w naturalny sposób się narzucają. Przebić się przez stereotypy jest bardzo, bardzo ciężko. Jestem człowiekiem wierzącym, a kościół katolicki zdecydowanie nie pochwala relacji i związków jednopłciowych, zatem według nauki kościoła jestem nieuporządkowany wewnętrznie. Kościół zaleca samotne trwanie, albo… zepchnięcie na margines życia religijnego przez pozbawienie możliwości korzystania z sakramentów. Z tym również trzeba sobie radzić. Gdybym miał możliwość wyboru orientacji, wybrałbym hetero również z powodów, że tak to ujmę, rodzinnych. Choć mogę stworzyć szczęśliwy jednopłciowy związek - rodzinę, to jednak, co oczywiste, bez możliwości spłodzenia potomstwa. No właśnie, dzieci. To musi być naprawdę fajne być rodzicem. Kochać, chronić, wychowywać swoje dziecko - krew z krwi i kość z kości. Jestem sceptyczny, jeśli chodzi o adopcję dzieci przez pary jednopłciowe. Choć nie mam żadnych wątpliwości, że takie pary mogą stworzyć dziecku szczęśliwy dom i otoczyć je miłością, to jednak za mało wiemy o konsekwencjach takiego wychowania, bowiem wnioski psychologów są skrajne i wykluczające się. Dopóki takie będą, będę sceptyczny. Tak jak panowie Dolce i Gabbana. Ten ich sceptycyzm tak oburzył panią Kopaczową, panią premierę znaczy, że huknęła medialnie na owych panów, deklarując, że nie będzie nabywała produktów marki „Dolcze Kabana”, jak była uprzejma powiedzieć. Ciekawe, jakie wrażenie na panach Dolce&Gabbana zrobiła owa groźba? Zapewne kolosalne... Wyobrażam sobie, jak po tej wypowiedzi, pani premiera rzuciła się do szafy i jęła nerwowo przerzucać posiadane ciuchy w poszukiwaniu metek owych projektantów, a znalezione upchnęła głęboko z tyłu szafy, licząc w duchu, że jej ochrona będzie na tyle skuteczna, żeby żadnego paparazzo na tyły jej szafy nie dopuścić. A może w ramach protestu każe swoim psiapsiółom po prostu poobcinać metki? Z jej premierskich ciuchów rzecz jasna. Nie jestem celebrytą, więc pani premiera nie zgromi mnie medialnie za to, że ośmielam się podzielać z panami Dolce i Gabbaną ich niepolityczny, tak panią premierę bulwersujący i... homofobiczny (tak i takie głosy się rozległy) sceptycyzm w przedmiotowej sprawie, więc też i nie mam co liczyć na taką darmową reklamę. Ech…

poniedziałek, 23 marca 2015

Jak się bawić, to się bawić

Zabawię się dzisiaj w odpowiadanie na pytania, które zadała mi jedna z Czytelniczek. Będzie to zabawa ryzykowna, bo obnaży fakt straszny. Mianowicie taki, że nie jestem omdlewającym, eterycznym bytem metafizycznym, ale istniejącym, mającym ciało i krzepki charakter człowiekiem. Jestem, istnieję, żyję, funkcjonuję, może nawet gdzieś całkiem niedaleko Ciebie. Jeśli ktoś z szanownych Czytelników miałby jeszcze jakieś pytania, proszę pytać w komentarzach, chętnie odpowiem (zrobię update), bo jak się bawić, to się bawić, a jak celebrycić to… na całego:-)

No to odpowiadam:

1. Jak się nazywasz?

Adam Madulski. Ale tylko na blogu.

2. Gdzie pracujesz lub czym się zajmujesz na co dzień?

Pracuję w moim wielkim mieście i tym się na co dzień zajmuję. Czasem, o zgrozo, nawet w weekendy.

3. Jaki jest Twój ulubiony kolor?

Czerwony

4. Zakupy to droga przez mękę czy czysta przyjemność?

Konieczność, ale bez elementów martyrologicznych.

5. Muzyka - jaki jest ulubiony utwór muzyczny, który jesteś w stanie słuchać wciąż i nigdy się nie znudzi?

J. S. Bach „Wielka msza h moll”

6. Książka - ulubiona - taki top of the top, do którego wielokrotnie wracasz, może zestaw książek, a może autor?

M. Dąbrowska „Noce i dnie”, S. Undset „Krystyna córka Lavransa”, J. R. Tolkien „Władca pierścieni”

7. Ulubione danie/deser?

Barszcz wigilijny z uszkami/sernik wiedeński mojej Mamy

8. Czy lubisz dawać/dostawać prezenty?

Lubię.

9. Z domu nie wyjdziesz bez.... (taki absolutny must have rzeczy czy czynności)

Kluczy

10. Kim chciałeś być jak byłeś małym chłopcem?

Lekarzem, bo strasznie podobał mi się stetoskop i wypisywanie recept, albo wielką gwiazdą opery, bo byłem bardzo rozśpiewanym małym chłopcem - cały czas coś śpiewałem lub nuciłem. Pamiętam do dzisiaj niektóre z chętnie przeze mnie śpiewanych pozycji mojego bogatego repertuaru. Z wiekiem mi to minęło.

11. Najlepszy przyjaciel to...?

Ktoś zaufany, pewny, bardzo bliski i drogi. Mam takich przyjaciół i kocham ich

12. Nienawidzisz, gdy.....?

Ktoś próbuje mną manipulować.

13. Gdybyś mógł pojechać na wycieczkę marzeń to byłoby to....?

Afryka: Rezerwat Masai Mara, Park Krugera, Wodospady Wiktorii, Kilimandżaro.

14. Ulubione miejsce na urlop?

Góry

15. Czy zawsze mówisz prawdę, nawet jeśli sprawia ona ból i druga strona mogłaby się bez tej prawdy obejść, a świat by się nie skończył?

W takich sytuacjach raczej przemilczam, chyba, że dotyczy to kwestii fundamentalnych, albo ktoś mnie mocno przyciśnie.

