poniedziałek, 26 grudnia 2016

George Michael

Media poinformowały rano, że wczoraj odszedł George Michael. Wspaniały artysta, który popełnił jedną z moich ulubionych płyt „Listen without prejudice”. Piosenka „Freedom” i nakręcony do niej teledysk w 1991 roku były objawieniem. Cindy Crawford, Linda Evangelista, Christy Turlington, Naomi Campbell – top modelki i piękne kobiety o doskonałych figurach, a nie zasuszone, kościste strzygi straszące obecnie na wybiegach i zdjęciach. Do „Listen without prejudice” mam stosunek szczególny, bowiem towarzyszyła ona wielu ważnym momentom mojego życia. To moja muzyka terapeutyczna. Żałuję, że George Michael zaśpiewa mi już tylko z nagrań. Niech odpoczywa w pokoju.

sobota, 24 grudnia 2016

Święta


Takie prościutkie przemyślenie
na Święta w głowę mi się wwierca,
że każde Boże Narodzenie
to jest pytanie o kształt serca

Gdy złączy nas stajenka cicha,
czujemy jedną chwilkę małą,
że nasze serce jeszcze dycha,
że nie ze wszystkim nam stwardniało,

że został mały punkt, szczelina,
gdzie się choć jedna iskra złoci,
od której nagle się zaczyna
płomyk nadziei i dobroci.

Spójrz: znowu mamy po lat siedem,
w kolebce Panna Syna pieści,
w krąg jest inteligencka bieda,
ale stół biały wszystkich zmieści.

Jest przy nim nas gromadka liczna
i chociaż goło, lecz wesoło,
i Twoja Matka - jaka śliczna!-
ściska się z Tobą pod jemiołą.

Pamiętasz to? Poczułeś dreszcze?
To znaczy, że nie zginiesz w tłumie.
Wzruszyłeś się? Pożyjesz jeszcze
i sercem parę słów zrozumiesz,

bo jest w tym chyba jakaś racja,
że Święta w białych pól kobiercu
to jest magiczna operacja
czyniona na otwartym sercu.

Z tym sercem zawsze stara bida,
stwardniałe, zimne, ciężko chodzi,
więc taki zabieg mu się przyda
na Święta, gdy się Chrystus rodzi.

Nim się kłopotów zwali tyle,
co zawsze były, są i będą,
otwórz swe serce i na chwilę
spróbuj podleczyć je kolędą...

Wojciech Młynarski Wiersz na Boże Narodzenie

Spokojnych Świąt!

wtorek, 13 grudnia 2016

Rocznica stanu wojennego

Pamiętam stan wojenny jak przez mgłę. W zasadzie pojedyncze obrazy, bo cóż więcej mogło zapamiętać kilkuletnie dziecko. Pamiętam swoje rozczarowanie, kiedy w telewizji zamiast koguta w czołówce Teleranka ujrzałem przemawiającego Jaruzelskiego, mamę wychodzącą o 3 w nocy do kolejki do mięsnego, żeby kupić jakąś wędlinę na Święta. Nie kupiła – brakło i wróciła z niczym. O dziwo, w mojej górskiej miejscowości MO nie robiło problemu kobietom stojącym w kolejkach w nocy, czy też do tych kolejek idącym. Legitymowali je i zostawiali w spokoju. Chyba nawet oni rozumieli, że kolejka to nie demonstracja. Zresztą mieli swoje matki i żony, być może też stojące w jakichś kolejkach, choć mówiło się, że partyjni (w MO tylko nieliczni tacy nie byli) zaopatrywali się w specjalnych, niedostępnych dla zwykłego szarego obywatela sklepach. Pamiętam dziadka siedzącego przy kuchennym stole, słuchającego Wolnej Europy, w której mówili o pacyfikacji kopalni Wujek w Katowicach, szaroburość, przygnębienie, solone masło, dżem truskawkowy na chlebie bez masła, karmel zrobiony przez mamę z cukru na łyżeczce nad gazem, gazetę zamiast papieru toaletowego. Jak niesamowicie kreatywne były nasze matki ubierając nas i karmiąc tym, co było dostępne, a bardzo niewiele tego było. Wkurza mnie, gdy ktoś mówi, że wtedy było lepiej. Komu? Wkurza mnie zawłaszczanie tej znamiennej daty, wykorzystywanie jej do uprawiania politycznej hucpy, nachalnej propagandy i demagogii. Retoryka wszystkich (!) stron politycznej sceny bardzo przypomina tamtą. Choć jej nie pamiętam, to znam ją z ówczesnych gazet. Arogancja, protekcjonalność, pogarda i narzucanie swoich interesów politycznych innym. 

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Boa

Przyszła ubrana skromnie jak mniszka. W dwóch tylko odcieniach pastelowego różu. Rzecz to u niej niebywała, dlatego zaniepokoiłem się, czy aby nie stało się coś złego. Zanim zdążyłem zapytać, schyliła się do torebki, z której coś wyciągnęła, rozwinęła i założyła. Był to rodzaj boa w czterdziestu tysiącach odcieni różu, fuksji i fioletu. Nie przypuszczałem, że może być ich aż taka obfitość. Nie było to jednak jakieś banalne boa z piór. To szokujące cudo uczynione było z elementów przypominających ręcznie wydziergane małe serwetki, nanizane na nitkę. Oniemiałem. Zauważyła to, uśmiechnęła się zadowolona i gładząc owo niebywałe szalowo-serwetkowe boa czule, powiedziała: „Piękne, nie?”. Stupor nie pozwolił mi odpowiedzieć. A nawet gdybym był w stanie, to przecież i tak nie powiedziałbym jej, że w życiu nie widziałem niczego równie szkaradnego. I tak by nie zrozumiała.

niedziela, 11 grudnia 2016

Gocha

Gocha zainspirowana moim krótkim pobytem w Brukseli zadzwoniła kilka dni temu, żeby podzielić się ze mną dramatyczną opowieścią o swoim własnym tam pobycie przed kilku laty. Chociaż zupełnie nie interesowały jej moje stamtąd wrażenia, bo zbyt zajęta była referowaniem swoich własnych, ku mojemu zaskoczeniu Gocha, która uwielbia być w opozycji, tym razem zgodziła się ze mną, że jeśli o Brukselę chodzi, to szału nie ma. Co gorsza, w pełni podzieliła mój umiarkowany entuzjazm do latania. Zaniepokoiłem się, dlaczego taka zgodna – nawąchała się czegoś, ujarała, albo w głowę uderzyła? Taka spolegliwość to u niej ewenement. Sprawa szybko się wyjaśniła. Okazało się, że jej rezerwa do Brukseli oraz do lotnictwa cywilnego mają swoje źródło w przebytej traumie. Gocha bowiem wracała z Brukseli samolotem, a że zima była i mróz, przed odlotem jej (!) samolot polano jakąś dziwną brązową substancją, czym poczuła się obrażona, zbezczeszczona i zbrukana, bo przyjęła to jako złośliwość wymierzoną w jej osobę. Chyba pomyślała biedaczka, że samolot polali zawartością szamba, żeby w ten sposób ją uczcić. Oburzenie z jakim to opowiadała mogło sugerować ten trop, co przy jej bezgranicznie rozbuchanej megalomanii nie byłoby niczym niezwykłym. Gocha wyjazgotała swoją dramatyczną opowieść, napawając się swoim własnym głosem. Trudno to znieść na dłuższą metę, a zaznaczyć muszę, że jej monologi nigdy do krótkich nie należą. Zniecierpliwiony jej przedłużającą się perorą wszedłem jej w słowo, ale bezskutecznie, bowiem Gocha zwyczajne próby przerwania jej narracji zwyczajnie ignoruje, traktując jak nieistotne zakłócenia. Jedynym efektem takiej próby jest wzmocnienie przez nią przekazu za pomocą przeniesienia go na wyższy poziom jazgotu. Nie ma innego sposobu na przebicie się, jak tylko powiedzieć głośniej od niej, bo tylko wtedy Gocha, nieprzywykła do przerywania jej wypowiedzi (wszechświat wszak czeka z drżeniem na jej błogosławione słowa), zapowietrza się oburzona taką profanacją i wtedy dopiero można coś powiedzieć.

Zdziwiło mnie trochę to, że Gocha z brukselskimi refleksjami obudziła się dwa miesiące po fakcie. Szybko okazało się, że to był tylko pretekst, mający zwrócić moją uwagę na bezprecedensowe wydarzenie artystyczne w postaci wernisażu fotograficznego, który odbył się był w mikołajki na profilu fejsbukowym Gochy. Gocha, w myśl zasady, że fotografia bez niej jest fotografią straconą i zbędną, przebrawszy siebie i swoje dzieci mikołajkowo zarządziła sesję zdjęciową, wykonaną, jak mniemam, przez któregoś z zachwyconych rodziców, którą można by zatytułować: „Caryca i jej cheruby”. Zepsuła sobą wszystkie zdjęcia, bo dzieci akurat ma ładne. Gdyby jeszcze były to tylko zdjęcia, ale nie – każde zostało opatrzone komentarzem w stylu Gochy. A styl Gochy jest jak brazylijski wosk: człek dwa takie komentarze przeczyta i okolice bikini ma gładkie jak jedwab. Czterdziecha zbliża się ku niej wielkimi krokami, ale mentalność niezmiennie pozostaje na poziomie dwunastolatki. Nie wiem, czy współczuć, czy zazdrościć. Gocha ma unikalną właściwość, z tego co wiem, oddziałującą tak nie tylko na mnie: jest jedną z nielicznych osób, budzących czasem przedziwne pragnienie przełożenia jej sobie przez kolano i strzaskania jej tyłka tak, że albo oddzieliłby się od reszty i odpadł, albo okładający zemdlałby ze zmęczenia. Zależy, co nastąpiłoby pierwsze. Wzruszam się nad sobą, że taki łagodny i tolerancyjny jestem, skoro to wyzwalane przez nią pragnienie pozostaje jedynie w sferze nierealizowanych marzeń. Jednak, by nie kusić losu, Gochy starannie unikam. Ktoś mógłby pomyśleć, że życie Gochy ma same blaski, a sama Gocha skłonna byłaby raczej powiedzieć, że głównie cienie. Na przykład przedszkole uwzięło się na nią, żeby ją wykończyć, nasyłając na nią, za pośrednictwem jej własnego cheruba, wirusy o wyjątkowej zjadliwości, z którymi Gocha musi się zmagać. Na dodatek czasem własnymi dziećmi zająć się musi, wzruszając się nad swoim ciężkim matczynym losem. To sprawia, że utyrana jest ponad miarę. Na szczęście Święta zbliżają się wielkimi krokami. Wkrótce Gocha zarządzi przygotowania, zagoni do nich rodziców i wreszcie będzie mogła zrelaksować się wydając dyspozycje, krytykując, utyskując i zrzędząc tak, jak lubi najbardziej. Albowiem nic tak Gochy nie raduje, jak rola poganiacza niewolników. Gdyby jeszcze tylko ręka tak się od dzierżenia bicza nie męczyła… 

środa, 7 grudnia 2016

Utracenia i odnalezienia

Dzisiaj minął kolejny rok. Przypadkiem na ulicy odnaleźliśmy się, by po chwili ponownie stracić się z oczu. Czasem o nim myślę i zastanawiam się, czy odnalazł to, czego szukał. Najprawdopodobniej nigdy się tego nie dowiem. Jakkolwiek by jednak nie było, lubię sobie wyobrażać, że ostatecznie nie mamy wyboru i musimy w końcu odnaleźć to, czego szukamy…

wtorek, 6 grudnia 2016

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Konsola

Moi drodzy Szaleni Mikołajowie.

Uzbieraliśmy kwotę potrzebną na zakup konsoli do gier dla Szalonego Marcina! Daliśmy radę! Ogromnie się cieszę i bardzo Wam dziękuję. Bez Waszej wrażliwości, empatii i hojności nie byłoby to możliwe. Cieszę się, że w bezkresnych odmętach internetów można napotkać tak wspaniałych, dobrych Ludzi, jak Wy.

Konsola dla Marcina zostanie zakupiona i między Świętami a Nowym Rokiem wręczona wraz z okolicznościową kartką, sporządzoną w imieniu całego szacownego Grona Szalonych Mikołajów przez Olę piszącą bloga >>PapierOlki<<. Można sobie na Jej blogu tę kartkę pooglądać >>KLIK<<. Olu dzięki.

Myślę, że Dyrekcja Domu Pomocy coś wymyśli w ramach dokumentacji, więc prawdopodobnie uda nam się w fotograficzno-filmikowej formie ujrzeć, jak Marcin hiperwentylując się, wystrzeliwuje się na orbitę za pomocą konsoli.

