wtorek, 30 czerwca 2015

Wspomnienie

Pamiętam tamten wieczór drobiazgowo. Szczególnie jego bardzo smutne oczy i bladą, jakby stężałą twarz, przeoraną mokrą blizną samotnej łzy, która wypłynąwszy spod powieki, stoczyła się po jego policzku. Zupełnie inaczej niż w filmach, gdzie łzy toczą się powoli i godnie, tamta łza spłynęła szybko, pozostawiając na jego policzku lśniącą szramę... Aż trudno uwierzyć, że tyle czasu minęło. Konstatuję to z pewnym niedowierzaniem. Czas… Dostrzegam jak przyśpiesza, kurcząc się jednocześnie i zmieniając. Obserwuję tę jego niestrudzoną marszrutę również na mojej twarzy. Dni przesączają się pomiędzy moimi palcami i kapią rozpryskując się u moich stóp... Jakiś czas udawało mi się prawie o nim nie myśleć. Starannie pilnowałem, żeby nie pozwolić wspomnieniom wrócić. Upchnąłem je w ciemnym kącie i udawałem, że ich nie widzę. Przywołałem je ubiegłej jesieni… Dużo o nim myślałem w ciągu minionych jesienno-zimowych miesięcy. Dużo było dni, kiedy czas mi się jakoś tak skracał, że tęskniłem, jakbyśmy niedawno się rozstali. Tęsknota… Jest jak mgła. Zazwyczaj transparentna, niemal niezauważalna i nieodczuwalna, czasem jednak gęstnieje tak, że wchłaniając cienie i zasłaniając słońce, wdziera się wilgocią w każdy por ciała, sięgając swoimi zimnymi, mokrymi mackami aż do duszy, dławiąc nadzieję, wypłukując radość, zalewając smutkiem oczy, po czym rozprasza się, wycofuje, znika z oczu, pozwalając o sobie zapomnieć, czasem na lata całe, przyczajona aż do czasu, kiedy jakieś zdarzenie lub jakaś osoba wyzwoli kolejne jej zagęszczenie. I kolejne. I kolejne… Na szczęście z tęsknoty się nie umiera…

Mam nadzieję, że będzie mu dobrze w Paryżu i będzie tam szczęśliwy. Może kiedyś przyjdzie czas, że ja też jeszcze będę? Może kiedyś to wszystko stanie się inne? Wspomnienia stracą tęskny odcień i staną się projekcją szczęśliwych refleksji, przywołujących na twarz jedynie ciepły, serdeczny uśmiech? Może kiedyś tak się stanie. Na razie jednak… Pamiętam. Wszystko: jego spojrzenia, gesty, słowa, ciepło i zapach jego ciała, szorstkość policzka, dotyk, czuły szept, miłosne westchnienia… Byliśmy z sobą szczęśliwi, a jednak… Jest tam, gdzie mnie nie ma. Jestem tu, gdzie nie ma jego. I tak pozostanie. Na zawsze. I choć nie ma go obok mnie i już nigdy nie będzie, jest i będzie kimś dla mnie wyjątkowym, wszak nie musimy przecież być z kimś razem, żeby czuć się z nim związanym bardziej niż z kimkolwiek w świecie.* Jednocześnie mam nadzieję, że ja dla niego jestem już tylko cieniem z przeszłości i nikim więcej…
______________________________

*Thomas Bernhard Przegrany


środa, 24 czerwca 2015

Parszywienie świata.

