czwartek, 23 lipca 2015

Rozszczepienie i zagięcie

Idąc do sklepu minąłem Eduardo. Z autopsji już od dawna wiem, że nie można ot tak sobie minąć go bez żadnych konsekwencji. A już na pewno nie Eduardo w stanie wskazującym na spożycie, albowiem alkohol ma na niego wpływ niebywale towarzysko stymulujący. Ku mojej niekłamanej radości Eduardo tym razem nie zaszczycił mnie swoją uwagą. Tego zaszczytu dostąpiła jedna z pań, podobnie jak ja podążająca do sklepu. Kilkakrotnie wspominałem tu na blogu o Eduardo jako ikonie chamstwa, jednakże krótka, ale jakże błyskotliwa scenka rodzajowa, którą zostałem przypadkowo uraczony, uświadomiła mi, jak bardzo go nie doceniałem.
- Cześć ciotka. Gdzie idziesz?
- Do sklepu.
- Po co?
- Po jajka.
- Tu są jajka - rzucił Eduardo dowcipnie, z gracją łapiąc się za krocze. W tym samym momencie coś mruknęło, załopotało i zafurkotało. Usłyszałem to ja, owa pani idąca do sklepu po jajka i usłyszał też Eduardo, który puścił swoje imponderabilia, myśląc najprawdopodobniej, że owa wysublimowana pantomima zaowocowała dodatkową atrakcją w postaci bąka. Niestety nie było to nic tak trywialnego. Eduardo bowiem sprawił, że jakiś przypadkowy, unoszący się w pobliżu atom tlenu rozszczepił się i spadając zepsuty na ziemię trącił czasoprzestrzeń, która na chwilę się zagięła, smętnie załopotała i z furkotem odgięła z powrotem. Tak mnie to przeraziło, że część mojego wnętrza - ta z uczuciami wyższymi i poczuciem estetyki - wyrwała się ze mnie i czmychnęła ukryć się w domu. Jak błędny podążyłem do sklepu i wróciłem do domu, gdzie odnalazłem ją trzęsącą się i chowającą za krzesłem. Wiedziałem, że w lekkiej, eleganckiej i niebanalnej salonowej rozmowie Eduardo jest mistrzem! Wiedziałem też, że mógłby językiem rozłupywać kamienie, jednak odkrycie, że konglomerat czarownego języka Eduardo z jego wdzięcznymi gestami ma moc rozszczepiania atomu i zaginania czasoprzestrzeni, wstrząsnęło mną do głębi! Całe szczęście nie jest i nie będzie świadomy swoich unikalnych zdolności, bowiem nauką się brzydzi, wiedzą gardzi, a autorefleksji nigdy nie doświadczył. Mój język jest zbyt ubogi, żeby adekwatnie opisać to, czego byłem przypadkowym i mimowolnym świadkiem. To już nie było chamstwo w czystej postaci. To było chamstwo rozbudowane skrajnie wyrafinowanym prostactwem, prymitywizmem i obstrukcją umysłową. To wznosząca się na wyżyny sztuki, zdolna zagiąć czasoprzestrzeń, najwyższa, najbardziej wysublimowana i najdoskonalsza forma rozwoju chamstwa! To eduardyzm, w obliczu którego każde stworzenie – nawet ameba, a co dopiero człowiek! – staje osłupiałe i bezradne. Kiedyś naukowcy eduardyzmzbadają i opiszą, a jak to się stanie, Eduardo, jako prekursor zjawiska, zyska zasłużone miejsce w intelektualnej stratosferze - panteonie sław, które wniosły swój wkład w rozwój ludzkości. Przyjdzie wtedy czas, że wpisując w Google słowo cham, najpierw zostanie się porażonym hologramem tonącego w aureoli własnego samozadowolenia Eduardo, a dopiero potem definicją słowa, bogato zilustrowaną obszernymi cytatami jego wypowiedzi. Wielką dziejową niesprawiedliwością i stratą jest fakt, że świat Eduardo dotąd nie poznał, choć jego walory predestynują go do brylowania na salonach i w mediach, jest bowiem wymarzonym wręcz bohaterem dla reality show. Po pierwszym zdaniu, które spłynęłoby kaskadą z jego ust, stałby się medialnym objawieniem i megacelebrytą! W godzinach emisji owego reality show, miasta i wsie z powodu wyludnionych ulic sprawiałyby upiorne wrażenie wymarłych i tylko sine błyski w oknach mieszkań i domów zdradzałyby obecność życia, hipnotycznie wpatrzonego w telewizory. Narodziłaby się nowa epoka medialna - epoka eduardiańska.

