czwartek, 29 października 2015

Jesień

Drzewa umierają inaczej niż ludzie. Drzewa wyglądają tak, jak gdyby cieszyły się własną śmiercią. Wprawdzie potem będzie wiosna i one odkwitną znowu, ale ty wiesz, że nigdy nie można mieć pewności. No i skąd o tym mogą wiedzieć drzewa? Dla nich na pewno każda jesień jest ostatnia.

Halina Poświatowska (z książki Opowieść dla przyjaciela)*




















Uciekłem na chwilę w góry. Pogoda udała się na tyle, że mogłem powłóczyć się i porobić zdjęcia. Jesień w górach jest magiczna, arogancko wręcz olśniewająca...
_______________________________________
* cytat za Julią K

wtorek, 27 października 2015

Adele "Hello"

Chodzi dziś za mną ta piosenka:
Adele to niezwykła artystka, o wyjątkowej ekspresji, wrażliwości i absolutnie cudownym głosie. Jest najlepiej sprzedającą się wokalistką w Wielkiej Brytanii, mającą na swoim koncie dwie płyty: 19 (styczeń 2008) i 21 (styczeń 2011). W 2011 r. nagrała  piosenkę Skyfall do Bonda o tym samym tytule, za którą dostała Oscara i… zamilkła na całe 4 lata.  Ale oto zbliża się premiera jej nowej płyty (20 listopada), zatytułowanej 25. Moja poprzednia płyta dotyczyła rozpadu – wyjaśnia Adele - zaś gdybym miała nazwać ten album, byłaby to płyta o pogodzeniu się. Pogodzeniu się z samą sobą. Pogodzeniem się ze stratą czasu. Pogodzeniem się ze wszystkim, co zrobiłam i czego nie zrobiłam. 
Właśnie ukazała się premierowa piosenka promująca ten album, to właśnie Hello. Moim zdaniem to jedna z najlepszych piosenek Adele, dająca nadzieję, że pozostałe utwory z tego albumu mogą być równie dobre. Adele wraca z klasą, naprawdę w wielkim stylu. Czekam niecierpliwie na ten album. 

niedziela, 25 października 2015

Olśnienia

Uświadomiłem sobie przed momentem, że dzisiaj są urodziny Szarookiego i doznałem z tej okazji przelotnego ataku szarooczności: błysk tęsknoty rozświetlił moje wnętrze i rozpłynął się jak cień w szarej mojej dzisiejszej codzienności. Tak bardzo zwyczajnie, prozaicznie, nieromantycznie, spokojnie, cicho i bez martyrologii. Błysk krótki jak mgnienie oka i adekwatny do dzielącego nas czasu. Tylko czy tyle?

środa, 21 października 2015

Liebster

Zostałem nominowany do nagrody Liebster przez Erratę. Dziękuję, to bardzo miłe. Nagroda ta to rodzaj łańcuszka, w którym blogerzy nagrodzeni, nominują kolejnych blogerów w uznaniu za "dobrze wykonaną blogową robotę". Osoba wyróżniona odpowiada na zadane przez osobę nominującą pytania, a następnie również wyróżnia 11 blogów i zadaje swoje 11 pytań blogerom przez siebie nominowanym. Nie można nominować bloga, z którego otrzymało się wyróżnienie. Zatem do dzieła.

Errata dała czadu i zadała niełatwe pytania:

  1. Jak sadzisz, czy w resocjalizacji więźniów lepiej sprawdza się podejście restrykcyjne, czy też "liberalne"?
  2. Jaką rolę w Twoim życiu pełni muzyka. Bardziej jest inspiracją, czy też wyciszeniem?
  3. Czy ujmowanie życia w kategoriach estetyki jest "po linii" Bożej, czy szatańskiej raczej?
  4. Gdybyś miał w swojej gestii kilkanaście milionów na cele społeczne, jak byś je rozdysponował. Wiadomo, że wszystkim pomóc nie sposób. Czy w tej sytuacji rozdawałbyś przysłowiowe ryby, czy też raczej zainwestowałbyś w wędki.
  5. Czy zgadzasz się z powiedzeniem "wszystkie dzieci nasze są"? Jak widzisz to w praktyce, miedzy innymi również w kategoriach legislacyjnych.

