środa, 23 września 2015

Jesień

Jesień, anonsując się oficjalnie w mediach, przybyła i to w zupełnie letnim stylu. Jej przybycie nie jest dla mnie powodem do zmartwienia. Lubię wszystkie pory roku – jesień również. Chciałbym jakoś uczcić jej przybycie, ale… Nie mam weny do pisania. Mam w sobie mnóstwo słów, które aktualnie nie chcą układać się w opowieści. Są jakieś takie pojedyncze. Optymistycznie zakładam, że muszą się poprzymierzać do siebie, podopasowywać, zanim coś opowiedzą. Nie będę ich popędzał. Może długie jesienne zmierzchy, które wkrótce zagoszczą, okażą się inspirujące dla blogowytwórczości...
***
Dobre zmiany trwają. Melancholijne cienie rozwiały się w długich, słonecznych, radosnych letnich dniach. Już wkrótce jednak słońca będzie coraz mniej, coraz więcej zaś mroku, w którym łatwiej będzie im się ukryć, przyczaić, przypełznąć. Mam jednak nadzieję, że odzyskana równowaga okaże się stabilna. Spróbuję o to zadbać moim planem na jesień. Banalnym w swojej prostocie: zamierzam cieszyć się długimi jesiennymi zmierzchami, porannymi i wieczornymi chłodami, cudownymi kolorami. Nawet jesienną pluchą…
***
Bardzo lubię słowo zmierzch. Ma piękny granatowy kolor, rześki zapach i bardzo miłą, puchatą strukturę…

poniedziałek, 21 września 2015

sobota, 19 września 2015

Póki życia, póty nauki

Póki życia, póty nauki. Moja mająca już kilka lat kołdra zaczęła zbijać się w grudy, dając mi w ten sposób do zrozumienia, że przyszedł już jej czas i pora rozejrzeć się za nową. Wybrałem się więc do sklepu, gdzie zmacałem kilka kołder i wybrałem jedną, która konsystencją swojego wnętrza najbardziej mnie ujęła. Przytargałem ją do domu, założyłem na nią poszwę i ucieszyłem się, bo pasowała idealnie. A z czego tu się cieszyć, ktoś mógłby zapytać. Ano z tego, że dotąd nie pasowały, bo za szerokie były. To idealne dopasowanie wzbudziło moje podejrzenia. Jak to możliwe – pomyślałem - że dotąd poszwy na kołdrę były za duże, a teraz pasują? Uruchomiłem inteligencję bezwzględną i rozpocząłem czynności dedukcyjne. Zacząłem od tych niewymagających kosztownych technik laboratoryjnych, co wcale nie znaczy, że mniej wyrafinowanych. Przyłożyłem mianowicie starą kołdrę do nowej i… Złapałem trop! – pomyślałem, czując jak na moje nadobne lico wykwita dyskretny rumieniec podekscytowania. Kołdry nie były identyczne. Wzmogłem intelektualny wysiłek inspirując dalsze działania badawcze i dogrzebałem się do metki na nowej kołdrze, z której wyczytałem, że kołdra ma rozmiar 160x200 cm. Standard jakiego używam od lat. Spojrzałem na metkę na starej kołdrze i… doznałem olśnienia. Na metce stało jak byk: 140x200 cm. Zagadka rozwiązana. Przez kilka lat użytkowania tej kołdry, nieświadomy rzeczywistego jej rozmiaru, kupowałem poszwy 160x200 cm i psioczyłem przy każdej zmianie pościeli na producentów, że jakieś takie niewymiarowe te poszwy szyją i ludzi denerwują. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że to może być wina kołdry. Ale o tym nie powiem nikomu...

piątek, 18 września 2015

środa, 9 września 2015

O przybyciu jesieni i dubeltowym grzechu ciężkim

Jesień przylazła. Jest już. Mam na to dwa niezbite dowody:

1. Tryb mi się zmienił z ranny ptaszek na śpioch. Budzik drąc mordę o 7 rano zadaje mi gwałt wyrywając mnie brutalnie z głębokiego snu. Oszołomiony czynię heroiczny wysiłek, żeby otworzyć oczy, bo powieki nie chcą się unieść, co jest konieczne dla obudzenia oczu, bo za nimi podąży reszta ciała. Próbuję więc unieść powieki, co nie bardzo się udaje, bo są jak z ołowiu i nie chcą współpracować, mając na poranek inny, lepszy plan: dalsze spanie. Dobrze, że mocując się z nimi, jakimś nadludzkim wysiłkiem siadam, bo postawione przed faktem dokonanym unoszą się, budząc oczy i dając mi w ten sposób szansę na wygramolenie się z łóżka. Wstawanie to bohaterstwo. Szczęśliwie takie pobudkowe martyrologium potrwa jedynie kilka dni i się wyrówna, bo gdyby trwało całą jesień i zimę, mogłoby wykończyć psychicznie.

