środa, 27 maja 2015

Sztuka megalomanii

Zadzwoniła dzisiaj przed południem moja Ciotka z wiadomością, że oto wczoraj późnym wieczorem Gocha porodziła drugie dziecię, tym razem, dla odmiany, płci żeńskiej. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby… No właśnie. Pierwsze dziecię (chłopczyka) Gocha zaplanowałaurodzić (za pomocą cesarskiego cięcia) w dzień matki, z drugim musiała więc wycyrklować równie efektownie. A nie było to łatwe, oj nie, bo wybór miała aż za duży: dzień matki wczoraj, swoje urodziny dzisiaj i dzień dziecka w poniedziałek. Wyobrażam sobie jak straszny dylemat miała, jak miotała się po domu w szale decyzyjnym, trzymając się za głowę i załamując ręce. Dzielnie i z oddaniem towarzyszyli jej w tym na pewno rodzice. Przeważyła, jak zawsze, jej megalomania i Gocha kazała się rozwiązać ponownie w dzień matki. Najwidoczniej uznała, że urodziny dziecka kolidowałyby z jej własnymi urodzinami. No bo czyż jest na świecie większa uroczystość? Gocha uważa… Nie to złe określenie, bo Gocha nie uważa – Gocha wie! A więc Gocha wie, że nie. Drugie dziecię Gochy przyszło zatem na świat w dzień matki, tak jak pierwsze. I wszystko fajnie. I w konwencji. Albowiem obie ciąże Gochy zostały rozwiązane ca 3 tygodnie przed wyznaczonymi terminami, żeby uczynić zadość jej fanaberiom, bo wskazań medycznych do przyspieszenia o te 3 tygodnie nie było żadnych ani za pierwszym, ani za tym drugim, wczorajszym razem - tak twierdzi sama Gocha. A skoro Gocha tak twierdzi, to Gocha wie. Cisną mi się pod palce jedyne adekwatne słowa: Ja pier...lę! Sorry. To nie ze wzburzenia, nie. Udzieliło mi się chyba, częściowo, wzruszenie Ciotki, bowiem spłakała mi się do telefonu. Nie tylko z powodu narodzenia wnuczki, ale przede wszystkim z powodu rozczulenia się nad niebywałą wprost mądrością Gochy, która wymyśliła była dla narodzenia swojego dziecięcia po raz drugi datę tak czcigodną! Ciotka uderzyła mniej więcej w taki deseń: „O ho ho, a ha ha, jaki to prezent Gocha na dzień matki znowu dostała! Córcię urodziła. Ło jeju, ło jeju!”. Nie powinno mnie to dziwić i nie dziwi. Znam dobrze te ich klimaty. I Gochę znam. Żyje dziewoja w swoim matriksie. Została tam umieszczona przez rodziców i dzielnie tam trwa, bo czując się absolutną i wszechpotężną carycą, wcale nie chce tego matriksa opuszczać. Jedynie w pracy, uwielbiające ją koleżeństwo, czyni starania (z bezinteresownej podłości!), żeby Gocha łapała kontakt z rzeczywistością. Gocha nie zrzędzi – Gocha wyraża swoje uczucia. Gocha nie poucza – Gocha łagodnie sugeruje. Gocha się nie awanturuje – Gocha jedynie subtelnie przedstawia swoje stanowisko. Gocha nie robi scen  – Gocha zarządza światem. A to, że wszyscy poza Gochą i jej rodzicami postrzegają te wszystkie aktywności zarządcze Gochy jako – sorry za kolokwializm, ale idealnie tu pasuje – wkurwiające, to wynika z niezrozumienia faktu, że Gocha uginając się pod brzemieniem odpowiedzialności za losy ludzkości tak musi, bo inaczej się udusi. Ja sam zauważam ogromny wpływ, jaki Gocha wywiera na otoczenie, z którym się łaskawie styka. Również na mnie. Nawet pisząc o niej, dostrzegam, że słownictwo mi się brutalizuje. I tak mają wszyscy, którzy dostępują zaszczytu obcowania z Gochą. Wcale mnie nie dziwi, że wszyscy starannie ten zaszczyt sobie reglamentują. Ja też. Widzę również, że starsze dziecię Gochy – fajny, radosny dwuletni chłopczyk - jest kształtowane na obraz i podobieństwo Gochy. Dziadkowie pracowicie i z wielkim oddaniem produkują klona swojej córeczki. Dzieciak jest cały czas bombardowany ich nadekspresyjnością - permanentnym gruchaniem babci i wierszykomówstwem dziadka. Nie pozwalają dzieciakowi nawet na chwilę samodzielności i… spokoju. Jest tak przebodźcowany, że gania po domu jakby miał śmigło w tyłku i nie mówi, a jazgocze, bo musi się przebić przez gruchanie babci i wierszyki dziadka. Wydawało mi się, że wierszykomówstwo jest domeną dzieci, okazuje się jednak, że rzeczywistość potrafi przebić nawet najśmielsze wyobrażenia. Gocha, o dziwo, w tym wszystkim zachowuje rozsądek, bo muszę oddać jej sprawiedliwość, że - choć siebie kocha niezmiennie najbardziej i większość swoich macierzyńskich obowiązków dla własnej wygody ceduje na rodziców - jest bez wątpienia kochającą matką…

