sobota, 28 listopada 2015

Prasówka

Mam poczucie zaliczenia lekkiej wtopy z Liebsterem, bo nominowałem, zupełnie nieświadomie, blog dziennikarza Grzegorza Sieczkowskiego One Day, one tie. To się pan Sieczkowski zdziwił… 
*** 
Mając trochę więcej czasu w ostatnich dniach poprzeglądałem sobie mojego bloga. Pisanie od zawsze pomagało mi porządkować głowę, będąc jednym ze sposobów wspierających znajdowanie równowagi pomiędzy czuciem a myśleniem. Spojrzenie po pewnym czasie z innej perspektywy na zastygłe w słowach emocje było dla mnie jednym z motorów inspirujących zmiany. Mój blog jest ilustracją takiej zmiany, dobrego progresu zaszłego w niewielkim wycinku mojej rzeczywistości. Z bloga mono- a w zasadzie duotematycznego, którego motywami przewodnimi byli Szarooki i Brązowooki, z czasem, w miarę pisania i porządkowania siebie, stał się blogiem ogólnym, rodzajem pamiętnika. Nawet mi się podoba. Fragmentami. Oczywiście ten blogowy ja, to nieco upiększona, eksportowa wersja.
*** 
Powinienem być właśnie w drodze do Wrocławia, gdzie miałem spędzić ten weekend. Niestety spędzę go w łóżku kurując się. Jakiś wirus mnie znowu rozłożył. Miałem jechać w towarzystwie, ale towarzystwo wyjazd zbojkotowało. Nie pierwszy już zresztą raz. Jeśli ktoś dla kogoś czasu nie ma, to znaczy, że mieć go nie chce…

wtorek, 24 listopada 2015

Śnieg

Śnieg zaczął padać po północy. I to rzeczywiście prawda,
że się najlepiej siedzi w kuchni, choćby to była nawet kuchnia samotności.
Jest tam ci ciepło, coś pitrasisz, pijesz wino
i patrzysz oknem w ciemność poufałą.
Po cóż się martwić, czy początek i koniec to jedynie punkty,
skoro życie nie bywa nigdy linią prostą?
Po cóż się trudzić patrzeniem w kalendarz
i suszyć sobie głowę, jaka stawka wchodzi jeszcze w grę?
Po cóż się przyznawać, że nie masz pieniędzy na pantofelki dla dziewczyny?
I po cóż zaraz się chełpić, że cierpisz bardziej niż inni?
Gdyby na ziemi nie było ciszy,
wyśniłby ją ten śnieg prószący.
Jesteś sam. Żadnych zbędnych gestów. Nic na pokaz.

Vladimir Holan Śnieg
(przeł. Leszek Engelking)

W nocy spadł śnieg. Moje miasto wygląda jak posypane cukrem pudrem. Jest pięknie. 

sobota, 21 listopada 2015

25

Nowy, długo oczekiwany album Adele ukazał się właśnie. Przesłuchałem go wczoraj podekscytowany i bardzo mi się spodobał. To Adele w swoim popowo-soulowym stylu, który uczynił ją mega gwiazdą. Dzisiejsze drugie przesłuchanie, już nie tak entuzjastyczne, ujawniło jednak pewne niedociągnięcia. Cała płyta, choć przerwana dwoma żywszymi, rytmicznymi utworami (Send my love i Water under the bridge) utrzymana jest w niemiłosiernie wyeksploatowanej stylistyce power ballad z lat 80., przez co wydaje się nieco zbyt jednostajna. Premierowa Hello zapowiadała powrót Adele w wielkim stylu i choć to wciąż ona ze swoim magicznym, charyzmatycznym głosem, to jednak płyta 25, choć dobra, sprawia wrażenie wtórnej. Podoba mi się, tak, ale oczekiwałem czegoś na miarę Rolling in the deep czy Set fire to the rain, a tego na tej płycie nie znalazłem. No może oprócz Hello, które rzeczywiście jest znakomite. Wydaje mi się, że nadszedł czas na zmianę, na otwarcie się na innych, niezależnych tekściarzy, bowiem odnoszę wrażenie, że to te bardzo osobiste, ckliwe, tęskne, melancholijnie retrospektywne, chwilami wręcz ekshibicjonistyczne teksty, których Adele jest autorką bądź współautorką, wymuszają jednostajną, martyrologiczną stylistykę, co - moim zdaniem - ewidentnie ją ogranicza. Jestem wielkim fanem głosu Adele, jej wyjątkowej muzycznej wrażliwości i niektórych jej piosenek (Skyfall, Someone like you, Rolling in the deep, Set fire to the rain, Hello), ale ta dominująca martyrologia zaczyna być nużąca. Marzę o diametralnie innej Adele. Młodej, pełnej życia, optymistycznie patrzącej w przyszłość. Chcę w jej cudownym głosie usłyszeć nowe alikwoty - jasne, radosne, wręcz figlarne. Chcę nowej Adele - adekwatnej do tych dwudziestu siedmiu lat, które sobie liczy. Afirmującej życie. 