Mamy moc!

Dziękuję!

poniedziałek, 28 listopada 2016

Szalony Marcin

Dzięki pewnej Szalonej Mikołajce, mogącej poszczycić się fantasmagoryjną puszystą lisią kitą, uświadomiłem sobie, że nie przedstawiłem Szalonego Marcina należycie, śpieszę więc naprawić to moje niedopatrzenie. Szalony Marcin mentalnie jest dzieckiem, natomiast metrykalnie ma 35 lat. Oto, jak Komitet DezOrganizacyjny Robótki Go scharakteryzował:

(...) Szalony Marcin (35). Nie ma takiego drugiego! Energia niewyczerpywalna! Marcin nigdy nie męczy się opowiadaniem. Nigdy nie milknie. Nawija, nakręca, snuje i splata wątki. Buduje w tych opowieściach swoje barokowe światy i tarza się w wyobraźni. Jeśli nie mówi to śpiewa. Potrafi akompaniować sobie na dwie ręce, a nogi mu w tym czasie same tańczą. Gdy się cieszy, to całym sobą. Radość wyraża skokami, bieganiem, fikaniem koziołków i gromkimi okrzykami. Zawsze ma przy sobie notes i długopis, by zapisywać numery telefonów i przekazywać grepsy do świętego Mikołaja. Wakacje w Hiszpanii, lot samolotem dookoła świata, dom z basenem i samochód mercedes z otwieranym dachem to czołówka z listy życzeń do Świętego. Ale bez obaw, czekolada z orzechami, płyta ze skoczną muzą albo tomik poezji (!) ucieszą Marcina tak samo, jak kluczyki do własnego merca.
(Jedno marzenie Szalonego Marcina powtarza się już od dawna. Ogromne marzenie. Komitet DezOrganizacyjny musiał je sobie kilkakrotnie zapisać w notatniku, a Marcin kilkanaście razy sprawdzał, czy aby na pewno to marzenie tam jest... otóż Marcin pragnie, śni i pożąda konsoli do gier. Gdyby zatem, była tu jakaś równie Szalona Grupa Mikołajów, która wspólnie rozbiłaby skarbonki w tej intencji albo Indywidualny Mikołaj, który kupił sobie lepszą konsolę, a starej używa jako przycisku do papieru, to hallo! hallo! jest tu akurat nadzwyczajna okazja, aby wystrzelić Marcina w kosmos radości!) (...) [Źródło: http://jestrobotka.blogspot.de/p/kawalerowie-2016.html].

Myślę, że jesteśmy blisko zebrania potrzebnej kwoty. Poproszę jutro Woźną Bebe, żeby zasięgnęła języka u Dyrekcji Domu Pomocy w Niegowie w sprawie sumy wpłat, jakie wpłynęły na konto Ośrodka na ten cel. Jak tylko będę coś wiedział, natychmiast się podzielę. Tymczasem, moi drodzy Szaleni Mikołajowie, pozdrawiam Was najserdeczniej. Jak również wszystkich szanownych Czytelników zaglądających w moje progi. 

Gdyby ktoś z szanownych Czytelników chciał jeszcze przyłączyć się do naszego planu wystrzelenia Marcina w kosmos radości konsolą do gier, serdecznie zapraszam w imieniu Szalonej Grupy Mikołajów, której mam zaszczyt być koordynatorem. Służę wszelkimi potrzebnymi danymi.

piątek, 18 listopada 2016

Szaleni Mikołajowie

Ogłaszam niniejszym, że przezacne i ekskluzywne grono Szalonych Mikołajów bezpruderyjnie przytuli wszystkich chętnych, którzy mieliby na to ochotę. A pamiętać należy, że Szaleni Mikołajowie potrafią przytulać, że ho ho. Dlatego nie ma się co namyślać, tylko skorzystać trzeba, skoro jest okazja. Wystarczy niewygórowane wpisowe i już można się puszyć członkostwem. Cel: >>KLIK<<

Przedstawicielka Komitetu DezOrganizacyjnego, prześwietna Woźna Bebe, zasięgnęła była języka u Dyrekcji Domu Pomocy Społecznej dla Dzieci w Niegowie, w sprawie sumy wpłat na konsolę dla Szalonego Marcina i informację ową uzyskawszy, czym prędzej doniosła koordynatorowi Szalonych Mikołajów, czyli mnie. Jakżeż ja lubię takie donosy! Otóż usiądźcie sobie drodzy Szaleni Mikołajowie i rozeprzyjcie się wygodnie w waszych fotelach, krzesełkach, czy na czym tam sobie lubicie przycupnąć. No chyba, że stać wolicie, ale uprzedzam, zydelek jakiś nogą przysuńcie i blisko miejcie, bo i tak sobie usiądziecie, jak przeczytacie, że...

Do południa udało nam się zebrać całe 730 zł!  

Czyż to nie kapitalna wiadomość? Finisz tuż tuż. Jeszcze tylko jedna prosta w kwocie ok 400 zł i podstępny plan wyorbitowania Szalonego Marcina będzie można wdrożyć. Ach, co to będzie za wydarzenie! Wyobrażacie sobie? Na pewno nie. Nawet sam Szalony Marcin, mistrz świata w radości, wyobrazić sobie jeszcze tego nie jest w stanie. Sprawmy więc, by doświadczył.

Lista Szalonych Mikołajów >>KLIK<< jest otwarta i bardzo liczę, że będzie pęczniała od nazwisk i nicków. Bycie Szalonym Mikołajem to stan serca. Dopóki istnieje w nas potrzeba ucieszania i pomagania, jesteśmy bogaczami. Wykręćmy tę konsolę dla Marcina, ku Jego i naszej radości!

wtorek, 15 listopada 2016

Szalona Grupa Mikołajów

Jest do zrobienia robótka. Ja się przyłączam. Ty również możesz. Kliknij w poniższy obrazek, a wszystkiego się dowiesz.

Chciałbym bardzo spełnić marzenie Szalonego Marcina, który "pragnie, śni i pożąda konsoli do gier.". Niniejszym ogłaszam się założycielem i pierwszym członkiem "Szalonej Grupy Mikołajów rozbijających swoje skarbonki w tej właśnie intencji". Potrzebna jest kwota ok 1200 zł. Jeśli chciałabyś/chciałbyś się przyłączyć i zostać członkiem Szalonej Grupy Mikołajów, a co za tym idzie wnieść swój wkład w "wystrzelenie Szalonego Marcina w kosmos radości" za pomocą konsoli do gier, odezwij się do mnie>>KLIK<<. Może wspólnie uda się zebrać tę kwotę. W chwili obecnej Szalona Grupa Mikołajów liczy 3 osoby (ja i moi bliscy) z wkładem 400 zł z rozbitej skarbonki. Potrzeba jeszcze ok 800. Przyłączysz się? Formalnie wyglądałoby to tak, że kwotę, którą chciałabyś/chciałbyś dorzucić do konsoli dla Marcina wpłaciłabyś/wpłaciłbyś na rachunek Domu opieki przelewem (służę wszelkimi potrzebnymi danymi) z adnotacją, że to na konsolę dla Marcina, a Dyrekcja Ośrodka, w naszym, Szalonej Grupy Mikołajów imieniu zakupu by dokonała. Głęboko wierzę, że razem uda nam się uszczęśliwić Marcina. Oczywiście, jeśli zdecydujesz się zostać Członkiem Szalonej Grupy Mikołajów, Twoje imię i nazwisko, względnie pseudonim lub nick (zgodnie z Twoim życzeniem) zostaną wyryte czarną czcionką na białym tle (szalenie elegancko) na specjalnej, ekskluzywnej stronie poświęconej tej Grupie,>>KLIK<< gdzie pozostaną na wieki wieków. Amen.

update 16.11.2016 g. 19:12

Myślę, że na chwilę obecną mamy już ponad połowę potrzebnej kwoty. Bardzo dziękuję, licząc wciąż na Waszą hojność. Jestem też wdzięczny za Wasze zainteresowanie i deklaracje pozostawione w komentarzach. Proszę jednocześnie osoby deklarujące o kontakt mejlowy do mnie >>KLIK<< - z dziką przyjemnością powitam w ekskluzywnym gronie Szalonych Mikołajów i podam też dane do przelewu. Śmiało, śmiało. Nie gryzę. No chyba, że ktoś poprosi, A i wtedy też nie zawsze:)

poniedziałek, 14 listopada 2016

Ekstrawagancja

Moja koleżanka, mająca słabość do niebanalnych kostiumów, przybyła dziś do pracy spowita w czarno-srebrny płaszcz, który skrzącą migotliwością swych srebrzystości zogniskował spojrzenia wszystkich obecnych, a który - jak się po chwili okazało - był jedynie skromnym zwiastunem tego, co skrywało się pod nim, bowiem gdy go zdjęła, wyłoniła się spod niego zwiewna tunika koloru zielonego, łudząco przypominająca koszulę nocną. Można by pomyśleć, że koleżanka zapomniała się rano przebrać i przybyła do pracy tak, jak wstała z łóżka, jednak rude legginsy i zwiewne koronkowe elementy zdobiące jej ochędóstwo tu i ówdzie (z naciskiem na ówdzie) jednoznacznie wskazywały, że to nie był wypasiony model pidżamy, a strój jak najbardziej wizytowy. Przyznać muszę, że rzadko można ujrzeć kolor aż tak zielony, zwłaszcza w zestawieniu z tak bardzo rudym, jednak koleżanka mając (chyba) wrodzoną i (na pewno) chroniczną skłonność do ani trochę nie rzucających się w oczy kolorów w odcieniach neonowych, właśnie w takich zestawieniach gustuje. Jej dzisiejszy anturaż, który nazwać ekstrawaganckim to zdecydowanie za mało, tak mnie ujął, że zanim zdążyłem ugryźć się w język, wypowiedział on zdanie: „Jaki masz zwiewny strój. Taki… oniryczny”. Zamurowało ją, szczęka jej literalnie opadła, a uruchomiona próbą procesu dedukcyjnego burza synaps odmalowała się na jej obliczu bogatą paletą barw, obnażających jej myśli, gdyż nie znając znaczenia słowa oniryczny, wahała się, czy nie jest ono synonimem słowa onanistyczny, zaczynając się bowiem od oni- i kończąc na -czny brzmieniowo prawie pasowało. Choć to środkowe -ry- i brak jednej sylaby psuły jej nieco tę analogię, podążyła jednak tą właśnie ścieżką i na wszelki wypadek zdecydowała oburmuszyć się z głębi swej urażonej cnoty. Zauważywszy uczynione ku temu przygotowania w postaci adekwatnego uplastycznienia twarzy, w chwili, w której brała oddech by je wyartykułować, wyjaśniłem jej, co owo słowo znaczy. Zawiesiła się na krótką chwilę, po czym nieco oszołomiona spróbowała zachichotać, ale i tak nie zdołała zamaskować zawstydzenia z analogii, jaka przyszła jej na myśl. Powstrzymałem śmiech bohaterskim wysiłkiem i pognałem jak wicher do sąsiedniego pomieszczenia, by tam, po zatrzaśnięciu za sobą drzwi, uwolnić go. Do łez.

środa, 9 listopada 2016

Sen

(...)

Przedzierające się przez mgłę słońce wpadało do środka przez wielkie, zajmujące niemal całą ścianę od sufitu aż po podłogę, w połowie przesłonięte udrapowaną firaną okno, tworząc na podłodze jasnożółtą plamę. Stał naprzeciwko. Jego bujna czupryna mocno już przyprószyła się siwizną. Miał na sobie czarne dżinsy i gładką granatową koszulę z długim rękawem, a na stopach czarne adidasy. Jego oczy były równie błyszczące jak dawniej, choć twarz sprawiała wrażenie nieco zmęczonej, a czoło przecinały dwie mocno zaznaczone poziome bruzdy. Patrzyliśmy na siebie w milczeniu, poddając drobiazgowemu oglądowi każdy fragment naszych twarzy, każdą zmarszczkę, bruzdę i krostkę, jakby ucząc się ich na pamięć. Panująca cisza sprawiała wrażenie nienaturalnie sterylnej, a czas zdawał się nie istnieć. Wszystko jakby zastygło w bezruchu. Wszystko prócz mnie i smugi światła rozlanej na podłodze, zaskakująco żwawo pełznącej ku ciemnej plamie drzwi na przeciwległej ścianie. Nagle cały obraz zakołysał się, tracąc ostrość i zaczął się rozpływać. Nie było już okna ani podłogi - była bezkresna przestrzeń i gwałtowne spadanie. Pikowaliśmy w dół z ogromną prędkością, objęci, kręcąc w powietrzu dzikie piruety. Nieokreślona zieloność pod nami szybko zaczęła nabierać kształtów i po chwili rozpoznać już można było las, a w następnej nawet kępy drzew zbliżające się z zawrotnym pędem. Przez moją głowę przemknęła myśl, że oto zginiemy nadziani na drzewa. Chciałem krzyczeć z przerażenia, ale pęd powietrza zdusił mój krzyk, wciskając mi go z powrotem do gardła. Wierzchołki drzew były tuż tuż – wzmocniłem uścisk, zaciskając jednocześnie mocno powieki... 

