czwartek, 30 kwietnia 2015

Brązowooki (4)

3 maja miniemy się ponownie. 23 maja również. Tak sobie myślę… Nie sądzę, żeby dotarł do mojego bloga, ale jeśli jednak tak się stało, chciałbym, żeby dał mi jakiś znak, żeby zdobył się na rozmowę, na napisanie mejla. Jest w Nim coś, co szczególnie mnie pociąga, budząc moją sympatię i ciekawość: to ciepło i serdeczność, które wokół siebie roztacza. Podoba mi się. Wydawało mi się, że ja Jemu również. Może nic nas nie łączy, prócz tego, że On również czasem może czuć się samotny. Wszak w każdym człowieku żyje ogromne pragnienie oddawania się drugiemu człowiekowi i otrzymywania z drugiego człowieka, potrzeba zaufania i bliskości… Jestem świadomy wszystkich okoliczności. Wszystkich. Fajnie byłoby się zakumplować, ot tak dla przyjemności obcowania z sobą i doświadczania przyjaźni...

środa, 29 kwietnia 2015

O tym jak archiwum wzięło się i znikło

Archiwum bloga wzięło mi się wczoraj i znikło! To zniknięcie nie było niestety sprawką jakiegoś wrogiego blogera, opętanego zazdrością o mój wybitny talent blogerski i chcącego w ten perfidny sposób wyeliminować konkurencję. Nie, nie. A szkoda. Bo dzięki takiemu zamachowi mógłbym się nadąć, napuszyć i poczuć kimś w rodzaju blogosferowego celebryty. Zamachu nie było, talentu blogerskiego również, więc nie ma też celebryctwa. Ech... Niestety nie mam na kogo zwalić wczorajszej awarii, więc ze wstydem muszę się przyznać, że to ja znikłem moje blogowe archiwum. Już opowiadam, jak tego dokonałem, a doprawdy bardzo musiałem się postarać, bo łatwo nie było! Postanowiłem wczoraj posprzątać trochę na blogu: popoprawiać błędy interpunkcyjne, ładnie wyjustować tekst tu i ówdzie. Coś mi jednak na mózg padło, bo zdecydowałem (o głupoto!) przenieść całe archiwum do roboczych. Zaznaczyłem ptaszkiem wszystko i... zamiast kliknąć w "Przywróć wersję roboczą" kliknąłem oczko dalej, czyli w kosz i bez czytania komunikatu (durnota jeden!) potwierdziłem komendę. Oczom moim po tych manewrach ukazała się pustka. Przywiązałem się do tej mojej blogowej pisaniny ilustrującej blisko roczną moją drogę, więc jak tę pustkę ujrzałem, chciałem w ramach protestu zapiszczeć, a że nie potrafię, mruknąłem tylko „O żesz f…k!”. Zaraz jednak przypomniałem sobie o backupie wykonanym wczoraj (normalnie jakby mnie coś tknęło!), zabrałem się więc za odtwarzanie archiwum bloga. Cóż, tu też nie wszystko poszło dobrze, bo nie wiem jakim sposobem, ale udało mi się aż trzy razy nieprawidłowo wpisać kod antyrobotowy (kretyn!) i zablokować sobie limit importu na bloggerze. Przewróciłem oczyma i pokiwałem smętnie głową nad swoją durnotą. Przemknęła mi przez głowę straszna myśl, że w ten oto sposób archiwum bloga szlag trafił i będzie biedak już zawsze taki bezarchiwalnie goły. Już miałem się uruchomić i przemówić do siebie jakimś grubym słowem, ale myśl, która mi się narzuciła, przeszkodziła mi w tym, skutecznie zamknąwszy usta mojemu wewnętrznemu oratorowi. Ową myślą była „Pomoc Bloggera”. Zwróciłem się do „Pomocy Bloggera” z uprzejmym zapytaniem i otrzymałem równie uprzejmą odpowiedź, że ta blokada importu, którą mojemu biednemu blogowi uczyniłem, nałożona została tylko na jeden dzień i potem import ma znowu normalnie działać, więc archiwum bloga będę mógł odtworzyć. Odetchnąłem. Wiem, wiem. Zniknąć archiwum własnemu blogowi to nieładnie. Niczym nie da się tego usprawiedliwić! Niczym! Poza roztargnieniem, które w tym przypadku to i owo usprawiedliwić jednak może. Byłem wczoraj u mojej fryzjerki i ostrzygła mnie na American Soldier. Bardzo fajnie. Jednak w mojej głowie kołatała się myśl, że za krótko. Wątpliwości dotyczące fryzury mogą rozkojarzyć i w konsekwencji wywołać całą kaskadę niezamierzonych zdarzeń i nie ma w tym nic dziwnego, nieprawdaż? Dziś już wątpliwości minęły, bo zwierciadło rano powiedziało, że image a lá American Soldier jest twarzowy. Potwierdziły to również koleżanki w pracy. A co do archiwum, to wzięło się i znalazło na swoim miejscu.