niedziela, 15 listopada 2015

Paryż

To, co stało się w Paryżu jest straszne. To nie początek i obawiam się, nie koniec. To rzeczywistość, która budzi lęk. Rzeczywistość zapowiedziana przez liderów tzw. państwa islamskiego, a przewidziana wcześniej przez wybitną dziennikarkę Orianę Fallaci. Jej śmiałe tezy dotyczące stosunków między cywilizacjami zachodnią i muzułmańską, za które została przez niektóre środowiska okrzyknięta rasistką, okazały się prorocze i spełniają się na naszych oczach.
Po zamachach na WTC 11 września 2001 r. Fallaci w swoich artykułach publikowanych w najpoczytniejszej włoskiej gazecie Corriere della Sera oraz w swoich książkach Wściekłość i duma oraz Siła rozumu wyraziła opinie o zagrożeniach, jakie według niej niesie ze sobą islam, który uznawała za religię z natury swej wyjątkowo agresywną, niebezpieczną i reakcyjną, a dialog cywilizacji zachodu z islamem za niemożliwy. Czas wciąż weryfikuje jej śmiałe tezy, ukazał już jednak, że w części z nich nie pomyliła się. Europejska polityka wielokulturowości okazuje się mrzonką, ponieważ imigranci gardząc zachodnią cywilizacją nie chcą się asymilować. Polityczna poprawność elit nazywająca brutalną agresywność islamu innym wzorcem kulturowym również ponosi klęskę, islam bowiem nie jest pokojową religią*. Koran naucza, że niewiernych – a takim jest każdy, kto nie wyznaje islamu – należy nawracać. Mieczem, jeśli trzeba. Ów dżihad, który jest obowiązkiem każdego wyznawcy w Koranie i muzułmańskiej tradycji oznacza wszelkie starania podejmowane w imię szerzenia i umacniania islamu, zarówno poprzez walkę zbrojną, nawracanie niewiernych, pokojowe propagowanie islamu, jak i wewnętrzne zmagania wyznawcy. A na tych, którzy zginą szerząc islam czekają huryski w Dżannah (islamskim raju) i niekończąca się impreza. Kimże są owe huryski? To rajskie mega seksbomby, olśniewające piękności. To Marilyn Monroe, Brigitte Bardot, Sophia Loren, Kate Moss, Linda Evangelista, Halle Berry, Cate Blanchett, Liv Tyler i cała reszta najurodziwszych gwiazd filmowych oraz na dokładkę najgorętsze gwiazdy porno – wszystkie w kupę wzięte, zmiksowane i wstrząśnięte w celu uzyskania obrazu kobiety doskonałej, o urodzie i seksapilu zdolnym z waginosceptyka uczynić waginoentuzjastę, świętej grzesznicy, dziewiczej nimfomanki, mającej nad śmiertelniczkami jeszcze tę miażdżącą przewagę, że wiecznie młodej i mogącej odnawiać swoje dziewictwo ku uciesze tego, który oddał swe życie dla szerzenia islamu. Takich kobiet doskonałych będzie w Dżannah bez liku i co jedna to ładniejsza. A każdy z tych, którzy oddadzą swe życie dla szerzenia islamu, będzie miał na swój osobisty użytek owych hurysek siedemdziesiąt dwie. Będą ich głaskały po łonach fundując im niebiańskie orgazmy. Wizja owych niebiańskich orgazmów czynionych przez huryski zawstydzające swą urodą nawet najpiękniejsze filmowe gwiazdy - będące obiektem ich pożądliwego ślinienia się i mokrych snów, ale w przeciwieństwie do hurysek absolutnie poza ich zasięgiem – tak inspiruje niektórych dżihadystów, że stają się ekstremistami i wysadzając się w powietrze zabijają wielu przypadkowych ludzi. Islam nie jest pokojową religią i nie zmieni tego fałszowanie rzeczywistości przez media unikające mówienia o islamskim ekstremizmie, czy wręcz negujące jego istnienie, pomimo jawnego wsparcia udzielanego ekstremistom przez wielu islamskich liderów politycznych i religijnych. Warto zwrócić uwagę na to, że owi liderzy nie śpieszą się z potępieniem tego, co stało się wczoraj w Paryżu. 
