sobota, 27 lutego 2016

Weekendowy dodatek obowiązkowy

Najmodniejszym dzisiejszym weekendowym dodatkiem obowiązkowym jest BEZTROSKA. Nosi się ją bardzo wygodnie i przyjemnie użytkuje, bowiem jest lekka, bardzo ciepła, ale przy tym przewiewna, promienna i rozkoszna. Aplikowana z radością jest bardzo twarzowa - rozświetla oczy i świetnie robi duszy. Poza weekendami i urlopem należy jednak dawkować rozsądnie i z umiarem, bowiem nadużyta może mieć skutki uboczne. 

niedziela, 14 lutego 2016

Walentynkowa refleksja napadowa

Powiadają, że miłość nigdy nie umiera. Prawdę mówią. Bo ona nawet jeśli odchodzi, to nigdy do końca, w najgłębszych zakamarkach jestestwa zachowując okruchy uczuć i wspomnienia będące świadectwem jej niegdysiejszych bujnych wzlotów, jej echem, które powraca póki trwa pamięć…

Kiedyś przeczytałem gdzieś w necie, że słowo zakochanie składa się z dwóch słów: za i kochanie, i mówi o tym, że ktoś kto kocha stoi za swoim kochaniem. Podoba mi się ta myśl, bo przecież zakochanie to stawianie dobra kogoś, kogo się kocha, przed swoje własne dobro, ambicje i plany. Doświadczyłem tego i podobało mi się. Fajnie byłoby jeszcze raz... Za-kochania życzę sobie i wszystkim.

niedziela, 7 lutego 2016

Performens

Całe swoje życie pani Zosia dba o to, żeby żyć po cichu, nie dając plotkarom asumptu do noszenia jej na jęzorach, więc dla zachowania równowagi rekompensuje sobie ową życiową cichość ekscentryzmem medycznym, zmieniając lekarzy jak rękawiczki. Pisałem jakiś czas temu o przygodzie pani Zosi z psychiatrą, która okazała się przejściowym incydentem, bowiem, jak to w życiu czasem bywa, pani Zosia postawiła się w obliczu konieczności wyboru sposobu na jedną z płaszczyzn swojego życia i takiego wyboru dokonała. Terapię przerwała, uznając najwidoczniej, że życie bez nerwicowych dygotek i somatycznych bólów głowy straciło smak. Stwierdziła przy tym, że przez psychiatrę jej się pogorszyło. Nie wiem co, bo mogło być tylko lepiej, ale nie dociekałem. Skoro panią Zosię uszczęśliwiają jej dolegliwości, niech je sobie ma. Są różne rodzaje miłości i różne psychiczne jazdy – pani Zosi udało się połączyć je w jedno, umiłować i rozsmakowując się w nich, osiągać satysfakcjonujący ją błogostan. Nasuwa mi się tu analogia z przedkładaniem „spajania dusz stanem permanentnego ich mdlenia od nadmiaru niedoumierania”, nad inne interpersonalnie spajające aktywności. Ktoś, kogo lubię orzekł, że to ma potencjał. Wierzę na słowo, choć nie rozumiem. Ale czy ja muszę wszystko rozumieć? Każdy wybiera to, co lubi. Zupełnie jak pani Zosia, lubiąca przy tym pewną widowiskowość, której w rozstaniu z psychiatrą nie mogło zabraknąć, bowiem w wigilię wyznaczonej u niego wizyty, pani Zosia zległa była na tajemniczą (antypsychiatryczną) chorobę, z powodu której - jak twierdziła później - prawie była zeszła, co zmusiło ją dnia następnego do zamienienia wizyty u psychiatry na wizytę domową lekarza rodzinnego, którego wezwała o poranku. Chyba tak źle nie było, skoro mogła na lekarską pomoc poczekać do rana. Zrekompensowała to sobie jednak, bo jak przyjechał, urządziła taki performens, że biedak wyekspediował ją do szpitala. Dorocznemu rytuałowi stało się zadość. Pani Zosia nacieszywszy się zainteresowaniem lekarzy, przy okazji zeskanowana i laboratoryjnie wybadana (wyniki jak zawsze idealne), została wypisana ze szpitala rankiem dnia następnego. Lekarz, który ją wypisywał – jak to później zreferowała pani Zosia własnymi usty – zabronił jej leczenia się u psychiatry (sic!) i zapisał jej lek, dzięki któremu cudownie ozdrowiała i tak wspaniale się czuje, że żadnego innego już nie potrzebuje: Acard! Przyznam, że tym urojeniem objawieniem pani Zosia tak mnie rozwaliła,  że nie byłem w stanie powstrzymać chichotu, który wyrwał się był ze mnie spontanicznie ku jej niezadowoleniu. Zdusiłem go opanowawszy się i z pokerową twarzą powiedziałem tylko: "Cudownie pani Zosiu. Nic, tylko łykać". Zebrałem się pośpiesznie i wyszedłem. Z trudem zaniosłem swoją radość do domu, gdzie padłszy na kanapę zaniosłem się tak szalonym śmiechem, że aż łzy płynęły mi po twarzy. Dobrą chwilę trwało, zanim opanowałem się na tyle, żeby móc powtórzyć dramatyczną opowieść pani Zosi Mamie, która również popłakała się ze śmiechu. Pani Zosia skonfabulowała, chcąc jakoś uzasadnić swoją woltę. A że nie do końca to się udało... Cóż… W jej wieku może jej się już trochę lapcyć*.
___________________________________
* bredzić - synonim używany przez gawiedź w moim górskim raju. Czyż nie śliczny?

