czwartek, 24 grudnia 2015

Wesołych Świąt

Szanowni

W ten wyjątkowy świąteczny czas życzę Wam spokoju, radości i beztroski. Radujcie się, świętujcie, cieszcie bliskimi, odpoczywajcie i jedzcie pyszności. Bez wyrzutów. Odchudzać będziemy się po Nowym Roku. Wesołych Świąt!


wtorek, 22 grudnia 2015

Przedświątecznie

Okres przedświąteczny budzi w narodzie demony. Dzikie tłumy z obłędem zakupowym w oczach miotają się pomiędzy regałami, czyniąc wzmożone przygotowania do Świąt. A to wszystko z towarzyszącym w tle podkładem muzycznym w postaci kolęd porażających uszy i wdzierających się w głowy, przerywanych przez głos sterujący ruchem tłumu z wózkami. Wózki słuchają tego głosu i jak urzeczone podążają tam, gdzie je skieruje. Czary? Nie. Promocje ogłaszane na bieżąco. Wózki taranując wszystko na swej drodze pędzą jak stado owiec od regału do regału, od kosza do kosza, miotając się po hali, jak w jakimś szalonym kontredansie. Naród za promocjami wprost przepada i jest skłonny zakupić wiele różnych dóbr potrzebnych oraz zbędnych badziewi, byle w promocji. Dopiero wtedy, jak limity kart kredytowych, debetów, kredytów konsumpcyjnych, w ostateczności zaś chwilówek, zostaną wyczerpane, naród gwałtownie traci wrażliwość na komunikaty czarownego głosu ogłaszającego promocje, z oczu narodu znika zakupowy szał, a zastępuje go szał wyścigowy, bowiem naród bierze kurs na kasy i gna nie zważając na nic. Uwielbiam patrzeć na ten sprint do kas.  Starsi ludzie odkrywają w sobie wyczynowych biegaczy i gnają z wózkami, wpadając w zakręty z imponującą prędkością, gubiąc po drodze to i owo oraz co drobniejszą dziatwę. Tylko czerwone twarze i chrapliwy oddech świadczą o tym, jak wielkim wysiłkiem była dla nich ta gonitwa. Nic to jednak, bo to poczucie triumfu, jak uda się kogoś wyprzedzić, warte jest nawet stanu przedzawałowego. Chyba nie jestem do końca normalny, bo nie wpadam w te narodowe przedświąteczne zakupowe konwulsje, ale nie robię sobie z tego tytułu wyrzutów, bo obserwowanie narodu miotającego się w owym zakupowym szale i ścigającego się do kas to świetna przedświąteczna rozrywka. Zgrabnie klucząc pomiędzy rozpędzonymi wózkami minąłem gejątko shoppingujące (młodzi nie robią teraz zakupów jak inni ludzie – młodzi shoppingują) w towarzystwie koleżanki. Wychudzone było i tak rachityczne, że nie wiem skąd miało siłę, żeby popychać wyładowany po brzegi wózek. Pchało go jednak dzielnie, słaniając się z wysiłku na swoich długich, chudych jak patyki szkitkach, obleczonych w obcisłe rurki. Szczebiotało przy tym do koleżanki na nieznośnych ultradźwiękach i gięło się tak, że przy tej jego rozbuchanej kobiecości, nie tylko ta jego koleżanka, ale każda kobieta wydawałaby się męska...

***

Jadąc w góry zauważyłem nową świecką tradycję, która zaczyna się plenić na drogach: przydrożny ekshibicjonizm mikcyjny młodych mężczyzn. Minąłem kilku takich w drodze w góry. Rozczulił mnie zwłaszcza jeden, który na stacji, na której jest darmowa toaleta, zdecydował się przewietrzyć swoje imponderabilia, załatwiając przy okazji fizjologiczną potrzebę na oczach innych podróżnych. Bez najmniejszego skrępowania. Są jak widać młodzi faceci lubiący, jak chłodny zimowy wiaterek przewieje im to i owo, odświeżając i przeganiając przy okazji złe humory. Miałem ochotę opuścić szybę i powiedzieć mu, że nie ma się czym chwalić, bo widziałem okazalsze, ale nie zrobiłem tego, bo nie chciałem, żeby z wrażenia obsikał mi samochód. Sorry. Widok męskiego przyrodzenia nie szokuje mnie, rozumiem też sytuacje, że jest mus, bo wiadomo, że jak mus, to mus. Ale na stacji, gdzie jest darmowa toaleta? Naprawdę, są jakieś granice.