16. Czy Twoja orientacja była kiedyś źródłem nieprzyjemnych sytuacji/dyskryminacji/szeroko rozumianych problemów w tym naszym cudownym kraju?

O dziwo, nie. Może dlatego, że się z nią nie obnoszę uważając za moją prywatną sprawę.  

17. Czy Twoja rodzina wie, że jesteś gejem? Jeśli nie to, dlaczego?

Najbliższa, ale nie jest to tematem naszych rozmów

18. Żałuję, że nigdy nie zrobiłem/powiedziałem....

Nie skoczyłem z Szarookim na bungee, bo mam lęk wysokości.

19. Umiejętność absolutnie poza moim zasięgiem to..... (mam na myśli robienie na drutach czy lepienie garnków z racji braku wrodzonych talentów w tym kierunku;-)

Mikrochirurgia:-)

20. Gdybym mógł zmienić coś w moim życiu to byłoby to...

Zawód. Zrealizowałbym swój dziecięcy plan lekarski

21. W podróż dookoła świata pojechałbym z .....

Brązowookim. Może mnie zaprosi:-)

22. Na samotnej wyspie czułbym się dobrze przez dzień/miesiąc/rok...

Nie czułbym się dobrze, bo jestem towarzyski i lubię ludzi.

23. Moje popisowe danie to .... (zakładam, że potrafisz gotować:)

Łosoś po marokańsku. Robi wrażenie:-)

24. Lubię koty/psy/króliki/żółwie...., bo/za..........

Psy. W moim domu w górach zawsze był pies.

25. Telewizja może dla mnie nie istnieć/bez telewizji nie mogę funkcjonować (nie dotyczy filmów:)

Może nie istnieć.

26. Czy dzień bez dobrej kawy to dzień stracony?:))))

Bardzo lubię kawę, ale mogę się obejść, jeśli muszę.

27. Lubię otaczać się ładnymi przedmiotami, sprawiają, że...

Wokół jest… ładnie.

28. Lubię ludzi chociaż......

Czasem bywa to trudne.

29. Bez rodziny nie istnieję/mam się dobrze

Nie istnieję.

30. Gdybym wiedział, że zostały mi tylko 24h to.....

Oszalałbym chyba

31. Gdyby miał wpływ na wybór orientacji to .....

Wybrałbym hetero. Byłoby łatwiej

32. Dobrymi radami piekło jest wybrukowane czy jednak z nich korzystasz?

Korzystam, ale asertywnie

33. Co jest w stanie wyprowadzić Cię z równowagi?

Mlaskanie i siorbanie podczas konsumpcji

34. Czy zdarzyło Ci się wpaść w panikę?

Tak, w drodze na operację, ale nie okazałem tego

35. Ulubiona pora dnia/tygodnia/roku to...

Poranek/sobota/lato

36. Doskonale obejdę się bez.....

Alkoholu

37. Absolutnie nigdy nie zjem/nie wypiję...

Tatara. Na samą myśl mnie odrzuca.

38. Absolutnie nigdy nie ubiorę....

Różowego boa.

39. Nigdy nie pójdę/nie odwiedzę.....

Lupanaru

40. Gdybym miał możliwość wyboru to chciałbym umieć śpiewać/malować/rzeźbić/garnki lepić/szydełkować... :)

Malować i rzeźbić, bo śpiewać potrafię i to całkiem fajnie.

sobota, 21 marca 2015

Zaćmienie

Wczoraj było częściowe zaćmienie słońca. Skuszony rzadkością zjawiska, wspiąłem się windą na taras zajmujący część ostatniego piętra firmowego budynku, żeby za pomocą kawałka kliszy RTG (doskonale się do tego nadaje) rzucić okiem w zaćmione słońce i… otarłem się o Helę. Znaczy otarłem się o nią wyłącznie w sensie metafizycznym, a raczej o jej bogatą, wyrazistą osobowość. No bo też każde inne, nie metafizyczne... Dość, bo ogarnia mnie groza! Do rzeczy zatem. Hela nadzorowała swoją nową koleżankę, która myła szklane drzwi prowadzące na taras, odpowiedziała na moje powitanie i od razu też wyraziła swoją miażdżącą krytykę na temat skandalicznie złej organizacji pracy w firmie. W związku z tym, że ruszyła akcja mycia firmowych okien i szklanych drzwi, których jest obfitość, Hela liczyła, że na tę okoliczność siły obu zespołów sprzątających zostaną połączone, pod jej wodzą oczywiście. Ku oburzeniu Heli, tak się jednak nie stało. Hela, jak mniemam, zatroskana jest o to, jak koleżanki z zespołu sprzątającego nr 2 sobie bez niej radzą i czy wywiązują się ze swoich służbowych obowiązków w stopniu zadowalającym. Helę oczywiście. Bo w tej kwestii Hela wcale nie ukrywa swojego sceptycyzmu. Wszak powszechnie wiadomo, co dzieje się ze statkiem pozbawionym za jednym zamachem kapitana i sternika! W czasie krytycznego monologu Heli, jej nowa koleżanka jechała ze ścierą zupełnie nie zwracając na nas uwagi. Pomyślałem sobie, że nowa i na pewno chce się pokazać, że pracowita. No i Hela też pewnie już jej pokazała „jak się tańcuje” i kto tu rządzi. W wyobraźni ujrzałem Helę jako poganiaczkę niewolników z pejczem w ręku, w obcisłym, czarnym, nabitym ćwiekami skórzanym kombinezonie... Brrr!!! Aż mnie ciarki przeszły! Przegoniłem tę ścinającą krew w żyłach wizję. A kysz!!! Popatrzyłem sobie na zaćmienie przez kliszę RTG, co Hela obserwowała, mamrocząc coś sobie pod nosem. Podejrzewałem, że memlała* w ustach jakiś komentarz, zapewne sarkastycznie dyscyplinujący. Powstrzymała się jednak dzielnie od zwerbalizowania go. Heroiczność tego czynu uznałem za niewątpliwy przejaw jej pozytywnego stosunku do mnie i, co również bardzo prawdopodobne, dobrego humoru. Zapytałem Helę, czy może też chciałaby sobie luknąć przez kliszę na zaćmione słonko. Owszem, zechciała rzucić okiem, a oddając mi kliszę rzekła lekko nagannym tonem:
- Bierz pan to, bo ja nie mam czasu na takie pierdoły. Robota czeka.
Z trudem powstrzymałem parsknięcie. Hela jest zdecydowaną zwolenniczką szorstkiego kumpelstwa. Obejrzałem wczoraj zaćmienie słońca w doborowym towarzystwie. Pomyślałem sobie, że gdyby wszystkie inżynierki-konserwatorki powierzchni użytkowych były jak Hela, to straszno byłoby do roboty przychodzić, bo latałyby na tych swoich mietłach*, jak jakieś wilcze stada, rozdając razy ścierami na prawo i lewo**. A to wszystko z troski o losy firmy i maksymalne wykorzystanie pracowniczych zdolności przerobowych.
_______________________________________________
* forma zamierzona, używana u mnie w górach
** werbalnie i metaforycznie