niedziela, 19 lipca 2015

O wywczasie w górach. Powrót suki.

Po dwóch dniach łajdaczenia się Sonia powróciła do domu. Głód ją przygnał, bowiem największą namiętnością jej psiego żywota wcale nie jest - wbrew pozorom - zaspokajanie chuci, a oskomy. Sonia kocha jeść - zawsze, wszędzie, wszystko i w każdej ilości. Dobrze wiedziała, że po niedzielnym obiedzie zostaną pozostałości po pieczonym kurczaku, za którymi wprost przepada. Z wielką ochotą pomaga pozbyć się pozostałości po wszelkich kulinarnych działaniach również sąsiedztwu, bo jest wszystkożerna, a przynajmniej w kronice jej psiego żywota nie odnotowano, żeby kiedykolwiek pogardziła jakąkolwiek strawą. Nie jada jedynie drewna, szkła, metalu i plastiku. Ziemię i owszem zdarza się jej połknąć wraz ze znalezionymi różnymi smakowitymi rarytasami. Sonia to klasyczny szperacz podłogowy, przed którym nie ukryje się żadna, najmniejsza nawet okruszynka zdatna, bądź nie, do spożycia. A więc, jak już wspomniałem, Sonia do domu wróciła. Wieszałem na balkonie ręcznik i widziałem jej powrót. Leciała szlajać się z pompą, w towarzystwie bandy rozjazgotanych kundlów, wracała już nie tak szumnie, sama, ale zadowolona.
- O proszę, suka marnotrawna wraca - powiedziałem oparłszy się o balustradę. - Sonia i jak było na wczasach? Wyszalałaś się? - zawołałem. Sonia spojrzała, zamajtnęła dwa razy ogonem na znak, że słyszała, ale nie wdając się ze mną w dyskusję, przemknęła radosnym truchtem do furtki swojej rezydencji, sprawdziła łapą, czy jest otwarta, a że okazała się zamknięta, szczeknęła informując domowników o tym, że wróciła i oczekuje na wpuszczenie do domu. Poczekała chwilę, a że reakcji nie było, szczeknęła ponownie. Drzwi się otworzyły i ukazała się w nich sąsiadka. Sonia prewencyjnie zrobiła minę skruszoną, skuliła się i podwinęła ogon pod siebie.
- Gdzieś ty się szlajała, ty włóko, co?! - powiedziała sąsiadka otwierając furtkę. - Do domu ty cholero!
Sonia z podkulonym ogonem przyśpieszyła kroku i pomknęła do domu… 

piątek, 17 lipca 2015

O wywczasie w górach. Suka na gigancie.