wtorek, 28 kwietnia 2015

Awaria

Coś źle zrobiłem i znikło mi całe archiwum bloga. Szczęśliwie wczoraj po napisaniu ostatniego posta zrobiłem archiwizację, ale przy próbie importu archiwum znowu coś źle zrobiłem i wyświetla mi się komunikat, że przekroczyłem dzienny limit importów. Będę ponawiał próbę odzyskania archiwum. Piszę tego posta, żeby uspokoić ewentualnych zaniepokojonych Czytelników, że brak archiwum nie oznacza zakończenia mojej przygody z blogowaniem. Porzućcie nadzieję, którzy tu wchodzicie, bo zamierzam pisać dalej:) 

niedziela, 26 kwietnia 2015

O rytmie, żarłoczności i zadyszce

Przedwczorajszy sen oraz przyjazd Szarookiego do naszego miasta wytrąciły mnie z rytmu. Choć wynajduję sobie różne zajęcia, żeby o nim nie myśleć, nie udaje mi się to. Tęsknię za nim i jest mi źle. To przychodzi falami, zalewając mnie wspomnieniami i uczuciami. 
***
Wyciągając z zamrażarki pierogi na obiad, znalazłem pudełko niedojedzonych lodów z ubiegłych wakacji. Miałem je wyrzucić, bo przecież nie jem takich rzeczy, kiedy zwiotczam talię, ale… zeżarłem te lody! Spontanicznie wpierdzieliłem je całe po obiedzie! Wyskrobałem pudełko do ostatniej kropelki! Starannie stłumiłem wyrzuty sumienia na czas konsumpcji i dopiero wyrzucając pusty pojemnik naubliżałem sobie, nazywając się w myślach żarłocznym wieprzkiem!
***
Pomyślałem sobie wczoraj popołudniu, że dobrze byłoby się trochę poruszać. Ujęty tą zbożną myślą zebrałem się szybko i zanim zdążyłem się rozmyślić, wyszedłem z domu, żeby pobiegać. Zmotywowany potrzebą zapodziania zbędnych 3 kilogramów, ruszyłem żwawym truchtem... Nawet całkiem nieźle mi szło. Przez chwilę. Bo choć intencję miałem chwalebną i szczerą, to jednak zdołałem przebiec tylko 200 m i musiałem się zatrzymać, bo myślałem, że skonam, tak się zadyszałem! Jestem kompletnie bez formy. Muszę zgubić te 3 kilogramy, bo miałem wrażenie, że fałdka, którą na brzuchu bardziej czuję niż widzę, chlupotała jak biegłem. Głupie uczucie.
***
Nie przepadam za Celine Dion, ale tę piosenkę akurat lubię za jej walory martyrologiczne. Po rozstaniu z Szarookim była częścią zestawu katorżniczych piosenek, którymi dbałem o to, żeby nie wrócić do równowagi zbyt szybko. Moje postrzeganie tej piosenki zmieniło się, bowiem aktualnie inspiruje ona we mnie taką ciepłą nostalgiczną refleksję, że wszystko mogłoby wrócić i wybuchnąć z nową siłą – wystarczyłoby jedno jego spojrzenie, jeden gest. Ta refleksja sprawia mi przyjemność, choć wiem, że to się nie zdarzy...


sobota, 25 kwietnia 2015

O śnie, spacerze, nierozdzieraniu szat i zgubie

Śnił mi się poprzedniej nocy. Obejmował mnie i przytulał policzek do mojego policzka. Czułem jego dłonie na moich plecach, szorstkość policzka, ciepło oddechu na płatku ucha, zapach. Jego obecność w moim śnie tak mnie ucieszyła, że aż z tej radości się obudziłem. Jak zawsze, kiedy mi się śni, pierwsze chwile po obudzeniu i uświadomieniu sobie, że to tylko sen, były przykre, ale ta przykrość zgubiła się gdzieś w obowiązkach w pracy. Staram się nie myśleć o nim i nawet to się udaje, choć wystarczy taki sen, a wspomnienia i uczucia zalewają mnie jak powódź. Zajrzałem na FB do niego. Zabawne. Wciąż go jakoś podprogowo wyczuwam, bo okazuje się, że przyjechał wczoraj do naszej metropolii, do rodziców. Jest tak blisko, niemal na wyciągnięcie ręki, a tak daleko jednocześnie, jakby na drugim końcu świata.
***
Wiosna wybuchła. Trawa się zazieleniła, krzewy zakwitły, ptaki wyśpiewują swoje trele. Jest pięknie. Cieszę się słońcem, dłuższym dniem. Po pracy pojechałem do parku, żeby strząsnąć z siebie tęsknotę i przy okazji się przewietrzyć. Pospacerowałem, nacieszyłem się wiosną, posiedziałem chwilę na naszej ławeczce. Patrząc na łabędzie patrolujące staw miałem wrażenie dejá vu – poczułem się tak, jakbym lada moment miał ujrzeć go wyłaniającego się zza zakrętu alejki. Pomyślałem sobie: ciekawe, czy odwiedza to miejsce, kiedy przyjeżdża do rodziców? Wracając spojrzałem w okna jego dawnego mieszkania. Zawsze w nie spoglądam, kiedy tamtędy przechodzę...
***
W pracy cisza. Żadnych afer, żadnego rozdzierania szat, czy kreowania Toski, tudzież innych bohaterek dramatycznych oper. Krucha i niezwykle delikatna równowaga na najbardziej prestiżowym, acz nieformalnym szczeblu firmowej hierarchii utrzymuje się. Hela i jej koleżanka nie naruszają swoich prerogatyw ani granic rewirów. Aż chciałoby się, żeby nie były w tej nienaruszalności takie skrupulatne. Myślę, że jakieś małe starcie między nimi mogłoby być bardzo odświeżające, mając przy okazji aspekt edukacyjny, bo Hela i jej oponentka trenując dla wprawy mogłyby się wzajemnie czegoś od siebie nauczyć. Walory rozrywkowe też nie byłyby bez znaczenia...
***
Zgubiłem dwa kilogramy i wróciłem do prawidłowego dla mnie BMI. Dzielnie zamierzam zapodziać jeszcze 3 kilogramy. Wszystko to z próżności. I dla wiotkiej talii.
***
Bardzo podoba mi się ta piosenka - idealnie wpasowuje się w mój nastrój.