piątek, 20 marca 2015

Song to the moon


O miesiącu na wysokim, ciemnym niebie
Twoje światło widzi dalekie miejsca
Podróżując po szerokim świecie
Zaglądasz do ludzkich domostw

Miesiącu zatrzymaj się na chwilkę
I powiedz mi, ach, powiedz mi
gdzie jest mój ukochany

Powiedz mu, proszę, srebrzysty księżycu,
że wyciągam do niego ramiona
z nadzieją, że przypomni sobie o mnie
Oświetl go gdziekolwiek jest
I powiedz mu, ach, powiedz mu
kto tu na niego czeka

Jeśli śni o mnie
Niech to wspomnienie go obudzi 
Miesiącu, nie znikaj! Nie znikaj!

Antonín Dvořák aria Rusałki z opery "Rusałka", Renee Fleming - sopran

czwartek, 19 marca 2015

Dopiero dzisiaj...

jest cała ziemia samotności
i tylko jedna grudka twojego uśmiechu

jest całe morze samotności
twoja tkliwość nad nim jak zagubiony ptak

jest całe niebo samotności
i tylko jeden w nim anioł
o skrzydłach nieważkich jak twoje słowa 

Halina Poświatowska

Jego kilkudniowy zarost rozczulił mnie. Zawsze dokładnie ogolony, na takie zapuszczenie się pozwalał sobie jedynie wtedy, kiedy miał kilka dni wolnego. Cholernie mu do twarzy z takim zarostem. Seksownie. Tak, piszę o zdjęciu ze spotkania z kumplami sprzed kilku dni. Wygląda na nim tak radośnie. Zawsze jakoś narzucał mi się w pamięci obraz jego twarzy i wyraz oczu z ostatnich naszych wspólnych dni, kiedy obaj smutni byliśmy bardzo. A przecież on był - i mam nadzieję, że jest nadal - bardzo pogodnym człowiekiem. Uwielbiałem jego śmiech - był taki zaraźliwy. Często się śmialiśmy... 

środa, 18 marca 2015

O mniszkach, wiośnie i progresie

Zakwitają mniszki, co jest oznaką, że wiosna się zaczyna.


Cieszę się, bo dzień coraz dłuższy, coraz więcej słońca. Od razu zrobiło się pogodniej. Czas już. Nie wiem, czy to zmiana pogody, czy może prozaiczne działanie czasu (może jedno i drugie), ale obserwuję pewien progres w sobie - jest mi lepiej, jakoś spokojniej, pogodniej, jaśniej. Ten jesienno-zimowy czas nie był dla mnie radosny. Tych kilka minionych miesięcy było moją nostalgiczną wyprawą w przeszłość, w czas radości, miłości i szczęścia. Było rykoszetem, który mnie dogonił i pchnął na ścieżkę ścigania cieni. Nie twierdzę, że ta podróż się skończyła - być może kończę tylko jakiś jej etap, jednak zauważam tę zmianę. Wciąż czuję się jałowy, tęsknię za nim i odczuwam jego brak, jednak mam nadzieję, że to wszystko wraca do właściwych proporcji.

Przeżyłem wielką miłość. Nie sądziłem wcześniej, że można tak kochać i być tak kochanym, że można tak się w miłości zatracić, tak się zachłysnąć drugim człowiekiem, tak się oddać, tak zaufać! Że można być chorym z miłości! Byłem chory z miłości! To wspaniale, że była mi dana ta choroba. Choć rekonwalescencja po tej chorobie jest długa, trudna i bolesna, to warto! A tęsknota i poczucie straty, które od czasu do czasu o sobie przypominają, to echa tego, co było. Smutne, tak, ale każdy, kto był chory z miłości, a nie jest, doświadcza takich nostalgicznych powrotów ech. Bo jak raz się na tę chorobę zapadło, chce się chorować i nigdy nie zdrowieć. Fajnie byłoby znowu zachorować na miłość... 

wtorek, 17 marca 2015

Reformy

Koleżanka dziś przysłała mi to cudo z komentarzem, że być może już całkiem niedługo takie będą zadania maturalne. Popłakałem się ze śmiechu. 


