poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Wrocław

Miniony weekend spędziłem we Wrocławiu oddając się intensywnie zwiedzaniu i życiu towarzyskiemu. Było bardzo miło. H&D dzięki:-) Oczywiście nie obyło się bez przygód. W drodze do Wrocławia, siedzenia obok zajęła para osiemnasto-dziewiętnastolatków. Ona natychmiast, jak tylko ruszyliśmy, odpaliła jęzor i zaczęła nim mleć wypuszczając z ust kaskady słów bez znaczenia, byle tylko gadać. Robiła to z wielkim zaangażowaniem. Tokuje - pomyślałem i dyskretnie omiotłem ich spojrzeniem, przed którym nic się nie ukryje. Dziewczę okazało się zdecydowanie powyżej przeciętnej, ale niestety tylko wagowo, chłopię natomiast było wylaszczone i wymuskane tak, że włączył mi się gej radar i miałem ochotę powiedzieć dziewczęciu: kochanieńka daj sobie spokój, bo próżny twój trud! Chłopię odpowiadało krótkimi zdaniami w momentach, kiedy dziewoja robiła krótką pauzę, ale tylko po to, żeby się odpowietrzyć, bowiem jej wytrenowany łozór odpoczynku nie potrzebował. Po jakimś czasie, kiedy chłopię uznało najwidoczniej, że jego wytrzymałość na bombardowanie pustymi słowami się wyczerpała, udało, że drzemie, czym skutecznie zamknęło dziewoi usta, za co byłem mu ogromnie wdzięczny. Również droga powrotna nie obyła się bez dodatkowych atrakcji. Grupa chłopiąt dwudziestoparoletnich powracała z sobotniego wieczoru kawalerskiego. Wpadli w ostatnim momencie i zajęli ostatnie wolne miejsca, w tym jedno obok mnie, przy oknie. Choć rozstrzelili się po całym autobusie, kontynuowali imprezę dochlewając jakieś resztki wódki. Byli chwilami trochę głośni i prości, ale bez chamówy. Gość koło mnie nie pił co prawda, ale zionął kacem, a kacowe wyziewy to najobrzydliwsza obrzydliwość! Również z tego powodu nigdy nie miałem - i nie będę miał! - kaca. Szczęśliwie zdecydowawszy się na drzemkę oparł czoło o szybę i wyziewy skierował w dół na swoje uda i stopy.
Moi wrocławscy znajomi H&D zaopatrzyli mnie na drogę powrotną w szarlotkę (uwielbiam!). Dowiozłem ją do domu i schowałem w lodówce z myślą, że zjem ją rano na śniadanie do kawy. Do łóżka udałem się wcześnie, ale ta schowana szarlotka tak do mnie w wyobraźni chichotała zjedz mnie, że porwałem z lodówki jeden kawałek i uciekłem z nim do łóżka, gdzie go łapczywie pożarłem. Miałem ochotę zrobić to samo z drugim kawałkiem, ale myśl o porannej kawusi w towarzystwie szarlotki skutecznie mnie powstrzymała. Zaspokoiwszy szarlotkową oskomę pozwoliłem obłapić się Morfeuszowi…
Wracając do domu z pracy usłyszałem w radio, że we Wrocławiu ktoś wygrał mega kumulację 35 melonów w Lotto. Cholera jasna - pomyślałem - byłem w sobotę we Wrocławiu i gdybym się tam popuścił, może to ja bym wygrał...

Poniżej filmik (z YouTube) z tańcami fontannowymi pod Halą Stulecia i parę zdjęć (moich) z powrocławskich włók.
Ostrów, Piasek i Rynek:







Narodowe Forum Muzyki:



Ogród Japoński:








środa, 19 sierpnia 2015

Kraków

Odwiedziłem wczoraj Kraków i zafundowałem sobie, a przy okazji Michasiowi, który pełnił odpowiedzialną rolę kaowca i przewodnika, sześciogodzinny maraton zwiedzania. Wykończyłem nas obu kompletnie. Ale warto było. Nie będę pisał truizmów, bo każdy, kto widział krakowską starówkę i Kazimierz wie, że są przepiękne. Kościoły: Mariacki, franciszkanów, dominikanów, pijarów, bernardynów, jezuitów, prezentek, augustianów (św. Katarzyny Aleksandryjskiej) i kościół Bożego Ciała na Kazimierzu to architektoniczne perełki. Katedra wawelska zaskoczyła mnie swoimi niewielkimi rozmiarami - w królewskie koronacje, śluby i pogrzeby troszku musiało być ciasnawo. Niestety nie udało nam się zwiedzić krypt królewskich, ani wnętrz zamkowych, a to z powodu dzikich tłumów, które już przed południem wyczerpały limity konserwatorskie zwiedzających. To punkt, którego nie odhaczyłem i który pozostał do realizacji. Michaś zasugerował wizytę wczesną jesienią, kiedy tłumy już nie będą takie dzikie i zaoferował się na przewodnika. A przewodnikiem jest wybornym, o relaksacyjnym, zaraźliwym wręcz spokoju. Cały zabytkowy Kraków jest obłędny, ale dwa miejsca mnie olśniły. Wnętrze Kaplicy Zygmuntowskiej oraz dziedziniec arkadowy sprawiły, że oniemiałem z zachwytu. To doskonałości w czystej postaci, architektoniczne absoluty. Nie sposób opisać tego piękna i żadne zdjęcia go nie oddadzą, dając jedynie mgliste pojęcie o wyglądzie - trzeba stanąć tam, spojrzeć, pozwolić uwieść się temu pięknu i chłonąć je z zachwytem. Poniżej kilka fotek z pokrakowskich włók. Niestety nie są najlepszej jakości, bo zrobione smartfonem i lekko prześwietlone.
Rynek, widok na kościółek św. Wojciecha
Fasada bazyliki Św. Trójcy, dominikanów/ 
Fasada kościoła Św. Piotra i Pawła, jezuitów 
Prezbiterium kościoła Św. Piotra i Pawła
Kościół św. Andrzeja
Zamek królewski na Wawelu
Wawel, widok na katedrę i zamek
Katedra wawelska, widok na prezbiterium i ołtarz główny
Brama zamkowa
dziedziniec arkadowy
dziedziniec arkadowy, skrzydło zachodnie
prezbiterium kościoła bernardynów
kościół św. Katarzyny Aleksandryjskiej, augustianów
prezbiterium kościoła św. Katarzyny Aleksandryjskiej
Fasada kościoła Bożego Ciała
Nawa kościoła Bożego Ciała
kaplica w kościele Bożego Ciała
nawa główna bazyliki Św. Trójcy, dominikanów
kaplica MB Różańcowej przy bazylice Św. Trójcy, dominikanów
kopuła kaplicy MB Różańcowej przy bazylice Św. Trójcy, dominikanów

dzikie tłumy w Rynku
Kościół Mariacki
plac Szczepański
kościół św. Jana Chrzciciela, prezentek
nawa kościoła św. Jana Chrzciciela, prezentek
kościół pijarów
okolice Bramy Floriańskiej

sobota, 15 sierpnia 2015

Takie tam...

Trochę zaniedbałem ostatnio mojego bloga, ale cóż, te afrykańskie upały nie wpływają stymulująco na moją blogową wydajność wytwórczą. Zauważam, że te tropikalne okoliczności przyrody sprawiły, że praca zyskała nowy walor, a to za sprawą klimatyzacji. Walor na tyle atrakcyjny, że rozważałem nawet przekoczowanie w pracy do końca tych upałów, ale stwierdziłem, że - choć lubię swoją pracę - to byłaby przesada. Rozsmakowuję się więc pracą (klimatyzacją), napawam się nią i delektuję, doceniając jej walory, bo… w domu mam pierdylion stopni i to w cieniu. Próbowałem pracować nad tym, żeby było trochę mniej (pierdylion-1), ale to syzyfowy wysiłek, więc ograniczyłem się do pootwierania wszystkiego, co dało się otworzyć i wietrzenia. W desperacji próbowałem otworzyć nawet to, czego nie da się otworzyć, co z kolei zaowocowało głęboką refleksją psychologiczno-filozoficzną, którą można z powodzeniem streścić do odkrywczej tezy: czego nie da się otworzyć, otworzyć się nie da. Jest gorąco. Cholernie. Ale nie będę narzekał, bo strasznie lubię słońce, więc te upały traktuję jako pewnego rodzaju dobarwienie (czasem trochę męczące, to prawda) radości, jaką sprawia mi słoneczna pogoda. Choć muszę przyznać, że noce są ciężkie, bo w tym gorącu kiepsko śpię. Nie tylko z powodu temperatury, ale również z powodu skutków ubocznych otwartych okien. Moich i sąsiadów… Na przykład sąsiad mieszkający pode mną… Oceniając jego walory jako kochanka po efektach akustycznych, dałbym mu 4+. Dlaczego tyle? Ano dlatego, że wśród nadobfitości zaprezentowanych efektów wokalno-akustycznych brakło tylko arii Toski. A wiadomo, że bez arii Toski nie idzie pociś. A jak nie idzie pociś, to i celująco być nie może. Również fakt zmuszenia mnie do zamykania okna w sypialni na noc nie działa na jego korzyść, bo choć jestem za tym, żeby się ludziska kochali, to jednak niekoniecznie maratońsko i na pewno nie kosztem mojego snu, do którego jestem jednak przywiązany… 
Już od wtorku ma być chłodniej. I dobrze, bo we wtorek mam zaplanowane zwiedzanie Krakowa, a w weekend Wrocławia, z Michasiem i Halinką w roli kaowców. Cieszę się na te wyjazdy.  
***
Muszę zdementować pewną złośliwą plotkę, która ukazała się była niedawno na blogu, a której autor insynuował, jakobym przybrał w czasie urlopu. Otóż oświadczam, że ten brutalny, bezprecedensowy zamach na mój idealny wizerunek to podłe pomówienie i oszczerstwo! Dwa razy wlazłem na wagę, żeby rzetelnie sprawdzić! Nawet przykucnąłem, żeby mieć pewność, że dobre cyferki widzę. Nie przybrałem ani trochę! Inna sprawa, że również nie schudłem, ale nie o to tu chodzi. Ja nie rozumiem dlaczego ludzie takie rzeczy wypisują! Chyba z zazdrości, no bo z jakiego innego powodu?! Tu jest link do owego oszczerczego wpisu
***
Szarooki obwieścił jakiś czas temu na fejsie, że od 17 sierpnia zaczyna pracę w Paryżu. Doszły mnie jednak słuchy, że z przyczyn losowych jego wyjazd się przesunie. Oswoiłem tę jego emigrację i jest ok. Wprawdzie nie raduje mnie ona, ale też i nie smuci. Znaczy równowaga jakaś jest.
***
Ta piosenka usłyszana wczoraj w radio podczas jazdy na zakupy, chodziła za mną cały dzień i grała mi w głowie.
Dziwne, bo disco to zupełnie nie moja stylistyka i nie mój klimat. To wzniesienie się, czy stoczenie do ABBY?