Leśna polana zalana była przedzierającym się pomiędzy drzewami słońcem. Powietrze pachnące igliwiem i rozgrzaną ziemią pełne było unoszących się w nim szmerów gałęzi, ptasiego świergotu i trzepotu skrzydeł, bzyczenia owadów, szumu wiatru w koronach drzew. Daleko za horyzontem lasu majaczyły góry o szczytach spowitych mgłą, od których wiał rześki wiaterek, delikatnie muskając moją twarz. 
- Pięknie tu – szepnął zza moich pleców, obejmując mnie i przyciskając brodę do mojego ramienia.
- Bardzo  – odszepnąłem opierając skroń o jego policzek. – Wiesz, śniło mi się, że spadamy...
- Wiem - przerwał mi łagodnie. - Ja też śniłem ten sen... 

(...)

środa, 26 października 2016

Weekend

W miniony weekend włóczyłem się po Wrocławiu, gdzie rozpieszczany byłem jak jakiś celebryta. Dziękuję H&D. Podróżowałem autokarem firmy, której nazwa może sugerować, że jest przewoźnikiem narodowym. Ma świetną ofertę, bo za naprawdę bardzo małe pieniądze (zwłaszcza w porównaniu z absurdalnie drogimi biletami PKP) można przejechać kawałek Polski. Podróż z Katowic do Wrocławia i z powrotem kosztowała mnie całe 30 zł. Bilet zakupuje się przez Internet i pokazuje kierowcy przy wsiadaniu, a że liniami tymi podróżują często tłumy, proces boardingu (celowa analogia lotnicza) trwa dobrą chwilę. Bohaterskim czynem udało mi się dopchać do miejsca w autobusie, znacząc szlak mojej ku niemu wędrówki obalonym i leżącym pokotem ludem, który ośmielił się stanąć mi na drodze. Przed odjazdem kierowca, jak kapitan w samolocie, powitał podróżnych, powiedział jak długo potrwa podróż i przypomniał o zapięciu pasów bezpieczeństwa, w które wyposażone są wszystkie autokarowe siedzenia. Ready for take off - pomyślałem i wystartowaliśmy w drogę. Po wygodnym umoszczeniu się na fotelu (mało miejsca na nogi, ale dało się wytrzymać te nieco ponad 2 godziny) rozejrzałem się ciekawie po pokładzie. Przede mną zasiadła pani o włosach ufarbowanych na fioletowo, naczapierzonych w misterną konstrukcję, podpartą od tyłu kwiatem z szarego woalu, którego płatki wystając poza jej głowę poruszały się przy każdym jej ruchu, jak macki jakiegoś kosmicznego ukwiału wczepionego w jej potylicę. Jak się później okazało z jej rozmowy telefonicznej z przyjaciółką, której byłem mimowolnym świadkiem, anturaż ów przybrała nie na wesele, jak mogłoby się wydawać, a w odwiedziny do syna. No tak – pomyślałem – Wrocław ponoć zajmuje trzecie miejsce w rankingu najmodniejszych miast do życia, po Warszawie i Krakowie, więc to zobowiązuje. Trzeba wyglądać. Pomyślawszy to, poprawiłem świeżo (rano) wyżelowane (odrobinkę, by poskromić ich naturalną skłonność do rozchełstu) włosy i rzuciwszy okiem na swój własny anturaż, strzepnąłem pyłek z ulubionych granatowych chinosów, który bezczelnie uczepił się ich na wysokości prawego kolana oraz poprawiłem szarą bluzę maskującą nie do końca odzyskaną wiotkość talii. Zadowolony z wyników owej inspekcji rozparłem się w fotelu wygodnie. 
Miejsce za mną zostało zajęte, ale nie oglądałem się, więc nie wiedziałem przez kogo. Obok tej osoby, po drugiej stronie przejścia (czyli po mojej nieco skośnej prawej) zasiadł całkiem przystojny pan, nieco starszy ode mnie, który poddał mnie wnikliwej, acz nienachalnej lustracji. Nie powiem, miło jest być w ten sposób zlustrowanym – to podnosi poczucie własnej atrakcyjności. Mój sąsiad po diagonalu i osoba siedząca za mną podróżowały razem. Mieli chyba coś wspólnego ze sztuką i teatrem, przynajmniej tak wywnioskowałem z ich rozmowy. Pojawiło się w niej sformułowanie sztuka reżyserska, wypowiedziane sarkastycznie. "Jak się obejrzy parę takich, to dwa lata potem na psychoterapię trzeba chodzić" powiedział mocno przepalony głos siedzący za mną, który wydawał się należeć do namiętnej palaczki 60+. Zerknąłem dyskretnie i pani z przepalonym głosem okazała się długowłosym panem 40+. Nie uszedł jego uwagi fakt zlustrowania mnie przez jego sąsiada i chyba partnera, skoro wydał mu komendę "Przesiadamy się!", którą tamten posłusznie wykonał. Dalszej mojej lustracji dokonał długowłosy pan tzw. złym okiem, co jeszcze bardziej połechtało moją próżność...

[Sławomir Nowak przyjął obywatelstwo Ukrainy. Krzyknął mi onet prosto w gałki oczne.  

(Tu nastąpiło powalenie na podłogę w celu wytarzania się w szale dzikiego, nieopanowanego śmiechu do łez i posmarkania się.)

No. 

Mogę pisać dalej.] 

Na moich oczach, pan siedzący po drugiej stronie przejścia, tak filigranowy, że zajmujący sobą półtora siedzenia, pożarł dwie wielkie chałwy. Zrobił to z tak wyuzdaną, pornograficzną wręcz pasją, że nieomal słyszałem ich krzyk uszami duszy. Pomyślałem, że jeśli zje jeszcze parę takich, to do końca podróży rozrośnie się na ową wolną połowę siedzenia. Po dwóch wielkich chałwach przyszła kolej na dwa duże serki topione sautè, które zostały błyskawicznie wessane przez czarną czeluść w twarzy zamykaną wargami. Potem dwie bułki z kiełbasą, której zapach rozszedł się po całym autobusie, popite półlitrową colą, następnie chipsy paprykowe, pół kilo solonych orzeszków, banan i druga półlitrowa cola. Nie pamiętam co było dalej w menu, a musiało być i to dużo, skoro kąt mojego oka rejestrował permanentny ruch jego żuchwy, perfekcyjnie zsynchronizowany z ruchami prawej ręki, co uprawdopodobniało moje śmiałe domniemanie, że nie był to bezproduktywny tik. W połowie podróży pan podjął próbę podniesienia podłokietnika, co w jego wypadku było operacją trudną, zakończoną jednak (częściowym) powodzeniem, bowiem po podniesieniu zrezygnował i podłokietnik opuścił. Dyskretny rzut oka pozwolił wydedukować, że wpił mu się on w fałdę troskliwie wyhodowaną w pasie, dzieląc ją na pół i zakłócając w ten sposób swobodę jej naturalnej chlupotliwości. Aby zająć czymś czas pomiędzy ruchami szczęki i ręki, pan słuchał muzyki przez słuchawki. Jakoś potrafił połączyć to w harmonijną całość z kompulsywnym żerowaniem, chrupaniem i żuciem w kontrapunkcie, co uświadomiło mi, jak mało umiem, bo ja bym nie potrafił. Cieszyłem się, że nie siedzi bezpośrednio przede mną, bo oparcie jego fotela wygięło się nienaturalnie do tyłu, skrzypiąc rozpaczliwie przy każdym jego ruchu i opierając się niemal o rachitycznie wychudzoną pierś długowłosego pana siedzącego za nim. Aż mnie ciarka przeszła na myśl, że mógłby siedzieć obok mnie. Perspektywa rozprasowania na szybie i zgonu na skutek uduszenia wydała mi się niezbyt pociągająca, dlatego, w takim wypadku, pozostałoby mi jedynie siedzenie w przejściu…

-To tu jest ta toaleta? - zapytała bardzo sympatyczna pani przerywając moje rozmyślanie. - Jezu, jak tu wejść?! - dodała po otwarciu drzwi do autobusowego klaustrofobicznego przybytku westchnień. Czym uświadomiła mojemu sąsiadowi po prawej konieczność odwiedzin w owym miejscu. Próba została podjęta zaraz po jej wyjściu. I to z powodzeniem! Oniemiałem z podziwu nad zdolnością takiego zagospodarowania dobrostanu i ułożenia go, by mógł zostać wciśnięty do mikroskopijnej autobusowej toalety. Obawiałem się, że zostanie tam na zawsze, a przynajmniej do czasu rozmontowania połowy autobusu w celu oswobodzenia, jednak pan zdołał się nawet tam obrócić (!), bo wyszedł poprzedzany swoim przodem, czyli normalnie. Nie wiem, jak tego dokonał. Nie mam pojęcia. I nie chcę wiedzieć. „Są rzeczy, o jakich nie śniło się filologom” mawiała Młoda lekarka na rubieży. To była właśnie jedna z nich i niech taką pozostanie. Mistrz to. Mistrz ekwilibrystyki ciałem. 

A Wrocław? Jak to Wrocław- śliczny. Zarówno za dnia jak i w nocy.








wtorek, 25 października 2016

Chrumcissima

(…)

- Przez sen robisz groźne miny. I chrapiesz. Okropnie. Jak chrumcissima.
- Kto? – zapytał Szarooki przeciągając się.
- Lokatorka chlewika...
- No, ty się wreszcie doigrałeś! – Szarooki zerwał się i chichocząc usiadł na nim okrakiem, po czym zarzuciwszy sobie kołdrę na ramiona pochylił się ku niemu przykrywając nią siebie i jego… 

(…)

Dziś są jego urodziny...

środa, 12 października 2016

Delegacja

Wróciłem z wyjazdu służbowego. Zawiało mnie do Belgii na kilka dni i przywiało z powrotem. Dosłownie i w przenośni, bowiem podróżowałem samolotem.

Nie lubię wyjazdów służbowych. Co prawda podróż samolotem to wielka oszczędność czasu, hotel też był bardzo dobry, ale ja najbardziej lubię swoje własne łóżko. Nie lubię też tego, że rzadko zdarza się, żeby na służbowych wyjazdach było na tyle wolnego czasu, by można było pozwiedzać, więc turystyczne potrzeby zaspokoić trzeba w pośpiechu. Tym razem jednak było inaczej, więc zdołałem złazić Brukselę wzdłuż i wszerz.

Moja koleżanka, udającą się ze mną w ową delegację, zaoferowała się, że przyjedzie po mnie i pojedziemy na lotnisko, gdzie auto zostanie na parkingu, by na nas czekać, a po powrocie odwiezie mnie też do domu. Trafiła do mnie, ale do wyjazdu na autostradę musiałem ją pilotować. Może to była moja wina, może ja źle ją prowadziłem, ale takiej jazdy dawno nie przeżyłem. Mówię: ”Skręć w prawo i zajmij środkowy pas”, a ona, ku memu przerażeniu, skręca w lewo, krzyczę więc: „W prawo! W prawo! Nie pod prąd!”. Wróciła na prawy pas. Dobrze, że wczesne rano i ruch żaden. Jedziemy dalej. Mówię: „Zjedź na prawy skrajny pas, bo będziemy zjeżdżać”, a ta znowu chce skręcać w lewo, pod prąd. Ponownie wołam: ”W to prawo! W to!”, dodając gestykulację, żeby nie miała wątpliwości, o którym prawym mówię. Nie wiem, może naoglądała się tych filmików na YouTube o kierowcach jeżdżących pod prąd i też chciała zaistnieć? Jakoś dojechaliśmy do autostrady. Podróż na lotnisko przebiegła bez większych niespodzianek, może dlatego, że kierunki ruchu dzieli barierka i pas zieleni, dlatego nie kusiło ją by jechać w lewo, aczkolwiek koleżanka jest dość osobliwym kierowcą i czasem wykonuje manewry, których ja nie rozumiem. Zauważyłem, że inni kierowcy również. Kilkakrotnie włączył się mój wewnętrzny, niezwerbalizowany skowyt i zajęczał kurrrrrwaaaa! W drodze powrotnej również. Boję się z nią jeździć i nic na to nie poradzę, nie wypadało mi jednak powiedzieć, żeby się przesiadła i ja poprowadzę, choć kilkakrotnie ochotę miałem wielką. Nie chcę też sugerować, że kobiety są złymi kierowcami, bo zdarza mi się jeździć z prowadzącymi znakomicie, ale ona – makabra. Jej sposób prowadzenia auta objęty jest jakimś obłędem i tylko czujności innych kierowców zawdzięcza to, że nie miała dotąd wypadku. Nie wsiądę więcej do żadnego pojazdu, który ona miałaby prowadzić, bo na samą myśl o jeździe z nią cały dygoczę wewnętrznie. 