Odwiedziłem wczoraj panią Zosię. Jest w doskonałej formie, choć tradycyjnie, siłą przyzwyczajenia, trochę ponarzekała na swoje (jej zdaniem jak zawsze kiepskie) zdrowie. I na świat, który jej zdaniem zmierza ku zgubie. Pani Zosia czuje to każdą komórką swojego ciała. Jak Galadriela w książce „Władca pierścieni”. J. R. Tolkiena, której pani Zosia nie czytała, bo cóś jej nie ciągnie do fantastyki. Galadriela twierdziła, że świat się zmienia, a pani Zosia idzie w swoich odczuciach jeszcze dalej, twierdząc, że nie tylko się zmienia, ale i parszywieje w tempie zastraszającym. Bo się „takie rzeczy wyprawiają”! Dawniej tak się „nie wyprawiało”! Pozwoliłem sobie nie zgodzić się z tezą pani Zosi. Zrobiłem jej wykład, że zawsze się na świecie „wyprawiało” tylko, że niewiele docierało. Przed wojną wielu było analfabetów, a i niewielu „czytatych i pisatych” kupowało gazety, bo drogie były. Na radio też mało kogo stać było. Świat ograniczał się do okolicy, z której spływały wieści i plotki. Podróżowało się bardzo mało, więc rzadko zdarzało się, żeby ktoś przybywał z daleka, czy to powracający miejscowy, czy też obcy przybywający w jakichś interesach – z miasta powiatowego, a czasem nawet z Krakowa, Lwowa, Wilna, Gdyni, czy Warszawy. A już zupełną rzadkością był ktoś przybywając z zagranicy. Ktoś taki postrzegany był jako postać niemal heroiczna, cudem ocalała z niebezpieczeństw podróży. Z automatu stawał się lokalnym celebrytą, którego pokazywało się dzieciom. Opowieści snutych przez kogoś takiego słuchało się z zapartym tchem i to, czy słyszało się ich po raz pierwszy, czy po raz setny było sprawą drugorzędną, bo niezmiennie zapładniały wyobraźnię słuchacza krainami nieznanymi, niezwykłymi, na poły mitycznymi… Po wojnie komuna cenzurując wiadomości ze świata (tego zza żelaznej kurtyny) i z bloku komunistycznego, serwowała propagandową pulpę traktowaną przez większość społeczeństwa w kategoriach kabaretowych, dlatego ta większość szukała wiarygodnych wiadomości w Radio Wolna Europa, z wypiekami na twarzach łowiąc spomiędzy zakłóceń - komuna zakłócała sygnał - smakowite, antykomunistyczne niusowe kąski. Teraz dzięki internetowi i telewizji świat się skurczył i stał się przysłowiową globalną wioską. Ktoś puści bąka w Sydney, a już po kilku minutach mówi się w wiadomościach w Polsce, że ten ktoś bączy. Pani Zosia spojrzała wzrokiem mówiącym co ty dziecko o życiu możesz wiedzieć w twoim wieku, ale przygwożdżona bąkową metaforą, zgodziła się ze mną częściowo. Nie zamierzając jednak łatwo poddać swojej tezy o zepsuciu świata, wysunęła miażdżący kontrargument: A ludzie? Co ludzie wyczyniają? Gwałcą się, mordują, kradną, oszukują, bogacą się kosztem biednych ludzi, nic miłosierdzia, nic współczucia i empatii! „Człowiek człowiekowi wilkiem”, „Żyj i pozwól żyć”. I do tego jeszcze gender! Ludzie są źli! Z moim nieśmiałym protestem, że nie wszyscy, pani Zosia łaskawie się zgodziła, ale natychmiast dodała, że większość. Ale za to jakim blaskiem ta mniejszość błyszczy – powiedziałem - szczególnie na tle tej złej, zdaniem pani Zosi, większości. Poza tym – kontynuowałem – ja osobiście uważam, że proporcje są odwrotne i dobrych ludzi jest więcej. Pani Zosia ponownie obdarzyła mnie wymownym spojrzeniem w stylu o naiwna młodości. Nie zamierzała łatwo rozstać się ze swoją radosną wizją zdeprawowanego, gnijącego świata, zastosowała więc argument nokautujący: A pogoda? Zwariowała! A to słońce i upał, a to deszcz i chłód, zimy bez śniegu, śnieżne wiosny, wiatry, trąby powietrzne, wariactwo! Same anomalie! To jest chore! – dodała dla wzmocnienia swojej wypowiedzi. Nic niezwykłego – stwierdziłem rozbawiony tyradą pani Zosi – zawsze takie anomalie się zdarzały, w kronikach pełno wiadomości o nich. Pani Zosia nie komentując mojej wypowiedzi, nieprzekonana, jak łatwo się domyślić, zgrabnie zmieniła temat i zaczęła opowiadać o swoim ulubionym serialu, z fabułą snującą się w haremie Sulejmana Wspaniałego. Pani Zosia wkręciła się w fabułę i serial ogląda namiętnie. Dubeltowo, rzec można, bowiem do niedawna oglądała premierowe odcinki popołudniu, a następnego dnia przed południem również powtórkę, mając w ten sposób z obcowania z serialem przyjemność podwójną. Niestety jakiś pajac z TV zredukował tę jej przyjemność o połowę, bo przedpołudniowe powtórki zniknęły. Panią Zosię aż zatelepało z oburzenia. Poczuła się okradziona! 