Odpowiem na nie oczywiście i rozprawię się z nimi tak jak lubię – lapidarnie. Bo nie o pisanie elaboratów w tej zabawie chodzi.

Ad 1. Nie mam pojęcia, ale wydaje mi się, że niezłe efekty może dać podejście mieszane restrykcyjno-liberalne. W życiu metoda kija i marchewki zaskakująco często całkiem nieźle się sprawdza.

Ad 2. Jest dla mnie inspiracją, wyciszeniem, niezwykle istotną częścią mojego życia, bo towarzyszy mi przez cały dzień, w pracy i w domu. Słucham każdego rodzaju muzyki, najwięcej jednak klasycznej, w każdym jej przejawie – instrumentalnej, wokalnej, symfonicznej, kameralnej i operowej. Jest najdoskonalszym nośnikiem emocji i ma działanie terapeutyczne, bo wpływa na emocje, będąc jednocześnie ich odzwierciedleniem - szukamy wszak muzyki dostosowanej do nastroju. Ma niesamowitą zdolność ubarwiania i upiększania naszej rzeczywistości oraz jej opisywania. To banalne, ale nie wyobrażam sobie bez niej życia.

Ad 3. Po ludzkiej. I wynika z naturalnej potrzeby przeżywania równowagi, ładu, piękna i dobra.

Ad 4. Zainwestowałbym w przysłowiowe wędki, bo uważam, że taka pomoc jest najefektywniejsza.

Ad 5. „Wszystkie dzieci nasze są” - śpiewała lata temu Majka Jeżowska… Pod względem legislacyjnym piosenka ta jest objęta prawami autorskimi.

Czas na moje nominacje. W kolejności alfabetycznej.

And the Liebsters go to:

  1. Atlu
  2. Born this way
  3. Dziennik pustelni
  4. garść drobnych
  5. Micheangelo
  6. Mrówka dziwi się światu
  7. one day one tie
  8. Przeintelektualizowanie jako sposób na utrudnianie sobie życia
  9. silva rerum
  10. szepty w metrze
  11. Wyspa lemura

Uszczęśliwię nominowanych pytaniami zaledwie pięcioma, za to lekkimi i przyjemnymi do obróbki:

  1. Twoja ulubiona książka i dlaczego właśnie ta?
  2. Jakie jest Twoje najwcześniejsze wspomnienie z dzieciństwa?
  3. Kiedy ostatnio i z jakich powodów czułaś/eś się (choć przez chwilę) szczęśliwa/y?
  4. Pierwsza rzecz, którą robisz po wstaniu z łóżka?
  5. Masz możliwość poznania trzech postaci historycznych – jakie to postaci i dlaczego właśnie one?

