środa, 30 marca 2016

Migawka

Kolejna rocznica naszego poznania przewijała się dzisiaj nienachalnie i niemartyrologicznie, rozpływając się jak cień w szarej mojej dzisiejszej zapracowanej codzienności. Dogoniła mnie dopiero wieczorem po powrocie do domu. Spojrzałem przez kuchenne okno – zmierzchało. W szybie odbiła się moja twarz. Nic niezwykłego, jednak refleks ten sprawił, że ujrzałem w pamięci obraz nas odbijających się w tej samej szybie, krzątających się radośnie w tej kuchni. Spoglądałem daleko poza gęstniejący zmierzch, próbując zatrzymać jak najdłużej ten obraz z przeszłości. Kątem oka zarejestrowałem, że moja odbijająca się w szybie twarz zmieniła się, rozjaśniona łagodnym, ciepłym uśmiechem. Skupiłem na nim wzrok i wtedy poczułem tęsknotę – uśmiech zniknął. Spojrzałem ponownie w gęstniejący mrok…

Nie wiem, czy kiedykolwiek będę mógł o nim myśleć bez poczucia straty…

niedziela, 27 marca 2016

Alleluja


Wspaniałych, spokojnych, radosnych i beztroskich Świąt. 

Cieszcie się i radujcie, bo takie świętowanie sprawi, że wszystkie świąteczne przepyszności będą miały zerową kaloryczność:-)


piątek, 25 marca 2016

Bestia straszliwa (2)

Luśka nie cierpi deszczu. Załatwia wtedy swoje sprawy szybko i pędzi z powrotem do domu. Śnieg natomiast uwielbia. Jak pierwszy raz go zobaczyła, stanęła w progu jak wryta, zaskoczona kompletnie zmienionymi okolicznościami okołodomowymi i chyba doszła do wniosku, że nie podobają jej się, bo zrobiła krok w tył. Z daleka obwąchała, nieśmiało zrobiła krok, najpierw jedną łapką - nic się nie stało. Potem drugą - znowu nic. Wyskoczyła więc wszystkimi czterema na zewnątrz i przebiegła kawałek. Zimno jej było w łapki i najchętniej wszystkie cztery uniosłaby ponad śnieg, ale niestety się nie dało. Już miała prysnąć z powrotem do domu, ale zauważyła, że robiąc tych kilka kroków w śniegu, utoczyła małą kulkę, co bardzo ją zainteresowało. Polizała – nic się nie stało. Wzięła ostrożnie w pyszczek, a że kulka była mięciutka, rozpadła się. Sunia wymyśliła nową zabawę – toczenie łapkami kulki śniegowej i branie jej w pyszczek w celu zmiany stanu jej skupienia. Bardzo to lubi.

Luśka mała jest i większa już nie urośnie, zatem uważać musi, bo wielki świat dybie na jej bezpieczeństwo. Nawet w jej własnym domu. Któregoś ranka, wracając z porannego siur, Luśka usłyszawszy, że jestem już w kuchni, ruszyła rączo na moje powitanie. Pełną prędkością pokonała zakręt, wpadła do kuchni, wykonała trzy długie susy i wyskok, a że źle go obliczyła, zamiast z moim udem, spotkała się z szufladami. Zniosła to spotkanie dzielnie, jeśli nie liczyć pisku, który z siebie wydała. W wyniku zderzenia jedna z szuflad się wysunęła, co zainspirowało Luśkę do wydania z siebie jeszcze jednego, głośniejszego i wyższego intonacyjnie pisku oraz ucieczki, uznała bowiem, że to jakaś straszna paszcza się rozwarła, by ją pożreć. Zwiała więc z kuchni i przez otwarte drzwi zaglądała ostrożnie, czy ów monster z otwartą gębą jeszcze tam jest. Szuflada została zamknięta, co Luśka odczytała jako sygnał o minięciu zagrożenia, przyszła więc zbadać, czy monstrum, które pożreć ją chciało, nie pozostawiło po sobie aby jakichś śladów. Skrupulatnie obwąchała wszystkie szuflady. Odsunąłem jedną, żeby mogła zobaczyć, że to nie paszcza. Schowała się za moją nogę, by z bezpiecznej tej pozycji obserwować dalszy rozwój wypadków, a że nie stało się nic, ostrożnie podeszła, zapuściła żurawia w szufladę i chyba jej się spodobała, bo gdybym jej nie powstrzymał, wlazłaby do niej.