2. Tryb wiosenno-letniego niewinnego podjadania, objawiającego się łapaniem w przelocie i przegryzaniem jakichś drobiażdżków, zmienił się na tryb jesienno-zimowej żarłocznej oskomy, objawiający się pielgrzymowaniem do kuchni, łapaniem w pazury wszystkiego co jadalne i kompulsywnym pożeraniem. To też potrwa tylko kilka dni. I całe szczęście, bo gdyby potrwało dłużej… Strach pomyśleć. Moja koleżanka ze studiów mawiała, że jedni tyją w brzuch, inni w tyłek, a jeszcze inni w cycki. Niedawno przekonałem się, że z tych trzech opcji, ta pierwsza nie jest najgorsza…

***

Całkiem niedawno jeden z Blogerów, którego bardzo lubię czytać, napisał w komentarzu pod jednym z moich postów, że nigdy nie przekraczam cienkiej granicy między liryczną ironią, a cynicznym sarkazmem, czym pochlebił mi ogromnie. Zgadzam się z Nim, a nawet w pochlebnej autorefleksji pójdę dalej: prędzej język bym sobie odgryzł niż obmówił bliźniego. Jednak omówienie to co innego. Do rzeczy zatem. Spotkałem ową wspomnianą wyżej koleżankę ze studiów niedawno na mieście. Choć nie byliśmy jakimiś bliskimi przyjaciółmi, nawet jakoś szczególnie nie zakumplowaliśmy się, mieliśmy jednak dla siebie sporo sympatii. Po studiach kontakt się urwał, jednak Katowice to nie Nowy Jork i co jakiś czas wpadamy na siebie przypadkiem. Te nasze okazyjne spotkania zawsze są bardzo miłe. Ostatnio z Olą spotkaliśmy się na zakupach, a że upalne lato jeszcze było, włożyła przewiewną sukienkę i – to takie moje domniemanie, bo inaczej nie potrafię sobie tego wytłumaczyć – nie okiełznała swojego zawsze obfitego biustu pancerną uprzężą, ale poszła na żywioł i puściła go wolno... Bardzo wielki błąd, zwłaszcza w sytuacji, kiedy słowo biust jest nieadekwatnym eufemizmem na opisanie dźwiganego dubeltowego grzechu ciężkiego! Sorry za dosadność, ale w życiu takich cycków nie widziałem! Gdyby zamajtnęła jednym, sam pęd powietrza wybiłby wszystkie okna i zęby istotom żywym w promieniu 100 metrów. Gdyby zaś uruchomiła nieopatrznie oba, rozgruzowałaby połowę miasta, zabijając przy okazji wszystko co się rusza, z sobą włącznie. Ten jej gigantyczny biust na codzień ogarnięty uprzężą, nie robi takiego porażającego wrażenia, jak w tym zastanym wtedy przeze mnie stanie swobodnego rozchełstania i budzącej grozę chlupotliwości. A swoją drogą, ciekawe jak ona go porządkuje, żeby zmieścić w uprząż? Zwija i upycha? Biedna Ola. Nosić taki ciężar… Śląskie chopy lubią takie walory, lubią jak jedna waży tona, a druga niezważona. Nie zamierzam z nimi polemizować, bo... nie używam. Nie przyswoiłem śląskiej gwary i nawet nie próbuję przyswoić, bo uważam, że w ustach kogoś spoza, nieautochtona, brzmi nieprawdziwie, jednak wiem, co to cycyhalter. Zapamiętałem, bo jak usłyszałem to słowo pierwszy raz, przez tydzień tarzałem się po podłodze w amoku niepohamowanej wesołości. Biust mi nie straszny, bo żaden mi nic nie zrobił. Nie jestem nim zainteresowany, ani doń uprzedzony. Uważam jednak, że wynikającą z owej bizantyjskiej nadobfitości, arogancko chlupotliwą niesubordynację jego stanu przyrodzonego należy spacyfikować, poskromić i okiełznać maszynerią do tego przeznaczoną, żeby ludzi nie straszyć. W takim wypadku cycyhalter to kwestia nie tylko estetyki, ale również bezpieczeństwa. Publicznego.

piątek, 4 września 2015

wtorek, 1 września 2015

O odlocie i innych sprawinach

Szarooki odleciał tydzień temu do Paryża rozpocząć nowy rozdział swojego życia. I... Nic. Wybrałem się do parku, schodziłem wszystkie ulubione miejsca, posiedziałem na ulubionej ławeczce nad stawem i… Znowu nic. Ulubione miejsca już nie są nasze,  również ławeczka nasza już nie jest. Jest moja. Martyrologium się skończyło. Dożałowałem to, co było niedożałowane, dotęskniłem, co było niedotęsknione. Upchanie żałoby w kącie i przycupnięcie na niej, żeby się lepiej ugniotła sprawia, że znika z pola widzenia, ale nie z wnętrza, w którym trwa przyczajona, żeby znienacka któregoś dnia wyskoczyć jak wściekle rudy clown na sprężynie z pudełka w kratkę, waląc z dyńki prosto w splot słoneczny. Nie wiem, kiedy to się stało, bo tak jakoś bez mojego udziału, ale tlący się we mnie żal wypalił się i poczułem się wolny. To wspaniałe uczucie…
***
Mam pourlopowego lenia. Ciężka sprawa, ale pocieszam się myślą, że jak wlazł, tak i wylezie. Robota go przepędzi. Zabawne, że moje własne wrodzone lenistwo motywuje mnie czasem do tak efektywnego wysiłku, że potrafię w parę dni zrobić więcej niż niejeden w miesiąc, a to tylko po to, żeby wrócić do ulubionego stanu lenistwa. Myśl o tym, ile mógłbym osiągnąć, gdybym stale wykorzystywał tę moją efektowną efektywność, a nie tylko dla świętego spokoju, starannie odsuwam…
***
Lato rozdaje ostatnie upały, wypalając się w słońcu. Cieszę się i napawam, bo w tych ostatnich podrygach lata jest już zapowiedź jesieni. Poranki są cudownie rześkie, z rosą na szybach samochodu, wieczory też już nie tak ciepłe… Czuję w powietrzu przedjesień i na nią również się cieszę…