Poszukując na YouTube teledysku do powyższej piosenki, trafiłem też na ten:
Wzruszyła mnie ta srebrna dubeltowa groza, którą pani w granatowym wdzianku założyła na swoje nogi. Ten podwójny horror na jej nogach w połączeniu z pumpami sprawia wrażenie - niezamierzone jak mniemam – jakby ta pani poruszała się na protezach. Daleki plan i dreptanie potęgują to wrażenie, dlatego sugeruję dooglądać do momentu przełączenia na daleki plan. Naprawdę warto. 

środa, 5 sierpnia 2015

Pourlopowe refleksje

- Fajne masz te buty, takie wściekle czerwone.
- Trekkingowe.
- Jakie?
- Do biegania.
- Aha. A biegasz?
- A wyglądam, jakbym biegał?
- No niestety nie.

Ten krótki dialog z Gimbazą lat 13, który sprawił, że spłakałem się ze śmiechu, bardzo adekwatnie obrazuje fakt, że mój ambitny plan odzyskania gibkości talii szlag trafił. Kiedy? A już na samym początku urlopu, ponieważ nie da się u Mamy gubić – można jedynie zyskiwać. Na wadze. Nie da się nie jeść tych wszystkich pyszności, które przygotowuje. Niejedzenie ich to byłby grzech ciężki przeciw łakomstwu. A urlop? Był cudowny. I za krótki. Bo z urlopem już tak jest, że nawet gdyby trwał trzy miesiące, to i tak byłby za krótki...

sobota, 1 sierpnia 2015

O wywczasie w górach. Na stoku.

Przeszedłem wczoraj kilkunastokilometrowy szlak, którego kulminacyjnym punktem było wejście na górę, z której jest najpiękniejszy widok na moje górskie miasteczko. Stanąłem na stoku i napawałem się widokiem. Pogoda była iście wrześniowa – było dość chłodno, a przez chmury przedzierało się słońce, efektownie rozświetlając gdzieniegdzie krajobraz świetlistymi plamami. Coś pięknego. Zupełnie jak wtedy - przypomniało mi się - kiedy siedząc w tym miejscu z Szarookim na kurtkach przeciwdeszczowych, kontemplowaliśmy ten olśniewający widok roztaczający się pod nami. Wiejący dość chłodny, wilgotny wiatr owiewając moją twarz przepięknym leśno-ziemistym zapachem, przypomniał mi też jego górski domek - powietrze tam pachniało bardzo podobnie - i jego siedzącego obok mnie na ławeczce przed domem, z rękami splecionymi za głową i nogami skrzyżowanymi w kostkach, patrzącego w dal rozmarzonym wzrokiem… Jakby to było wczoraj...
Już sierpień. Szarooki wrócił właśnie z urlopu, którego część spędził we Włoszech i jest aktualnie u rodziców. Pracę w Paryżu zaczyna 17 sierpnia, więc pewnie wkrótce tam poleci. Mimo, że oswoiłem się z tą jego emigracją, która lada dzień się dokona, gdzieś w tle dyskretnie przewija się jakaś maleńka kropelka żalu, nie zakłócając jednak mojej szczerej nadziei, że będzie mu tam dobrze i będzie szczęśliwy…