piątek, 17 kwietnia 2015

O tym, że królowa nie jest tylko jedna

Hela dzisiaj prześlizgnęła się w pobliżu mnie. Skradając się pod ścianą, w cieniu, unikając światła, próbowała przemknąć bezszelestnie niezauważona, ale przygwoździłem ją moim „Dzień dobry”. Zamarła na moment zaskoczona, bo nie spodziewała się, że się jej ukłonię po pamiętnym incydencie ze sprzątaniem psiego szczęścia, otrząsnęła się jednak błyskawicznie, odpowiedziała grzecznie „Dzień dobry” i czmychnęła, byle jak najdalej ode mnie. Może bała się, że zagonię ją do jakiejś roboty? Czmychając, za tzw. winklem spotkała swoje koleżanki z zespołu sprzątającego nr 2, które miło spędzały tam czas, beztrosko i radośnie pocierając podłogę mopami. Spotkanie nieformalnych podwładnych i do tego tak dobrze bawiących się, tak Helę wzruszyło, że zapomniała, że przed momentem mnie minęła, dzięki czemu mogłem być świadkiem theatrum, które się odbyło bez wizji co prawda, ale za to z doskonałą fonią. Hela mianowicie w poczuciu odpowiedzialności za pracowniczą rzetelność i efektywność koleżanek oraz, jak mniemam, siłą przyzwyczajenia, wydała koleżankom dyspozycje mające na celu podkręcenie imprezy, ale... doznała szoku! Albowiem niespodziewanie nadziała się na jedną z koleżanek, która po uwolnieniu się spod jej kurateli, słusznie wyczuwając odpowiedni moment na rozwój swojej zawodowej kariery, wyemancypowała się, zbuntowała, dokonała przewrotu i zawłaszczyła sobie zespół sprzątający nr 2! Gadzina niewdzięczna! Znaczy wzięła pod buta swoją koleżankę, przyjmując na swe wątłe barki brzemię bycia samozwańczą szefową owego zespołu sprzątającego. Teresa - bowiem takie wdzięczne imię nosi owa dzielna niewiasta, która Heli się nie bała - w sposób zdecydowany przeciwstawiła się jednowładztwu Heli! Ta haniebna, żmijowa zdrada, ten bestialski, obrzydliwy zamach na jej prerogatywy, wstrząsnęły Helą do głębi i uruchomiły lepszą, milszą i ładniejszą część jej bogatej osobowości - strzygę! W pierwszej chwili miała rzucić się i rozszarpać podłą zdrajczynię pazurami w półcentymetrowe paski, ażeby potem móc tak spreparowane strzępy jej truchła wtupać w podłogę jak robactwo! Wyciągnęła nawet w stronę zdrajczyni swoją karzącą rękę z rozczapierzonymi wojowniczo palcami i już, już miała wywrzeć swoją straszną zemstę… Wstrzymała jednak swoje ramię sprawiedliwości, bowiem wzrok jej padł na jej własną dłoń i uświadomiła sobie, że planu rozszarpania zrealizować nie będzie w stanie z powodu braku efektywnego narzędzia kaźni, czyli… szponów! Mogłaby ewentualnie wytarmosić za włosy, ogólnie sponiewierać, a potem skopać, ale to nie byłoby to samo! Porażona tym faktem Hela wstrzymała vendettę, co pozwoliło jej ogarnąć sytuację chłodnym okiem. Jako pragmatyczna realistka, a przy tym szczwany, wyrafinowany i biegły w trudnej sztuce dyplomacji strateg, Hela szybko odnalazła się w nowej, wykreowanej faktami dokonanymi, politycznej rzeczywistości i dostrzegła w niej pewne korzyści w postaci dywersyfikacji kierowniczej odpowiedzialności. Tak naprawdę Hela uświadomiła sobie, że nie ma innego wyjścia, jak tylko podzielić się władzą, dlatego przypomniała sobie, że brzydzi się każdego przejawu przemocy i uznała koleżankę za równą sobie pod względem kompetencji i prestiżu, czym zmiękczyła ją czyniąc skłonną do dialogu i współpracy. Obie panie, już w doskonałej harmonii, zgodnie omówiły plan dalszych służbowych działań na kluczowej dla egzystencji firmy niwie porządkowej. W ten oto sposób tort na tym nieformalnym, ale najwidoczniej dla obu pań prestiżowym szczeblu firmowej hierarchii został podzielony na dwie (chyba) równe części i… cóż… królowe są tylko dwie. Na razie. A swoją drogą, jakimż to afrodyzjakiem zaiste ta władza być musi, skoro wywołuje aż taki głód… władzy. Człowiek żyje sobie spokojnie i pracuje, nie mając pojęcia, że obok, na korytarzach, w kuluarach, tudzież innych miejscach, dzieją się rzeczy epokowe, toczy się wielka, wyrafinowana, przerażająca i skrajnie niebezpieczna  gra. Gra o tron.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Lakonicznie