poniedziałek, 16 marca 2015

Prasówka

Wprowadzam dziś nowy tag posta (etykieta), który nazwałem „Prasówka”. Prasówka to post złożony z kilku notek na różne tematy, oddzielonych od siebie gwiazdkami *** (asterysk), jak poniżej.
***
Wujek FB doniósł, że Szarooki w czwartek przyjechał do naszego wielkiego miasta, a w sobotę spotkał się ze swoimi kumplami Darkiem i Krzyśkiem w naszej knajpie. Poczułem się zazdrosny – czy to nie żałosne? Wujek FB pokazał też bilet z koncertu Michaela Bublè w Krakowie z 4 listopada ubiegłego roku. Szarooki spełnił zatem jedno ze swoich marzeń, bo bardzo chciał usłyszeć Bublè na żywo. Ja lubię go średnio, ale Szarooki bardzo. Tak, tak, przesłuchałem wujka FB. To żadna sensacja – robię to cyklicznie. Nie widzę nic osobliwego w tym, że po tylu latach wciąż się o niego troszczę i sprawdzam, co u niego, czy zdrowy, czy nic złego się nie dzieje. Dziś już Szarooki jest w Szczecinie. 
***
W ramach mentalnego przygotowywania się do emigracji Szarooki zamieścił dziś link do artykułu. Po przeczytaniu pomyślałem sobie: „A więc to zaprząta Twoje myśli. Bardzo chcesz tej zmiany, czekasz, cieszysz się, a jednocześnie martwisz się, co będzie, jak poradzą sobie twoi rodzice, jak poradzisz sobie ty. Czy będzie tak, jak oczekujesz, czy uda ci się uciec przed tym, przed czym uciekasz, czy odnajdziesz to, czego szukasz, czy będzie ci tam dobrze. Martwisz się, że w czasie, kiedy będziesz w Paryżu wiele z tego, co będzie się działo u twoich najbliższych, rodziny, przyjaciół ominie cię, bo będąc tak daleko - a więc siłą rzeczy bardzo rzadko fizycznie uczestnicząc w życiu tych, których kochasz - znajdziesz się jakby na uboczu ich życia…”. Pamiętam, jak mówił, że to nie wspólne mieszkanie tworzy więzy miłości między ludźmi. I tak jest w istocie. Ale prawdą jest również to, że będąc daleko, wiele się traci z życia najbliższych. Myślę, że doświadczył tego po przeprowadzce do Szczecina...
***
Brązowooki zawiesił swój profil na FB, więc nie mam pojęcia, co u niego słychać. Prywatnie oczywiście, bo zawodowo kwitnie. Od czasu do czasu mignie mi w jakimś medium, czy też swoją własną osobą przemknie mi gdzieś na horyzoncie. Skąd nagle o nim? Śnił mi się tej nocy. Rzecz działa się w górach. Stał wyżej ode mnie, na wydeptanej ścieżce, a ja do tej ścieżki podchodziłem stromym zboczem. Wyciągnął do mnie rękę i wciągnął mnie na ścieżkę. Powiedziałem "Dzięki" i uściskałem go. Nie opierał się. To na pewno proroczy sen;-)


niedziela, 15 marca 2015

Kiedy przyjdziesz

Wiem, że przyjdziesz, noc będzie rozgrzana,
duszna ciszą i płomieniem bzowym;
kwiaty wiosny niosąc na kolanach
spłyniesz ciszą i ciszą mnie zgubisz...
Może przyjdziesz w rozkrzyczane rano,
strzelisz gwiazdą w słoneczny spokój,
strzelisz sercem w duszę słońcem zlaną
w niespodzianym, dziwnym jakimś roku.
Może będzie deszcz o szyby dzwonił,
na falistym morzu ukojeniem,
może powiesz mi, co walka z życiem,
może powiesz mi, co Jest cierpienie.
Może będzie deszcz o szyby dzwonił,
światło będzie piorunem się wiło
(w dali kroki zdyszanej pogoni).
Wiem, że przyjdziesz, wiem, że powiesz:
Miłość...

Krzysztof Kamil Baczyński Kiedy przyjdziesz

Ten wiersz cały dzisiejszy dzień chodzi mi po głowie. To ulubiony wiersz Szarookiego. Najbardziej ulubiony z wszystkich ulubionych... 

sobota, 14 marca 2015

O "Idzie"

Obejrzałem dziś „Idę”. Moje odczucia są ambiwalentne. Bardzo podobała mi się narracja, taki rodzaj medytacji, zamyślenia, przepięknie sfilmowanego. Zachwyciła mnie Agata Kulesza swoją kreacją Wandy Gruz. Stworzyła kapitalne psychologiczne studium kobiety wewnętrznie roztrzaskanej, zagubionej, samotnej, zgorzkniałej, cynicznej i głęboko nieszczęśliwej. Pawlikowski w warstwie wizualnej stworzył film subtelny, wyrafinowany, delikatny i zachwycający, w warstwie zaś fabularnej neutralny - nie stawia żadnych pytań, nie udziela żadnych odpowiedzi, niczego nie otwiera i niczego nie zamyka. Ta neutralność w moim odczuciu jest tego filmu słabością, bo sprawia, że film bardzo traci na ekspresji. Stwarza też zbyt dużą przestrzeń do domniemań, co w kontekście zaczepienia fabuły w konkretnym, bardzo bolesnym tle historycznym, jest, moim zdaniem, dość niefortunne. Odniosłem wrażenie, że fabuła jest tylko pretekstem dla kontemplowania obrazu, który przypomina pokaz slajdów fotografii artystycznej. Slajd przechodzi w slajd, kadr w kadr, ujęcie w ujęcie, nieśpiesznie, łagodnie. To wszystko ma zachwycać i zachwyca grą światła i cieni. Dużo gorzej jest z warstwą dźwiękową, bo dialogi chwilami znikają w zbyt mocno podbitym tle i to jest irytujące. Reasumując: „Ida” to zachwycający w warstwie wizualnej obraz. Tylko i aż tyle. W porównaniu jednak z wcześniejszymi nominowanymi do Oscara polskimi filmami („Ziemia obiecana”, "Noce i dnie", "Panny z Wilka", "Człowiek z żelaza") nawet ten wizualny walor „Idy” nie jest już taki oczywisty, fabuła zaś wręcz anemiczna. W takiej konfrontacji „Ida” jest… szara.