środa, 16 grudnia 2015

Pocałunek z kobrą

Miałem dziś firmowy opłatek, na którym pocałowałem się z kobrą i… żyję. Tak, tak. Można pocałować się z kobrą. Dziś się o tym przekonałem. Kobra podeszła do mnie z opłatkiem, złożyła mi życzenia, ja jej również, cmoknęła mnie w policzek i poszła. Myślałem, że zemdleję z wrażenia, ustałem jednak mężnie, nie okazując szoku. Żmija z niej jadowita i sucz rzadka, ale nawet ona dzisiaj nie kąsała i była rozkoszna. Czyli jak się chce, to można…

sobota, 12 grudnia 2015

Wyimek z "Dziennika roku chrystusowego" Jacka Dehnela

[…] Ile razy czytam dyskusje netowe o gejach, lesbijkach, związkach partnerskich, rozmowa toczy się o prawach, o miłości, o związku, o wzajemnej odpowiedzialności: a w to wchodzą prawi katolicy, którym ulewa się jakiś straszliwy, ordynarny rzyg analno - fekalny, gdzie wszystko wiąże się z odbytami, kutasami, chorobami wenerycznymi, a do tego z Bogiem, Pismem Świętym, z tymi "własnymi słowami Boga”, z których oczywiście wybierają sobie tylko te, które im pasują (innych zresztą nie znają; w tym kraju Biblię czytają tylko protestanci i ateiści). I ta nieskrywana zazdrość, udająca oburzenie, te pryszczate, brzydkie faceciki (widać przecież na zdjęciach fejsowych), które powołują się na jakieś dane, że statystyczny gej ma tylu a tylu partnerów w ciągu życia. A oni w tym seksualnym smutku, w tej ruderze erotycznej (bo przecież gdyby mieli udane życie seksualne, nie dostawaliby obsesji na tle cudzych odbytów), zakompleksieni, zupełnie nieobyci w sztuce miłosnej, co wychodzi między wersami aż nazbyt dobitnie. Smętni netowi onaniści. [...]
Ale przykład oczywiście idzie z góry, od tych najbardziej sfrustrowanych i zakłamanych najbardziej, czyli hierarchów, od tych wszystkich Paetzów, od biskupa, który młodym kochankom dawał w prezencie cenne ikony, od księży. [… ] Im bardziej mają za uszami, tym bardziej ogonem na mszę dzwonią, tym więcej mają do powiedzenia o nieczystości, tym bardziej się rozkoszują tymi słowami o deprawacji, o Sodomie.
O ile sympatyczniej u protestantów. Po pierwsze mają śluby i od razu schodzi im trochę napięcia z organizmu, po drugie doktryna inna. Purytanie, ci zacięci fanatycy, zmienili się w jeden z łagodniejszych kościołów pod słońcem; znajomy - jest ich pastorem w Stanach - opowiadał o rozmowie z radą parafialną, która go zatrudniała (bardzo to ważne: żadnych biskupów, a pastora wybierają sobie, jak u pierwszych chrześcijan, wierni, bo to wspólnota, a nie imperium): Wiemy, że jesteś gejem, wiemy, że z nikim nie jesteś związany, i jest dla nas całkowicie oczywiste, że będziesz szukał kogoś, z kim stworzysz związek. To, co robisz prywatnie, jest sprawą między tobą a Bogiem - ale mamy prośbę: jeśli sprowadzisz kogoś, kto zamieszka z tobą na plebanii, to chcemy, żebyście nam podali termin zaręczyn i termin ślubu. Żeby to już była poważna sprawa. Bo poprzedni pastor co trzy miesiące sprowadzał kolejną panią, a potem się z nią rozstawał i to było gorszące.
Kiedy ktoś poprosił go o udzielenie ślubu jednopłciowego, musiał wystarać się o zgodę parafii (cały ich kościół dopuszcza takie śluby, ale każda parafia decyduje we własnym gronie, czy chce, by u nich udzielono, czy nie). I starsze panie, po osiemdziesiątce, które zasiadają w radzie, zaczęły nieznacznie kręcić nosami, ale ni mówiły niczego wprost, więc je wprost zapytał. A one: Co do samych ślubów, to proszę bardzo, my nie mamy nic przeciwko. Tylko żeby nie było jakichś debat o seksie, bo my jesteśmy na to prostu za stare, my o seksie nie lubimy słuchać. Ale śluby? Bardzo proszę!
A tymczasem katolicy w Polsce o dupie i o dupie. O dupie w postaci in vitro, o dupie w postaci związków partnerskich, o dupie w postaci takiej i owakiej, wszystko z seksem, wszystko o seksie; mówią: "rodzina, rodzina, rodzina”, a słychać "ruchanie, ruchanie, ruchanie".
Jak brzmią te słynne słowa Jezusa o gejach i in vitro? Mam to na końcu języka. A, rzeczywiście, o in vitro i gejach jakoś nic nie mówił. A o faryzeuszach sporo.
__________________________________________
Jacek Dehnel "Dziennik roku chrystusowego" wydawnictwo W.A.B. 2015