Co powiedziałbyś mi, gdybyśmy się dzisiaj przypadkowo spotkali? Może mówiłbyś o swoim wyjeździe do Paryża? Tak, być może o tym właśnie byś mówił. Gładkie, krągłe i lśniące słowa opadałyby miękką kaskadą perląc się tuż przy naszych stopach. Słowa nieistotne, bo przecież… Oczy, te Twoje niezwykłe, błyszczące, ciepłe i wymowne oczy… O czym mówiłyby Twoje oczy? Że nie zapomniałeś? Że tęskniłeś? A może… Czy to źle, że wolę myśleć, że patrzyłbyś jak niegdyś? Minęło tyle czasu, a ja wciąż jeszcze czasem żałuję, że między nami już nigdy nic… Lubię wielokropek, jest taki lakoniczny. Jak ja. Z wielokropkiem mi do twarzy...

niedziela, 12 kwietnia 2015

Któregoś ranka...

- Zauważyłem dziś u siebie pierwsze siwe włosy – powiedział Szarooki któregoś ranka, smarując kromkę chleba twarożkiem. Robił to bardzo dokładnie, metodycznie rozprowadzając twarożek równą warstwą po całej powierzchni kromki aż po samą skórkę. Dwie idealnie posmarowane przez Niego kromki leżały już na talerzyku przede mną. Tę trzecią, równie doskonałą, położył na swoim talerzyku, odłożył nóż, skubnął palcami pasmo włosów nad czołem i dodał:
- O tutaj.
- Masz je od dawna – powiedziałem patrząc Mu w oczy z uśmiechem.
- Tak? – zdziwił się.
- Nie mówiłem, choć już dawno zauważyłem - pogładziłem dłonią Jego twarz. - Z tymi pierwszymi siwymi włosami podobasz mi się jeszcze bardziej.
Pocałował wnętrze mojej dłoni i powiedział:
- Lubię, jak to robisz. Lubię, gdy patrzysz na mnie w ten sposób. Lubię tę naszą beztroską poranną paplaninę przy stole. W takie poranki jak ten, czuję się szczęśliwy.
- Ja też. Jak zawsze, kiedy jesteś blisko mnie.

piątek, 10 kwietnia 2015

Rocznicowo

10 kwietnia byłem na pierwszej randce z Szarookim. Napisałem o nim na tym blogu wiele i nie będę się powtarzał. Nie będę też rocznicowo martyrologizował ani tym bardziej katorżniczył. Obchodzę dzisiaj tę rocznicę pogodnie i wspominam czule. Bo właśnie tak powinienem.  
Na pierwszą randkę umówiliśmy się w bardzo klimatycznej knajpce, którą wybrałem i która od tej pory stała się naszą ulubioną knajpką. Czasem umawiam się tam z przyjaciółmi bądź znajomymi. Jak się niedawno okazało, On również tę knajpkę wciąż lubi, bo w niej umówił się ze swoimi kumplami. Spędziliśmy w tej knajpce pięć godzin gadając, patrząc sobie w oczy, uśmiechając się do siebie. Zbierając się do wyjścia, obaj mieliśmy wrażenie, że pobyliśmy z sobą za mało, za krótko. Czuliśmy niedosyt swojego towarzystwa. W ciągu tych pięciu godzin, w tle dwa razy przeleciała ta piosenka, która od tej pory jednoznacznie kojarzy mi się z tą naszą pierwszą randką i z nim.
Na parkingu koło bloku, w którym wówczas mieszkałem, w jego pachnącym wanilią aucie, przesiedzieliśmy kolejną godzinę rozmawiając. Były muśnięcia, dotknięcia, pierwszy pocałunek... Wcale nie mieliśmy ochoty się z sobą rozstać. Wysiadłem i patrząc jak odjeżdżał, myślałem, że to wszystko chyba mi się śni i strasznie smutno będzie się obudzić. Jednak sms, który otrzymałem po jakimś kwadransie, a następnie nasza rozmowa telefoniczna na dobranoc dały mi nadzieję, że ten sen potrwa... 
*
Odgruzowałem habitat, odkurzyłem, pojeździłem na mopie - mieszkanie lśni i pachnie. Mogę zatem zacząć weekendowe lenistwo. Z serialem Silk, moim świeżym odkryciem...