niedziela, 21 czerwca 2015

Pomiędzy

Pomiędzy pakowaniem, a doszlifowywaniem tego i owego do oddania dzisiaj w pracy, przeczytałem wywiad - podesłał mi go niezawodny Artur - jakiego udzielił cztery lata temu Brązowooki dla jednej z gazet. Potwierdza moją, niezweryfikowaną niestety osobiście przeze mnie tezę, że Brązowooki zaiste jest ciekawym człowiekiem. Mamy wspólną pasję – muzykę. Słucha bardzo dużo muzyki i to różnego rodzaju – od muzyki klasycznej, przez rock do rapu. Do tego ma chłopak krzepę, bo jeździ po świecie na rowerze - przejechał już kilkadziesiąt tysięcy kilometrów. Mówi też o pracy, o tym, że trzeba robić w życiu to, co się kocha, bo to daje szczęście: „Nieważne, kim się zostaje, trzeba kochać to, co się robi”. O zmianach też mówi, że stresujące, ale potrzebne, bo rozwijające. O wolontariacie na rzecz innych ludzi. Wywiad lekki, ale niebanalny i z poczuciem humoru, z którego wyłania się obraz człowieka otwartego, inteligentnego, pogodnego, obdarzonego poczuciem humoru, empatycznego i wyrazistego. Kilka jego innych wypowiedzi czytałem, słyszałem i widziałem. W publicznych wypowiedziach jest naprawdę dobry. Zazdroszczę mu tej swobody, bo mnie publiczne wypowiedzi stresują i mocno spinają. Cóż, nie można mieć w życiu wszystkiego. Jeden ma swobodę publicznej wypowiedzi, a drugi urodę...
***
Mam dzisiaj nie najlepszy dzień. Czuję syndrom przedurlopowy: zmęczenie pracą, współpracownikami, pędem wielkiego miasta i jego szumem. Do tego jeszcze jakiś taki jałowy się czuję, szary i niewidzialny, bez weny, bez pomysłów, bez optymizmu. Dzień za dniem, podobne do siebie, gnają jak oszalałe. Doceniam moją codzienność, bo nie jest zła. Jest poprzetykana małymi pogodnymi drobiazgami, którymi nauczyłem się cieszyć. Jednak skonfrontowana z efektownymi zmianami u Szarookiego i Brązowookiego, wydaje się mało barwna i jednostajna. Wcale nie pragnę rewolucyjnych zmian w postaci przeprowadzek i zaczynania od nowa, etc. Wstrząsów w moim życiu miałem nadobfitość, więc doceniam spokój. Choć, gdyby Szarooki powiedział „Jedź ze mną”, pojechałbym, bo z nim czułem się bezpiecznie zawsze i wszędzie. Nie powie, więc przynajmniej rewolucjami nie muszę się martwić (sarkazm).
***
Jutro wyjeżdżam na miesięczny, zasłużony urlop. Mam nadzieję, że optymizm do mnie wróci. Za tydzień ma dojechać do mnie w góry Artur, na jakiś tydzień. Cieszę się, bo będzie radosną odmianą. Jest taki towarzyski i wesoły. Moja Mama go wprost uwielbia. Ja też.  

czwartek, 18 czerwca 2015

Co ptaszki zaćwierkały

Artur, spryciarz, złowił dzisiaj dwa niusy. Wziął w rękę telefon, wybrał numer, przyłożył do ucha i... sprawił, że ptaszki zaćwierkały. Czary? Tak. I to kaskadowe*. Za pośrednictwem Arturowego ucha, a potem jego ust, ptaszęta zaćwierkały, że:  

1. Włoskie studia Brązowookiego, to będą studia doktoranckie. Potrwają dwa, trzy lata. Podobno jak wróci zdoktoryzowany** i biegle władający językiem włoskim, może zostać jednym z szefów. Co prawda niższego szczebla, ale jednak. Tak przynajmniej ptaszki ćwierkają

2. Szarooki również zabiera się za doktorat. Ćwierkające ptaszki nie wiedziały jednak, czy będzie się doktoryzował we Francji, czy na macierzystej uczelni w naszym wielkim mieście. Jak ptaszęta będą wiedzieć (a będą wiedzieć na pewno!), doćwierkają.

Ambitne chłopaki.   

***

Pogadałem z Kamilem dzisiaj. Atmosfera została oczyszczona. Obu nam ulżyło. 

***

W poniedziałek wyjeżdżam na urlop. 
_________________________________
*Ktoś, kto zna kogoś, kto z kolei zna kogoś, kto kogoś zna i ten ktoś, kto zna tego kogoś, zna też Szarookiego i Brązowookiego. 
** forma zamierzona