Robiąc fotograficzną dokumentację wyjazdu, by móc się podlansować na fejsie, zdołałem przywabić jednego z ochroniarzy lotniska. Niestety nie zadziałał mój urok osobisty ani nieodparty czar, a procedury, zrobiłem bowiem parę fot strefy kontroli bezpieczeństwa - natychmiast podszedł do mnie bardzo przystojny pan, uprzejmie zażądał pokazania zdjęć, które przed chwilą zrobiłem i tonem nie znoszącym sprzeciwu nakazał je wykasować, co też potulnie uczyniłem, bo taki był władczy. Grzecznie przycupnąłem sobie w poczekalni i nie prowokując więcej incydentów doczekałem odlotu. A przyznać muszę, że entuzjastą latania jestem umiarkowanym. Ogromnie doceniam oszczędność czasu, szybkość i wygodę, jednak entuzjazm swój wspierać muszę magiczną romboidalną pastylką, która w czarodziejski sposób powstrzymuje mnie przed zafundowaniem sobie i współpasażerom efektownego performensu w postaci dorodnego napadu paniki, spowodowanego przebywaniem w zamkniętym pomieszczeniu, z którego nie da się wysiąść, jak z autobusu. Poza tą drobną niedogodnością, pacyfikowaną magiczną mocą pastylki, jestem wprost stworzony do latania, w którym też jest coś z magii, bo pół Europy można przebyć w półtorej godziny, a ocean w siedem, choć za samolotowym okienkiem wygląda to tak, jakby wisiało się w powietrzu bez ruchu. Lot do Brukseli przebiegł spokojnie, pomimo lekkich turbulencji i pilota, który popisał się średnio, gwałtownie podrywając maszynę przy starcie i lądując też nie najprzyjemniej, twardo siadając na pasie. Chyba humoru nie miał na subtelne manewry. 

Sama Bruksela zaskoczyła mnie swoimi stosunkowo niewielkimi rozmiarami, bardzo zwyczajnym centrum i prześlicznym Wielkim Placem wpisanym na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Manneken Pis, będący symbolem i najważniejszym punktem turystycznym Brukseli, jest zaskakująco mały i łatwo go przeoczyć. Jakoś nieszczególnie mnie poruszył, choć selfie sobie cyknąłem, żeby mieć dowód zaliczenia. O wiele ciekawszym dla mnie miejscem było Królewskie Muzeum Sztuki Dawnej, w którym wystawione są prace Cranacha Starszego, Bruegla, Rubensa, van Dycka i Boscha. Bardzo podobała mi się również brukselska katedra z przepięknymi witrażami. Na wszystkich turystycznych trasach (również na lotnisku) widać dużo policji pod bronią, co stwarza dość przygnębiające wrażenie. Moim zdaniem Kraków, Wrocław i Warszawa są od Brukseli dużo piękniejsze. 

Czasem pół Europy przebyć trzeba, by po raz pierwszy w życiu na własne oczy ujrzeć zjawisko, jakie widywało się dotąd jedynie w telewizji. Idąc z Wielkiego Placu w stronę Manneken Pisa spotkałem laskę z wygoloną na zero i na kolorowo wytatuowaną głową oraz zakolczykowaną szczelnie twarzą. Miała kolucha w uszach, brwiach, nosie i wargach. Z tym całym badziewiem ważyła chyba 15 kg więcej niż bez niego. Swoją całkiem ładną buzię (przyjrzałem się dyskretnie) ukryła pod tym szajsem. Tak bardzo przylgnęła do oryginalności, że zrobiła z siebie dziwowisko. A może właśnie taką miała intencję?    

To nie objaw rasizmu, jedynie moja obserwacja z kilkudniowego tam pobytu: niemal wszystkie sklepy z pamiątkami i knajpy w centrum prowadzą Arabowie, przed sklepami spożywczymi rozkładając towary na chodnikach, jak na jakimś suku. Niektórzy dość nachalnie zaczepiają potencjalnych klientów. Do tego jeszcze ci policjanci pod bronią i tajniacy przyglądający się uważnie ludziom, a nie zabytkom, co jest konsekwencją marcowych zamachów terrorystycznych - wszystko to sprawiło, że po zmroku nie czułem się w centrum Brukseli komfortowo. Spotkałem tam też dwóch przedstawicieli brukselskiej elity, zwanej żulerią. Co ciekawe, rozmawiali po polsku… 

Znajoma zażyczyła sobie magnesik na lodówkę, przy okazji zwiedzania rozejrzałem się więc za jakimś. Trudne to nie było, bo na turystycznych szlakach sklepów z pamiątkami obfitość wielka, a w nich magnesików ile dusza zapragnie, choć na wszystkich Manneken Pis w najróżniejszych kolorystycznych konfiguracjach i rozmiarach. Najbardziej wstrząsnęła mną wersja wykonana z porcelany, wielkości spodeczka, w której Manneken obsypany obficie złotym brokatem prezentował się na równie zabrokatowanym srebrnym tle. Właściciel sklepu z pamiątkami najpewniej uznał ten model za najpiękniejszy dostępny u niego bibelot, dzieło sztuki nieomal, skoro wycenił go na całe 15 euro. Nie nabyłem go jednak, choć mógłby być chlubą każdej magnesikowej kolekcji, bo nie wiedziałem, czy znajoma byłaby w stanie znieść aż tyle… piękna. Wykosztowałem się na mniej wstrząsający wariant, w którym czarny szklany Menneken sika na przeźroczystym szklanym tle. Nie dane mu jednak było opuścić Belgii. Wróciwszy do hotelu zapakowałem go dla bezpieczeństwa do torby na laptopa, którą miałem zabrać z sobą jako bagaż podręczny na pokład samolotu. Przy odprawie musiałem wyciągnąć laptopa oraz ładowarkę z torby i przy tej operacji mannekenowy magnesik wypadł i strzaskał się był na sto szklanych okruszków. W całości pozostały jedynie sam magnesik oraz mannekenowa łapka trzymająca siusiaka, dlatego przekroczywszy bramkę grzecznie przeprosiłem i pamiątkę ową porzuciłem. Oczywiście bramka z konieczności została wyłączona z użytku, bo rozsypane szklane confetti stanowiło zagrożenie dla stóp pasażerów, z których większość musi do kontroli zdejmować buty i przekraczać bramkę bez nich. Jeśli w TV mówili o zatorze przy bramkach kontroli osobistej na brukselskim lotnisku, to winny byłem ja – nie żaden Arab.

Lot powrotny był idealny (start i lądowanie wprost mistrzowskie), choć nie obyło się bez pewnych niedogodności, bo próbowano nas, pasażerów, upiec, zamrozić, znowu upiec i ponownie zamrozić. Zabawnie było obserwować jak ludziska rozbierali się, potem ubierali, żeby znowu się rozebrać i ubrać ponownie, jak sterowani. Komfortowa temperatura ustaliła się dopiero po około pół godzinie lotu, czyli pokonaniu 1/3 trasy. Startowaliśmy przed świtem. Pod chmurami była ciemność, ale po wzniesieniu nad chmury ujrzeliśmy cudowną, olśniewającą jasność rozświetlającą horyzont. Dzień się budził bardzo efektownie...

niedziela, 25 września 2016

Kąpiółka

Tytułem niezbędnego wstępu:

Bożena Brygida, zwana dalej (przez wszystkich znajomych) Bibi, od pierwszych liter imion, to postać niezwykła. Bardzo inteligentna manipulatorka i emocjonalna szantażystka, dumna z siebie cyniczka, uzdolniona literacko, deklarująca się jako niewierząca-ale-praktykująca polonistka w szkole katolickiej, obsypana nagrodami, bardzo przez młodzież lubiana i autentycznie młodzieży oddana. Wyzwolona feministka, bojowniczka o prawa kobiet, uważająca siebie za owych praw jedyną beneficjentkę, z powodzeniem wznosząca megalomanię do poziomu sztuki. Toksyczna wampirka wysysająca z otaczających ją osób energię i dlatego posiadająca jej nadmiar, zabójczyni zegarków elektronicznych i zaklinaczka drobnego AGD oraz RTV, które w jej obecności samo się włącza (radia i suszarki do włosów, podłączone do gniazdka, ale wyłączone) i wyłącza (komputery, laptopy, tablety i smartfony – cudze, bo jej własne są uodpornione). Wielka entuzjastka każdego przejawu oryginalności i inności, a więc najlepsza psiapsiółka (zwłaszcza w swoim własnym mniemaniu) gejów i lesbijek. Towarzyska i wesoła, małostkowa, zawistna, nielojalna, wyrachowana, mściwa i podstępna. Jednym słowem kobieta-legenda, o której będę opowiadał cudzym wnukom, bo swoich mieć nie będę. Widuję ją rzadko, często za to o niej słyszę, jest bowiem przyjaciółką mojego przyjaciela, tworząc z nim przyciągający się przeciwieństwami, barwny tandem. Przyjaźń ta wieloletnia, pełna wzlotów i upadków, pasożytnicza, niezmiennie jest dla mnie źródłem uciechy, bowiem jako powiernik jednej ze stron, jestem tej burzliwej relacji audytorium.