    czwartek, 15 października 2015

    Spojrzenie w przeszłość

    Trzy lata temu o tej porze zostałem zawieziony na salę operacyjną. Na "żywca", bez sedacji. To była najbardziej traumatyczna podróż z wszystkich dotychczasowych. Nigdy wcześniej tak się nie bałem. W śluzie przed salą operacyjną przesiadłem się na inne łóżko na kółkach, a następnie na stół operacyjny. Zetknięcie nagiej skóry moich pleców i pośladków z niby skórą stołu operacyjnego nie było nieprzyjemne. Pielęgniarka anestezjologiczna, śliczna dziewczyna, poprosiła, żebym lewą rękę wyprostował na przygotowanej podpórce, wkłuła Venflon odwracając moją uwagę od czynności przygotowawczych opowiadaniem o swoim niedawnym powrocie z urlopu. Mówiła ze swadą, śmiejąc się. Na pewno widziała mój strach, choć trzymałem się dzielnie i z nią rozmawiałem. To wszystko trwało może pięć minut, choć mnie wydawało się, że miesiąc cały. Przyszedł anestezjolog w maseczce zakrywającej usta i nos, pochylił się nade mną, spojrzał oczyma równie błękitnymi jak moje i powiedział:
    - Zaintubuję pana tak, że po ekstubacji nic pan nie poczuje. Nawet pieczenia. Po wybudzeniu również nie będzie pan miał żadnych sensacji. Proszę się nie martwić. 
    - Doktorze tyle? – zapytała stojąca po lewej stronie mojej głowy pielęgniarka. Kątem oka zobaczyłem fiolkę, którą pokazała lekarzowi. Lekarz potwierdził i zaraz potem usłyszałem pyknięcie, charakterystyczny dźwięk odłamywania szklanego zamknięcia fiolki. Spojrzałem na lekarza i… film mi się urwał. 
    Nie pamiętam wybudzenia. Podobno budziłem się bardzo spokojnie, bez żadnych sensacji. Pierwszą dobę po operacji również pamiętam wyrywkowo, bo wlewano we mnie leki znieczulające, które mnie ogłupiały, ale były też cholernie skuteczne. Nic mnie nie bolało. Pamiętam tylko iniekcje ketonalu przez Venflon, bo mocno szczypało, pikanie monitora, do którego byłem podpięty i mankiet, który wypełniał się powietrzem regularnie co godzinę. No i kaczuszkę pamiętam, bo wlewali we mnie tyle płynów, że kilka razy korzystałem. Całą dobę spędziłem w takim dziwnym, nierzeczywistym półśnie. Rano dnia następnego pielęgniarka pomogła mi przyjąć pozycję siedzącą, co nie było proste, bo mój błędnik szalał i świat wokół mnie wirował (okropne uczucie), opasała mnie pasem przeciwprzepuklinowym i pomogła mi też założyć spodnie od piżamy, bo nie byłem w stanie się pochylić. Zostawiła mnie siedzącego na 20 minut, w trakcie których wirowanie minęło. Pomogła zejść z łóżka i poprowadziła do sali zmiany opatrunków. Przeszedłem drogę tam i z powrotem zgięty w pół, zataczając się i trzymając za brzuch, bo wydawało mi się przy każdym kroku, że coś ze mnie wypadnie. Tuż po powrocie na salę kichnąłem. Zobaczyłem gwiazdy. Całą galaktykę. Zrobiło mi się słabo, ale szybko minęło. Całe szczęście, że już leżałem.  Leżenie było ok, bo nic mnie nie bolało, natomiast poruszanie się było nieprzyjemne, ale ruszałem się, wstawałem, chodziłem do łazienki zgięty. Doszedłem też do wniosku, że nie podoba mi się w szpitalu ani trochę. Owszem, mógłbym (chyba) pracować, gdybym był lekarzem, ale bycie pacjentem nie podobało mi się do tego stopnia, że poinformowałem lekarkę, która mnie operowała, że na drugi dzień rano wracam do domu. Uśmiechnęła się tylko i spokojnie wyliczyła mi możliwe powikłania. Teoretycznie powinienem był zostać na oddziale pięć dni po operacji, ale lekarka zawarła ze mną umowę, że wypisze mnie czwartego dnia z samego rana. Tak też się stało. W czwartą dobę po operacji o godzinie 9, trzymając w ręku wypis, wyskoczyłem ze szpitala wszystkimi czterema łapami. Tak naprawdę wyczłapałem, trzymając się za idealnie płaski (ważyłem 70 kg!) brzuch.
    Operacja i pobyt w szpitalu były dla mnie taką traumą, że przez dwa lata średnio dwa, trzy razy w miesiącu miałem sen, w którym byłem wieziony na salę operacyjną i z którego budziłem się na siedząco, trzęsąc się z przerażenia. Zapytałem moją koleżankę psycholożkę, co to może oznaczać. Wyjaśniła mi, że moja głowa zapamiętała wydarzenie najbardziej traumatyczne, czyli jazdę na salę. Poradziła mi, żebym następnym razem, jak ten sen mnie nawiedzi, położył się i świadomie dośnił go do końca, aż do opuszczenia szpitala. Zrobiłem tak i ten sen mnie szczęśliwie opuścił. 