środa, 17 czerwca 2015

O nieadekwatnościach

Kiepsko spałem tej nocy. Rzeczywistość krzyknęła mi wczoraj w twarz wyjazdem Brązowookiego tak, że aż mi grzywkę uniosła, przy okazji wciskając mi w oczy również emigrację Szarookiego. Wkręciłem sobie te wyjazdy i pół nocy wierciłem się w łóżku nie mogąc zasnąć, bo choć zamykałem powieki, moje oczy pozostawały otwarte. W zasadzie mogę powiedzieć, że większą część ostatniej nocy koczowałem. W łóżku. Emigracja Szarookiego nie jest mi obojętna - im bliżej sierpnia, tym wyraźniej czuję jakieś napięcie z tym związane. Okazuje się, że wyjazd Brązowookiego też taki do końca obojętny mi nie jest. Te jego studia zagraniczne to fantastyczna sprawa. Brązowooki był świetny jako asystent swojego nadszefa. Po prostu klasa. Pamiętam go sprzed kilku lat, zanim awansował na prawą rękę swojego nadszefa. Pracował z ludźmi, działał, odnosił sukcesy. Widać było, że praca z ludźmi sprawiała mu radość. Ma ogromne zdolności interpersonalne. Lubi ludzi, jest otwarty, serdeczny i roztacza wokół siebie aurę ciepła. Ludzie go lubią i lgną do niego. Sam chętnie bym do niego przylgnął, bo i na mnie działa to jego ciepełko. Mam nadzieję, że po wyedukowaniu się i powrocie, będzie mógł robić to, co kocha. Trochę mi żal - nie będę kłamał, że jest inaczej. Żal, że nie będę go widywał, że pozostaniemy sobie obcy, bo wyjedzie i przestaniemy się mijać. Żal, że może 3 maja minęliśmy się po raz ostatni i może już więcej nigdy go nie zobaczę, bo po powrocie możliwości będzie miał wiele, niekoniecznie w moim wielkim mieście. A nawet jeśli, to przecież nie wróci na stanowisko asystenta nadszefa, tylko na jakieś samodzielne. On mnie ciekawi. Lubię go widywać, lubię czuć ekscytację mijając się z nim, lubię wypasać nim oczy. Nie sprawdzę, czy moje u niego zaistnienie było faktem, czy tylko moim urojeniem. Nie sprawdzę tego, bo go nie będzie. I tego też mi żal. To żaden dramat. Żadna martyrologia. To tylko taki mały żal. Malutki żalek. Nieadekwatny? Pieprzyć adekwatność! Sorry. Emocje nigdy nie są adekwatne. Są wyłącznie subiektywne. 

Jestem bardzo zmęczony pracą, ludźmi, miastem. Całe szczęście, że już za kilka dni wyjeżdżam na urlop, bo naprawdę trudno mi czasem zachować spokój. Wczoraj na przykład Kamil, mistrz fochów, tak mnie wyprowadził z równowagi – fochem, jakżeby inaczej – że podniosłem na niego głos i opierniczyłem go ostro. Zupełnie niepotrzebnie. Te wczorajsze poranne niusy jakoś tak mnie rozchełstały emocjonalnie. Lubię Kamila, choć te jego wieczne fochy czasem bywają irytujące. Wczoraj zasłużył na opiernicz, bo odstawił focha godnego gwiazdy filmowej, ale i tak mam poczucie, że moja reakcja była trochę za ostra. Chodził dzisiaj nabzdyczony, jak nadąsany ośmiolatek. Przeproszę go jutro nie za treść (słuszną i należną – co podkreślę), ale za formę przekazania owej treści (podniesiony głos), może przestanie się dąsać. Okropny jestem, wiem. I w przeciwieństwie do Brązowookiego mam deficyt zdolności interpersonalnych. Liczę dni do urlopu...

wtorek, 16 czerwca 2015

Brązowooki (5)