Jakąś dekadę temu dom rodzinny mojego (i Bibi) przyjaciela został podzielony na dwie części: on objął w posiadanie parter, jego rodzice zaś urządzili swoją rezydencję na poddaszu, robiąc przy tej okazji gruntowny remont. Bibi odwiedzała przyjaciela w ciągu owej dekady wielokrotnie, nigdy jednak nie miała okazji, by obejrzeć tamto mieszkanie. Nie dlatego, że nie chciała, bo ochotę miała wielką, tak się jednak jakoś zawsze składało, że kiedy z odwiedzinami wpadała, byli również (u siebie) jego rodzice, a Bibi, jak przystało na kobietę z klasą, nigdy nie dokonuje oględzin cudzego mieszkania niezaproszona przez właścicieli. Co innego pod ich nieobecność. Złożyło się bowiem tego lata, że rodzice przyjaciela wyjechali na zasłużony urlop nad morze i w tym właśnie czasie Bibi zjawiła się z wizytacją. Sam wielokrotnie u niego bywałem, uważnie synchronizując terminy z nieobecnością Bibi (bo choć ją uwielbiam, to jednak reglamentować ją sobie muszę) i wiele razy zdarzyło się, że jego rodzice byli poza domem, nie przyszło mi jednak do głowy, żeby pod ich nieobecność łazić po ich domu, jak Bibi. Tyle, że ja nie posiadam ani jej klasy, ani rozbuchanej wyobraźni. Wróciwszy z przyjacielem ze wspólnego wyjazdu służbowego i zorientowawszy się, że nie ma właścicieli pałacu na poddaszu, który już od dawna chciała zobaczyć, Bibi ad hoc uknuła plan, by swoją turystyczną ciekawość zaspokoić. W takim improwizowaniu planów ku zaspokojeniu własnych chuci Bibi jest znakomita. Zawsze była. Im bardziej był niecny, tym uknucie go szybsze, a determinacja we wdrożeniu większa. Nie inaczej było i tym razem. Uwaliwszy się teatralnie na kanapie stwierdziła, że musi poleżeć po podróży, bo jeśli nie poleży, to padnie na sromoty, więc jeśli przyjaciel chce, może pójść do (jedynej na parterze) łazienki, by zażyć odświeżającej kąpiółki. Chciał, bo prowadził kilka godzin, na dodatek wysłuchując przy okazji monologu Bibi. A w monologowaniu Bibi jest niezmordowana i znakomita, bo literacko uzdolniona, a i inteligencji też jej nie brakuje. Nic tylko zapisać i wydać, a literacki Nobel gwarantowany. O ile kapituła nie zorientowałaby się w jednym, malutkim, tyciusieńkim defekcie: owych monologów bohaterem lirycznym, dramatycznym, onanistycznym i onirycznym jest zawsze i niezmiennie sama Bibi. Usłyszawszy plusk wody wskazujący na to, że przyjaciel zainstalował się już w kąpieli, rozpoczęła wdrażanie spontanicznie obmyślanej intrygi, rzucając nagle głośno w stronę łazienkowych drzwi, że musi do łazienki i to już, a skoro jego rodziców nie ma i łazienka u nich jest wolna, to ona skorzysta, bo musi. Zabrzmiało to nagląco, więc odkrzyknął „leć!”, nie chcąc, by mu Bibi zapaskudziła salony gwałtowną i nie cierpiącą zwłoki potrzebą natury, jak chciała by domniemywał, fizjologicznej. Bibi porwała się na nogi, w mgnieniu oka wyskoczyła z ciuchów i spowiwszy się w oślepiająco żółty peniuar (w zasadzie to rodzaj krótkiego kimona, ja jednak nazwałem to ochędóstwo peniuarem i zwał je tak będę, bo semantycznie koreluje mi z jej rozbuchaną kobiecością), jak wicher pognała do łazienki piętro wyżej, po drodze zwiedziwszy tam też kuchnię, salon i sypialnię. Dokonawszy lustracji postronnych pomieszczeń z szybkością błyskawicy, dotarła do docelowego – łazienki, w której, jak się okazało, zainstalowana była wielka, narożna wanna z hydromasażem, którą sobie rodzice przyjaciela przy okazji remontu zafundowali, żeby łazienka bogato wyglądała. Jako że jej własna, jak i ta piętro niżej, hydromasażu były pozbawione, Bibi zapragnęła doświadczyć owego dekadenckiego luksusu, a że niechętnie odmawia sobie czegokolwiek, napełniła wannę wodą, zrzuciła swój zupełnie niezwracający uwagi peniuar i rozparła się w kąpieli wygodnie. Aby zintensyfikować relaksację uruchomiła hydromasaż włączając aparaturę, która – czego świadoma nie była - od nowości użyta była jeden jedyny raz przez pana, który ją montował. Wtedy zadziałała, teraz również, choć nie do końca tak, jak Bibi oczekiwała, bo miast relaksacyjnych bąbelków, tudzież innych wodnych atrakcji mających wypieścić obłe jej ciało, z dysz wydobył się złowróżbny bulgot, a po chwili wystrzeliła maź o barwie, konsystencji i zapachu guano, przyozdabiając punktowo łazienkę oraz całą Bibi, bowiem przez około 10 lat trwania w stanie nieużywalności zgromadziło się w tych dyszach mnóstwo materiału w postaci kurzu i zbędnych resztek właścicieli, które z siebie spłukali zażywając w owej wannie pryszniców, nie używając wszakże maszynerii do produkowania bąbelków, z oszczędności czasu, wody oraz prądu. Materiał ten w postaci sypkiej zdawał się bezwonny, zmieniwszy jednak stan skupienia na płynny, nabrał mocy rażenia. Przyozdobiona i uperfumowana nim Bibi rączo wyskoczyła z wanny, przy okazji uzupełniając nową aranżację wnętrza łazienki ornamentem w postaci własnego, autorskiego womitu. Nie dość, że siebie musiała przywrócić do stanu używalności publicznej, to jeszcze musiała zatrzeć ślady swojego rozpasania w cudzej łazience. Zaczęła od siebie. Na szczęście. Bo kiedy przyjaciel zaniepokojony jej przedłużającą się nieobecnością przybył sprawdzić, czy aby kloaka jej nie wessała (przy jej gabarytach to ona mogłaby kloakę!), a złapawszy ją na gorącym, umytą już jednak i zapeniuarowaną (oszczędzony został mu widok Bibi sauté, z którego mógłby się nigdy nie otrząsnąć!), zdołał wydusić z siebie jedynie „sprzątaj, sprzątaj”, zanim padł na kanapę tarzać się ze śmiechu. Bibi sprzątanie zajęło zaledwie jakieś dwie godzinki i jedną butelkę Domestosa. I malować nie było trzeba, bo pragmatyczna i oszczędna właścicielka kazała wykafelkować łazienkę aż po sufit, za co Bibi błogosławiła ją w myślach. Ślady zostały zatarte skutecznie, jeśli nie liczyć ledwo wyczuwalnego, podejrzanej proweniencji odorku, który przez jakiś czas w łazience na poddaszu się unosił, ku zmartwieniu posiadającej wyczulony zmysł węchu właścicielki, a o który posądzona została jakaś nieszczelność infrastruktury sanitarnej. Szczęśliwie jednak po kilku dniach smrodek ten zniknął równie tajemniczo, jak się pojawił i właścicielka nie dowiedziała się dotąd, że pochodził z dysz jej własnej,  zdeflorowanej przez Bibi wanny… 

środa, 21 września 2016

Szybki przelot

Matrix mi się zaciął i dni tygodnia pomieszały. Mało brakowało, a w sobotę rano zamiast do pracy pojechałbym na delegację, bo byłem pewny, że to niedziela. Dzień wcześniej spakowałem nawet bagaż. Na szczęście tuż przed wyjściem rzuciłem przytomnym okiem na komórkę i odkryłem, że to sobota, więc skorygowałem azymut na firmę. Staję się roztargniony. Jakież to romantyczne. 

W ową sobotę musiałem po drodze do pracy wstąpić do mojej Alma Mater, gdzie wpadłem przypadkiem na mojego przyjaciela z pierwszych lat studiów. Przyjaźń ta, jak to czasem w życiu bywa, zmarła była śmiercią naturalną po ukończeniu studiów. Nie wiem nawet, czy można ją nazwać przyjaźnią, choć w owym czasie taką się być wydawała. To było miłe przypadkowe spotkanie, bo chwilę porozmawialiśmy serdecznie. Przypomniały mi się radosne i beztroskie czasy studenckie.

Wróciłem z delegacji nad ranem, wykończony. Zazdroszczę osobom, które potrafią spać w pociągu czy autobusie – ja niestety nie potrafię, więc męczę się w takim upierdliwym, przykrym trwaniu między czuwaniem a spaniem. 

Poranki i wieczory są już jesiennie rześkie i wilgotne, z drzew zaczynają powoli opadać liście. W powietrzu czuć nadchodzącą jesień. Jeszcze parę dni i studenci się zjadą, zacznie się rok akademicki. Szarooki i Brązowooki rozpoczną drugi rok swoich studiów. Studenci z czuprynami poprzetykanymi siwizną… 

czwartek, 15 września 2016

Dam do towarzystwa

Mam dużo pracy, zmęczony jestem i jakiś taki zniechęcony. Czuję się tak, jakbym w ogóle nie miał urlopu. Nigdy. Nie mam za bardzo czasu by pisać, a jak już się za to zabieram, wątki mi się rwą, bo koncentracji utrzymać nie umiem. Mimo to, na raty, powstaje sarkastyczny post, w którym upuszczę z siebie trochę jadu, żeby mi się nie przelał. O, i jeszcze na dodatek komórka zajęczała z głodu kneblując przy tym P!nk w jej znakomitej piosence „Sober”.
Trzeba było wybrać inny zawód. Na przykład kariera dama do towarzystwa wydaje się interesująca. Trzeba jako tako wyglądać, ładnie pachnieć, trzymać buzię w ciup, a ręce na podołku i słuchać, od czasu do czasu, w momencie wdechu przerywającego monolog, wtrącając jakąś monosylabę, by okazać zainteresowanie (może być udawane). Łatwizna. Może jakaś królowa, księżna, bądź w ostateczności hrabina, zechciałaby mnie zatrudnić w charakterze dama do towarzystwa? Prezencji resztki jeszcze posiadam, inteligencji strzępów także przebłyski jeszcze czasem miewam, potrafię biegle czytać (również na głos) i pisać (zarówno ręcznie bazgrolić, jak i wklepywać za pomocą komputerowej klawiatury, nierzadko nawet zdaniami wielokrotnie złożonymi), do tego białogłowskiej cnocie nie zagrażam, więc jestem wymarzonym damem do towarzystwa, wprost idealnym…

niedziela, 11 września 2016

Gorszący eksces

(…)

Przemaszerował dostojnie środkiem kościoła ku pierwszym ławkom, wyprzedzany o dwa kroki przez troskliwie wyhodowane, wielkie, krągłe jak gigantyczna piłka brzuszysko. W ławce po prawej, którą pan ów wybrał sobie na cel, zasiadała już białogłowa w leciech dojrzała i równie jak on wysmukła. Uniosła się, by przepuścić pana, nie opuszczając jednak ławki. Pan, jak na dżentelmena przystało, usiłował minąć ją przodem i wtedy właśnie ich brzuszyska utknęły na sobie, zwarłszy się jak w wrestlingu. Pani oblała się pąsem, poczuwszy na sobie spojrzenia niezliczonych par ócz żądnej sensacji gawiedzi. Pąs nabrał jeszcze żywszego koloru, kiedy uświadomiła sobie, że u postronnego widza to ich zwarcie może inspirować szalenie niestosowne w okolicznościach świątynnych skojarzenie z bliskością, z jakiej biorą się dzieci. Również sprawca owego mimowolnego happeningu zawstydził się nieco czując, jak spojrzenia zebranych ogniskują się również na nim, a że nie przywykł do takiej ekspozycji, wdrożył czym prędzej czynności zaradcze, mające zakończyć ten krępujący spektakl. Szarpnął się w bok raz, drugi i trzeci - bezowocnie jednak. Dopiero, kiedy pani zsynchronizowała swój ruch z jego ruchem – on szarpnął się w prawo, a ona w lewo - brzuszyska prześlizgnęły się po sobie z ostrym zgrzytem, przypominającym odgłos tarcia styropianem o szybę, od którego wszystkim obecnym szkliwo na zębach ścierpło. Cały kościół z uwagą śledził te zabiegi i kiedy zaowocowały, dało się słyszeć wyraźne westchnienie ulgi, które dobyło się z niezliczonej ilości piersi, bowiem istniało niebezpieczeństwo, że zostaną w tak gorszącej bliskości aż do przyjazdu dźwigu, który trzeba byłoby ściągnąć, by ich od siebie uwolnić…

piątek, 2 września 2016

Kaganiec

Internetowa czeluść namierzyła mnie i zaanektowawszy całą powierzchnię monitora, strzyknęła mi prosto w oczy reklamą. „ROZMIAR TWOJEJ MĘSKOŚCI ZALEŻY OD CIEBIE. WIEDZIAŁEŚ? MOŻESZ POWIĘKSZYĆ GO 2,5 KROTNIE” – wrzasnęła do mnie literami w kolorze czerwieni rajdowej na wypalającym rogówkę seledynowo-żółtym tle. O święty Odynie – wzdrygnąłem się – ale dlaczego z tym do mnie?! 
To wspaniale, że wymyślili ustrojstwo do trenowania owej muskulatury (sarkazm), bo panowie uznający, że mają jej za mało, będą mogli przypakować i pewnie (znając życie) niejeden przeszarżuje, czego efekty mogą być tragikomiczne. Ja jednak nie skorzystam. A internetowej czeluści założę kaganiec w postaci aplikacji blokującej wyskakujące reklamy, żeby mnie więcej nie straszyła.

wtorek, 30 sierpnia 2016

wtorek, 23 sierpnia 2016

Zasłyszane (2)

Miejsce akcji: tramwaj. Na jednym z przystanków wsiada do niego pan w podeszłym wieku, zobaczywszy jadącego tym tramwajem znajomego, równie jak on wiekowego, przemieszczając się w jego kierunku woła zaaferowany:

- Ty wiesz, że w naszym bloku mieszka murzyn?!
- No coś ty!
- Ja go nie widziałem, ale moja go widziała.

kurtyna

sobota, 20 sierpnia 2016

Zasłyszane

Miejsce akcji: Biedronka. W koszach wystawiony towar w postaci zeszytów szkolnych, kredek, bloków rysunkowych i innych pierdół. Małżeństwo sześćdziesięciolatków ogląda wystawione dobra. Ona przebiera i komentuje, on tylko z rzadka wtrąca coś między wypowiedzi małżonki. W jednym z koszy poduszki jaśki z podobiznami piesków, kotków oraz...