Z ostatniej chwili:

Podziwiam krzepkość Gochy! Naprawdę! Dwie godziny po cesarce Gocha miała siłę napisać na FB o tym, jakaż to radość spotkała ją w dzień matki ponownie. Tak sobie myślę, z autentycznym podziwem, że siła megalomanii jest jednak ogromna!

No i breaking news:

Gocha chyba wyczaiła, że o niej piszę, bo… zadzwoniła do mnie przed momentem i uszczęśliwiła mnie swoim monologiem. Szczyci się swoją prawdomównością, więc uraczyła mnie dramatyczną i szczerą opowieścią o tym, jak to mało brakowało, a jej plan porodowy by się nie powiódł, bo lekarz chciał przesunąć jej cesarkę na dzisiejszy poranek! Gocha była oburzona, bo przecież nie przywykła do takiego bezceremonialnego obchodzenia się z jej planami! Zwłaszcza, jeśli za te plany zapłaciła wcale niemałe pieniądze, wybierając na rody prywatną klinikę. Jak znam Gochę, to udarła na rodziców twarz i wysłała ich z zadaniem uświadomienia tego lekarzowi. Argument ekonomiczny (płacę więc wymagam!) okazał się skuteczny i plan Gochy został ocalony. Monolog zakończyła stwierdzeniem, że jest szczęśliwa, że wszystko (sic!) przebiegło pomyślnie i mała jest zdrowa, a ona sama czuje się dobrze. Opowiedziała mi to wszystko bez choćby cienia poczucia absurdalności tej sytuacji. Cóż, autorefleksja nigdy nie była jej mocną stroną. Po rozmowie z Gochą narzuciła mi się refleksja, że w ten oto sposób Gocha wzniosła się na szczyty megalomanii, czyniąc z niej rodzaj Sztuki! I to przez duże S. A co!

poniedziałek, 25 maja 2015

Zestrojenie

Zestroiłem się dzisiaj z warunkami atmosferycznymi: siąpi deszcz, podwiewa, jest ciemno, ponuro, smutno, wilgotno… Identyczne warunki panują w moim wnętrzu, bo ja, meteopata, na te wszystkie ponurości reaguję. Do tego cały dzień pobolewa mnie dzisiaj głowa, co bardzo rzadko mi się zdarza. W nocy śnił mi się Szarooki. Stał odwrócony do mnie plecami, a ja wołałem go i wołałem, a on nie reagował. Tak się tym wołaniem zmęczyłem, że aż się obudziłem. Była 3…

Ten przepiękny obojowy temat skomponowany przez Ennio Morricone do filmu "Misja” kojarzy mi się z ciepłem i czułością. Może dlatego, że obój brzmi tak zmysłowo i miłośnie…

niedziela, 24 maja 2015

Partita w B-Day i Wenus z Milo




- Strasznie fajny ten Bach – stwierdził Szarooki o Particie* perlącej się radośnie z głośników.
- Kwintesencja radości - spojrzałem na Niego z uśmiechem. - Szczególnie w wykonaniu Argerich.**
- Musiał być szczęśliwym człowiekiem skoro tak mu w duszy grało...
- I bardzo płodnym. Pozostawił po sobie olbrzymi dorobek kompozytorski. I liczną progeniturę…
- Tak? – zainteresował się Szarooki.
- Był dwukrotnie żonaty, spłodził liczne potomstwo…
- Jak liczne?
- Bardzo. Miał dwadzieścioro dzieci.
- Coś takiego. Nie wiedziałem - uśmiechnął się. - Kochliwy był…
- Argerich podobno też…
Spojrzał na mnie pytająco.
- Miała trzech mężów. I trzy córki.
- Może dlatego tak doskonale rozumie Bacha?
- Może.
- Skoro już mowa o kochliwości – powiedział obejmując mnie ramieniem – to proponuję podążyć tym śladem…