wtorek, 8 grudnia 2015

Berek

Przeczytałem wreszcie powieść Marcina Szczygielskiego Berek. Moje wrażenia są, łagodnie rzecz ujmując, ambiwalentne. Z jednej strony bardzo dobre, zabawne, momentami błyskotliwe dialogi, z drugiej naturalistyczne, ocierające się o pornografię opisy seksu oraz prosta, przeprowadzona przewidywalnie, schematycznie i stereotypowo bajkowa intryga.
Mam wrażenie, że określenie tej książki powieścią jest trochę na wyrost, bo przypomina raczej sfabularyzowaną publicystykę, opartą o stereotypy. Mamy tu dwie narracje, obie w pierwszej osobie, w których dwie kluczowe postaci, w krótkich sekwencjach zwierzają się z najskrytszych myśli i najintymniejszych momentów życia. Postaci, dodam, tendencyjnie stereotypowe: Anna, zdewociała, dysząca nienawiścią do całego świata, ciemna moherowa katolka i Paweł, obsesyjnie myślący o seksie, nie potrafiący zbudować trwałej relacji, światły gej ateista. Mieszkają naprzeciwko siebie. Nabożna Anna nie toleruje homoseksualizmu Pawła, a Paweł nie toleruje nabożności Anny. Zaczynają się działania wojenne. A to psie szczęście ląduje na wycieraczce Anny, a to drzwi Pawła zostają pocięte scyzorykiem. A jak wojna, to i ofiary są. Paweł dowiaduje się, że złapał HIV, na skutek nieciężkiego prowadzenia się, a Anna spada ze schodów łamiąc biodro. Przywiezionej do domu i zostawionej samej sobie widmo głodu w oczy zagląda. I tu zjawia się Paweł, który ją ocala. Po trzykroć święty. A nawet po czterokroć, albowiem ten bezprecedensowy uczynek heroicznego miłosierdzia otwiera ciemną, zabetonowaną dotąd w katolickości moherową Annę na nowe horyzonty. Szczęśliwie pan Szczygielski oszczędził czytelnikowi na przykład odkrycia przez Annę, na skutek owego objawienia, ciągot homoseksualnych. Wszystko to płytkie, płaskie, dwuwymiarowe. To nie powieść – to manifa. Tendencyjna aż do absurdu. Nie lubię takich tendencyjnych i stereotypowych uproszczeń, bowiem tolerancja nie ogranicza się do światopoglądu, czy preferencji seksualnych.
Reasumując: Berek to twórczość agitacyjna, nie pozbawiona wartości rozrywkowych, jednak z poważnym deficytem walorów estetycznych.