- No cześć. Wiesz już? – zapytał mój przyjaciel Artur zaraz jak tylko odebrałem połączenie. Nie lubię takich jego wstępów, bo zawsze poprzedzają jakieś, rzadko dobre, rewelacje.
- O czym? – zapytałem z napięciem w głosie.
- A więc nie wiesz. Dowiedziałem się dzisiaj, a oficjalnie będzie wiadomo jutro: Twój Brązowooki wyjeżdża po wakacjach na studia zagranicę… - tu zawiesił efektownie głos.
- Mój Brązowooki? Bardzo chciałbym, żeby był mój, ale niestety nie jest. A gdzie wyjeżdża? No bo chyba nie do Paryża? Bo to już by było przegięcie…
- Nie. Do Włoch.
- Tyle dobrze – zaśmiałem się, choć trochę tak bez przekonania. – Nie mam nic przeciwko Paryżowi, ale wystarczy, że Szarooki tam zamieszka.
- Nie martw się. Za dwa lata wróci. Brązowooki znaczy. I znowu go porazisz swoim urokiem i czarem…
- Taa… Dobre słowo: porazić. Tak już jest z tym moim urokiem i czarem, że kogo nim porażę, spieprza tak, że Polski mu mało i w Europę uciekać musi…
- No aż tak to sobie już nie pochlebiaj – powiedział Artur śmiejąc się - Wiesz, że to nieprawda.
- Masz rację. Nie można uciekać przed kimś, kto nie istnieje. A ja przecież nie istnieję dla Brązowookiego.
- Tego też nie byłbym taki pewny.
- Myślisz?
- Kto go tam wie...
- Wątpię. Zresztą teraz to już nieważne. Wyjeżdża. Wróci najwcześniej za dwa lata. Po moim uroku i czarze za dwa lata nawet ślad nie zostanie. Będę zgrzybiałym starcem.
- Bzdury opowiadasz! Choć rzeczywiście, może lepiej o nim zapomnieć. Znasz wszystkie okoliczności. Być może mu się podobałeś, ale…
- Tak, wiem. Cieszę się, naprawdę się cieszę, że dostał szansę studiowania we Włoszech, poznania tego przepięknego kraju, jego kultury, zabytków. Jest zdolny, mądry, ambitny. Zasłużył na te studia. 
- Tak. A jednak trochę żal, co?
- Trochę żal, że przestaniemy się mijać. Choć nic z tego mijania nie wynikało, to jednak lubiłem go widywać. Żal mi, że pozostaniemy sobie obcy i to się nie zmieni.
- Nie mów tak, bo przecież nie wiesz, co może się w przyszłości wydarzyć. Może wasze drogi się skrzyżują?
- Może tak. A może nie. Wiesz, że jak wróci wyedukowany to awans dostanie na samodzielne stanowisko, być może eksponowane…
- Być może. Ale to może okazać się zaletą, a nie wadą. Wiesz… - zawiesił głos.
- Wiem… Gdyby  coś w nim zakiełkowało, coś by zrobił…
- To nie jest takie oczywiste. Znasz okoliczności…
- Tak. Trza będzie o nim zapomnieć.
- To bardzo rozsądny pomysł. Ale wiesz Adasiu, mój drogi przyjacielu, czasem życie pisze takie scenariusze, że ludzka wyobraźnia wysiada. Jeśli coś będzie miało się między wami wydarzyć, wydarzy się, bo sam los to sprawi. Nie martw się więc tym, że on wyjeżdża. Wróci. Zresztą znasz moje zdanie w kwestii Brązowookiego. To dobry chłopak jest, ale… może dobrze, że zejdzie ci z oczu. Nie myśl o nim.
- Kurczę Artur. To chyba jakieś fatum. Popatrz: Tomek wyjechał do USA, Szarooki do Szczecina, a teraz do Paryża, Brązowooki do Włoch… Fatum, jak w mordę strzelił. Każdy facet, na którego zwrócę uwagę, spieprza tak, że tylko kurz po nim zostaje.
- Fatum, sratum. Sorry Adaś, ale pieprzysz głupoty! – żachnął się Artur. – Wyjeżdżają i co z tego?! A skoro już mowa o wyjazdach, to nie koniec niusów…
- Aż się boję…
- Nie ma czego. Nie tylko Szarooki i Brązowooki wyjeżdżają. Ja też.
- Zagranicę? – zapytałem, chyba nie najweselszym głosem, skoro Artur zaśmiał się i powiedział:
- Niestety nie. Żegnam się z firmą i wyprowadzam się z Wrocławia. Wracam do Katowic…
- Wreszcie jakaś dobra wiadomość! – ucieszyłem się.
- Muszę wrócić i mieć cię na oku, mały.
- Cieszę się. Bardzo.

Brązowooki… Będzie mi brakowało tego naszego mijania się. Fajnie by było, gdyby zreanimował swój profil na fejsbuku i wrzucał tam czasem jakieś niusy o tym, jak mu tam na tych zagramanicznych studiach będzie. Chętnie luknę. Cieszę się, że został doceniony. To dobra zmiana dla niego. Szansa na rozwój.

Czy ja dla Ciebie zaistniałem, Brązowooki, czy tylko coś sobie uroiłem? Chciałbym to wiedzieć...

sobota, 13 czerwca 2015

Prośba o wsparcie

Nasza chora Koleżanka Blogerka potrzebuje wsparcia finansowego na zakup niezbędnego jej wózka. Gdyby ktoś z szanownych Czytelników zechciał wesprzeć, kliknięcie w poniższy banner przeniesie na blog Koleżanki, gdzie można uzyskać wszystkie potrzebne informacje. Dziękuję.

piątek, 12 czerwca 2015

Urodziny

Dzisiaj mija rok odkąd pojawił się pierwszy wpis na moim blogu. Przyznam szczerze, że nie spodziewałem się, że przeżyje tak długo, bo w zamierzeniu miał być tylko takim doraźnym środkiem wykrztuśnym dla emocji. Dziwny to był rok: retrospektywny, refleksyjny, niewesoły. Rok pod znakiem Szarookiego, bo to On był motywem przewodnim (jeśli mogę tak powiedzieć) większości moich blogowych wpisów. Oczyszczających – patrząc z tej niewielkiej perspektywy czasowej. Nie będę ich analizował - każdy Czytelnik może sobie wyrobić o nich swoje własne zdanie. Chciałbym tylko podkreślić, że ilustrują one jedynie jakiś niewielki wycinek mojej rzeczywistości.

Nie potrafię pisać wierszy i bardzo tego żałuję, aczkolwiek ze zdziwieniem konstatuję, że popełniłem jeden, który mi się podoba, pt 21. Wydaje mi się całkiem niezły. Nie stracił nic ze swojej świeżości, choć Brązowooki wywietrzał mi z głowy. Chyba. I postów parę fajnych popełniłem, jak ten niedawny o królowej botoksu, styczniowy o Gili, październikowy o symultanicznej grozie, czy cykle kontemplacyjne poświęcone Heli, Maryśce, pani Zosi, Gosze, no i emocjonalno-wynurzeniowe, jak Może... i  Któregoś ranka...