Tak mi się przypomniało, bo wczoraj przy okazji brylowania na salonach wysłuchałem Partity* w całkiem niezłym wykonaniu młodej, zdolnej pianistki. Na żywo rzecz jasna. Skoro udzielałem się na salonach, przyoblekłem się w mój piękny czarny garnitur, na głowie nastroszyłem aroganckie dżirokko*** i dopełniłem całości Declaration Cartiera, którym się ofukałem. Byłem "telo pikny, kielo cud" jak mawiają górale. Trzeba było się wysztafirować. Bo wczoraj był B-Day. Choć bez Brązowookiego…
***
- No i jak? - zapytał wczoraj przed pójściem na salony wystrojony Kamil.
- No super! Klasyczna grecka piękność! Wenus z Milo normalnie! Tyle, że - popatrzyłem krytycznie - trzeba by było zrobić coś z rękami... 
Odpowiedziało mi parsknięcie. To Kamil z wrażenia opluł lustro... 
______________________________________
*Jan Sebastian Bach "Partita c-moll" BWV 826
***irokezik

środa, 20 maja 2015

Powierzchnia rzeczywistości

Jeżeli chodzi o przemieszczanie się, to w moim życiu zdecydowanie dominuje samochód. Jednak czasem - bardzo rzadko, bo do sportów ekstremalnych cóś mnie nie ciągnie - dla utrzymania się na powierzchni rzeczywistości przewiozę się tramwajem. Wczoraj był taki właśnie dzień. Pogoda piękna, 26o C. Ciepło. No właśnie… Jazda tramwajem w ciepłe dni to czysta masakra! Zaraz po wejściu do tramwaju powonienie zostaje porażone smrodem tak, że chciałoby się gromko zakrzyknąć: „Ludziska, na litość boską myjta się, bo śmierdzita tak, że oszaleć można!!!”. Fetor, jaki niektórzy za sobą ciągną, mógłby ocucić zemdlonego, po czym go na nowo z nóg zwalić. Flejtuchy! Tego nie da się wytłumaczyć biedą, bo mydło można kupić za niecałe 2 złote. Niestety ciągle jeszcze wielu hołduje zasadzie, że ”częste mycie skraca życie” i niestraszna im etykieta brudasa, która via powonienie sama się brutalnie narzuca. Na samo wspomnienie wczorajszej mojej tramwajowej ekskursji zbiera mi się na mdłości. Makabra!

poniedziałek, 18 maja 2015

O zaczarowanych

O zaczarowanych

po polach spadał śpiew a staw zielony wszedł
w tataraku zastawione sieci
nadmiar drzew nadmiar drzew
w zaczarowanym świecie

bramy ze srebra - o balkony uderza las
w oknach księżyc łopoczący żagiel
w starych drzwiach
nieobjętych jeszcze klamek brzask
szum szerokich kaktusów po ścianach
niosąc czarne gniazdo snu
to noc
aż ugięli się w mrok po kolana
nadmiar słońc nadmiar słońc

długie Wisły dni

rynek - konie z chłodem przy pyskach
ludzie mają wozy po pas
na bocianów lecących kołyskach
kilka skrzydeł czarnych to od gniazd

wróżki wyszły w zielone ulice
włosy smutnym poetom zaplatać
morskie świnki na katarynkach
bose nogi w zapachu kałuży
może kocha
może lubi
tak się z liści akacji wróży

już gotycki wachlarz kościoła
głowy studzi dzwonu chłodną różą
w abecadłach dzieci oczy mrużą
to dzień biały
to miasteczko
to szkoła

Jak Twardowski O zaczarowanych

Cały dzisiejszy dzień snuje się za mną ten wiersz. Jest przepiękny, taki plastyczny, pachnący, jak powiew świeżej bryzy w skwarny letni dzień. Kojarzy mi się z Kazimierzem nad Wisłą i moim tam z Szarookim krótkim pobytem...