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Wspomnienie napadowe

„Weź przełącz na coś innego, bo tych smętów słuchać się nie da.” - takimi słowy Adele została znieważona przez Maryśkę jak wracaliśmy z pracy. Już miałem się zatrzymać i wywalić ją z auta na środku drogi za zbezczeszczenie Rolling in the deep, ale słowo „smęty” kogoś mi przypomniało. On też nie lubił Adele. Nazywał jej piosenki „smętami” i jak leciała jakaś w radio, natychmiast przełączał na inną stację. Uśmiechnąłem się ciepło. Wspomnienie napadowe. Dobre, ciepłe, piękne i pogodne. Takie, jakie być powinno. Właśnie dzisiaj mija kolejny rok, kiedy widziałem go ostatnio. Przekornie to Adele zaśpiewa o tym, jak zarąbiście było, kiedy byliśmy młodzi. Wciąż jesteśmy, choć już trochę mniej...

sobota, 5 grudnia 2015

Liebster po raz drugi

Zostałem nominowany do LA po raz drugi przez 5000lib prowadzącą bloga Listy i [inne] brewerie. Dziękuję. LA to rodzaj łańcuszka, w którym blogerzy nagrodzeni, nominują kolejnych blogerów w uznaniu za "dobrze wykonaną blogową robotę". Osoba wyróżniona odpowiada na zadane przez osobę nominującą pytania, a następnie również wyróżnia 11 blogów i zadaje swoje 11 pytań blogerom przez siebie nominowanym. Nie można nominować bloga, z którego otrzymało się wyróżnienie. Potraktuję te zasady nieco wybiórczo. 
Lakoniczność mam we krwi, więc przebiegle kombinuję, który temat wybrać, żeby się nie utyrać. Wiem, wiem, ale ja kiepsko obrabiam tematy zadane. Na mojej maturze, jeszcze kiedy trzeba było naprawdę się wykazać, żeby w ogóle zdać (że o zdaniu na dobrą ocenę nawet nie wspomnę), po otwarciu koperty z tematami maturalnymi uznałem, że jedynym tematem, który mnie kręcił (czyt.: w którym mógłbym się satysfakcjonująco wykazać) była analiza wiersza. I nią się zająłem. Długo nie trwała, bo po nie całej godzinie miałem pracę gotową, więc pozbierałem szpargały, wziąłem kartki w garść i pomaszerowałem do szanownej Komisji Maturalnej oddać ją. Dyrektor nie chciał jej przyjąć, apelował, żebym się nie poddawał, żebym walczył, bo na pewno coś napiszę. Wciskał mi te kartki w dłoń i kierował z powrotem do ławki, nota bene pierwszej, bo takie miejsce wylosowałem. Sekundowała mu w tym moja profesorka od polskiego, która mruknęła do mnie tonem nie znoszącym sprzeciwu, że obedrze mnie własnoręcznie ze skóry, jeśli nie zdam tej matury i to koncertowo! „Ale ja już skończyłem” powiedziałem spokojnie, nieco zdziwiony ich protestami. Zapadło pełne konsternacji milczenie. Na moich plecach poczułem wzrok blisko sześćdziesięciu abiturientów, których znakomita większość pociła się nad cholernie trudnymi tematami niemiłosiernie ściemniając, czy jak się wtedy mówiło lejąc wodę. Ich oczy zogniskowały się na mojej szyi, przesunęły się jak laser wzdłuż mojego kręgosłupa aż do kości ogonowej i wykonały skok z powrotem na moją potylicę. Co za synchronizacja! Aż mi się włoski na karku zjeżyły. Przynajmniej kilkoro z tych nieszczęśników przeszywających mnie spojrzeniami życzyło mi połamania nóg, a może i czegoś jeszcze gorszego. Wcale nie było mi ich żal, bo ja odrobiłem lekcję i pragmatycznie, na wypadek, gdyby inne tematy mi nie podeszły (a tak właśnie się stało), zapamiętałem schemat analizy wiersza, traktując to jak koło ratunkowe. Przydało się. Ową ogólną konsternację przerwał dyrektor (świetny facet) ponownym apelem o niepoddawanie się i walkę. Ten jego motywacyjny monolog przerwała moja profesorka krótkim pytaniem: „Analiza?”