czwartek, 9 kwietnia 2015

O minięciu się na mieście

Minąłem się wczoraj na mieście z moim exem. Nie zauważył mnie lub nie chciał zauważyć. To bez znaczenia. Nie widziałem go kilkanaście lat. Powiadają, że przypadkowe spotkania exów są emocjonujące. Prawdę mówią. Poczułem tę ekscytację, ten wyrzut adrenaliny, jak go zobaczyłem. Trochę to absurdalne, bo przecież od wielu lat jest mi zupełnie obojętny. A jednak serce mocniej zabiło. Bardzo się zmienił – mocno przytył. To bardzo odległy ex, bo jeszcze z czasów studenckich. Bardzo ciekawy człowiek – bardzo inteligentny erudyta, do tego przystojny. Zafascynował mnie intelektem i urodą. Rzuciłem się w tę relację z całym entuzjazmem moich ówczesnych 24 lat. On miał wtedy 28. Trwało to kilka miesięcy i było prawie idealne. A przynajmniej bardzo chciałem, żeby takie właśnie było. Niby wszystko było fajnie, nawet bardzo fajnie, bo na płaszczyźnie fizycznej było super, na intelektualnej również, szwankował jednak jakiś element płaszczyzny emocjonalnej. Choć niby było super, to jednak nie byłem z nim szczęśliwy. Myślałem sobie: „Mam fajnego faceta. Jest inteligentny, przystojny, zaangażowany. Kocham go. Czego mogę chcieć więcej? Ja na pewno jestem szczęśliwy, tylko o tym nie wiem.”. Miotałem się, starając się znaleźć ten szwankujący element, żeby go naprawić, bo uwierał mnie i bolał. Zaklinałem rzeczywistość myśląc, że „na pewno jestem szczęśliwy, tylko o tym nie wiem”. Jednak któregoś dnia olśniło mnie. Powiedziałem mu, że go kocham. Nie pierwszy raz mu to powiedziałem i nie pierwszy raz nie otrzymałem jednoznacznej odpowiedzi. Zgrabnie wywinął się obracając wszystko w żart. Jednak tym razem nie odpuściłem i zapytałem go wprost, czy mnie kocha. Chciałem i musiałem to wiedzieć. Powiedziałem mu, że spotykamy się już kilka miesięcy, można uznać, że jesteśmy z sobą, więc z pewnością ma już wystarczającą ilość danych, żeby odpowiedzieć na to pytanie. Coś tam zaczął mówić, że jest nam z sobą tak dobrze, a chcę to zniszczyć żądając od niego deklaracji. Przerwałem mu zniecierpliwiony, mówiąc, że nie oczekuję od niego oświadczyn ani deklaracji ślubu! Powiedziałem, że chcę tylko wiedzieć, co do mnie czuje. Widziałem jak z sobą walczył czyniąc wysiłek, żeby powiedzieć: „Kocham cię”. Patrzyłem w ogromnym napięciu, jak otworzył usta, wziął oddech i już, już miał to powiedzieć, ale zawahał się i zamiast tego usłyszałem: „Zależy mi na tobie, wiesz o tym. Dobrze mi z tobą.”. „Nie kochasz mnie” - powiedziałem. Milczał. Byłem w szoku, bo chciałem, żeby zaprzeczył, a on... milczał. Uświadomiłem sobie wtedy, że to jest właśnie ten element, który tak mnie uwierał: on mnie nie kochał. Pożądał, tak, pewnie lubił, może nawet bardzo, ale nie kochał. Odkryłem, że pożądanie nie jest tożsame z miłością, że można z kimś być blisko jedynie go pożądając, nie kochając. Powiedziałem mu, że to za mało, że to nie wystarczy. Już nie. Posmutniał. Ja też. Ta konfrontacja mojego w nim zakochania z jego niekochaniem mnie, była dla mnie bardzo bolesna. Jednak dość szybko otrząsnąłem się i odzyskałem równowagę. Jacek… Mój pierwszy facet… Od czasu do czasu dochodziły mnie o nim jakieś wieści – został na swojej uczelni, dobrze się tam ustawił, był z kimś związany przez kilka lat, ale to się skończyło w dość nieciekawych okolicznościach. Czy obecnie kogoś ma, tego nie wiem. I szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie to. Choć dobrze mu życzę.