Fanatyzm w istocie swej natury jest złem i nie ma dla niego usprawiedliwienia. Żadnego. Ani religijnego, ani ekonomicznego, ani jakiegokolwiek innego. Ktoś, kto nazywa lęk przed fanatyzmem nietolerancją i rasizmem jest w błędzie, bo fanatyzmu należy się bać. Zwłaszcza ideologicznego. Dwie hekatomby, które przetoczyły się przez Europę w XX wieku (wojny światowe) oraz pięćdziesiąt lat panoszenia się opresyjnego fanatycznego komunizmu na połowie kontynentu są tego najlepszym dowodem. W tym kontekście nieco dziwi miękkość i zachowawczość elit politycznych, ocierające się niemal o bezradność w konfrontacji z brutalnym dynamizmem islamskiej ideologii. Potworności wywołane ideologiami faszystowską i komunistyczną spowodowały, że Europa odideologizowała się, co w połączeniu z postępującą laicyzacją (nie mylić z laickością, która jest neutralna światopoglądowo) sprawiło, że idee i religie (zwłaszcza chrześcijaństwo, będące obok antyku jednym z fundamentów europejskiej kultury) postrzegać zaczęto protekcjonalnie jako nieszkodliwy folklor, który z przestrzeni publicznej należy usunąć i ograniczyć wyłącznie do przestrzeni prywatnej, a jeszcze lepiej intymnej. Był w tym do niedawna jakiś przedziwny dualizm, bo postawom dyskretnie antyjudaistycznym (bo przecież mogłyby zostać uznane za antysemityzm) i otwarcie antychrześcijańskim towarzyszyło kokieteryjne trzepotanie rzęsami w stronę islamu, jako – o ironio! – antytezy judaizmu i chrześcijaństwa. Owemu odideologizowaniu i laicyzacji towarzyszyło niczym nieuzasadnione przeświadczenie, że świat ma tak samo, że odideologizował się, a idee można rozmyć w procesie publicznego dialogu, rozmydlić czynnikami ekonomicznymi, a jeśli tego byłoby mało, strywializować i obśmiać, przeganiając do prywatnych alków. W tej rzeczywistości, w której europejskie idee ograniczają się wyłącznie do partykularyzmu, fakt, że istnieje inna rzeczywistość, budzi niedowierzanie. Błędem jest założenie, że odideologizowanie i laicyzacja to globalne zjawisko, bowiem duża część świata, ta muzułmańska, uważa dokładnie odwrotnie. Islam nie uznaje rozdziału życia na religijne i świeckie – wszystkie płaszczyzny życia muzułmanina reguluje szariat. Zwolennicy politycznego islamu wcale nie ukrywają, że ich ideałem jest ogólnoświatowe państwo islamskie, w którym prawa określą Koran i hadisy. I choć zapewniają o tolerancji wobec innych światopoglądów, to dla takowych przestrzeni w muzułmańskim państwie nie ma. 
Nowy Jork, Madryt, Londyn, Paryż… Co jeszcze musi się stać, żeby elity rządzące (politycy i media) przestali wreszcie opowiadać, że ci, co wbili się w wieżowce WTC, zdetonowali bomby w Madrycie, Londynie, Tunisie, Egipcie, wysadzili się w Paryżu, mieli problem ze zrozumieniem czegoś ze swojej religii. Nie mieli, bowiem dla nich idea miała wartość większą niż życie. Co jeszcze musi się stać, żeby zrozumieli, że poglądy politycznego islamu nie ulegną moderacji w ramach społeczeństwa demokratycznego, bo taki model społeczeństwa islam odrzuca.
Niedawna dyskusja o kryzysie migracyjnym w kontekście ostatnich wydarzeń nabiera nowego znaczenia, a sam kryzys budzi coraz większy niepokój, którego nie sposób zignorować. Uważam, że ofiarom terroru trzeba pomóc bez względu na ich światopogląd, ale należy zrobić to mądrze i przy zachowaniu maksymalnych środków ostrożności. Rozumiem też lęk dużej części społeczeństwa i częściowo go podzielam. Że co? Że nietolerancyjny jestem? Być może. Wolę jednak państwo, w którym mogę wyznawać swój własny światopogląd (lub zmienić go na inny, jeśli tak wybiorę), od państwa islamskiego, w którym światopogląd zostanie mi narzucony siłą.
___________________________________
* Zapłatą dla tych, którzy zwalczają Boga
i Jego Posłańca
i starają się szerzyć zepsucie na ziemi,
będzie tylko to,
iż będą oni zabici lub ukrzyżowani
albo też obetnie im się
rękę i nogę naprzemianległe,
albo też zostaną wypędzeni z kraju.
Oni doznają
hańby na tym świecie
i kary bolesnej w życiu ostatecznym.
(Koran 5:33 przekład J. Bielawskiego)