    niedziela, 11 października 2015

    Deja vu

    Wracając z kościoła do domu wstąpiłem do sklepu na rogu po jakiś drobiazg, którego zapomniałem kupić. Trafiłem na panią Krysię, która dryfując od lady do półek, jak statek pod pełnymi żaglami, bo taka drobniutka, obsłużyła mnie jak zawsze demonstrując swoją dezaprobatę w sposób dyskretny, acz sugestywny, miną królowej wyświadczającej wielką, absolutnie niezasłużoną łaskę. Pani Krysia bowiem profesjonalistką jest i zawodową klasę ma, więc w robocie nie okazuje swoich antypatii. Ostentacyjnie. A faktem niewątpliwym jest to, że cóś pani Krysi do mnie nie ciągnie. I to od pierwszego tygodnia, kiedy tu się wprowadziłem. Pani Krysia to ekspedientka, której apogeum handlowej kariery przypadło na lata osiemdziesiąte, kiedy pani sklepowa w hierarchii społecznej w naszym pięknym kraju stała zaraz za samym Panem Bogiem, bo również dystrybuowała dobra. Skażona latami osiemdziesiątymi krew wciąż w niej krąży, burząc się czasem resztkami jakiegoś żalu i pretensji za tamtym bajkowym czasem, kiedy czuła się boginią, od której fanaberii zależało zaopatrzenie maluczkich. Jednym skinieniem pilniczka do paznokci decydowała, kto paczkę kawy dostanie, a kto kawałek szynki konserwowej. Oczywiście spod lady. To były czasy! Straszne! Choć dla pani Krysi cudowne. Czasy, w których w jakiejś części wciąż tkwi zarówno mentalnie, jak i wizualnie. Rzekłbym nawet, że mogłaby być ich żywą ilustracją, bowiem platynowe swe włosy za pomocą swych czarownych rączek i hektolitrów lakieru stylizuje w dwudziestocentymetrowe naczapierzone coś, co w połowie lat osiemdziesiątych miało manifestować wyluzowany, artystyczny nieład i już wtedy było kontrowersyjne, a co dopiero dzisiaj. Owo osobliwe monstrum na jej głowie idealnie komponuje się z obłością jej kształtów. Dla pełnego obrazu dodać należy, że pani Krysia jest namiętną palaczką kompulsywną i papieros jest jej atrybutem na równi z białym, nylonowym fartuchem. A handlowcem jest doskonałym. Zwłaszcza w swoim własnym mniemaniu. Miałem z nią malutką awarię już w dzień naszego poznania się, bowiem wcisnęła mi 2 stare bułki i przeterminowany twarożek. Wypakowując zakupione dobroci pomacałem zapakowane przez nią w plastikowy woreczek owe bułki i uświadomiłem sobie, że gdybym nimi cisnął, mógłbym zwalić z nóg dwie osoby. Były twarde jak kamienie. Podejrzliwie spojrzałem na twarożek – dziwnym zbiegiem okoliczności metka z ceną naklejona była na datę przydatności do spożycia. Odkleiłem i okazało się, że ów minął dawno temu. Jak dawno, okazało się po otwarciu – z twarożku zrobił się serek pleśniowy. Szlag mnie nagły trafił i odbił się od pani Krysi rykoszetem, bo zebrałem te starocie i jej zwróciłem. Trzeba było widzieć to jej święte oburzenie: ręce wznoszone do nieba, zaklęcia, że świeżutki towar sprzedała. Narobiła jazgotu na najwyższych tonach zbulwersowania. Choć jęzor mam niewyparzony, powstrzymałem się i bardzo spokojnie odpowiedziałem pani Krysi, że prosiłem o twarożek, a nie ser pleśniowy i o dwie świeże bułki, a nie artefakty archeologiczne. Pani Krysia aż zaniemówiła z oburzenia, tak bardzo zbrukałem żyjącą wciąż w niej boginię handlu z lat osiemdziesiątych. Zdewastowałem, zohydziłem i oplwałem jej zawodową wiarygodność. A najbardziej chyba oburzyła się na te artefakty archeologiczne, bo nie wiedząc co to, uznała je prewencyjnie za obraźliwe i wzdęła podgardle. Jej dwie koleżanki, którymi pomiata i które bojąc się jej histerycznie, podlizują jej się, przyglądały się tej scenie wybałuszonymi oczyma, nie oddychając zupełnie, przerażone i zafascynowane jednocześnie, a ich twarze krzyczały niemo: Co teraz będzie?! Co teraz będzie?! Spodziewały się najwidoczniej jakiegoś trzęsienia ziemi, wypiętrzenia nowego górotworu, albo innego, równie efektownego kataklizmu, a przynajmniej tego, że pani Krysia odgryzie mi głowę i zagra nią w kręgle, ale ku ich rozczarowaniu nic takiego się nie stało. Pani Krysia pewnie by sobie pofolgowała i to jak! Ale z przykrością przypomniała sobie, że to już nie lata osiemdziesiąte i musi przynajmniej udawać, że nie jest niemiła. Zwęziła tylko oczy w malutkie szpareczki i zapakowała do plastikowego woreczka dwie świeżutkie bułeczki (ostentacyjnie sprawdziłem przy niej czy rzeczywiście świeże) oraz świeży twarożek (też rzuciłem okiem na datę ważności). Pani Krysia jest konsekwentna i zawsze jak mnie obsługuje – a obsługuje tylko wtedy, kiedy rzeczywiście musi – patrzy na mnie przyjaznym wzrokiem modliszki. Widocznie tamta zniewaga wciąż w niej żyje, burząc w niej krew zbezczeszczonej bogini. Ale obsługuje, a przecież mogłaby udać, że sklep zamknięty, albo przyjęcie towaru, lub też remanent. I świeżą natkę pietruszki odłoży jak poproszę...