Happy birthday mój blogu. Ciekawe, czy napiszę posta na twoje drugie urodziny? Istnieje takie niebezpieczeństwo, bo blogowanie wciąż sprawia mi przyjemność. Lubię to miejsce przez siebie stworzone. Cieszy mnie to, że w różnych miejscach sieci są Osoby, które interesuje to, co piszę, co myślę, co czuję. Życie mojego bloga to Wy, Czytelnicy. Dziękuję. 

poniedziałek, 8 czerwca 2015

O marzeniobójcy

Kilka lat temu dane mi było doświadczyć nauczycielstwa. Przez dwa lata zastępowałem koleżankę ze studiów, która powiła dziecię i na czas swojej nieobecności oddała mi na wyedukowanie (i w opiekę) gromadkę swoich uczniów. Mój epizod nauczycielski wspominam z przyjemnością, przede wszystkim właśnie dzięki owej grupce bardzo ciekawych, ambitnych i kreatywnych młodych ludzi. Po powrocie koleżanki z urlopu macierzyńskiego, moja kariera nauczycielska się skończyła. Trochę żałuję, ale nie aż tak, żeby łzy za nauczycielstwem ronić. Skąd nagle o epizodzie nauczycielskim? Ano stąd, że objawiła się w miniony długi weekend moja była uczennica, którą uczyłem w pierwszej klasie liceum (obecnie świeżo po  maturze), z prośbą o konsultację. Ocknęła się bowiem właśnie z letargu i uświadomiła, że egzaminy na studia za dwa tygodnie, a przedmiot główny, który będzie zdawała na tym egzaminie, szwenda się czochrając po lesie. Przypomniała sobie, że z owego przedmiotu w pierwszej klasie miała 5 i przeprowadziwszy prosty proces myślowy, wydedukowała, że skoro u mnie miała piątkę, a później już tylko 3, a teraz nawet 2, to znaczy, że jako nauczyciel posiadałem jakąś szczególną właściwość, która wyzwalała w niej potrzebne umiejętności. Asertywny jestem i nie mam problemu z odmową, jednak czasem, przechodzący jak dzisiaj front niżowy, zmiękcza moje granitowe serce. Była uczennica załapała się dzisiaj na owo zmiękczenie i zgodziłem się ją skonsultować. Co tu dużo mówić – to był dramat. Jej umiejętności z przedmiotu, który jest głównym przedmiotem na kierunku, na który chce zdawać, są mierne i ta mierność nie wynika z jej nieogarnięcia, czy lenistwa, lecz z jej ewidentnych ograniczeń, które widziałem już ucząc ją w pierwszej klasie. Pierwszoklasowy materiał i początkowy etap edukowania się w owym przedmiocie, pozwalały jej podstawy sprawnie ogarniać. Wraz z jednak coraz większą ilością materiału i coraz wyższymi wymaganiami jeśli chodzi o umiejętności, coraz mniej ogarniała. Po prostu nie wyszła poza etap pierwszej klasy, dokładnie tak, jak się spodziewałem. I ten pomysł, żeby zdawać na studia, na których ów przedmiot jest przedmiotem głównym. Katastrofa. Powiedziałem jej szczerze, że nie zda egzaminu, bo jej umiejętności są żadne, a w przedmiocie głównym trzeba się wykazać. Dziewczę zaproponowało, że zapłaci mi za korki tyle, ile zażądam, bylebym ją do egzaminu przygotował. Powiedziałem jej, że nie jestem cudotwórcą i w ciągu dwóch tygodni jej nie przygotuję, bo tu i roku byłoby mało, zważywszy na jej brak predyspozycji w tym kierunku. Odmówiłem stanowczo. Nie lubię niszczyć czyichś marzeń, jednak zwykła ludzka uczciwość nie pozwoliła mi postąpić inaczej. Zapytałem ją czego się spodziewała, na co liczyła? Odpowiedziała mi, że miała nadzieję, że nauczyciel, który ją uczył tego przedmiotu po mnie (niestety nie była to moja koleżanka, tylko koleś, który wybitnym, że tak to eufemistycznie ujmę, nauczycielem nie jest) pomylił się i niesprawiedliwie ją ocenił. Powiedziałem jej, że nie lubię się zgadzać z tym panem (ścieraliśmy się w szkole wielokrotnie), ale ocenił ją adekwatnie do jej umiejętności, które są mierne. Szanowała mnie jako nauczyciela i lubiła, więc – choć była bardzo zawiedziona, bo liczyła na inną diagnozę – zgodziła się z moją sugestią wybrania innego kierunku studiów. Po tej dzisiejszej konsultacji pozostał mi jakiś dziwny absmak. Absurdalny, bo przecież postąpiłem uczciwie. Nawet jej nie skasowałem za tę konsultację, bo się nad nią użaliłem, że jej marzenie zarżnąć musiałem. Marzeniobójca!