sobota, 16 maja 2015

O śnie, Brązowookim i poranku

Śnił mi się Szarooki. Obudził mnie tuż przed 7 rano. Śnił mi się tak, jak zazwyczaj, śpiący obok mnie. Niesamowicie wyraźnie i realistycznie – z cichym szmerem jego oddechu, zapachem i ciepłem jego ciała… I zwyczajną przykrością po obudzeniu…
***
Rok temu zwróciłem uwagę na Brązowookiego. Przyznam uczciwie, że trochę sobie nim zawróciłem głowę i przez kilka miesięcy dużo o nim myślałem. Nie wiem czy to, co uznałem za objawy jego zaciekawienia moją osobą, nie było tylko jakimś moim urojeniem, jednak po roku i tak na chłodno, wciąż uważam, że to było takie spontaniczne, niewerbalne „fajnyś”, za którym nic więcej nie poszło. A szkoda. Odpuściłem sobie Brązowookiego, bo to jedyne co mogę zrobić. Gdyby coś w nim drgnęło, gdyby żyła w nim ciekawość mnie, zrobiłby coś. Żałuję, że się nie znamy, bo abstrahując od jego wizualnej dekoracyjności, jest człowiekiem bardzo ciekawym, mądrym, błyskotliwym i ciepłym. To fajny facet. Nie znam go, ale lubię, tak kredytowo.
***
Za oknem przepięknie świeci słońce. Wstałem po 7, ogarnąłem się, wypiłem kawę na balkonie. Potem odgruzowałem habitat i pojeździłem na mopie. Po tych fascynujących czynnościach postanowiłem uradować się tym dzisiejszym słonecznym, rześkim przedpołudniem i pojechałem na spacer do parku. Połaziłem, przewietrzyłem się. Mnóstwo ludzi biega w parku. Po spacerze zrobiłem zakupy na weekend. Dziś noc muzeów. „Moja” firma udziela się w imprezach towarzyszących, więc dzisiejszego wieczora pracuję. Jutro i pojutrze jednak mam wolne. Nie mam jeszcze planów, nie wiem, co będę robił. Myślę, że coś spontanicznie zaimprowizuję…

czwartek, 14 maja 2015

O brzusiu, zagonieniu, zaproszeniach i wadze kretynce

Brązowooki ma zryw medialności. Miewa takie zrywy od czasu do czasu. Można się wówczas na niego natknąć tu i ówdzie. No i właśnie przed chwilą się natknąłem. Nie wiem co się stało, ale wychodzi na to, że ostatnio wszystkie drogi prowadzą do... Francji. Brązowookiego też tam zaprowadziły. Ładnie medialnie wygląda. I brzuszek malutki zahodował. To przewrotne, co napiszę, ale to jego zahodowane malutkie brzusio poprawiło moje samopoczucie, bo jakoś tak zmniejszyło różnice między nami. Mamy coś wspólnego. Lepsze brzusio niż nic. Brązowooki, jeśli to czytasz (w co wątpię) to wiedz, że to Twoje brzusio jest ok. Mnie się podoba.
***
Jestem zagoniony i wymłócony. Nie było mnie tydzień i oczywiście po powrocie zastałem spiętrzoną robotę, z którą muszę się teraz rozprawiać. Do tego jakiś taki jałowy się czuję, wypalony, zmęczony. Tak naprawdę nie odpocząłem w górach, bo dużo się działo. Przyznam, że cukrzyca mojej Mamy siekła mnie, bo po raz pierwszy zobaczyłem ją przerażoną i zagubioną jak dziecko. Zrobiło to na mnie wrażenie. Już jest ok. Mama się ogarnęła. Ja też się ogarniam. Ostatnie dni przyniosły mi urodzaj zaproszeń: w Tatry, do Krakowa i do Wrocławia. Fajni ludzie zaoferowali swoje towarzystwo i przewodnictwo. Strasznie to miłe. Naprawdę. Bardzo doceniam. Halinko, Beatko i Wojtku bardzo dziękuję. Co prawda nie mogę z Waszych zaproszeń skorzystać obecnie (praca), ale w przyszłości (niedalekiej mam nadzieję) nie omieszkam.
***
Gubienie zbędnych kilogramów jakoś nie bardzo mi idzie, bo waga stanęła na 80 kg i stoi jak ta głupia. Zaparła się cholera i zejść niżej nie chce. Wredota. Nie lubimy jej ssskarbie! Ze złości na nią zżarłem dzisiaj garść słonych paluszków. W ogóle gdybym się nie pilnował, żarłbym kompulsywnie. Podobno dieta tak właśnie działa. Na psychikę. Trzymam się jednak i nie puszczam. Jeszcze trochę tego niepuszczania się, a stanę się nowodziewiczy...