wtorek, 7 kwietnia 2015

O szaleńczej wadze i koleżankach z dzieciństwa, których nie poznałem

Doświadczyłem dziś przemocy ze strony przedmiotu martwego. Przemocy psychicznej, która mną wstrząsnęła. Stanąłem dziś na wagę, która poraziła moje oczy cyfrą 81! Przetarłem oczy, spojrzałem ponownie - cyfra ta sama. Pomyślałem: "Oszalała! W życiu tyle nie ważyłem!". Zszedłem więc z wagi, sprawdziłem, czy jest dobrze skalibrowana i czy aby na pewno pokazuje O. Na wszelki wypadek potrzepałem nią delikatnie… Sprawdziłem - pokazywała O. Wlazłem na nią ponownie i znowu krzyknęła do mnie tą straszną cyfrą. Po Świętach ważę 81 kg! To świąteczne obżarstwo, dojedzenie resztek (dziś skończyłem) zaowocowało tą "nagrodą". Muszę spojrzeć prawdzie w oczy: moje BMI wynosi 25.31, co oznacza nadwagę! Jestem gruby!!! O tak nie będzie! Absolutnie nie zamierzam rezygnować z mojej, do niedawna, wiotkiej talii!!! Od jutra narzucam sobie rygor: odchudzające zupki warzywne, żadnego pojadania, żadnych pierdółków wrzucanych w siebie od niechcenia. Koniec z aprowizacyjnym rozpasaniem! Na 3 maja będę ważył 75 kg. Amen!
***
W czasie mojego okołoświątecznego pobytu w górach spotkałem moje dwie koleżanki i obu nie poznałem. Pierwsza obsługiwała mnie w sklepie, gdzie kupowałem wędlinę. Nie poznałem jej i zwróciłem się do niej per pani. Powiedziała:
- Do przedszkola razem chodziliśmy i potem do szkoły, a ten mi pani mówi.
Popatrzyłem zdziwiony i moje spojrzenie musiało być bardzo wymowne, skoro dodała:
- To ja, Monika. Wtedy nazywałam się X.
Nic mi to nazwisko nie powiedziało. W ogóle nie skojarzyłem koleżanki, ale uznałem, że skoro twierdzi, że chodziliśmy razem do przedszkola, a potem do szkoły, to musiało tak być. Przecież mój górski raj to nie Nowy Jork. Uśmiechnąłem się i powiedziałem:
- Monika... Przyznam, że w pierwszej chwili nie poznałem...
- Ty ściemniaczu. Widzę, że dalej mnie nie kojarzysz, ale podpowiem Ci: moja mama była jedną z wychowawczyń w przedszkolu…
- No tak. Już pamiętam. – skłamałem, bo dalej nie kojarzyłem -  Co u Ciebie?
- A wszystko dobrze, dzięki.
- Cieszę się. Wesołych Świąt Ci życzę i wszystkiego dobrego.
- Wzajemnie Adaś, wzajemnie.
Wyszedłem ze sklepu próbując sobie przypomnieć koleżankę. Bezowocnie.
Drugą koleżankę, sąsiadkę mieszkającą stosunkowo niedaleko, spotkałem w drodze do kościoła w Wielką Sobotę. Tak jak ja, podążała z koszykiem do święcenia. Nie widziałem jej kilka lat i przyznam, że poznałem ją z trudem i to po głosie. Pamiętałem ją jako ładną kobietę, więc tym bardziej zaskoczył mnie jej widok – obraz zapuszczenia, zaniedbania, zniszczenia. Aż mi się przykro zrobiło, bo to była taka fajna koleżanka – lubiliśmy się i trzymaliśmy się razem w dzieciństwie. Jest ode mnie o 3 lata starsza, a wygląda na 60. Nie przesadzam ani trochę. Nie będę się bawił w eufemizmy - ten wygląd to efekt pijaństwa. 

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Poświątecznie

Jestem już w moim wielkim mieście, które przywitało mnie schizofreniczną pogodą - słońce przeplata się z opadami śniegu. Co godzinę inna aura. Oszaleć można. Święta dokładnie takie, jakie lubię, a więc bardzo udane – poleniuchowałem, nacieszyłem się bliskimi, najadłem pyszności, których nadmiar przygotowała Mama. Część z tych pyszności przywiozłem z sobą tutaj i będę dojadał. Jak dojem, zaczynam dietę. Pogoda była iście zimowa, mnóstwo śniegu, przechodzące zadymki śnieżne, wczoraj rano -9oC. Planowałem zmianę kół z zimowych na letnie, ale nie zrobiłem tego i dobrze, bo miałbym dziś problem z wyjechaniem z gór. Po drodze minąłem trzy samochody, które wylądowały w rowie oraz całe mnóstwo poruszających się w tym błocie pośniegowym na letnich oponach z szybkością ca 40 km/h, tak ciężkie były warunki. Poniżej wrzucam kilka fotek, wśród nich również z drogi.