Co obejmuje owo pojęcie „szerzenie zepsucia”? Wszystko, co niezgodne z Koranem, tradycją muzułmańską i szariatem, a więc m.in. apostazję, głoszenie religii innych niż islam, cudzołóstwo, przyjmowanie zachodnich wartości, itd.

środa, 11 listopada 2015

Kolejny 11

Naród dziś świętował, odpoczywał, a nawet demonstrował wydzierając się na manifach, a ja tradycyjnie jak co roku, pracowałem. Niestety bez szwendającego się w tle Brązowookiego, co jest stratą dla tego dnia niepowetowaną, bowiem jego ponadprzeciętna dekoracyjność obchody tego święta wydatnie uatrakcyjniała. Wizualnie. Cóż, trudno. Życie toczy się dalej. Brązowooki doktoryzuje się zagranicą i wróci taki mądry, że ho ho. Co nie znaczy, że aktualnie mądry nie jest. Jest, jest.
A propos toczenia – wpadłem na mojego byłego niedoszłego absztyfikanta tocząc się do domu. To prehistoria sprzed dziesięciu laty. Spotykaliśmy się, nawet zaczynało się robić interesująco i ekscytująco, ale (jak to często bywa) skończyło się, zanim tak naprawdę się zaczęło. Trochę głupio to wpadnięcie na siebie wyglądało, bo nieco nas obu zaskoczyło. Uśmiechnąłem się do niego spontanicznie, ale on wyraźnie się spłoszył i… udał, że mnie nie poznaje. Muszę przyznać, że czterdziecha mu służy, bo bardzo wyprzystojniał od czasu, kiedy widziałem go ostatnio. Wygląda świetnie. Uporządkowałem twarz przeganiając z niej ten mój spontaniczny uśmiech i minęliśmy się, jak nie znający się, przypadkowi przechodnie…
Ptaszki zaćwierkały, że drugi doktoryzujący się mądrala, Szarooki, przybył do Ojczyzny na chwilę odwiedzić swoich rodzicieli. Ma wracać w sobotę, bo Paryż wzywa, Paryż czeka… Wiadomości o nim nie poruszają mnie już jak dawniej, nie wiem, jakie byłyby, gdybyśmy na siebie przypadkiem wpadli, ale z całą pewnością stanąłbym na wysokości zadania i nawet rzęsa by mi nie drgnęła (zaczęłyby mi drgać wszystkie, ale dopiero po, jak mniemam), tak trzymałbym fason. A co!
A z tymi doktoratami to wysyp jakiś. Brązowooki będzie dochtorem (taka potoczna wymowa funkcjonuje u mnie w górach u gawiedzi), Szarooki również. I Michaś, choć już jest, to chce być wydoktoryzowanym dochtorem. Artur, mój przyjaciel, poszedł nawet w tym dalej, bo otworzył habilitację i chce być dochtorem wyhabilitowanym. Niech się chłopcy doktoryzują, a nawet habilitują. Ja jestem już tak mądry, że nie muszę (żarcik taki). 