W związku z tym, że Luśka wieku sprawnego zaczęła dobiegać, trzeba było zadbać o jej antykoncepcję. Zdecydowaliśmy pozostawić ją w stanie dziewiczym i infantylnym, dlatego wybraliśmy metodę radykalną w postaci sterylizacji. Luśka zabieg zniosła bardzo dobrze, choć przez parę dni bardzo słaba była i oklapła. Żal nam jej było, ale cóż, mus był. Jakoś niespecjalną sympatią zapałała do przychodni weterynaryjnej i samego weterynarza, skądinąd bardzo sympatycznego faceta. Naraził się jej bardzo, bo na wizycie kontrolnej wraził jej w zadek termometr i temperaturę zmierzył, przeciwko czemu żywiołowo zaprotestowała. Po wizycie kontrolnej i wyszczepieniu przeciw wściekliźnie i nosówce, Luśka wyraziła całą swoją bezmierną pogardę dla tego miejsca i na znak owej pogardy zostawiła w poczekalni dorodną kupę, żeby sobie tam nie myśleli, że tacy fajni!

czwartek, 24 marca 2016

Bestia straszliwa (1)

Piszę ukryty pod kołdrą, bo muszę być cichutko. Żadnego kaszlnięcia czy chrząknięcia, bo wystarczy, że westchnę, a bestia czająca się pod drzwiami usłyszy i od razu spróbuje wyważyć drzwi, żeby się do mnie dostać. Uda jej się to przy moim udziale i… Straszne rzeczy się wtedy dziać będą, bo bestia szaleć będzie, ganiać, lizać, nawet pod kołdrę wpełznie, żeby do nóg sie dobrać i tym sposobem z łóżka wykurzyć, albowiem ranny sen zwierz ten ma w pogardzie, zwłaszcza cudzy. Bestia ta straszna ma dziewięć miesięcy, jest prześliczną, małą sunią rasy wieloras. Ma wesołe brązowe oczka, klapnięte uszka, turbo ogonek i szalenie pracowity języczek. Nosi wdzięczne imię Luśka. Cały dom i wszystkie rzeczy, które w nim się znajdują są jej własnością, ale chętnie udostępnia je domownikom w użytkowanie. Jest posiadaczką piszczącego baranka, z którym uwielbia spać i którego uszko lubi czasem ssać jak smoczek oraz różowej świnki, nad którą uwielbia się znęcać, rzucając nią, podgryzając i ciągając po domu. Niedawno oślepiła świnkę odgryzając jej oczy. Prawdopodobnie w poprzednim swoim wcieleniu Luśka nałogowo paliła, bo uwielbia pety. Jak jakiegoś znajdzie, bierze w pyszczek i ssie jak smoczka. Nie ucieka, jak chce się jej takiego wyssanego już peta odebrać, tylko grzecznie otwiera pyszczek i oddaje. Uwielbia też papiery, woreczki foliowe i chusteczki higieniczne, które zamienia w pył. Znaczy Luśka zmieniając stan ich skupienia, proekologiczna jest i popiera recykling. Nie znosi konkurencji – widok innego psa w granicach jej habitatu, zwłaszcza jej gabarytów, budzi w niej głośno wyrażane oburzenie. Nawet samą siebie odbitą w szybie oszczekuje i atakuje dzielnie. Bardzo lubi zabiegi pielęgnacyjne, a kąpiel uważa za zajebiaszczą zabawę. Bardzo ją kręci woda ciurkająca z kranu i szumiąca z prysznica. Już pierwszą swoją kąpielą była zachwycona, natomiast to, co nastąpiło po owej kąpieli podobało jej się trochę mniej, bowiem została wysuszona za pomocą ręcznika i…. suszarki do włosów. Oczywiście w trybie bardzo letniego dmuchania, ale i tak zabieg ten uznała za zbyt kontrowersyjny. Od czasu owych zabiegów pokąpielowych sunia wchodząc do łazienki prewencyjnie oszczekuje suszarkę leżącą na półce.