***
Odwiedziłem wczoraj panią Zosię. Wizyta u neurologa okazała się być bardzo udana. Neurolog zrobił pani Zosi dobrze ordynując nowy lek - inhibitor wychwytu zwrotnego serotoniny, który bardzo dobrze na panią Zosię działa. Przyjmuje ten lek od miesiąca i efekty już są zauważalne - pani Zosia jest wyluzowana, nie narzeka, jest pogodniejsza, żwawa, można zaryzykować nawet stwierdzenie, że jest zadowolona i w dobrej formie. Cieszę się.
*
Trochę wczoraj zatęskniłem za Szarookim. Mam tak w każde święta. Wujek FB doniósł, że Szarooki spędził Święta w Szczecinie. Mam nadzieję, że z przyjaciółmi, a nie sam…

sobota, 4 kwietnia 2015

Radosnych Świąt

Niech Zmartwychwstanie Pańskie,
napełni wszystkich radością i nadzieją,
da siłę w pokonywaniu trudności
i pozwoli z ufnością patrzeć w przyszłość.
Spokojnych, dobrych i pełnych miłości Świąt!


piątek, 3 kwietnia 2015

Przedświątecznie

Jestem w górach u Mamy. Przyjechałem wczoraj koło południa. Tu jest inny świat. W ciągu nocy napadało dużo śniegu i zrobiła się piękna zima tej wiosny. Pogoda oszalała i zmienia się jak w kalejdoskopie – śnieżyce przeplatają się z pięknym słońcem. W tej chwili z nieba leniwie spadają wielkie płaty śniegu. Może dlatego jestem oklapły, zmierzły i nic mi się nie chce. Przygotowania do Świąt powoli się toczą, z moim epizodycznym udziałem. Zostałem bowiem zagoniony przez Mamę do krojenia sałatki jarzynowej. Mama szaleje z mikserem i robi ciasta. Miał być sernik wiedeński i drożdżowa baba wielkanocna, ale okazuje się, że robi się jeszcze ciasto-spontan: biszkoptowe z masą budyniową i owocami. Moja ulubiona potrawa wielkanocna również jest już gotowa. Mam na myśli chrzan z jajkiem i majonezem. Przed chwilą zastałem Mamę w kuchni klęczącą przed piekarnikiem. Jak się okazało, podglądała sernik. Poinformowała mnie, że jeszcze dziesięć minut i będzie gotowy. Jajka na jutrzejszą święconkę gotują się tradycyjnie w łuskach cebuli. Po wystygnięciu zostaną nabłyszczone olejem i wylądują w koszyku, w towarzystwie chrzanu z jajkiem i majonezem, małej babki drożdżowej, wędliny i sam nie wiem czego jeszcze, bo ostateczną zawartość koszyka poznam dopiero jutro.
***
W ciągu ostatnich dwóch miesięcy przybrałem o 4 kg i ważę aktualnie 79 kg. Co prawda mieści się to w prawidłowym dla mnie BMI, ale uważam,  że to za dużo. Zaszaleję w Święta, ale po powrocie do mojego wielkiego miasta, zamierzam pozbyć się tych 4 zbędnych kg. Ograniczę ilość karmy i trochę więcej się poruszam. Za miesiąc tradycyjne minięcie się z Brązowookim, więc chcę wyglądać powabnie. O ile to w ogóle możliwe:-)
***
Nie palę dziesiąty miesiąc.