poniedziałek, 11 maja 2015

sobota, 9 maja 2015

O wizytach w przychodni

Dobrze, że przyjechałem tutaj do Mamy, bo przypadkiem wygrzebałem wynik badania poziomu cukru mojej Mamy sprzed miesiąca, który był niepokojąco wysoki. Mama miała powtórzyć badanie, ale nie zrobiła tego. Odłożyła to w myśl zasady, że dopóki czegoś nie wiadomo, to tego nie ma. Zawiozłem Ją wczoraj do przychodni, żeby powtórzyć badanie, którego wynik okazał się jeszcze gorszy od poprzedniego. Skoro i tak byliśmy w przychodni, zdecydowałem (tak, ja zdecydowałem, bo Mama najchętniej by zwiała), że pokażemy ten wynik jej lekarce rodzinnej. Czekaliśmy na nią prawie dwie godziny. Nie dlatego, że taka była kolejka, bo czekaliśmy tylko my, ale dlatego, że pani doktor miała inne, ważniejsze od pacjentów sprawy. Spotkanie z księgową! W godzinach przyjmowania pacjentów! Siedzieliśmy pod gabinetem i słyszeliśmy ich rozmowę. Po godzinie czekania zapytałem pielęgniarkę w rejestracji, jak długo jeszcze mamy czekać? Odpowiedziała mi, że pani doktor zaraz przyjdzie, bo bierze lekarstwo. Nie wytrzymałem i roześmiałem się w głos. Zapytałem dlaczego nie ma innego lekarza, skoro dyżurująca lekarka jest niedysponowana? Wszak podstawowym wymogiem NFZ dla POZ jest zapewnienie opieki lekarskiej od 8 do 18. Piguła łypnęła na mnie złym okiem i powtórzyła, że pani doktor zaraz przyjdzie. Minęła druga godzina, wkurzyłem się i zapytałem ponownie, gdzie jest lekarz? Musiałem zrobić to takim tonem, że piguła poszła pogonić lekarkę i zniknęła w jej gabinecie na dłuższą chwilę. Lekarka też chyba słyszała, bo… Tu nastąpiła taka ściema, że z trudem powstrzymałem śmiech. Pani doktor kazała pigule owinąć rękę bandażem, za który zatknęła venflon, wysłała księgową na kawę i łaskawie nas przyjęła. W takiej kolejności. Ściema z bandażem i venflonem pierwsza klasa, dla uniknięcia awantury, ale nietrafiona, bo w jej gabinecie nie było stojaka do podwieszenia kroplówki. Nie sądzę, żeby trzymała kroplówkę w ręku nad głową przez 2 godziny, nie przypuszczam też, żeby za stojak do kroplówek robiła księgowa. Poczułem się tym faktem nieco zażenowany, ale zostawiłem to. Lekarka zdiagnozowała u mojej Mamy cukrzycę typu II insulinoniezależną. Postraszyła moją Mamę, że wynik jest tak zły, że kwalifikuje do hospitalizacji, co było nieprawdą. Ciekawe, czy owa pani doktor potrafiłaby poprowadzić cukrzycę? Domniemywam, że nie. Mama zdenerwowała się tak, że ciśnienie wystrzeliło jej na 180, co z kolei zdziwiło panią doktor. Nie zdzierżyłem i powiedziałem jej, że nie powinno jej to dziwić, skoro nastraszyła moją Mamę. Pani doktor, która jest w sumie fajną babką, kazała pigule w rejestracji zapisać moją Mamę na cito do diabetologa w tej przychodni. Na dzisiaj. Wracając do domu, słyszałem, jak Mama powiedziała do siebie: „Jak ja tę cukrzycę przeżyję?”. Wytłumaczyłem, że tak jak nadciśnienie. Dało się je opanować lekami i normalnie funkcjonuje – z cukrzycą będzie tak samo. Nawet jeśli będzie musiała sobie robić zastrzyki z insuliny, poradzi sobie. Po obiedzie wyciągnąłem Mamę w góry, żeby się trochę odstresowała. Przeszliśmy jakieś 12 km, trasą, którą kiedyś wędrowałem z Szarookim. Zatrzymałem się w miejscu, w którym leżeliśmy na trawie i rozmawialiśmy patrząc w niebo. Stanąłem, spojrzałem w dal i tamte uczucia wróciły na chwilę. Były cudowne. Jakby on stał obok i trzymał mnie za rękę… W drodze powrotnej wstąpiliśmy do pani Zosi, która jest w bardzo dobrej formie. To zasługa inhibitora wychwytu zwrotnego serotoniny. Bardzo przejęła się tym, że u mojej Mamy zdiagnozowano cukrzycę. Onegdaj pani Zosia również miała podejrzenie tej choroby. Nawet na tę okoliczność nabyła glukometr i paski, i od roku dzielnie mierzy sobie cukier raz w tygodniu. Hobbystycznie, bo cukrzycy nie ma, a podniesiony cukier okazał się chwilowym wahnięciem. Pani Zosia jednak nie zrezygnowała z przyjemności korzystania z glukometru  i zapisywania wyników pomiarów w kajeciku. Bo przecież może się przydać w przyszłości…
Dzisiaj byliśmy u diabetologa. Przemiła pani doktor spokojnie wytłumaczyła wszystko mojej Mamie. Na szczęście na razie insulina nie jest potrzebna. Odetchnęliśmy, bo chyba właśnie ta wizja autoiniekcji insulinowych stresowała moją Mamę najbardziej. Mnie też. Co prawda dopiero za miesiąc (codzienne pomiary cukru zdecydują) tak naprawdę się okaże, czy tabletki będą wystarczały. Czekając na Mamę, która po wizycie u diabetologa wstąpiła jeszcze wyedukować się u dietetyka, uciąłem sobie pogawędkę z lekarką rodzinną mojej Mamy, która w myśl zasady „pańskie oko konia tuczy” wstąpiła do przychodni rzucić okiem, czy biznes się kręci. Podeszła do mnie i zapytała, co z Mamą. Tłumaczyła się, że musiała postraszyć moją Mamę, żeby na przyszłość słuchała się lekarzy. Uważam, że to było niepotrzebne, ale zostawiłem to. Miło, że zapytała. 