    niedziela, 4 października 2015

    System

    Obejrzałem dziś film System (Child44), skuszony jego chwalebną aurą realizacji zakazanej przez Kreml. Dwór najjaśniejszego obraził się na ten film, z powodu zbyt mrocznego odmalowania świetlanych przecież czasów stalinowskiego terroru. Każde dzieło umieszczone przez Kreml na indeksie dzieł zakazanych, z marszu staje się na mojej liście pozycją obowiązkową do obejrzenia. To najlepsza rekomendacja, obnażająca przy okazji fakt, że pomimo ćwierćwiecznej rdzy, sowieckie mechanizmy mają się w Rosji całkiem dobrze. Tym razem jednak dwór zareagował mocno na wyrost, bo antyrosyjskich treści próżno w tym filmie szukać. 
    Wątek kryminalny, zainspirowany historią wampira z Rostowa, jest tylko pretekstem do próby ukazania atmosfery stalinowskiego terroru: mrocznej, dusznej, beznadziejnej, paranoicznie opresyjnej. Próby nie do końca udanej, z braku zasadniczej dominanty epoki stalinizmu: strachu. Bohaterowie filmu nie boją się, a przynajmniej ja ich strachu nie dostrzegłem. Demidov nie boi się (choć powinien!), bo system zna, jego żona nie boi się, bo ma męża, który system zna. Wszystko to jakieś takie plastikowe. Fabuła jest ciężka, lepka, momentami gęsta jak barszcz ukraiński. Całość sfilmowana ponuro, mgliście, ciemnawo, chwilami jakby z ręki, trzęsącą się kamerą, w konwencji reportażu na żywo. Zabieg ten, jak mniemam, miał na celu wywołanie u widza wrażenia wessania w fabułę. Miałką niestety i plączącą się w gąszczu zbyt wielu wątków, przeprowadzonych dość schematycznie. Cały film można zrecenzować jednym krótkim zdaniem: szału nie było, tyłka nie urwało. I nie pomogła świetna kreacja Toma Hardy’ego, który w jednowymiarową, papierową postać Leona Demidova tchnął życie, ani nie zaszkodziło aktorstwo Noomi Rapace, drętwe jak drewniany kołek. Agnieszka Grochowska w epizodycznej roli Niny Andreyevy wypadła dobrze, choć… krótko. To bardzo zdolna aktorka i gdyby reżyser obsadził ją w roli Demidovej zamiast Rapace, stworzyłaby - tak myślę - wyrazistą, wielowymiarową postać. Filmowi to by i tak nie pomogło, ale przynajmniej byłoby ciekawiej.  