- Popatrz, już nawet w Biedronce Lewandowskiego kupić sobie można i się o niego oprzeć.
- Ja pierdolę.

kurtyna

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Pomroczność jasna

Ataku pomroczności jasnej chyba doznałem, bo nawiedziłem wczoraj gejowskie targowisko próżności, jakim jest fellow. Skłoniła mnie do tego czynu otrzymana wiadomość od jakiegoś pana, a że wziąłem sobie do serca moją niedawną rozmowę z przyjaciółką, postanowiłem dać szczęściu szansę. Po przeczytaniu wiadomości i zwizytowaniu profilu pana, kita szczęściu opadła, bowiem wiadomość liczyła całe trzy słowa i dwa znaki interpunkcyjne: „hej, poznamy się?”, a spłodził ją pan liczący wiosen ni mniej ni więcej a dwadzieścia. Moje poczucie własnej wartości zostało mile połechtane, bo skoro odezwał się do mnie pan o dwadzieścia lat ode mnie młodszy i wizualnie atrakcyjny, jak wynikło z oględzin zdjęcia zamieszczonego na jego profilu, to znaczy, że nie jest ze mną jeszcze źle. Z tego chwilowego samozadowolenia wyrwał mnie detektor ściemy, który odpalił malutką czerwoną żaróweczkę z tyłu mojej głowy, jednak odpisałem panu, bo mama mówiła, że na wiadomości należy odpowiadać, a ja słucham się mamy. Czasem. I dobrze zrobiłem, bo dalsza wymiana wiadomości, która nastąpiła, nabrała niewątpliwych walorów rozrywkowych. Pamiętając o tym, że mam do czynienia z przedstawicielem tzw. pokolenia sms, starałem się nie przekraczać 160 znaków w wiadomościach, co czasem mi się nawet udawało. W odpowiedzi na jego wiadomość powitalną napisałem, że owszem, możemy się poznać, ale zanim to nastąpi, powinien zwrócić swą uwagę na fakt, że jestem od niego o dwadzieścia lat starszy. Odpisał mi na to błyskawicznie, że jemu to nie przeszkadza. Czerwona żaróweczka z tyłu mojej głowy zapulsowała trochę mocniej. Zasugerowałem panu, żeby nie śpieszył się z deklarowaniem chęci poznania, skoro nie wie nawet jak wyglądam, bowiem zdjęcia mam zahasłowane (można je sobie obejrzeć dopiero po wpisaniu hasła). Tu pan zawiesił się na kilka minut. Domniemywam, że opędzał w tym czasie innych interlokutorów - kilku, a może nawet kilkunastu. Odpisał jednak po pewnym czasie, że to też mu nie przeszkadza, bo obejrzy mnie sobie, jak się spotkamy. To się nazywa optymizm – pomyślałem i napisałem „OK.”. Krótki ten komunikat sprawił, że pan się nieco rozluźnił i stał się jakby trochę bardziej rozmowny, bo zapytał mnie bardzo bezpośrednio o to, czy jestem pracujący, niezależny i zmotoryzowany, na co odpisałem, że owszem, ale nie szukam utrzymanka, na co otrzymałem wiadomość-focha o długości, która zrobiła na mnie wrażenie. Pozwolę sobie zacytować ją w całości: „Nie oczerniaj ludzi bo pewnie wiesz po sobie jak to było mając 20 lata. tylko Ciebie pewnie mamusia musiała niańczyć. Wyprowadziłeś się już od mamusi? myślisz o sobie, że jesteś pępkiem świata i jeszcze masz jakieś wymagania”. Parsknąłem śmiechem, a że ciekawy byłem, co będzie dalej, napisałem panu, że nikogo nie oczerniam, a jedynie staram się rozwiewać swoje wątpliwości, dotyczące naszej ewentualnej znajomości. Tu pan ponownie zamilkł na kilka minut, by – jak mniemam - znowu załatwić zaległą korespondencję z innymi panami. Korzystając z tej przerwy poszedłem do kuchni zrobić sobie kawę. Jak wróciłem czekała już na mnie wiadomość, która rozczuliła mnie swoją lapidarnością. „Hasło” brzmiała. Jeśli myślisz szanowny Czytelniku, że pan zażądał dostępu do mojego konta bankowego, to jesteś w błędzie, bowiem na fellow priorytetem jest dostęp do zahasłowanych zdjęć, a dopiero potem do informacji dotyczących zasobności w dobra materialne. Twoje domniemanie drogi Czytelniku, że owo żądanie sprowokowało mnie do spuszczenia pana w internetową czeluść jest również błędne, bowiem powodowany pomrocznością jasną dałem panu to, czego zażądał. Podałem mu hasło do moich zdjęć na profilu. Oględziny musiały wypaść pozytywnie, skoro napisał mi łaskawie „fajny jesteś”. Rozbawił mnie, więc odpisałem, że hasło do zdjęć mu podałem, ale do konta bankowego nie dam. Obraził się i napisał, że nie lubi „osób, które od razu nastawiają się na nie i zawsze znajdą powód by coś im nie pasowało”, po czym zniknął w odmętach fellow. Nie powiem, że żałuję.
W międzyczasie napatoczył się drugi absztyfikant – nie sądziłem, że to możliwe, a jednak – jeszcze bardziej lakoniczny niż ja. Mój rówieśnik. Pozwolę sobie zacytować naszą korespondencję niemal w całości.
- Cześć… - pan zagaił. Od razu zwróciłem uwagę na wielokropek, którego, jak się w dalszej korespondencji okazało, pan lubił używać oraz na to, że zdania zaczynał od wielkiej litery, co zdradzało jakieś intelektualne aspiracje.
- No cześć. Co tam? – odpowiedziałem.
- W pracy póki co… Szukam na seks na weekend… 
- Czy to propozycja? – zapytałem uprzejmie, jak już otarłem monitor z resztek kawy.
- Jeśli jesteś zainteresowany…
- Nie znasz mnie, nigdy mnie nie widziałeś, a seks mi proponujesz? 
- Nie rozumiem… - odpisał. 
- Może okazać się, że wcale nie będziesz miał ochoty na… hm… zbliżenie ze mną. Albo ja z Tobą – napisałem rozbawiony.
- Moje h uiop – brzmiała lapidarna odpowiedź na moje wątpliwości. Zajrzałem na jego profil i odhasłowałem zdjęcie, z którego spojrzał na mnie przystojny jasnooki brunet z brodą. 
- Twoje h – wytknął mi zaniedbanie konwenansu, uznając najpewniej, że skoro podał mi hasło do swoich zdjęć, choć go o to nie prosiłem, moim obowiązkiem był rewanż. Podałem mu je ciekawy dalszego ciągu. 
- Fajny… - zrecenzował moje fotki, co znaczyło, że inspekcja mojego profilu wypadła pomyślnie. Dalsze wiadomości również o tym miały zaświadczyć.
- Będziemy w kontakcie… - poinformował.
- Ok – odpowiedziałem ostrożnie.
- Możemy się umówić w jakiś dzień… - kontynuował. - Ten weekend mam już zajęty, bo już się z kimś umówiłem… - zakończył jak zwykle wielokropkiem.
- Na seks? – zapytałem niedyskretnie.
- Tak… - odpowiedział bez skrępowania. 
- Baw się zatem dobrze – odpowiedziałem. 
- Thx – podziękował, już bez wielokropka. 

[kurtyna]

W ciągu mojej blisko półtorarocznej nieobecności na fellow, mój detektor grozy uległ przytępieniu. Wczoraj został na nowo skalibrowany, co przypomniało mi, dlaczego tak długo tam nie byłem.

sobota, 13 sierpnia 2016

[...]

[…]

- Tęsknisz za nim jeszcze? – zapytała.
- Rzadko – powiedział z wahaniem. - W jakieś tam nasze rocznice, święta. W takie dni odczuwam stratę i brakuje mi go. Całego. Tego naszego rozumienia się, wspólnego tonu w żartach, zaufania, przyjaźni, bliskości. Również tej fizycznej. Wiesz, on mi się czasem śni, że leży koło mnie, śpi, cichutko i spokojnie oddychając. Te sny są tak realistyczne, że czuję w nich jego zapach, ciepło jego ciała. Cieszę się w tych snach, że jest, a nasze rozstanie to tylko zły sen, chcę się do niego przytulić i wtedy się budzę. Leżąc bez ruchu z zamkniętymi oczyma próbuję zatrzymać wrażenie jego obecności jeszcze choć przez chwilę. Chodzę potem cały dzień taki trochę skulony do wewnątrz, mimo to lubię, jak mi się śni. To taki cień jego obecności...
- Jeszcze będzie dobrze – powiedziała cicho, przerywając milczenie. 
- Już jest – spojrzał na nią, stojącą obok i wpatrzoną w horyzont. Słońce powoli chowało się za ciemną ścianę lasu, a świeży, pachnący zielenią i rozgrzaną ziemią wiatr lekko rozwiewał jej długie, gęste, ciemne włosy. Wciąż była dziewczęca i niewiele zmieniła się od studiów. Ich przyjaźń przetrwała próbę czasu, pomimo dość rzadkiego widywania się. Bez względu na to, ile czasu minęło, zawsze kiedy się spotkali, oboje mieli wrażenie, jakby widzieli się zaledwie wczoraj.  
- Odczuwanie straty i tęsknoty w codziennym życiu nie jest ani w połowie tak dramatyczne, jak w powieściach – podjął z lekkim uśmiechem - bo codzienność je temperuje, rozprasza obowiązkami, którym trzeba się oddać i które odwracają uwagę od martyrologii tęsknienia. Jej przypływy tracą z czasem na częstotliwości i intensywności, choć co jakiś czas wracają i odchodzą, jak fale, między którymi toczy się zwyczajne życie. Można je nawet polubić, bo przypominają szczęśliwą historię, do której tylko happy end się zgubił… - zamilkł na moment zapatrzywszy się gdzieś w dal. – To źle, że pamiętam? – zapytał cicho po chwili.
- Nie. Byłeś z nim szczęśliwy, a tego się nie zapomina. I nie rób sobie wyrzutów, że w głębi duszy chcesz, żeby on też pamiętał – uśmiechnęła się widząc, jak unosi lewą brew zdziwiony. – Mam jednak nadzieję, że poznasz kogoś, bo widzisz – popatrzyła mu w oczy z powagą - samotność jest przereklamowana.
- Tak, ale oswajam myśl o niej. Prawda jest taka, że nie potrafię o nim zapomnieć, choć wiem, że tak byłoby najlepiej. Wciąż noszę go pod skórą. To zabrzmi banalnie, ale z nim było tak, jakbym dopiero wtedy zaczął naprawdę żyć. Świat się zatrzymywał, kiedy byliśmy blisko, tylko on i ja. To mnie odmieniło. Jego również. Ta niezwykła, rzadka i krucha więź… Chciałbym, żeby to się powtórzyło, ale jestem realistą. Muszę być. Szanse na poznanie kogoś, na nową miłość, gwałtownie szybują w dół. Nie młodnieję. Zresztą, ja nawet nie wiem, czy jestem jeszcze zdolny do takiego oddania się. Czasem mam wrażenie, że jestem jałową pustynią. I do tego mam stępioną empatię, jakbym funkcjonował w jakiejś selektywnej sedacji.
- Mówisz, że nie wiesz, czy jesteś jeszcze zdolny, bo czujesz się jałowy – spojrzała figlarnie. – A ja ci mówię, że jeśli poznasz kogoś, kto cię zainspiruje, wszystko może się zmienić. No chyba, że zadusisz i umordujesz w samym zarodku, to wtedy nie – powiedziała śmiejąc się. Bardzo lubił jej śmiech. Lekko odchylała głowę do tyłu i perliła ten swój dźwięczny, srebrzysty i zaraźliwy chichot, do którego nie sposób było nie dołączyć. Miała jeden z najładniejszych śmiechów jakie słyszał.