środa, 6 maja 2015

O zrywie szczodrości nadszefowskiej

Nadszef w poniedziałek obwieścił mi, że za trwanie u jego boku w długi weekend zwraca mi wolne we wtorek i środę oraz dodaje ekstra wolne w czwartek i piątek. Miewa czasem takie zrywy szczodrości i tym razem ja zostałem jednego z takich zrywów beneficjentem. Wsiadłem więc w auto i pojechałem do Mamy w góry. Chyba już z dziesięć lat nie byłem tutaj w maju i prawie zapomniałem jak tu pięknie wiosna wybucha. Jest obłędnie. Wczoraj wyruszyłem z Mamą na górską włóczęgę i przeszliśmy jakieś 15 km. Na polanach napotykaliśmy całe dywany z wiosennych pachnących kwiatów. Dziś jest pochmurno i pogoda niepewna – z oddali, od czasu do czasu, dochodzą gniewne pomruki burzy – dlatego w góry się nie wybieram. Miałem wstąpić do pani Zosi zbadać w jakiej jest formie, ale mocno pada i zdecydowałem, że panią Zosię zaliczę jutro. Mama robi zamach na moją świeżo o 2 kg zwiotczałą talię, bo upiekła sernik wiedeński. Skubnąłem okruszek, choć zjadłbym cały, bo taki pyszny. Na razie jestem dzielny i się trzymam zmotywowany moją fanaberią zgubienia jeszcze 3 kg… 