Wywczasowywuję się, wypoczywam, leniuchuję i ładuję się. Jest pięknie, spokojnie i cicho. Zazwyczaj. Teoretycznie mógłbym spać do południa, ale praktycznie budzę się około 7 rano, bo zaprogramowany wstawaniem do pracy o tej porze wewnętrzny budzik, ignorując fakt, że jestem na urlopie, budzi mnie, cholera jeden. Dzisiaj jednak, dla odmiany, zostałem obudzony w sposób arcyniemiły przez gorszące ekscesy natury obyczajowej! Otóż suka sąsiada, pomimo wieku zdecydowanie klimakterycznego, ma cieczkę. Z tego powodu jest przez sąsiadów skrupulatnie pilnowana i pod nadzorem wypuszczana (dom jest ogrodzony, a furtka zamknięta) tylko na chwilę dla niezbędnego przykucnięcia, poczym natychmiast zamykana z powrotem w domu. Pomimo podjętych przez sąsiadów środków ostrożności w postaci aresztu domowego, wieść o chutliwości suki rozniosła się po okolicy i tłum psów wszelkiej maści, wielkości i urody w nadziei na rozpustę wytrwale patroluje ogrodzenie wokół domu sąsiada. Dzisiaj tuż przed 6 rano sąsiadka wypuściła sukę, żeby załatwiła swoje interesa… I załatwiła, a jakże. Jednym susem przeskoczyła przez niedomkniętą furtkę i wpadła w grupę koczujących pod jej rezydencją psów, wybrała kundla o wyjątkowym braku urody i puściła się z nim bezwstydnie na oczach swojej pani i innych psów! „Sonia, kurrrrrrrrwa!” – długim, pełnym pasji, wibrującym r sąsiadka dała upust swojej wściekłości i coś tam jeszcze dodała, ale została zagłuszona przez jazgot podniesiony przez pozostałe psy zazdrośnie kibicujące tej wyuzdanej rozpuście. Ja rozumiem, że Sonię sparło w dołku, jak Jagnę w Chłopach i musiała dać upust chuci, ale żeby tak ostentacyjnie na oczach wszystkich?! I na dodatek pognała gdzieś szlajać się dalej, a za nią ta cała rozjazgotana chmara psów. Choć suka na gigancie oznacza brak koczujących w sąsiedztwie rozamorowanych psów - co jest jedynym w tej skandalicznej historii pozytywem - to nie zmienia faktu, że suczysko nie szanuje się, oj nie szanuje.

poniedziałek, 13 lipca 2015

O wywczasie w górach. Precedens.

Stała się wczoraj rzecz niebywała! Rewolucja i niebezpieczny precedens! Pani Zosia usiadła w kościele po lewej, męskiej stronie nawy! Gwałcąc uświęcony lokalny zwyczaj* nakazujący kobietom i mężczyznom siadać w kościele oddzielnie – kobietom po prawej, a mężczyznom po lewej stronie nawy. Zwyczaj mający dla pokolenia pani Zosi fundamentalne znaczenie dla lokalnej moralności i przystojności. No bo kto to widział, żeby baby z chłopami mieszali się w kościelnych ławkach?! Toż od czegoś takiego już tylko krok do gender! Czekam na reakcję mediów oraz episkopatu, bo tak doniosłe wydarzenie z pewnością nie pozostanie bez echa…
_________________________________

*zwyczaj egzystujący od czasów Noego aż do pokolenia pani Zosi, bo późniejsze pokolenia już się tym objawem lokalnej moralności nie przejmowały

wtorek, 7 lipca 2015

Dyptyk

Dotyk… Drżenie… Urywane oddechy… Przeciągłe westchnienia… Powietrze wibrujące zapachem rozgrzanych nagich ciał… Gwałtowne bicie serca i krew dziko pulsująca w tętnicach… Miłość… Namiętność… Jednia… Nieziemska ekstaza…

Leżąc naprzeciwko i gładząc jego policzek dłonią, chłonąłem jego zapach zmieszany z aromatem żelu pod prysznic i chłodną miętą pasty do zębów. Nasze oczy błyszczały, a twarze rozpromieniał lekki uśmiech. Przesunąłem miękko palcem wzdłuż nabrzmiałej żyłki na jego skroni, musnąłem skórę na policzku i zatrzymałem się przy kąciku jego pięknych, pełnych ust. Delikatnie przesunąłem opuszkiem po jego dolnej wardze. Rozchylił usta, odsłaniając rząd białych zębów. Zsunąłem palec niżej na rozkoszny dołeczek w brodzie.
- Pyszczku… - szepnął, ale szybkim ruchem przycisnąłem palec do jego ust, nie pozwalając mu mówić dalej. Podążając ponownie palcem ku brodzie pociągnąłem w dół jego dolną wargę. Przesuwając palec niżej uwolniłem ją - z lekkim mlaśnięciem spotkała się z górną wargą.
- Kocham cię – szepnąłem.