piątek, 13 marca 2015

O firmowym CIA i nowym powołaniu Heli

Jak dobrze, że zaczął się weekend! Te ostatnie leniwe dni w pracy zmęczyły mnie bardziej, niż - pardon my French – ubiegłotygodniowy zapieprz. Wymyślałem sobie dzisiaj zajęcia, żeby jakoś spożytkować czas. Chyba zacznę myśleć, że jestem inwigilowany w pracy przez firmowe CIA. Wczoraj monitorowała mnie Kaśka-intrygantka, a dziś dla odmiany Aśka-straszny-babol. Zasiadła i prawie w ogóle się nie przemieszczała, jakby przykleiła się do krzesła. Po incydencie sprzed kilku miesięcy postanowiłem zmienić mój stosunek do Aśki-strasznego-babola i staram się być dla niej miły. Nie dlatego, że zapałałem do niej nagłą sympatią, nie. Po prostu uznałem, że dużym chłopcem jestem i nie powinienem obnosić się z moją do niej antypatią. Aśka-straszny-babol poczuła się tą zmianą skonfundowana, bo nie wie, co o tym myśleć. Widzę, jak zastanawia się, z jakiego powodu jestem dla niej miły i czego będę od niej chciał. Bo to dla niej oczywiste, że czegoś chciał będę, skoro jestem miły. Ona tak funkcjonuje, więc w takich kategoriach to postrzega. Nie powiem, bawi mnie to jej skonfundowanie. To nie jedyna zmiana... Od kilku dni nie widziałem Heli – straciła się gdzieś, znikła. Już nawet zacząłem myśleć, że to z mojego powodu omija ścieżki, na których mogłaby mnie spotkać, ale okazało się, że jest znacznie gorzej. Otóż doskonała harmonia zgranej drużyny trzech sprzątaczek została zdewastowana zatrudnieniem czwartej. Drużyna została podzielona na dwa zespoły sprzątające. Hela została powołana na naturalną szefową nowej koleżanki, którą, jak mniemam, z prawdziwą radością szkoli, nadzoruje i gna do upadłego. Zespół sprzątający nr 1 (to chyba oczywiste - nr 2 oznaczałby degradację, a tego Hela by nie zmogła!) otrzymał rewir, w którym rzadko bywam (inny dział), dlatego, ku mojej rozpaczy, Helę widywać będę rzadko. To straszne, ale będę musiał jakoś z tym żyć:-) Dwie dotychczasowe naturalne podwładne Heli, stanowiące zespół sprzątający nr 2, poinformowały mnie o tych rewolucyjnych zmianach. Sprawiały wrażenie z tych zmian zadowolonych. Wręcz uradowanych! Zupełnie nie rozumiem dlaczego...

czwartek, 12 marca 2015

Letargicznie

W pracy marazm i nuda. Letarg. Wymyślałem sobie jakąś robotę, żeby przyśpieszyć nieco czas, który w tym letargu sączył się w tempie porażająco powolnym. Minuta podążała za minutą tak leniwie ociągając się, że każda wydawała się godziną. Masakra. Roboty dużo - źle. Nieróbstwo - też źle. Taka już natura człowiecza. No nie dogodzi. Niestety, ze względu na czujne oko Kaśki-intrygantki nie mogłem pisać nowego posta na bloga, bądź surfować sobie swobodnie po necie, bo wredota oczy ma sokole. Na dodatek chyba każde może poruszać się niezależnie, jak u kameleona. Jednym okiem spogląda w swój monitor, a drugim lupuje wszystko wokół. Jakoś heroicznie trwałem udając, że pracuję, choć do zrobienia niczego, tak naprawdę, nie miałem. Naprzeciwko mnie, równie jak ja heroicznie, trwał kolega, o którym już kiedyś pisałem – Kamil, mistrz fochów. W przeciwieństwie jednak do mnie, Kamil ostentacyjnie demonstrował swoje znudzenie. Wiercił się, kręcił, łaził, przeciągał, ziewał. Jak mały chłopiec.
- Kiedy tak patrzę na Ciebie Kamil, jak się przeciągasz, myślę sobie, że w godzinach pracy powinien być przewidziany czas na leżakowanie – powiedziałem śmiejąc się.
- No. Dobrze by było.
Około południa nuda stała się męcząca na tyle, że dostałem lekkiej głupawki i nie zważając na sokole oko i gumowe ucho Kaśki-intrygantki, uciąłem sobie z Kamilem lekką pogawędkę o pierdołach, którą zakończyłem słowami:
- Kamil, kurczę, jest tak nudno, że pochlastać się można. Czuję normalnie, jak mi się kolagen w twarzy wytrąca!
- No, za chwilę nadgarstki sobie przegryzę. Kuuuuuurnaaaaaaaa, jaka nuuuudaaaaa!!!!!!!!!! – jęczał Kamil, udając, że wali głową w biurko.
- Ty wiesz co? Chodź, zróbmy coś głupiego.
Oczy mu się zaświeciły.
- Co?
- Nie wiem. Wymyślmy coś. Albo lepiej: Ty wymyśl i zrób, a ja się będę śmiał.
- Ta. Mam być twoim trefnisiem?
- Nie, no skąd! No coś ty! Chociaż, w zasadzie, czemu nie? Skoro nalegasz…
- A idź mi! – powiedział Kamil śmiejąc się.
Kaśka-intrygantka nie słyszała, mimo grożącego obrażeniami naciągania uszu, więc zapytała:
- Co? Z czego się śmiejecie?
- Z kawału – odpowiedział na to Kamil, który nie lubi Kaśki.
- Dawaj. Też chętnie się pośmieję.
- Blondynka zwierza się blondynce: wiesz, kupiłam deskę do krojenia, ale okazała się zepsuta, bo nie kroi!
Kaśka-intrygantka, nawiasem mówiąc tleniona platynowa blondyna, a do tego domorosła sufrażystka-feminiżystka (jakby powiedziała Młoda lekarka na rubieży) nie jest fanką kawałów o blondynkach. Może odbiera je osobiście? Skrzywiła tylko usta w coś, co w zamierzeniu nie miało być uśmiechem, zebrała się i poszła na ploty do psiapsiół. Co Kamil skomentował:
- Ty widziałeś, jak ucho naciągała? Co to za babol jest wścibski. Straszny! Tylko szpiegować i szukać sensacji! Powinna się nauczyć czytać z ruchu warg, żeby niczego nie uronić! Dobrze, że wreszcie polazła, bo można się będzie czymś zająć, żeby czas jakoś minął.
Tak też zrobiliśmy, czego dowodem jest ten post.