niedziela, 3 maja 2015

B-Day

B-Day za mną. Jak przewidywałem nic się nie zadziało, bo też i nic zadziać się nie mogło. Nie było szans - on uziemiony przy swoim nadszefie, ja przy moim, a więc zero ruchu. Czupryna przyprószyła mu się trochę siwizną i ma rozczulające pasmo siwych włosów nad czołem. Wygląda świetnie, choć wydaje się zmęczony. 
23 następny B-Day. Może będzie jakaś okazja. Nie nastawiam się jednak, nie planuję, nie oczekuję. Będzie co będzie.
Co prawda dziś B-Day, czyli dzień Brązowookiego, ale będzie on musiał się pogodzić z faktem, że dzisiejszy B-Day należy jednak do Szarookiego. Wczoraj, kiedy ja wspominałem naszą majówkę, on wędrował po Paryżu. Poleciał tam przedwczoraj. Wujek FB doniósł, pokazując dowody jego grasowania po Paryżu: zdjęcia z knajpki Cafe de 2 moulins, w której pracowała filmowa „Amelia”, wieży Eiffla, Luwru i katedry Notre Dame. Na kilku zdjęciach Szarooki prezentuje również siebie, zadowolonego i uśmiechniętego, na tle paryskich zabytków. Za trzy miesiące zacznie tam nowe życie. To już bardzo niedługo. Myślę, że załatwia tam sprawy przed przeprowadzką, może mieszkaniowe. Jego przyjaciel ze studiów mieszka i pracuje w Paryżu już od kilku lat, więc przypuszczam, że u niego się zatrzymał. Może nawet przewiózł już jakieś drobne klamoty, żeby czekały tam na niego do sierpnia. Klamoty – tak mawiał o swoich rzeczach. Przyznam, że trochę trudno mi w tę jego emigrację uwierzyć – wydaje mi się to takie jakieś nierealne. A przecież to postanowione i pewne. Napisał na FB: „Od sierpnia Paryż stanie się moim domem. To już definitywnie postanowione.”. Nie powinno mnie to wszystko już w ogóle ruszać, a jednak te jego słowa, że Paryż stanie się jego domem, poraziły mnie nieuchronnością tego faktu. Za trzy miesiące on zaczyna nowe życie w Paryżu, a ja? Wspominam naszą majówkę i tęsknię za nim – za kimś, kogo nie ma już w moim życiu. To takie… żałosne. Cieszę się, że on się cieszy Paryżem. Chcę, żeby był szczęśliwy i mam nadzieję, że ta zmiana da mu wiele radości i w jakiś sposób będzie mu rekompensować inne niedostatki. A przynajmniej będzie od tych niedostatków odwracać skutecznie jego uwagę. Nie chodzi o to, że on może się mieć lepiej ode mnie dzięki tej zmianie, ale o to, że on jeszcze bardziej się ode mnie oddali - aż o 1600 km. Choć nie jesteśmy razem, to ja wciąż postrzegam go jako kogoś bardzo mi bliskiego i drogiego. To wciąż mój mężczyzna. To absurdalne, ale tak właśnie jest. Obiektywnie patrząc, to bez różnicy czy dzieli nas 5, czy 400, czy też 1600 km, bo bez względu na odległość jest równie niedostępny. Jednak odległość ma ogromne znaczenie dla żyjącego gdzieś w najgłębszym zakamarku mnie złudzenia, że wpadniemy  na siebie przypadkiem i wszystko wróci, i będzie jak dawniej. 

Muszę się z tym ogarnąć. Muszę ponownie uwierzyć w moją świetlistość. Szarooki mawiał, że jestem świetlisty. Muszę na nowo w to uwierzyć. Muszę odnaleźć w sobie nową świetlistość, bo poprzednia powlokła się za Szarookim jak smutny pies i nie wróci. Może jak odnajdę w sobie nową... 


Obaj uwielbiamy ekranizację Władcy pierścieni Jacksona. To jeden z naszych ulubionych filmów. 

What can you see on the horizon?

sobota, 2 maja 2015

Majówka

Zapachniał maj bzem i konwalią
już niosą miłość w lektykach
sen odszedł na bok
bo szkoda życia
gdy wszystko miłością rozkwita

Eligiusz Dymowski Majówka

- Mam jutro wolne. Może wyskoczylibyśmy gdzieś za miasto? – zapytał Szarooki patrząc na mnie w ten szczególny sposób, który sprawiał, że kolana mi miękły. Siedzieliśmy na tarasie naszej ulubionej knajpy. Zmierzchało, powietrze pachniało świeżą zielenią. To szczególny, niezwykły zapach unoszący się w powietrzu tylko w wiosenne pogodne wieczory.
- Świetny pomysł! – ucieszyłem się.
- Chcę Ci pokazać bardzo piękne miejsce.
- Jakie? – zapytałem zaciekawiony. Poznałem już jego kreatywność w wynajdowaniu ciekawych, pięknych miejsc.
- Zobaczysz jutro – uśmiechnął się. – Przyjadę po Ciebie, może o… - urwał, patrząc na mnie pytająco.
- No ja Ci nie powiem o której, bo nie wiem, dokąd zamierzasz mnie jutro powieźć.
- Bądź gotowy na 9.
- Ja będę. A Ty? – zachichotałem. Miał same zalety i tylko jedną wadę: często się spóźniał. Nie były to duże spóźnienia – kilka, maksymalnie kilkanaście minut. Zazwyczaj mieścił się w akademickim kwadransie. Na początku naszej znajomości trochę mnie to irytowało, bo ja jestem nadpunktualny, ale przywykłem.
- Dam radę – uśmiechnął się.
Następnego dnia, 2 maja, obudziłem się o 7 i radośnie wyskoczyłem z łóżka. Zrobiłem sobie deszczyk, ogarnąłem się, wysztafirowałem. Poranek był piękny, słoneczny i rześki, wyszedłem więc z kawą na balkon, usiadłem na leżaczku i delektowałem się kawą oraz – pamiętam doskonale – katalogiem Ikea. Słońce coraz mocniej operowało zapowiadając bardzo ciepły, może nawet upalny dzień. Wybiła 9 i… Cisza. Nauczony doświadczeniem nie śpieszyłem się i spokojnie się ubrałem. Założyłem biały T shirt oraz niebieskie dżinsy*. O 9.20 zadzwonił telefon: Szarooki obwieścił, że właśnie wyrusza i zaraz u mnie będzie. Wyszedłem więc poczekać na niego przed blokiem, w którym wtedy mieszkałem. Jazda zajęła mu trochę więcej czasu niż zwykle, bo nadjechał o 9.45. Wyskoczył z auta uśmiechając się przepraszająco. Świetnie wyglądał w granatowych dżinsach i białej koszulce polo z krótkim rękawkiem.
- Strasznie Cię przepraszam, że musiałeś czekać. Zajechałem jeszcze na stację zatankować - zabrał białą reklamówkę leżącą na fotelu pasażera. - Kupiłem wodę i parę batonów, gdybyśmy zgłodnieli w drodze.
- Pomyślałeś o wszystkim.
Uśmiechnął się zadowolony. Zapakowałem się do jego auta pachnącego wanilią i wyruszyliśmy na majówkę.
- Tak się cieszę, że spędzimy ten dzień razem! – pogładziłem dłonią jego udo.
- To było miłe.
- Naprawdę się cieszę.
- Ja też. TO było miłe…  – ujął moją dłoń i położył na swoim udzie.
Przez całą drogę skubałem szew jego granatowych dżinsów. Za każdym razem jak zabierałem dłoń, on kładł ją na swoim udzie ponownie.
Wjechaliśmy w Jurę Krakowsko-Częstochowską. Przepiękne tereny. Zajechaliśmy do kaplicy na wodzie w Ojcowie.