    sobota, 3 października 2015

    Panaceum pani Zosi

    Stała się rzecz niebywała! Epokowa i rewolucyjna! Pani Zosia dała radę! Komu/czemu? Już opowiadam. Zanim jednak zacznę, tym, którzy nie mieli okazji poznać pani Zosi, sugeruję rzucić okiem na posty oflagowane tagiem Pani Zosia. Zapoznanie się z nimi może być – abstrahując już od samego obcowania z ich niewątpliwymi walorami artystyczno-rozrywkowymi (żarcik taki) -  istotne dla pełnego zrozumienia poniższej opowieści.

    Pani Zosia wybrała się jakiś czas temu do dużego ośrodka akademickiego na spotkanie z lekarzem laryngologiem. Nie udała się tam sama, córka ją zawiozła, ale to dla dalszej narracji szczegół nieistotny. Umówiła się z owym lekarzem w nadziei, że znajdzie on panaceum na jej dolegliwości. I nie zawiodła się. Znalazł. Co prawda nie do końca takie, jakiego pani Zosia oczekiwała, ale skuteczne, jak się okazało. Ów lekarz klinicysta –  tu wspomnieć należy, że lekarze klinicyści cieszą się u pani Zosi szczególnym poważaniem, jako ci najbieglejsi w sztuce, bowiem czerpiący z samego źródła medycznej wiedzy – po obejrzeniu skanów pani Zosi oraz jej samej stwierdził, że są idealne (skany), a pani Zosia zdrowa. Na jej nieśmiały protest odpowiedział sugestią wizyty u specjalisty w celu leczenia nerwicy. Choć słowo sugestia nie jest tu odpowiednie, bowiem lekarz ów powiedział jej to nie siląc się na eufemizmy. Wspomógł się nawet lewą kończyną górną, którą wskazał na swoją głowę, żeby pani Zosia nie miała wątpliwości, o lekarzu jakiej specjalności mówił. Podobne apele kierowane przez bezradnego lekarza rodzinnego, cyklicznie przez nią nachodzonego i dręczonego puszczała mimo uszu, choć – jak się w konsekwencji okazało - jakoś ją z samą ideą oswoiły. Walczyła z sobą miesiąc cały, ale przemogła się i zadzwoniła do przychodni, żeby zapisać się do psychiatry. Kiedy przyszedł termin, kazała wieźć się do przychodni córce, której powiedziała, że ma wizytę u ortopedy. O wizycie u psychiatry pani Zosia nie przyznała się nikomu, nawet własnym dzieciom. To najgłębiej skrywana tajemnica, o której nie wie nikt. Absolutnie nikt! Nawet CIA nie wie, ani MI6! Nikt! Jedynie pani Zosia i Matka Boska. No i moja Mama, która została przez panią Zosię wciągnięta w tę konspirę, bo wsparcia psychicznego i potwierdzenia słuszności swojej decyzji o zapoznaniu się z tym specjalistą pani Zosia jednak potrzebowała. Pielęgniarka w rejestracji oraz lekarz psychiatra się nie liczą, bo usta mają zakneblowane etyką zawodową. Wizyta zaowocowała trójpierścieniowym lekiem antydepresyjnym, który pani Zosia zaczęła łykać, choć na początku dość nieufnie. Trochę marudziła na działanie leku, bo lekko ją ogłupiał, szczególnie rano. Do tego jeszcze pozbycie się objawów nerwicowych w postaci dygotek oraz szczególnie przez panią Zosię ulubionych somatycznych bólów głowy - do których pani Zosia była jednak bardzo przywiązana, a które po leku przestały ją nawiedzać i cieszyć – rozbiło ją nieco i sprawiło, że poczuła się w tej nowej sytuacji lekko zagubiona. Zaczęła nawet przebąkiwać coś o odstawieniu leku. Przebąkiwanie zostało przez moją Mamę zdławione w samym zarodku, zanim dojrzało na tyle, żeby zmienić się w czyn i zostały, z moim udziałem, podjęte czynności zaradcze. Pani Zosia – to jej stały numer - potrzebowała opinii niezależnego eksperta, czyli innego lekarza. I taka opinię otrzymała. Tu mężem prawdziwie opatrznościowym okazał się Michaś (kochany Michaś), który za moim pośrednictwem takiej opinii udzielił. Pani Zosia uspokojona farmakoterapii poddała się dzielnie i stwierdziła, że jest innym człowiekiem, co oznaczało, że wyluzowała się i uspokoiła. Oczywiście siłą przyzwyczajenia ponarzekała na wizycie kontrolnej u psychiatry, ale tylko po to, żeby lekarz nie pomyślał sobie, że jakimś cudotwórcą jest albo co. Nie zrobiło to na nim zbyt wielkiego wrażenia, skoro zapisał pani Zosi trójpierścieniowy lek przeciwdepresyjny, działający niemal identycznie jak poprzedni, ale pod inną nazwą, czym panią Zosię uradował, bo poczuła się wysłuchana i rzetelnie leczona. A tak na serio, to szacun dla pani Zosi, za wzniesienie się ponad stereotypy i wynikające z nich lęki. Wielki szacun!