wtorek, 10 marca 2015

O powrocie i wkręceniu

Wujek FB doniósł, że Szarooki wrócił wczoraj wieczorem z Paryża. Wizyta musiała być udana, bo na zdjęciach z wyprawy wygląda na szczęśliwego. W ogóle super wygląda. Cieszę się. Mam dobre dni, bo nie myślę o nim prawie w ogóle, a jeśli już, to pogodnie. Może to jakiś progres? Czas pokaże.
***
W pracy luz i... nuda. I fajnie, bo po ciężkich ostatnich dwóch tygodniach, ten luz i nuda są bardzo pożądaną odmianą. Koleżeństwo spokojne, grzeczne, ciche, rozleniwione, delektujące się luzem, dokładnie tak, jak ja, więc żadnych incydentów, żadnych krótkich czy długich spięć, szermierki słownej, żadnych porywów ambicji lub/i zazdrości, czy temuż podobnież. O tym moim rozluźnieniu niech świadczy fakt, że tę notkę piszę w pracy!  
***
Oglądam serial "Upadek" (tyt. oryg. The Fall). Wkręciłem się tak, że oglądam go kompulsywnie. Odcinki są długie, półtoragodzinne. Anglicy potrafią robić seriale kryminalno-psychologiczno-obyczajowe. Od amerykańskich różnią się tym, że budują napięcie nienachalnym tempem i nieponaglającą narracją, w taki przyjazny sposób. Świetna Gillian Anderson i o dziwo wcale niezły Jamie Dornan. W tej roli jego jednominowe aktorstwo jest atutem. Luz w pracy nie rozbuchał się do tego stopnia, żebym mógł sobie oglądać ten serial. Oglądam go w domu. To tak gwoli wyjaśnienia, że aż tak dobrze to jednak w pracy nie mam:-)

niedziela, 8 marca 2015

Noce i dnie

Nim las, nim kłos,
nim noc dojrzeje,
ktoś wygra los,
ktoś porzuci nas.
Nasz dom,
nasz ląd zniknie gdzieś,
odpłynie w dal biała wieś,
będziemy snem, zorzą zórz, 
morskim dnem i gwiazdą.

Pokochaj mnie z całych sił,
pokochaj mnie na sto lat.
Pokochaj mnie, jakbyś był
tak młody, jak był dawniej świat.

Już zielenieje sad po burzy
nim roztopimy się w podróży
Ty kochaj mnie od nocy, do nocy, aż po noc.

Nim kłos, nim las,
nim noc dojrzeje,
masz jeszcze czas,
by pokochać mnie.
Bo jak to jest, jak to tak,
że więdnie bez, cichnie ptak,
zegary tak śpieszą się,
biegną noce i dnie

Pokochaj mnie, lesie mój,
kochajcie mnie, ranne mgły,
darujcie mi biały strój,
tak mało już nocy i dni.

Znów zielenieje sad po burzy,
nim roztopimy się w podróży,
ty kochaj mnie od nocy, do nocy, aż po noc.

Agnieszka Osiecka Od nocy do nocy

Obejrzałem dzisiaj sobie "Noce i dnie" z roku 1975, w reżyserii Jerzego Antczaka. Film wyjątkowy, poetycki, finezyjny, niezwykły. Dzieło wybitne, zrealizowane z wielkim rozmachem i fenomenalnie zagrane przez całą obsadę. Jadwiga Barańska w roli Barbary Niechcicowej stworzyła jedną z najwybitniejszych kreacji kobiecych w historii kinematografii. To film, w który zostaje się wessanym i postawionym w roli czynnego uczestnika wydarzeń, co jest bardzo emocjonujące. Mój numer 3.

sobota, 7 marca 2015

Maraton filmowy

Zafundowałem sobie dzisiaj maraton filmowy dla odprężenia. Kiedyś, dawno temu, byłem kinomaniakiem bywającym w kinie trzy razy w tygodniu. Moja kumpela pracowała na bramce w kinie i miałem dzięki temu bilety pracownicze, dużo tańsze od normalnych, więc mogłem szaleć:-) Po pojawieniu się mody na przekąszanie w trakcie seansu przeniosłem kino do domu, bo strasznie wkurzało mnie to szeleszczenie, ciumkanie, mlaskanie i siorbanie. Do dzisiaj mnie wkurza i dlatego muszę mieć naprawdę dobrą motywację, żeby kino odwiedzić. Szarooki podzielał mój brak entuzjazmu dla kinowej mody na przekąszanie, więc w kinie bywaliśmy stosunkowo rzadko, preferując domowe seanse. Odświeżyłem sobie po latach kilka fantastycznych filmów, wśród nich numery 1 Szarookiego i mój, obejrzałem też jeden całkiem świeży, bo z ostatnich tygodni.

"Angielski pacjent" (tyt. oryg. The English Patient) film z roku 1996. Numer 1 Szarookiego. Uwiodła Go w tym obrazie historia wielkiej miłości. Ja miałem z tym filmem problem, bo jak pierwszy raz go oglądałem, miałem wrażenie pewnych dłużyzn, które zakłócały mi narrację i to mi trochę przeszkadzało. Po obejrzeniu zrecenzowałem ten film myślą: „I ten film został obsypany Oskarami? Za co?”. Po kilku latach dość sceptycznie podszedłem do propozycji Szarookiego, żeby sobie ten film razem obejrzeć. Zapowiedział go jako swój numer 1, czym również trochę się zdziwiłem, pamiętając moje mocno średnie wrażenia. Jednak, żeby nie robić Mu przykrości, pomysł na seans z "Angielskim pacjentem" chętnie podjąłem i obejrzeliśmy. Nie wiem, czy to obecność Szarookiego, czy moje zaangażowanie w film (pewnie jedno i drugie) sprawiły, że odkryłem ten obraz na nowo. To nie jest film relaksacyjny do obejrzenia sobie ot tak bez zaangażowania. Żeby docenić jego walory trzeba pozwolić się uwieść nieśpiesznej narracji, a do tego trzeba skupienia. Zdjęcia zapierające dech w piersiach, no i absolutnie przepiękny Ralph Finnes. I Juliette Binoche, którą bardzo lubię. Choć ten film nie jest moim numerem 1, nawet do mojej pierwszej dziesiątki się nie załapuje, to jednak mam do niego stosunek szczególny.  