środa, 1 kwietnia 2015

O psim szczęściu i Heli

„Cham chamem, na wieki wieków amen” – jak mawia pani Zosia i ma absolutną, bezdyskusyjną rację! Wczoraj po raz kolejny przekonałem się o prawdziwości tych słów. Jak również o tym, że Eduardo ma bardzo poważną konkurencję. Zmaterializowało mi się albowiem ponownie chamstwo w czystej postaci, tym razem jednak, dla odmiany, żeńskiej...
Przyjechałem do pracy jak co dzień, a że miałem dużo czasu, usiadłem na sofie naprzeciwko wind, żeby zadzwonić do Mamy. Nie zdążyłem, bo przeszkodziła mi w tym kaskada wydarzeń. Wszedł nadszef z moją koleżanką, przywitał się, wymieniliśmy kilka kurtuazyjnych zdań. Kiedy konwenansom stało się zadość, nadszef wsiadł do windy, koleżanka razem z nim i pojechali. Po ich przejściu pozostał jednakże wyraźny ślad, ponieważ któreś z nich wlazło w psie szczęście i niosąc je pod butem, znaczyło nim każdy swój krok. Złapałem za telefon i zadzwoniłem do koleżanki – odebrała jeszcze w windzie. Podzieliłem się z nią tą sensacyjną wiadomością, sugerując przy tym, żeby przyjrzała się swoim butom. Albo butom nadszefa. Okazało się, że to ona miała to szczęście. Pod butem. Zadzwoniłem również do sekretarki nadszefa z prośbą o przysłanie siły fachowej, w celu profesjonalnego usunięcia z podłogi owej wątpliwej dekoracji. Wróciłem na sofę i miałem wreszcie zadzwonić do Mamy, ale znowu nie zdążyłem, bo… Winda zjechała, drzwi się rozsunęły… A ze środka wystrzeliła Hela jak rozwścieczona strzyga i… Odegrała czwarty akt „Toski”! Zrobiła taką scenę, że gdyby ją sfilmować, mielibyśmy kolejne Oskary, tym razem za film krótkometrażowy, scenariusz, dźwięk  oraz, co oczywiste, za pierwszoplanową rolę kobiecą! Hela, najwidoczniej rozwścieczona rozczarowaniem, że to nie płatki róż z podłogi sprzątać będzie, wzniosła ręce do nieba i dała upust swej wściekłości, wydzierając się, że ona „G… sprzątać nie będzie!”. Dramatyczna poza Heli z wzniesionymi w górę rękoma świadczyła o tym, że ów okrzyk to dopiero początek theatrum. Ze względu na ewentualnych klientów, którzy mogli się lada chwila pojawić, musiałem zareagować i przerwać ten efektownie zapowiadający się monodram:
- Pani Heleno, przecież coś takiego może się zdarzyć. Nikt tego specjalnie nie zrobił.
W tym miejscu muszę złożyć samokrytykę i przyznać, że popełniłem błąd - nie powinienem był być dla Heli miły, ponieważ uznała to za zachętę do spoufalenia się i wczoraj doświadczyłem tego skutków. Osoby jej pokroju, miłych ludzi postrzegają jako słabych i za takiego Hela mnie uznała. W odpowiedzi bowiem na moje słowa bluzgnęła taką wiąchą, że uszy mi zwiędły. Owym bluzgiem opisała światu osobę, która, żeby zrobić jej na złość – co do tego Hela nie miała żadnych wątpliwości - przyozdobiła podłogę tak efektownie! Nawet gdybym chciał, nie potrafiłbym powtórzyć po niej tej charakterystyki, bo niektórych użytych przez nią epitetów nie słyszałem nigdy wcześniej. Wyrzuciła je z siebie z szybkością karabinu maszynowego. Powiem tylko, że były to girlandy słownych obrzydliwości, którymi przekroczyła wszelkie możliwe granice i… obudziła drzemiącą we mnie zimną sukę.
- Zapomina się pani! Ja nie jestem pani kolegą! – powiedziałem lodowatym, nieznającym sprzeciwu głosem, kiedy Hela zapowietrzona zrobiła pauzę na wdech. Tak ją tym zaskoczyłem, że zamarła z otwartymi ustami. Po raz drugi w życiu ujrzałem, jak komuś, literalnie, szczęka opadła.
- Jest pani zatrudniona w firmie jako sprzątaczka! SPRZĄTACZKA – powiedziałem to drukowanymi literami - a nie rzecznik prasowy ani dyrektorka!
Hela szybko zaczęła się z zaskoczenia otrząsać, a wyraz jej twarzy wskazywał, że jeszcze wiele ma do powiedzenia. Nabrała powietrza z zamiarem kontynuowania swojej barwnej wypowiedzi, ale zdusiłem ten zamiar w zarodku:
- Proszę mi nie przerywać! Nie jest tu pani zatrudniona na stanowisku firmowej maskotki ani królewny, tylko SPRZĄTACZKI i sprzątanie należy do pani służbowych obowiązków! Nie reprezentacja, nie nadzorowanie koleżanek, nie zarządzanie zasobem ludzkim, ale SPRZĄTANIE! Proszę mi się tu nie wydzierać i nie rzucać mięchem, bo jest pani w pracy, a nie w jakiejś melinie!
Jak na zaprawioną w pyskówkowych bojach twardzielkę przystało, Hela nie zamierzała się łatwo poddać i znowu spróbowała wciąć mi się w wypowiedź, ale zdusiłem ponownie:
- Proszę swoje uwagi zachować dla siebie i zrobić to, o co proszę! Proszę zmyć te ślady, bo lada moment pojawią się klienci i jak to będzie wyglądało?! To jest polecenie służbowe!
Jest coś magicznego w słowach „To jest polecenie służbowe!”, bo wypowiedziane w odpowiedni sposób zawsze działają. Jak się okazało, na Helę również to zaklęcie działało. Doskonale wiedziała, że choć nie jestem jej przełożonym, to takie polecenie służbowe mogę jej wydać, więc zamknęła twarz i zmyła podłogę. Po czym ruszyła w stronę windy.
- W windzie podłogę też proszę umyć! – dogoniły ją moje słowa.
Nie odezwała się ani słowem, nie ośmieliła się. Łypnęła tylko na mnie złym okiem, załadowała się do windy i pojechała w górę. W trakcie tej podróży zmyła podłogę w windzie, bo jak kilka minut później do niej wsiadłem, podłoga była jeszcze mokra.
„Co to jest za zgaga! – myślałem jadąc w górę - Po co ona windą jeździ, skoro mogłaby dosiąść mopa i polecieć.”.
Hela, jak się później okazało, wyraziła swoje spostrzeżenia na mój temat do jednej z moich współpracownic. Jak łatwo się domyślić, nie były pochlebne. W ten oto sposób nasze pączkujące i jakże obiecujące kumpelstwo szlag trafił. Czy żałuję? Ani trochę. Całe to wczorajsze zajście skłania mnie do refleksji, że tak jak niektórzy celebryci są ambasadorami jakichś marek, tak Hela wraz z Eduardo są ambasadorami marki cham, całym niezmierzonym bogactwem swoich rozbuchanych osobowości tę markę ilustrując. I nie ma w tej refleksji nic dla nich obraźliwego, bowiem chamstwo to ich naturalny i ulubiony żywioł.