Zjedliśmy obiad w przyjemnej knajpie w pobliżu ojcowskiego zamku, którego ruiny odwiedziliśmy po obiedzie. 


Po obejrzeniu zamku ojcowskiego pojechaliśmy dalej do zamku w Pieskowej Skale. Absolutnie przepięknego. Jak z bajki. Zwiedziliśmy zamek, po czym usiedliśmy w kawiarni na bastionie, z przepięknym widokiem na okolicę, gdzie wypiliśmy kawę i posiedzieliśmy pod parasolem. Było gorąco i słońce operowało w zupełnie letnim stylu. Nie przeszkodziło to nam we włóczędze po okolicy. Pięknie tam jest. Bardzo pięknie. Warto tam pojechać o każdej porze roku, szczególnie zaś wiosną, kiedy przyroda cieszy oko świeżą, soczystą zielenią lub jesienią, kiedy lasy otaczające zamek oszałamiają feerią barw.








Włóczyliśmy się po okolicy do wieczora. Zaczęło robić się chłodno, a miałem na sobie tylko T shirt, bo założyłem optymistycznie, że bluza nie będzie mi potrzebna. Mariusz wyciągnął z bagażnika auta swój szary polar wożony "na wszelki wypadek". Włożyłem go. Pachniał nim. To sprawiło, że stałem się dziwnie spokojny i cichy w drodze powrotnej.
- Co taki cichutki jesteś? Stało się coś? – zapytał.
- Nic. Po prostu jest mi dobrze.
Uśmiechnął się do mnie, uścisnął moją dłoń leżącą na jego udzie, a w jego oczach było tyle ciepła...
Tamtej nocy, nasyceni sobą, leżeliśmy obok siebie i patrzyliśmy sobie w oczy. Pogładził dłonią mój policzek i powiedział, że mnie kocha. Pierwszy raz. Bardzo chciałem te słowa usłyszeć, bardzo też chciałem je wypowiedzieć. Wkrótce zasnął, a ja leżałem obok niego, patrzyłem jak spał, słuchałem jego spokojnego oddechu i ze szczęścia zasnąć nie mogłem.

Pamiętam wszystko z detalami: miejsca, zapachy, widoki, nasze dotknięcia, spojrzenia, słowa, nasz śmiech... Jakby to było wczoraj. Ten jego szary, za duży na mnie polar, mam do dzisiaj w szufladzie komody.
_______________________________
* Wciąż mam owe dżinsy, choć już ich nie noszę. Nie dlatego, że są za ciasne, nie. Są idealnie dopasowane! Tak idealnie, że próba przyjęcia w nich pozycji siedzącej, na skutek gwałtownego ucisku na różne strategiczne miejsca, spowodowałaby wybałuszenie oczu i mroczki oraz przejście głosu w falset. Zdecydowałem nie ryzykować. 

Wszystkie zdjęcia pochodzą ze stron:
oraz