"Dom dusz" (tyt. oryg. The House of the Spirits), film z 1993 roku. Mój absolutny, niekwestionowany numer 1. Dlaczego? Z każdego możliwego powodu. Wymienię tylko te dla mnie najważniejsze: genialne kreacje aktorskie Maryl Streep, Glenn Close, Wynony Ryder, Jeremiego Ironsa, Vanessy Redgrave, świetny scenariusz i reżyseria Bille Augusta, genialne zdjęcia Jörgena Perssona. Zachłysnąłem się tym filmem, kiedy obejrzałem go po raz pierwszy i tak mi już zostało. Film trudny - poetycki, ale też chwilami cyniczny i brutalny. Genialny. 

"Gosford Park" Roberta Altmana z 2001 roku z genialnymi kreacjami Maggie Smith, Helen Mirren oraz Michaela Gambona. Fascynujący film, w którym najważniejsze dzieje się na drugim i trzecim nawet planie. Film trudny, wymagający koncentracji, bardzo altmanowski, niejednoznaczny, chwilami cyniczny, wielowarstwowy, wielowątkowy, misternie utkany. Genialny. Mój numer 2, który zawsze oglądam oczarowany.

"Jasminum" Jana Jakuba Kolskiego z 2006 r. Piękny, poetycki, klimatyczny, ciepły, „pachnący” film. Świetnie poprawiający nastrój swoim optymizmem, piękną scenografią, pięknymi zdjęciami i wspaniałą kreacją Janusza Gajosa. 

"Senność" Magdaleny Piekorz z 2008 roku. To film, z którym mam problem. Bardzo dobry, świetny nawet. Jednak dla mnie bardzo osobisty. Bo o letargu egzystencjonalnym. Czyli czymś, co nie jest mi obce. Film trójwątkowy, gdzie każdy wątek jest przedstawiony w innej stylistyce. Chwilami nieco szablonowo, ale to nie przeszkadza. Niezła Małgorzata Kożuchowska, nadekspresyjny Michał Żebrowski (ma cudowny głos), mdły Krzysztof Zawadzki, ciekawy Rafał Maćkowiak i znakomita Dorota Pomykała. 

"Pięćdziesiąt twarzy Greya" (tyt. oryg. Fifty Shades of Grey) z 2015 roku. Tak, tak, wiem. Pisałem, że nie zamierzam obejrzeć, a jednak obejrzałem (w necie), bo chciałem zrozumieć, o co chodzi z tym szumem wokół tego filmu i wyrobić sobie swoje własne o nim zdanie. Będzie ono krótkie: kto nie oglądał, niech sobie odpuści, bo nie ma w tym filmie niczego, na co warto byłoby poświęcić dwie godziny życia. Nawet dekoracyjność Jamiego Dornana i jego fajny zadziec, ani to, że porusza się (chodzi) podobnie jak Szarooki, nie rekompensują fabuły zmierzającej donikąd, braku dynamiki, wygłaszanych frazesów, banału i słabego aktorstwa. Tzw. "babskie" kino kojarzyło mi sie dotąd z jędrnymi, soczystymi, świetnymi obrazami, takimi, jak "Pożegnanie z Afryką", "Diabeł ubiera się u Prady", "Czekolada",  "Co się wydarzyło w Madison County- że wymienię te, które pierwsze przyszły mi na myśl - a "Pięćdziesiąt twarzy Greya" to tandentny mózgotrzep. I tyle.

Update 08.03.2015 godz. 11.26

Przy okazji polskiej premiery w mediach trochę zaszumiało o jakoby bardzo odważnych scenach erotycznych. Rzeczywiście są dość odważne, ale przy tym takie tandetnie banalne. Nie pomógł goły super-tyłek Dornana, ani wyskubane łono Dakoty Johnson. Na koniec taka osobista refleksja: dobrze, że to wybitne dzieło obejrzałem w domu a nie w kinie, bo w oszołomieniu, jakiego po obejrzeniu doznałem, nie wiem, czy potrafiłbym do domu trafić:-)

piątek, 6 marca 2015

Łaska Heli na pstrym koniu jeździ

To był bardzo ciężki tydzień w pracy i cieszę się bardzo, że się skończył. Dobrze, że już weekend. Muszę się przyznać, że dałem dziś trochę ciała w pracy. Kolega mnie zagotował i wyprowadził z równowagi. Ściąłem się z nim o pierdołę, zupełnie niepotrzebnie. To chyba ze zmęczenia. Wszyscy byli zresztą dzisiaj jacyś tacy zmierzli, nerwowi. Helena również. Chyba bardziej niż zwykle, bo nie odpowiedziała na moje "Dzień dobry" i w ogóle mnie zignorowała. Łaska Heli na pstrym koniu jeździ. Może oczekiwała indywidualnego powitania? A może doszła do wniosku, że nie powinna mnie sobie spoufalać? Jakiekolwiek są tej niełaski powody - przeżyję:) 

czwartek, 5 marca 2015

Bo przecież to Paryż

Szarooki dzisiaj rano poleciał Wizzairem do Paryża. Zamieścił na fb fotkę z lotniska i notkę, że tam leci. To znaczy, że wdraża swój nowy plan na życie. Udał się tam zapewne rozejrzeć się organizacyjnie. Domniemywam, że od sierpnia tam już będzie pracował. I żył. Paryż…
Stałem w oknie patrząc w dal o szarej godzinie, kiedy dzień zmierzchał. Lubię szarą godzinę. Polubiłem ją, kiedy byłem z Szarookim, bo była zapowiedzią naszych wieczorów. Stałem w oknie patrząc na ciemniejący horyzont… Kiedyś planowaliśmy wspólny wypad do Paryża latem, a na bardzo odległą przyszłość, wspólną emeryturę w domku w górach. Roiliśmy sobie wspólne plany nie przypuszczając, że życie zabije je wszystkie śmiechem. A dziś? On poleciał do Paryża, a ja do pracy. Też poleciałem, bo się śpieszyłem, żeby się nie spóźnić. Czy się smucę z powodu jego spodziewanej wkrótce emigracji? Dzisiaj nie. Dziś myślę sobie, że on na pewno bardzo się cieszył na ten wyjazd i chcę cieszyć się tym, że on się cieszył. Bo przecież to Paryż…

środa, 4 marca 2015

O obłaskawieniu c.d.