    czwartek, 1 października 2015

    O przemocy, brodzie, wyjechaniu i blogach

    Jestem ofiarą przemocy domowej. Moje własne łóżko znęca się nade mną. Psychicznie. Ostatnio bywa strasznie zaborcze i nie chce mnie z siebie wypuszczać. Kiedy muszę wstawać, kusi miękką podusią, otula ciepłą kołderką i śpiewa kołysanki, męcząc mnie perfidnie, dręcząc i próbując więzić! Dziwnym zbiegiem okoliczności robi to tylko wtedy, kiedy muszę się zebrać do pracy, bo w dni, kiedy mógłbym pospać długo, wypluwa mnie z siebie skoro świt. Świnia nie łóżko!
    ***
    Szarooki wyhodował brodę. Nie jakiś kilkudniowy zarost, jak to czasem onegdaj bywało, ale regularną brodę. Moje odczucia - choć bez znaczenia - są ambiwalentne. Nie powiem, ładnie wygląda, bo też ładnemu we wszystkim ładnie, ale... jakoś tak obco. Trochę zmizerniał po chorobie… 

    Ten przepiękny muzyczny temat z "Dawno temu w Ameryce" autorstwa Ennio Morricone kojarzy mi się - i zawsze będzie - z Szarookim. Nie tylko dlatego, że obraz ten był - i pewnie jest nadal - w absolutnej czołówce listy jego ulubionych filmów. Jest w tej muzyce coś, co sprawia, że wizualizuje mi się jego twarz. Temat Szarookiego:
    ***
    Brązowooki wyjechał. Nie będziemy się mijać niestety. Przynajmniej przez jakiś czas. Abstrahując od tego czy był osiągalny, czy też nie, miło było sobie popatrzeć na to jego niemal zawsze uśmiechnięte nadobne pysio... 

    Brązowooki także ma swój wizualizujący go w mojej wyobraźni muzyczny temat, a jakże. Tak się złożyło przypadkiem, że jego autorem również jest Ennio Morricone, a pochodzi z filmu "Misja". Film mi się nie podobał, bo nudny, ale muzyka za to doskonała. Temat Brązowookiego:
    ***
    Jałowość wytwórcza trwa...
    ***
    …u mnie. Bo inne blogi kipią od treści. Pod moimi ostatnimi postami pozostały ślady w postaci komentarzy Nicków dotąd mi nieznanych, a że ciekawski czasem bywam, przeprowadziłem wnikliwe śledztwo... Nie lubię się przechwalać, ale i tym razem moja inteligencja bezwzględna zadziałała piorunująco skutecznie. Kliknąłem mianowicie w te nicki i po nitce do kłębka, a raczej po nickach dotarłem do blogów. I jestem oczarowany. Oboma. Ich treściami, wyrazistością narracji, barwami i fakturami języków. Oba pisane są przepięknie. Listy i [inne] brewerie oraz Mrówka dziwi się światu. Klasa.