Kupiłem sobie niedawno śliczny czarny płaszczyk jesienno-zimowy, żeby móc godnie się prezentować przy garniturowych okazjach. Miałem go dzisiaj na sobie. Koleżanka z pracy powiedziała, że wyglądam w nim zajefajnie. Normalnie Brad Pitt. Dodała, że trzy lata temu, kiedy ważyłem 70 kg, wyglądałem bardziej, ale teraz też. Bardzo. Tyle, że trochę utyty. Oboje parsknęliśmy śmiechem. Muszę zgubić parę kilosów. Mówię to od dwóch miesięcy. Mówię i mówię, a ta durna waga jakby głucha była. Ani drgnie!  

poniedziałek, 9 listopada 2015

Takie tam

Tydzień jeszcze nawet niezbyt dokładnie się zaczął, a ja już mam dość. Mam za sobą bardzo ciężki dzień. Jutrzejszy będzie podobny. Następne aż do końca tygodnia również. Już dzisiaj odpokutowałem beztroski weekend w górach, a w następnych dniach odpokutuję wszystkie chwile beztroski i radości z całego przyszłego miesiąca. Do tego nie najlepiej się czuję, bo łazi po mnie jakiś wirus próbując mnie rozłożyć. Bronię się zębami, pazurami i ibuprofenem, bo nie mogę teraz się pochorować. Nie w tym tygodniu! 

poniedziałek, 2 listopada 2015

Zadumanie

W moim wielkim mieście nie spoczywa nikt, kto byłby mi bliski więzami krwi, miłości czy przyjaźni. Mam tu jednak swój rytuał zastępczy na ten dzień wspominania tych, którzy odeszli: odwiedzam plac Grunwaldzki w Katowicach i spacerując sobie nieśpiesznie po niemal pustym placu, wolny od kłębiącej się na cmentarzach ciżby ludzkiej, zamyślam się przed popiersiami genialnych aktorów Aleksandry Śląskiej, Zbigniewa Cybulskiego, Bogusława Kobieli, autora tak w dzieciństwie lubianych przeze mnie Tomków Alfreda Szklarskiego, kompozytora Mikołaja Henryka Góreckiego. Nawiedzam duchowo groby tych, którzy odeszli, a dzięki którym ja jestem, wspominam Kogoś kiedyś mi bliskiego, zmarłego tak młodo i spoczywającego tak bardzo daleko… W moim górskim grajdołku cmentarz położony jest na zboczu góry, wśród drzew. W listopadowe wieczory, mrugający niezliczonymi płomykami zniczy, wygląda niemal radośnie. Nawet ludzie odwiedzający tam groby swoich bliskich jacyś tacy ładniejsi się wydają. Zadumani, cisi, spokojni. Piękna jest ta nasza polska tradycja czczenia pamięci zmarłych płonącymi zniczami, chryzantemami, a nade wszystko pochylaniem się nad ich prochami w pełnej szacunku zadumie, tęsknocie i nadziei, że nie wszystek umrę*. 
_____________________________