Pisałem całkiem niedawno o obłaskawieniu "Zmierzłej Heli". Pod takim pseudonimem bowiem pani Helena funkcjonuje w firmie, nie będąc tego świadomą. Wczoraj miało miejsce zabawne zdarzenie. Jak niemal każdego ranka, Helena z koleżanką myły podłogę w głównym holu. Żeby być precyzyjnym muszę dodać, że Helena bardziej dotrzymywała koleżance towarzystwa niż zmywała podłogę (ewentualnie nadzorowała gadając), bo to koleżanka jechała ze szmatą energicznie, a Helena tak sobie tę podłogę powolutku szmatą myziała, jakby od niechcenia. A że ze swoim ulubionym miejscem przy windzie rozprawiła się wcześniej, panie wykonywały czynności służbowe operując w pewnym od windy oddaleniu. Tak się złożyło, że do pracy wszedłem razem z trójką koleżeństwa. Byliśmy zagadani, więc zanim zdążyłem powiedzieć "Dzień dobry", Helena pomachała mi łapką i powiedziała donośnym głosem: "Witam panie Adamie. Dzień dobry". Dodała do tego jeszcze bonus, niezmiernie u niej rzadki, a mianowicie posłała mi promienny uśmiech. Ja również z uśmiechem powiedziałem: "Dzień dobry. Panie jak zawsze na posterunku. Miłego dnia życzę". "Miłego dnia panie Adamie" równie donośnie jak poprzednio odpowiedziała Helena i pomachała do mnie łapką po raz drugi. Wszedłem do windy wraz z towarzystwem. Trzeba było widzieć ich miny! Jeden z kolegów zapytał: "Coś ty Zmierzłej Heli zrobił, że taka dla ciebie miła?". Uśmiechnąłem się tylko i odpowiedziałem: "Na pewno nie to co ty, zważywszy, jak bardzo cię nie lubi". Helena nie cierpi tego kolegi i jak ma tylko okazję wyrazić swoją krytyczną opinię o jego kulturze i intelekcie, z prawdziwą radością to robi. Dlaczego? Helena, jak każdy człowiek, jakieś swoje ambicje ma i potrzebę bycia zauważoną. Potrzebę naturalną i oczywistą. A kolega nie mówi "dzień dobry" mijając ją. Błąd. Że o ewidentnych brakach w kulturze nawet nie wspomnę. Bo Helena mu się za to rewanżuje, jeśli ma tylko okazję. A z nią żartów nie ma. Wdanie się z nią w pyskówkę jest jak zderzenie z rozjuszonym bizonem. Pyskata jest, w pyskowaniu doświadczona, do tego prosty klim ma, a więc nie waha się wspomóc argumentacji grubym słowem. Ktoś tam kiedyś próbował, ale Helena rozszarpała jak papierową kukiełkę. Więcej prób nie było, bo nie wchodzi się w "dyskusję" z kimś, kto na ukłucie szpilką odpowiada uderzeniem topora. 

wtorek, 3 marca 2015

Potykając się...

Cieszę się nową szatą mojego bloga. Tu i ówdzie Dobre Dusze wprowadziły jeszcze (wcale niemałe) korekty i dzięki ich bezinteresownej pomocy blog wygląda naprawdę fajnie. Ta ich bezinteresowność jest tym bardziej cenna, że znamy się tylko wirtualnie. Wprowadzanie korekt zapewne odrywało ich od ich własnych zadań, a jednak zrobili to, żeby sprawić mi przyjemność. Fajnie spotykać fajnych ludzi. Jestem wdzięczny i jeszcze raz dziękuję.
***
W pracy szał. Zapowiadałem, że ten tydzień będzie ciężki i taki właśnie jest. Z pracy wychodzę wyżęty i wymęczony, bo roboty od groma i czas goni. Jestem tak wymłócony robotą, że wątek mi się rwie i post pisze się opornie. Ta obfitość pracy ma swoją dobrą stronę, bo nie mam czasu rozczulać się nad sobą. W ciągu ostatnich kilku dni bardzo rzadko myślałem o Szarookim, a jak już pomyślałem, to spokojnie i dość pogodnie. Dzisiaj jednak potknąłem się o drobiazg i na chwilę straciłem równowagę. Moja koleżanka w pracy (lubimy się, choć nie jesteśmy jakoś szczególnie zaprzyjaźnieni) poprosiła mnie o pomoc w pewnej dość trudnej sprawie. Pomogłem, ale to bez znaczenia dla tej notki. Zaskoczyła mnie, bo dziękując mi za pomoc zwróciła się do mnie zdrobnieniem, jakiego używał wyłącznie Szarooki. Przyznam, że na moment mnie zamurowało, bo nie sądziłem, że ktoś może się jeszcze tak do mnie zwrócić. Adaśko... Nie lubię tego zdrobnienia! Lubiłem jednak, kiedy on tak do mnie mówił. Tylko on...


Sama piosenka podoba mi się średnio, ale klip jest taki fajny, że linkuję.

18:38 update

Właśnie przeczytałem, że ten klip powyższy to highlights z "Pięćdziesięciu twarzy Greya". Nie widziałem tego filmu i nie wybieram się, żeby obejrzeć. Choć przyznać muszę, że pan Jamie Dornan jest dekoracyjny i ma tyłek prawie tak fajny jak ja:)

poniedziałek, 2 marca 2015

No i jest!

No i znalazłem i mam! Idealną, skrojoną na miarę szatę dla mojego bloga! Jest abso-kurde-lutnie czadowa! Bardzo mi się podoba. Dobra Dusza sprawiła, że od dzisiaj mój blog może puszyć się nowym, efektownym strojem. Dziękuję Halinko. I Twojemu najlepszemu z mężów. Aż mnie telepie z tej ekscytacji :-)))))))) I co powiecie drodzy Czytelnicy? Fajnie blog wygląda, prawda?:-)