[…]

wtorek, 2 sierpnia 2016

Komunikacja

Luśka potrafi się komunikować na razie w sposób uproszczony mruczando-szczeko-ruchowy. Na razie. Bo jeśli będzie dalej się tak rozwijać – a zdolna – to kto wie, może mówić się nauczy, a nawet czytać i pisać. Stała dzisiejszego ranka na balkonie pochylając się nad wiadereczkiem (pozostałość po powidłach śliwkowych), w którym ma wystawioną wodę. W domu w kilku miejscach ma wodę w miseczkach, ale tylko na balkonie w wiadereczku, być może właśnie z tego powodu aktualnie to jej ulubiony wodopój. Stała więc na balkonie i mruczała w sposób bardzo charakterystyczny – robi tak tylko wtedy, kiedy czegoś chce. Pomyślałem, że może zauważyła gumowy krążek, który niby przypadkiem zrzuciłem z balkonu, żeby nie musieć go jej rzucać i domaga się, żebym go jej przyniósł, by mogła mnie ponownie eksploatować jako dyżurnego ciskającego, w czym umiaru nie ma. "Yhm, już się rozpędzam Luśka i po niego pędzę” – pomyślałem z przekąsem i wziąłem Luśkę na przeczekanie nie reagując. Po chwili znowu zamruczała chcem, chcem, daj mi!, trochę już zniecierpliwiona, a że ponownie nie doczekała się mojej reakcji, wzięła w zęby wiadereczko, przyniosła je do pokoju i położyła mi na kolanach. PUSTE. Luśka spragniona była, a woda rozstawiona w domu w miskach, ze znanych tylko jej powodów, nie była tak dobra jak w wiadereczku. Wziąłem owo naczynie, poszedłem do kuchni i nalałem wody do pełna, ku widocznej radości Lusławy, która towarzyszyła mi w tej czynności uważnie obserwując. Po zaniesieniu przeze mnie na balkon pełnego naczynia, wypiła trochę, po czym spojrzała na mnie wymownie, żebym dolał, co też ku jej radości uczyniłem. Aż strach pomyśleć co będzie, jak Luśka się mówić nauczy…

piątek, 29 lipca 2016

Cojones

Piorun grzmotnął niedaleko domu. Huk był ogłuszający. Luśka w poczuciu misji chronienia rodziny zerwała się, wyskoczyła na balkon i oszczekała burzę, żeby sobie nie myślała, że taka groźna. Pozbawić burzę złudzeń - to się nazywa mieć cojones...

wtorek, 26 lipca 2016

Szybki przelot

Jestem zafascynowany retoryką Rosjan w sprawie dopingu, ale też w każdej innej ich dotyczącej. Twierdzenia, że białe jest czarne, a czarne białe, wygłaszane spokojnie, stanowczo i konsekwentnie, robią wrażenie. Owa retoryka, rodem z najlepszych lat bolszewizmu, miewa się tam znakomicie. Muszę przyznać, że wznieśli cynizm do poziomu sztuki.
***
Szarooki podpisał w Paryżu kontrakt na 5 lat, zostaje tam więc, jak można się było spodziewać. Aktualnie spędza część swojego urlopu w Bieszczadach: Polańczyk nad Soliną, Cisna, Wetlina, połoniny. Trochę żeglowania, trochę pluskania i dużo wędrowania po górach – tak jak lubi. Brązowooki również spędzi poza ojczyzną następne pięć lat, bowiem, jak się okazało, robi na obczyźnie specjalizację, którą zakończy doktoratem.
***
Luśka nauczyła się piszczeć swoim ulubionym barankiem. Zapiszczałem nim raz, Luśka ze zdziwienia uszy podniosła, a potem przez pół dnia kombinowała aż zlokalizowała element piszczący w baranku i nauczyła się go obsługiwać. Teraz nosi go po domu i popiskuje. Zdolna Luśka.

poniedziałek, 18 lipca 2016

dotąd

dotąd doszliśmy. Tu się rozwiązały
koniec z początkiem. Przekłady Homera
na brzegu siedząc przeglądamy teraz.
Nikt nie przypływa po nas. Puste oceany.
Spokój gwałtowny. Może to już sierpień.
Może strach. Rozegrany przez nas umiejętnie.
Jest mi tak jakby już było za późno.
Może to sierpień. Ale drzew tu nie ma
a sierpień zawsze dojrzewa na drzewach.
Nikt nie przypływa. Homerycki żart
i wiatr z kamieni nam wróży jak z kart.
Nikt nie przypływa.

Ewa Lipska [dotąd doszliśmy]
__________________________________
Ten przepiękny wiersz idealnie wpisuje się w mój dzisiejszy nastrój. Smętek przyszedł, jak zawsze znienacka, nieproszony i wyzwolonym przez jakiś drobiazg wspomnieniowym fleszem sprawił, że poczułem się smętnie, tęskno, mruczno, szaroburo, tak jakby już było za późno. […] Homerycki żart.

czwartek, 14 lipca 2016

O Luśce, musze i Kajtku

Lusława utyrana wypełnianiem domowych obowiązków towarzyskich rozgongoliła się na kanapie, rozżabiła i ucięła sobie regeneracyjną drzemkę, która została zakłócona w sposób arcyniemiły przez jakąś wredną muchę, która wdarłszy się przez otwarte okno do domu, zamachnęła się na nią. Nie sądzę, żeby zastosowała wobec Luśki przemoc fizyczną w jakiejkolwiek formie, jednak przelatując bzyknęła niebezpiecznie blisko strefy newralgicznej, na punkcie której Lusława jest nieco przeczulona od czasu pomiaru temperatury przez weta, czym spłoszyła ją i zmusiła do awaryjnego opuszczenia kanapy i ucieczki na pańciowe kolana. Zabezpieczywszy tyły, z bezpiecznej tej pozycji Luśka przeprowadziła wnikliwą lustrację pomieszczenia w poszukiwaniu owej muchy, a zlokalizowawszy ją zeskoczyła z kolan i nie spuszczając już z niej oka, śledziła ją czyhając na okazję do wywarcia zemsty za niecne zakłócenie sjesty. Niestety plan nie zaowocował, bo mucha opuściła dom tą samą drogą, którą przyleciała, odprowadzona rozczarowanym wzrokiem Lusławy, która po jej odlocie wykonała kilka terapeutycznych okrążeń sprintem wokół pokoju, zakończonych efektownym wyskokiem i triumfalnym uwaleniem się na kanapie, w celu dalszej relaksacji.

Wspominałem już, że Luśka mała jest i musi uważać, gdyż świat dybie na jej bezpieczeństwo, dlatego czujna jest. Rzekłbym nawet, że przeczulona. Śliczny, malutki (niemal o połowę mniejszy od niej), bardzo towarzyski ratlerek, który przybiegłszy do niej w celach towarzyskich próbował obwąchać jej trzecie (wsteczne) oko, jak to mają w zwyczaju pieski, przeraził ją tak, że w pół sekundy przebiegła dystans dzielący ją ode mnie i trzęsąc się jak osika schowała się za moje nogi. Kajtek – tak się wabił ów piesek – nie zrezygnował i przytruchtał za nią, na co zareagowała awanturą taką, jakby już w połowie ją pożarł i to bez jej zgody. „Wstydziłabyś się Luśka tak histeryzować!” – wjechałem jej na ambit biorąc ją na ręce, żeby zakończyć ten sensacyjny happening. Bynajmniej nie zawstydzona Lusława uniesiona nad ziemię przestała osikować i nie spuszczając podejrzliwego oka z Kajtka, obwarczała go prewencyjnie, żeby se nie myślał!  Interpsie relacje Lusławy bywają burzliwe…

środa, 13 lipca 2016

O Euro i szumie

Deklarowałem tu kilkukrotnie, że nie jestem fanem piłki nożnej, mimo to finałowy mecz obejrzałem. Ot taka fanaberia. Rozczarowany jestem wynikiem, bo kibicowałem Francuzom, którzy moim zdaniem grali lepiej od Portugalczyków, ale cóż, nie zawsze wygrywa najlepszy – czasem ten, kto ma trochę więcej szczęścia. Szarooki pochwalił się na fb, że oglądał ten mecz z trybun stadionu w Saint Denis. Z jednej strony trochę zazdroszczę bezpośredniego uczestnictwa, z drugiej jednak te dzikie rozwrzeszczane tłumy, do których cóś mnie nie ciągnie… 
*
Zwykle nie komentuję bieżących wydarzeń i dziś też tego nie zrobię. Nie napiszę, że zdegustowany jestem poziomem uprawiania dziennikarstwa: manipulacjami, nierzetelnością, tendencyjnymi nadinterpretacjami, kreowaniem nieprawdziwego obrazu politycznego i innymi objawami braku etyki. Nie napiszę tego, bo nie jestem naiwny i wiem od dawna, że media nie są apolityczne, wydawało mi się jednak do niedawna, że starały się sprawiać (nie zawsze udolnie) wrażenie jakiejś bezstronności, a to, co dzieje się teraz nabiera rozmiarów rozśmieszająco zatrważających - aż strach włączać telewizor, bo nie wiadomo czy śmiać się, czy szlochać. Ta refleksja dotyczy wszystkich mediów, bez względu na wspieraną (sic!) opcję polityczną. Skąd owa refleksja? Ano z medialnego szumu po wypowiedziach Obamy na szczycie NATO. Przepychanka przekładowo-interpretacyjna, jaką zaserwowały media zdumiała mnie, jak chyba wszystkich znających na tyle angielski, żeby zrozumieć jego wypowiedzi bez pośrednictwa tłumacza. Krzepię się jednak myślą, że dopóki media się ścierają, nie jest jeszcze bardzo źle. Niech antyrządowe punktują rząd, a prorządowe opozycję, obnażając ignorancję i prywatę. Gdyby mówiły unisono, zacząłbym się bać.

wtorek, 5 lipca 2016

O dwuleciu i urlopie

Wczoraj minęły dwa lata mojego niepalenia. Jestem z siebie dumny i ogromnie się tym moim niepaleniem cieszę. Nie ciągnie mnie do papierochów w ogóle. Fajnie jest nie palić. A ile kasy zostaje w kieszeni. Uczciłem drugą rocznicę niepalenia godnie zakupem welurowego fotela opakowanego w samochód, którym również wciąż bardzo się cieszę. Co do niepalenia: ważne, żeby wyeliminować całą martyrologię rzucania, czyli po prostu nie rzucać palenia, a przestać palić, bez deklarowania, że na zawsze. To drobiazg, który szalenie mi pomógł, jak już zakończyłem wspomaganie farmakologiczne (Cytyzyna). Palenie siedzi w głowie, więc plan na niepalenie należy wdrażać spokojnie i metodycznie, wtedy nawet zespół odstawienia, który potrafi czasem nieźle sponiewierać, nie straszny.
*
Jest pięknie. Odpoczywam wędrując po moich górkach. Niestety nie mogę codziennie, ze względu na dość zmienną pogodę. Są duże trawy i ciężko iść po deszczu. Są tacy, którym to nie przeszkadza, ja jednak nie lubię chodzić w mokrych butach i z mokrymi stopami. Odwiedzam znajomych, znajomi odwiedzają mnie. Jak dotąd urlop jest bardzo udany. Zaraz wychodzę w góry korzystając z pięknej pogody, więc na dzisiaj to będzie tyle. 

czwartek, 30 czerwca 2016

Tamten wieczór

Uważaj na znajomości, które zaczynają się od głowy. O tych zapoczątkowanych fascynacją seksualną można szybko zapomnieć. O tych, które zaczynają się od rozmów, wymiany myśli i emocji, możesz nigdy nie zapomnieć. Te są trwalsze. Magdalena Witkiewicz (z książki Zamek z piasku)

***

Zbiegł po schodach nie oglądając się za siebie. Dopiero doszedłszy do auta odwrócił się, spojrzał i zobaczywszy go stojącego w oknie uniósł dłoń w geście pożegnania. Odpowiedział mu ten sam gest. Wsiadając w auto widział jego cień w oknie. Nic nie czuł wracając do domu, dopiero kiedy stał pod prysznicem zalały go uczucia, obezwładniając go i wstrząsając do głębi. Dowody owego wstrząsu zniknęły bez śladu spłukane strugami wody spływającej po twarzy...

środa, 29 czerwca 2016

O Luśce i nielatach

Luśka spuszcza mnie z oka tylko wtedy, kiedy przychodzą dzieci w odwiedziny. W zasadzie to już nie dzieci, a nastolatki - dla mnie różnica żadna, dla nich jednak kolosalna. Zostaje przez nie tak wytłamszona, wynoszona na rękach i wybawiona, że w zachwycie nie zauważa prawie nikogo poza ową młodzieżą. Prawie, bo w ramach konwenansów zrobi od czasu do czasu szybką rundkę po pozostałym towarzystwie, żeby sobie nie myśleli, że obrażona, ale załatwia to ekspresowo, by nie marnotrawić czasu przeznaczonego na zabawę. Przy okazji zabawiania Luśki nielaty zrelacjonowały mi wydarzenia, które miały miejsce od czasu, kiedy ostatnio się widzieliśmy. Jedna opowieść szczególnie mnie ujęła.  