sobota, 6 czerwca 2015

O przewietrzeniu w parku

Korzystając z przepięknej pogody pojechałem dziś przed południem przewietrzyć się w parku. Miałem nadzieję, że pobędę sobie tam trochę w ciszy, ale niestety okazało się, że nie tylko ja wpadłem na pomysł przedpołudniowego parkowego wietrzenia. Trudno – pomyślałem - ważne, że pogoda fajna i ławeczka koło stawu wolna. Jakoś udało mi się wyłączyć ludzki szum i zrelaksować się. Ten mój ulubiony zakątek nad stawem zyskuje (z perspektywy ławeczki) wyjątkową urodę w słoneczne przedpołudnia, kiedy słońce przebijając się przez korony drzew pada pod kątem na wodę, malując jej powierzchnię migotliwymi, świetlistymi, złotymi refleksami. Kontemplowałem ten zachwycający widok i nie wiedzieć kiedy moje myśli zwróciły się ku Szarookiemu. Ciekawe, czy odwiedza to miejsce przy okazji swoich bytności u rodziców… Z zamyślenia wyrwało mnie moje własne przypadkowe spojrzenie w bok na zakręt alejki. Ujrzałem tam bowiem kogoś bardzo do Szarookiego podobnego, idącego w moim kierunku. Serce mi stanęło! Kiedy jednak ten ktoś zbliżył się na tyle, że mogłem ocenić, czy to rzeczywiście Szarooki, okazało się, że to nie był on. Obezwładniające wprost napięcie w jednej chwili zmieniło się w gwałtowną falę rozczarowania, która zatopiła moje wnętrze. Dawno już nie czułem się tak zawiedziony. Po chwili jednak spłynęła na mnie zaskakująco racjonalna myśl, że jestem głupcem, czując zawód. Przecież takie nasze przypadkowe spotkanie zmasakrowałoby mnie, Jego pewnie też, niczego przy tym między nami nie zmieniając. Bo nie da się cofnąć czasu. Wróciłem do domu zmierzły, ale przykrość dość szybko się ulotniła. Zauważam u siebie duży progres, bo choć wciąż miewam wylewy tęsknoty, są one obecnie krótkimi spadkami całkiem niezłego nastroju. 

środa, 3 czerwca 2015

Najświeższe wieści z frontu macierzyńskiego

Gocha via fejsbuk obficie raczy świat swoimi wynurzeniami utyranej matki-bohaterki, hojnie ilustrując je zastraszającą ilością zdjęć. Cieszy się dziecięciem, rozumiem to, ale ta radość, w moim odczuciu, przybiera kuriozalne rozmiary. No bo jak określić wpisy typu: „Mam na imię Zosia. Urodziłam się w Dzień Matki...”, „Jestem strasznym głodomorem i tylko jadłabym i jadła, a potem spałabym i spała...”, „Mam już tydzień i…” i tym podobne pierdoły, pod którymi zamieszcza po 20 zdjęć? Ma czas brylować na fejsbuku, bo rodzice przecież wszystko za nią robią. Oni dopiero są zmęczeni – ledwo nogi za sobą ciągają!