poniedziałek, 1 lutego 2016

Skok w bok

Mój dentysta, z którego usług korzystam już od ponad 10 lat, ma same zalety (fachowość, a do tego jeszcze prezencję) i tylko jedną wadę. A w zasadzie dwie: jest heterykiem i ma gabinet w ścisłym centrum miasta, gdzie cholernie ciężko zaparkować. Trzeba krążyć czasem nawet pół godziny po okolicy, żeby znaleźć wolne miejsce. Pomyślałem sobie, że może poszukam jakiegoś innego stomatologa bliżej, a najlepiej na osiedlu, na którym mieszkam. Zapytałem wujka Google na tę okoliczność i wskazał mi dentystkę przyjmującą dosłownie siedem minut spacerkiem od mojego domu. Zadzwoniłem pod numer, który wujek G. mi podał i umówiłem się z panią na zapoznawczą wizytę. Tak czy siak, do dentysty udać się musiałem, bo jeden z moich zębów zaczął reagować na temperaturę, co niechybnie zwiastowało jakiś z nim problem. W umówionym terminie przyszedłem do gabinetu, który okazał się być bardzo ładnie urządzony i wyposażony. Pani doktór – malutka i krąglutka, po 50 - zajrzała w moją paszczę i stwierdziła, że plomba zaczęła przeciekać, dlatego ząb reaguje. Nie boję się dentysty i nie znieczulam się do zwykłego borowania, zatem na pytanie pani doktór o znieczulenie, odpowiedziałem, że nie potrzebuję. Błąd, jak się później okazało, bo pani doktór tę moją odpowiedź wzięła sobie do serca aż za bardzo. Rozwierciła starą plombę, obejrzała zęba w środku i mruknęła - bardziej chyba do siebie niż do mnie - że miękki. Wzięła w tłuściutką łapkę wiertło, którego nie znoszę (wolnoobrotowe) i zanim zdążyłem zaprotestować, przygwoździła mnie nim do fotela tak, że w minutę - bo mniej więcej tyle to trwało - zwiedziłem odległą galaktykę. Narobiłem takiego jęku, że prawdopodobnie wypłoszyłem czekających w poczekalni pacjentów i ją samą chyba też, bo się poddała. Włożyła w zęba jakieś lekarstwo, zaklajstrowała go fleczerem, wypisała skierowanie na prześwietlenie i dopiero wtedy poinformowała mnie, że otworzyła kanały i zatruła zęba. Gdyby mnie o tym uprzedziła, poprosiłbym o znieczulenie. Pomarudziła trochę, że nie wie, czy podejmie się leczenia kanałowego tego zęba, kazała mi jednak przyjść za dwa tygodnie ze zdjęciem rtg i wtedy zdecyduje. Podziękowałem i wyszedłem myśląc: „O nie kochana, z całą pewnością więcej się nie spotkamy.”. Wróciłem do domu z bolącym zębem, łyknąłem dwa Ibupromy, złapałem za telefon i zadzwoniłem do mojego dentysty umówić się na wizytę. Najbliższy wolny termin miał za tydzień. Dotrwałem jakoś na Ibupromie. Muszę wyznać, że nie przyznałem mu się do zdradzenia go z konkurencją w naszym mieście, ale skłamałem, że zdrada nastąpiła w moim górskim raju. Otworzył tego zęba, pooglądał go, zrobił rtg, które również uważnie obejrzał i stwierdził, że pani doktór udało się otworzyć dwa kanały, natomiast trzeci pozostał nieruszony. Zapytał, czy naprawdę zrobiła to bez znieczulenia. Potwierdziłem. „Twardziel z pana, skoro nie uciekł jej pan z fotela” – powiedział. Zęba znieczulił i zrobił co trzeba. Spędziłem na fotelu ponad godzinę, bo tyle trwało udrożnienie kanałów i ich zabezpieczenie pod wypełnienie, miałem więc czas na refleksję. Taką mianowicie, że zdrada to ryzyko, które może się zemścić, dlatego należy uważnie przyjrzeć się, z kim chce się owej zdrady dokonać i skrupulatnie rozważyć, czy to się opłaci. Można się bowiem naciąć. Jak ja. Warto też pamiętać, że zdradzany ma nad ewentualnymi rywalami tę przewagę, że wie, jak nie lubimy się bawić, co nie tylko w wypadku stomatologa ma znaczenie. Mój na przykład wie, że jeśli o mnie chodzi, to może zabawiać się tym gwiżdżącym pneumatycznym wiertłem do woli, natomiast wolnoobrotowym wcale, a jeśli już to tylko do polerowania plomby, a i to niechętnie.