Nastolatka nocowała u swojej szkolnej psiapsióły, a że na zadanie domowe miały wypowiedzieć się na temat przemocy środkami dowolnymi, postanowiły połączyć siły i nakręcić smartfonem krótki filmik – manifest przeciw przemocy. Autorki wymyśliły krótki, ale mocny w swoim wyrazie scenariusz, a w głównej roli obsadziły trzyletnią siostrę owej klasowej psiapsióły. Dla uwiarygodnienia fabuły – sztuka wymaga wszak prawdy, a prawda czasem poświęceń - zamknęły ją w szafie postraszywszy uprzednio nieśmiertelną Babą Jagą i udały, że uciekły z pokoju zostawiając ją samą uwięzioną. Na efekt nie musiały długo czekać, bo już po chwili dobiegł ich z czeluści szafy rzewny szloch. Kiedy ekipa filmowa uznała, że wzniósł się na satysfakcjonujący poziom, drzwi od szafy zostały otwarte, zanosząca się płaczem aktorka uwolniona i sfilmowana w stanie totalnego rozszlochania, załzawienia i zasmarkania. Film okazał się nieco kontrowersyjny, bo publiczność pokazu przedpremierowego, którą była mama owej trzylatki, zrecenzowała go krótko słowami: „Jak mogłyście!”. Za to trzyletnia Kamila była zachwycona dziełem, którego była główną i jedyną gwiazdą, bowiem autorki pochwaliły jej znakomity warsztat aktorski, który zaowocował bardzo realistyczną, godną wręcz Oscara kreacją. Relacja zakończona została refleksją: „Kamila bardzo mnie lubi, nawet dzwoni do mnie czasem z telefonu swojej siostry. Głupio mi było, że musiałyśmy ją zamknąć i postraszyć. To znaczy głupio mi było po, bo w trakcie nie. A mama Kamili jest super. Bardzo ją lubię. Ona mnie też. To taka fajna kobieta. Taka ułożona.”. W tym miejscu relacja została przerwana przez atak nieopanowanego śmiechu. Refleksja końcowa mnie zmiażdżyła i musiałem.

wtorek, 28 czerwca 2016

O urlopie i koleżance dyżurującej

Urlopuję się w górach. Czas zwolnił, bo nie popędza go pośpiech. Jest spokojnie i cicho. Tę rozkoszną ciszę przerywają jedynie równie rozkoszne trele ptaków. Budzę się co prawda o nieurlopowych porach, zazwyczaj skoro świt, ale nic to, bo mam – jak tu mówią – dłuższy dzień. Chłonę spokój i ciszę czując, jak powoli uchodzi ze mnie napięcie. Taki właśnie spokojny i cichy urlop lubię. Pracuję z ludźmi i ostatnią rzeczą, jakiej mi na urlopie brakuje jest ludzka ciżba. Jest fajnie, mimo snującej się gdzieś w tle małej okołorocznicowej tęsknoty.

Luśka dotrzymuje mi towarzystwa nie odstępując na krok. Dzieli się za mną swoimi zabawkami, a nawet suszonymi żwaczami, które uwielbia. W przeciwieństwie do mnie, bo śmierdzą, jak cholera. Ucina też sobie drzemki uwalając się na mnie. Tylko na noc Luśka mnie opuszcza, bo nocuje w sypialni mamy. Do niedawna spała w swoim kojcu umieszczonym obok jej łóżka, aktualnie śpi już z nią w łóżku. Mości się w nogach, na kołdrze. Rano po opuszczeniu sypialni i załatwieniu porannego siur, tudzież innych sprawin, Luśka podejmuje dyżurowanie pod moimi drzwiami. Nie dobija się, nie drapie i nie szczeka - kładzie się pod drzwiami i leży cierpliwie podsłuchując. Szał uruchamia dopiero, kiedy usłyszy ruch dobiegający z mojego pokoju i wtedy skacze, piszczy i drapie w drzwi, a po wpuszczeniu najpierw tańczy na dwóch łapkach domagając się głaskania, po wygłaskaniu zaś usiłuje zrobić mi poranną toaletę swoim języczkiem. Gdybym jej pozwolił, wylizałaby mnie całego, ale ograniczam obszar owego zabiegu tylko do dłoni. Taki nasz coranny rytuał. Właśnie odstawiłem pantomimę skierowaną do uwalającej się na mnie Luśki, bezgłośnie śpiewając: „Moja Luśka, moja śliczna!”. Patrzyła na mnie nieco podejrzliwie, a w jej oczach odbijała się myśl: „Albo ogłuchłam, albo zwariowałam”. Chcąc rozwiać swoje wątpliwości wykonała gwałtowny sus i zanim zdążyłem ją powstrzymać liznęła mnie w same usta, przeciwko czemu zaprotestowałem mówiąc „Luśka!”, co tak ją ucieszyło, że aż z tej radości usiłowała wedrzeć mi się na głowę, co niechybnie by się jej udało, gdybym jej nie powstrzymał. Tak się urlopowo z Luśką zabawiamy. 

sobota, 18 czerwca 2016

O kibicowaniu

Pisałem już kiedyś tutaj, że piłka nożna zupełnie mnie nie kręci i nie kibicuję, a jednak… Jestem dumny z naszej drużyny. Jestem dumny, że zremisowali z Niemcami. Nie dać się mistrzom świata to jest coś! Brawo chłopaki! Nie oglądałem meczu, ale dzikie ryki przetaczające się przez osiedle sprawiły, że słuchowo w nim uczestniczyłem. Powietrze gęste było od wibrujących emocji, a przeszywające je latające kurwy, przypomniały mi moją ciotkę, która choć sportu nie uprawiała żadnego, była namiętną kibicką futbolu. Pamiętam z dzieciństwa mistrzostwa świata, z któregoś tam roku, kiedy z jej córką zasiadaliśmy wygodnie i oglądaliśmy ją oglądającą mecze, pękając ze śmiechu. Ciotka w kibicowskiej gorączce w ogóle nie zwracała na nas uwagi i choć prawie nigdy nie przeklinała, a już na pewno nie przy dzieciach, oglądając mecz nie kontrolowała wybuchów swoich sportowych emocji i kurwą zdarzało jej się rzucić.

środa, 15 czerwca 2016

Upojenie

Jest wiatr, co nozdrza mężczyzny rozchyla;
Jest taki wiatr.
Jest mróz, co szczęki mężczyzny zmarmurza;
Jest taki mróz.
Nie jesteś dla mnie tymianek ni róża,
Ani też „czuła pod miesiącem chwila” –
Lecz ciemny wiatr,
Lecz biały mróz.

Jest deszcz, co wargi kobiety odmienia;
Jest taki deszcz.
Jest blask, co uda kobiety odsłania;
Jest taki blask.
Nie szukasz we mnie silnego ramienia,
Ani ci w myśli „klejnot zaufania”,
Lecz słony deszcz,
Lecz złoty blask.

Jest skwar, co ciała kochanków spopiela;
Jest taki skwar.
Jest śmierć, co oczy kochanków rozszerza;
Jest taka śmierć.
Oto na rośnych polanach Wesela
Z kości słoniowej unosi się wieża
Czysta jak skwar,
Gładka jak śmierć.

Stanisław Grochowiak "Upojenie"
_______________________________
Bardzo lubię ten wiersz, jego zmysłowy rytm, barwę słów. To jeden z najpiękniejszych erotyków.

Podoba mi się sugestywna żarliwość, z jaką Michał Żebrowski interpretuje wiersze. Lubię też jego głos, również z powodów sentymentalnych - Szarooki ma bardzo podobny. Powyżej interpretacja "Upojenia" nagrana przez niego i A. M. Jopek. Czy udana? Mnie się podoba. Żebrowski stworzył głosem intrygujący nastrój, w który Jopek ładnie się wpasowała swoim łagodnym, ciepłym wokalem. Całkiem przyjemnie się tego słucha.

wtorek, 14 czerwca 2016

Nie tylko o genach

Aśkę-strasznego-babola odwiedziła dziś w pracy progenitura. Nie miałem żadnych wątpliwości, czyją zstępną jest to dziewczę, bowiem jest mamci klonem doskonałym, tyle że o dwadzieścia parę lat młodszym. Ja nie wiem, jak się tam te geny zmieszały, że z mamci wszystko, a z tatka nic. Może się nie pomieszały? Może zaraz po zapłodnieniu geny mamci zeżarły geny tatka i dlatego taka do mamci podobna? I lico krągłe, i udo potężne, i tyłek monstrualny, i oczka chytre, rozbiegane, taksujące wszystko i wszystkich wokół. Po prostu mamcia wypisz wymaluj. Zaraz po wejściu zdmuchnęła z mamcinego talerza dwa kawałki ciasta, które pożarła z marszu, popijając półlitrową colą przyniesioną z sobą. Zniknęły tak błyskawicznie, jakby je w całości połknęła, bez żucia. Jak pelikan. To też ma po mamci. Ma czternaście lat, a wygląda na trzydzieści, bo tak jest utuczona. Biedne dziecko. Tak sobie pomyślałem, jak na nią popatrzyłem, że gdyby dzieciak którejś z koleżanek wrzucił w siebie za jednym zamachem dwa kawałki ciasta, Aśka-straszny-babol miałaby temat do gadania na kilka dni: że żarłoczny, nie nauczony umiaru, itd., a u swojej własnej progenitury tego nie dostrzega…

*

Urlop zbliża się wielkimi krokami i jest tuż tuż. I całe szczęście, bo moja tolerancja spada, a wraz z nią próg wkurwu się obniża. Wiem, że koleżeństwo ma tak samo, więc zaciskając zęby żegluję po firmowym akwenie starając się omijać mielizny i rafy oraz inne okręty. I choć czasem miałbym ochotę dokonać abordażu i skopać jakąś koleżeńską dupę – myślę, że takie pragnienie jest udziałem każdego człeka od czasu do czasu – heroicznie odmawiam sobie tej przyjemności, wzruszając się sam nad sobą, żem taki wyrozumiały i empatyczny. A tak naprawdę, to od kilku dni jestem „nieprzysiadalny”, jak napisał kiedyś Marcin Świetlicki. Ta moja „nieprzysiadalność” nie wynika tylko ze zmęczenia pracą, koleżeństwem, miastem, ale również, a może przede wszystkim, z powodu rozstrajającej mnie nieco, zbliżającej się rocznicy rozstania z Szarookim. Odrobinę roluję się do środka kontemplując mały okołorocznicowy żalek i nie chcę, żeby ktoś mi ten proces zakłócał, bo robię się wtedy opryskliwy. A skoro już o Szarookim: doktoryzuje się na UŚ i w związku z tym, dość regularnie bywa w Katowicach. Ptaszki zaćwierkały, że z życia i pracy w Paryżu jest bardzo zadowolony i nie planuje powrotu do kraju. Cieszę się, że jest mu tam dobrze. Ściął króciutko włosy i nosi stale kilkudniowy zarost. Wygląda megazajebiaszczo.

niedziela, 12 czerwca 2016

Urodziny

Rok temu, pisząc notkę na pierwsze urodziny mojego bloga, zastanawiałem się, czy będą drugie. Są. Dzisiaj mija drugi rok odkąd powstał. Przetrwał i miewa się nieźle, choć rzadziej od jakiegoś czasu publikuję. A może właśnie dlatego?

Poczytałem sobie notki napisane w tym drugim roku istnienia bloga i zaryzykuję stwierdzenie, że opublikowałem najlepsze jak dotąd – nie tylko moim zdaniem – posty: Dyptyk, Rozszczepienie i zagięcie, Deja vu i Etiudy. Te posty - i parę z pierwszego roku - przypominają mi, że potrafię nieźle pisać. Czasem. Jak złapię flow. A o to od jakiegoś czasu u mnie trudno.

Przywiązałem się do tego bloga i pisanie – choć rzadsze – wciąż sprawia mi przyjemność, jest więc bardzo prawdopodobne, że za rok obchodzić będę jego trzecie urodziny.

Wszystkiego dobrego mój blogu. 

Uwaga: poniższy filmik i pojawiające się w nim śliczne męskie pupiny oglądasz na własną odpowiedzialność.


piątek, 10 czerwca 2016

Koczowisko

- Przytul się i pośpijmy jeszcze trochę – westchnął w półśnie. Przytuliłem się więc. Ślicznie pachniał, jego ciało było takie ciepłe, włosy na brzuchu takie miłe w dotyku. Z zachwytu nad jego wdziękami wyrwała mnie myśl: Dlaczego leżymy w fotelach? Rozejrzałem się wokół: w mroku majaczyły rzędy foteli, a na wprost wielka, czarna plama kurtyny. Teatr? – pomyślałem. – Ale jak to? Dlaczego teatr? Byliśmy w teatrze? Dlaczego nie pamiętam? Może sztuka była tak nudna, że zapadłszy się w fotele zasnęliśmy i nikt nas nie zauważył i nie obudził? Dobrze, że Misiek tu ze mną jest, bo gdyby jakiś upiór w operze… Brr… Ale, żeby w teatrze koczować? Choć… - ziewnąłem. - Fotele takie mięciutkie… - oparłem głowę na ramieniu Miśka.- Misiek taki pachnący i cieplutki…