poniedziałek, 6 lipca 2015

sobota, 4 lipca 2015

O wywczasie w górach. Rocznica - post antydatowany.

I tak oto niepostrzeżenie minął rok mojego niepalenia. Uświadomiłem to sobie dzisiaj (8 lipca) i uznałem, że to wydarzenie wymaga wzmianki. Nie chcąc jednak zakłócać tym drobiazgiem chronologicznego następstwa postów, wzmiankę niniejszą antydatuję. Nie palę rok. Nie ciągnie mnie do papierosów, nie myślę o paleniu i nie odczuwam braku. Jestem z siebie naprawdę dumny. Tylko ktoś, kto palił zrozumie, jak bardzo.  

piątek, 3 lipca 2015

O wywczasie w górach. Skansen.

Urlopowych eventów ciąg dalszy. Jest cudownie. Wczoraj odwiedziliśmy jeden z największych (20 ha) i najpiękniej położonych skansenów w Polsce – Sądecki Park Etnograficzny i Miasteczko Galicyjskie w Nowym Sączu. Szczerze rekomenduję, bo skansen położony jest naprawdę bajkowo – wygląda zupełnie jak opuszczona przez mieszkańców wieś.  Artur, mieszczuch, był tym miejscem zachwycony. 

środa, 1 lipca 2015

O wywczasie w górach. Odpoczynek i relaks.

Odpoczywam i relaksuję się. Jestem wyluzowany i pogodny. Włóczę się po górach codziennie przemaszerowując od 12 do 15 km. To są spokojne wędrówki, a nie forsowne marsze. Zachwycam się widokami, górskim wiaterkiem owiewającym moją twarz cudownym, świeżym, trawiasto-ziemisto-leśnym zapachem, najpiękniejszym jaki znam. Odstresowuję się. Żywimy się wszyscy dietetycznie – Mama z powodu cukrzycy, Artur i ja dla wiotkości naszych talii. Wczoraj jedliśmy gotowane na parze brokuły oraz łososia.
- Nie wiedziałem, że brokuły gotowane na parze są takie wydymające – stwierdził Artur zostając nieco z tyłu.
- Jakie? – zapytałem rozbawiony.
- Wydymające.
- Brzmi dekadencko – parsknąłem śmiechem.
- Ty, Mały, ty się doigrasz, mówię ci – zaśmiał się Artur.
Wczoraj zrobiliśmy z Arturem jakieś 15 km górami. Artur nieprzywykły do takich dalekich pieszych wypraw, trochę marudził, że będzie miał zakwasy następnego dnia, ale chętnie maszerował. Tak mu się włóczęgostwo spodobało, że zerwał się dzisiaj około 7 rano (to śpioch zalegający w łóżku najchętniej do 11!) i poinformował, że zakwasów nie ma i jest gotowy na kolejną włóczęgę. Zerwał się tak wcześnie, bo stwierdził, że „szkoda dnia na zaleganie w łóżku”. Poruszyło mnie to jego wyznanie. Dziś dla odmiany zrobiliśmy sobie całodzienny wypad do Piwnicznej nad Poprad, pospacerowaliśmy, posiedzieliśmy nad rzeką i zapominając na chwilę o wiotkości naszych talii, zjedliśmy na piwniczańskim rynku najlepsze na świecie lody włoskie. Dzisiejszą dietę przez to szlag trafił, ale co tam – urlop przecież…