. Odpowiedziałem, że tak. Odebrała moją pracę i natychmiast zaczęła ją czytać – widziałem to wychodząc. Wiedziała, że skoro wybrałem analizę, to na pewno dałem radę. Po co to piszę? Nie tylko po to, żeby łechtać swoją miłość własną. To przydługi wstępniak do odpowiedzi na pytanie Rola literatury dziecięcej w życiu jak najbardziej dorosłych osób. 
No więc z tą literaturą dziecięcą, a raczej młodzieżową, to było tak... Pamiętam przygody Tomka Wilmowskiego Alfreda Szklarskiego. Miałem w wyobraźni dokładny jego obraz, z najmniejszymi szczegółami. Nie pomnę jego opisu książkowego, natomiast moje wyobrażenie wciąż pamiętam: niesforne, ciemne, lekko wijące się włosy, brązowe oczy, malutki pieprzyk w kąciku ust, rozkoszne dołeczki w policzkach, kiedy się uśmiechał i śliczne zęby, z lekko cofniętą prawą górną dwójką. Podobał mi się – był taki nieustraszony i… seksowny. Chętnie potrzymałbym się z nim za ręce. Wtedy jakoś tak bardziej zdałem sobie sprawę, że cóś mnie do facetów ciągnie, a nie do babek. Miałem jakieś osiem lat. I tu ta rola literatury dziecięcej w życiu jak najbardziej dorosłej potem osoby się objawiła. W mojej wyobraźni zawsze tworzył się drobiazgowy obraz bohaterów książkowych. Stawali się oni żywymi osobami, budzącymi moje emocje, sympatie, antypatie. Przeczytałem całą serię powieści o Ani z Zielonego Wzgórza, którą dostałem od ciotki na mikołajki. Całkiem niedawno córka znajomych mierzyła się z tą powieścią. Lektura do szkoły. Jakoś niespecjalnie jej to szło, więc żeby ją zmotywować powiedziałem, że liczę na dyskusję o Ani jak przyjadę, bo doskonale tę powieść pamiętam. Motywacja skutek miała średni, bo po kilku rozdziałach książka została odłożona, jako niestrawna. Ciekawa natomiast była reakcja znajomego, który z niedowierzaniem zapytał, czy Anię naprawdę przeczytałem i pamiętam, czy to tylko taka ściema, bo on Anię owszem, przymusowo przeczytał, ale szybko tę traumę wyparł, bo straszna była, a moją pamięć o tej traumie książce uważa za ocierającą się o nieszkodliwy masochizm*. A mnie się podobała. Najbardziej Ania na uniwersytecie. Po przeczytaniu jej zdecydowałem, że pójdę na studia, choćby nie wiem co. Miałem już wtedy nawet plan na te studia – polonistykę. Studia zrealizowałem, choć inne. Leję wodę. Bo moja odpowiedź na zadany temat jest krótka. Rola literatury dziecięcej w moim dorosłym życiu ogranicza się li tylko do roli lektora. Nie wracam do dziecięcej literatury. I nie mam tu na myśli literatury targetowanej na konkretny wiek dziecięcy, ale również tę przeczytaną w dzieciństwie. Ot i cała tajemnica. A gadania przy tym było. Mojego.  

Moje nominacje posyłam do:


Temat liebsterowego posta absolutnie dowolny. W zasadzie wystarczy wzmianka przy okazji bieżącego.
_____________________________________________
* nie powiedział tak - to moja zamierzona nadinterpretacja