wtorek, 2 czerwca 2015

O wizerunkowym samogwałcie i waginosceptycyzmie

Zatęskniłem za moją lekarką rodzinną i zapragnąłem ją odwiedzić. Niesiony ową tęsknotą wybrałem się wczoraj do przychodni. Po receptę na moją nocną zgagę, która powróciła była ostatnio. I to był zasadniczy powód mojej za lekarką tęsknoty. Ale mniejsza z tym. Zarejestrowałem się i usiadłem wśród kilkunastoosobowej gromadki ludzi. Szczęśliwie okazało się, że do mojej lekarki czekały tylko dwie osoby i ja trzeci, reszta towarzystwa - a w zasadzie towarzyszek - do ginekologa. Próbowałem pogrążyć się w egzystencjonalnym zamyśleniu, ale próba ta została brutalnie przerwana, bowiem… z sąsiedniego gabinetu wyszła… ZGROZA! Siejąc postrach! Zgroza owa miała z wyfarbowanych na rudo włosów ułożoną kunsztowną koafiurę na kształt hełmofonu z nastroszonym... hm... czymś, wylakierowaną tak, że żaden włosek samodzielnie drgnąć nie był w stanie, przez co cała koafiura sprawiała wrażenie, jakby wielkie, wściekle rude coś usiadło Zgrozie na głowie. Owe coś, będące mistrzostwem sztuki fryzjerskiej - jak mniemam wielokrotnie podrasowanym przez Zgrozę własną jej rączką, wprawnie i niezwykle hojnie posługującą się lakierem do włosów - było niezwykle trafnym zilustrowaniem powiedzenia o miotle porażonej piorunem. I to nie jeden raz. Pomyślałem sobie, że ta kobieta powinna mieć sądowy zakaz używania lakieru do włosów. Ta radosna moja myśl została ubita przez mój wewnętrzny niezwerbalizowany skowyt, kiedy właścicielka owej efektownej fryzury odwróciła się i... zaprezentowała mi się od frontu. Krew mi się w żyłach ścięła na chwilę! Już miałem się porwać i uciekać krzycząc: "Zgiń, przepadnij maro! A kysz!", ale włączyło się na szczęście racjonalne myślenie, podpowiadając mi, że to dzień przecież i to człowiek być musi, choć jak zombi wygląda. Uspokojony tą myślą, przyjrzałem się dyskretnie i lękliwie, acz uważnie... zjawisku. Bez żadnej przesady mogę powiedzieć, że dane mi było wczoraj ujrzeć, po raz pierwszy na żywo, królową botoksu i innych ostrzyknięć kolagenowo-hialuronowo-cholera-wie-jeszcze-jakich. Patrzyłem i nie wierzyłem własnym oczom, a w mojej głowie kołatała się myśl: Jak można zrobić sobie coś takiego!!! Zauważyłem kątem oka, bo zjawisko przykuło mój wzrok hipnotycznie, że nie tylko ja zostałem porażony tym widokiem. Wszystkie oczy w przychodni, jak urzeczone, odprowadziły tę postać od drzwi gabinetu do kontuaru rejestracji i z powrotem do gabinetu. Najzabawniejsza była reakcja jednej bardzo ciężarnej pani, której szczęka literalnie opadła na kolana i nie była w stanie nad tym opadem zapanować. Pierwszy szok się ulotnił robiąc miejsce refleksji, że ta postać kogoś mi przypomina.... Tylko kogo?... Hm… Zamyśliłem się głęboko przeczesując zasoby pamięci… Skąd ja tę postać znam?... I nagle mnie olśniło: toż to lekarka ginekolożka, która od lat przyjmuje w tej przychodni. Ale odmieniona niemal nie do rozpoznania. Do niedawna ładna, elegancka kobieta, mocno po pięćdziesiątce, a teraz postać strasząca zadziwiająca swoją ostrzykniętą botoksem, kolagenem i innym dziadostwem twarzą oraz potworną niebanalną fryzurą. Moje spojrzenie zawisło na moment na miejscu w jej twarzy, gdzie powinny były znajdować się jej usta. Nie było ich. W tym miejscu straszyły gigantyczne wary, napompowane kolagenem do absurdalnych rozmiarów, wyglądające jak przylepiony do twarzy osobny byt, uszminkowany na dodatek czerwienią w kolorze rajdowym! Również policzki wyglądały osobliwie, jakby opuchnięte. Całość sprawiała wstrząsające wrażenie, bowiem pani wyglądała tak, jakby oddała swoją twarz jakiemuś bokserowi do obicia (w miejsce worka treningowego), a skutki tego użycia (a raczej nadużycia!) pokryła jaskrawym, ostrym makijażem. Całości dopełniał ubiór w stylu młodzieżowym… Jeśli ta metamorfoza miała zwrócić na panią doktor powszechną uwagę, to spełniła swoje zadanie, bo jestem przekonany, że nie ma człowieka, który by się za nią nie obejrzał! Jeśli natomiast miała ująć jej lat, to… Cóż… W jej opinii cel został osiągnięty, bo sprawiała wrażenie bardzo z siebie zadowolonej. Nie dane mi było dłużej kontemplować tego oszałamiającego widoku, bo pani doktor w drodze powrotnej do swojego gabinetu, wyczytała z karty (usta jej zachlupotały przy tym, jakby przelewała się w nich wpompowana zawartość) nazwisko bardzo ciężarnej pani, która na to wezwanie dźwignęła swoją opadniętą szczękę z kolan, a następnie swoją ciążę i posłusznie za lekarką podreptała. A ja nie mogąc oderwać oczu od ust pani doktor, odprowadziłem je do drzwi gabinetu. A nawet jeszcze dalej. Po czym uświadomiłem sobie, że dopiero jak zniknęła z pola mojego widzenia, zacząłem ponownie oddychać. Nie tylko ja zresztą, bo siedzący obok mnie (bardzo przystojny) czterdziestoparolatek sprawiał wrażenie jeszcze bardziej ode mnie wstrząśniętego. To, co ta kobieta sobie zrobiła, to samogwałt na własnym wizerunku. Wizerunkowy samobój znaczy. Zgroza!
Przeczytałem dzisiaj gdzieś w necie: „Ja nie jestem gejem. Ja jestem waginosceptykiem”. Urzekło mnie to zdanie, szczególnie w kontekście mojej wczorajszej wizyty w przychodni. Pomyślałem sobie bowiem, że zgroza, której widokiem zostałem wczoraj porażony, może urwać poślady tudzież inne przydatki i nawet z waginoentuzjasty uczynić waginosceptyka, jeśli okaże się niewystarczająco  na takie traumy odporny…