Luśka to gryzakowy niszczyciel jest, bo wciąż rosną jej zęby. Jednej nocy przegryzła kabel od radia całkowicie, na amen i zabrała się za drugi od lampki nocnej i też go przegryzła, tym razem jednak efektownie, bo błysnęło, huknęło i wywaliło korki. Nic jej się nie stało, ale wystraszyła się tak, że kable przez jakiś czas omijała. Nie można jej spuszczać z oczu, bo zgryzie wszystko, co tylko do zgryzienia się nada. Zwłaszcza guziki, zamki, sznurówki i wszystkie inne wystające artefakty, którym oprzeć się nie potrafi. Luśka generalnie kocha cały świat i ma w sobie zero agresji. Potrafi zająć się sobą i sama się zabawić, jednak osobisty kontakt ceni najbardziej. Uwielbia uwalać się na domownikach, drzemać leżąc na udach, a jeśli to zbyt dla niej niewygodne, obok. Lubi też czasem popatrzeć na świat z innej perspektywy. Staje wtedy na tylnych łapkach, drapie delikatnie przednimi i merdając ogonkiem wydaje z siebie krótkie szczeknięcie. Mama wyjaśniła mi, że Luśka w ten sposób mówi „weź mnie na ręce i ponoś”. Biorę i noszę, a Luśka uwielbia mnie bezkrytycznie. Jak przyjeżdżam, wita mnie zawsze w ten sam sposób: wylatuje z prewencyjnym szczekaniem, po czym robi w biegu powitalne siur, co niezmiennie ją dziwi, bo przysiada i sprawdza szybko, czy aby pipka jest na swoim miejscu. Ustaliwszy to ekspresowo, podrywa się i przybiega tańczyć przy stopach, szczekając i skamląc z radości. Nie odstępuje mnie potem na krok. Nawet jak do łazienki pójdę, szczeka pod drzwiami, domagając się, żebym ją wpuścił. Któregoś dnia wszedłem na moment do mojego pokoju, żeby coś zabrać i wychodząc zamknąłem drzwi. Po kilkunastu minutach zorientowałem się, że jest za spokojnie i zapytałem Mamę, czy sunia jest z nią - nie była. Zagwizdałem na nią i odpowiedziało mi ciche skomlenie. Zawołałem ją idąc ku drzwiom wyjściowym i usłyszałem pełne oburzenia szczeknięcie, bo słyszała, że głos się oddala. Luśka wślizgnęła się za mną do pokoju niezauważona. Wypuściłem ją i sprawdziłem, czy szkód mi nie narobiła, na przykład rozprawiając się z kablami ładowarek do laptopa i komórki, lub odgryzając guziki od pościeli. Nic nie zmalowała, aż dziw, ale prawdopodobnie zdrzemnęła się była na mojej poduszce i narozrabiać po prostu nie zdążyła...

sobota, 19 marca 2016

O zakończeniu sezonu narciarskiego

Dwie dziewoje wchodzące w wiek średni postanowiły z pompą zakończyć sezon narciarski, wybrały się więc do Ustronia pojeździć trochę, a że daleko nie miały, wsiadły w auto i po godzince były na miejscu. Zanim jednak wybrały się poszusować, wstąpiły do knajpy, w której wypiły po dużym grzańcu, a że głodne były, bo się obie odchudzały, w głowach im zaszumiało, na nogach lekko się zachwiały, jednak dzielnie zdecydowały skorzystać i poszły na wyciąg krzesełkowy. Zupełnie zignorowały dziwne spojrzenie człowieka, który je na krzesełko zainstalował i pojechały. Bez nart. W trakcie kilkuminutowej podróży pogrzańcowa kalamaja wzmocniła się tak, że obie próbując zsiąść zrobiły hopsa, które w zamierzeniu miało być zgrabnym zeskokiem. Niestety z powodu miękkich kolan z hopsa zrobiło się bam i runęły obie bezwładnie jak worki kartofli, rozbijając sobie swoje śliczne noski. Chwilę trwało zanim oszołomione, z pomocą obsługi wyciągu oderwały swoje nadobne, choć nieco spłaszczone, oblicza od ziemi. Były tak pijane, że GOPRowcy musieli je zwieźć z góry w tych swoich sankach ratunkowych. „Mówię ci, jaki wstyd! W życiu już do Ustronia nie pojadę!” opowiadała mi dziś jedna z nich. Jako jeden z nielicznych poznałem prawdziwą przyczynę jej nieco odmienionego wyglądu, bowiem oficjalna wersja brzmi: „Pies pociągnął i upadłam”. 

piątek, 18 marca 2016

Pamięć

Mój biedny kilkuletni laptop zaczął wykazywać objawy niewydolności. Aplikacje uruchamiały się bardzo długo, a strony w przeglądarce ładowały wiek cały. Zwierzyłem się kumpeli, której mąż – w przeciwieństwie do mnie - jest dobry w komputerowe klocki. Wypożyczyła mi go przez zdalny pulpit, by obejrzał mojego laptopa i przeprowadził diagnostykę, co też uczynił. Okazało się, że po przejściu z Windows 7 na 10 pamięć operacyjna przestała wyrabiać i dławiła się, bo za chudziutka była. Poradził, co zrobić, żeby temu problemowi zaradzić, nawet stronę pokazał ze sklepem, gdzie można nabyć lekarstwo ze zdjęciem onego. Wystarczyło tylko kliknąć i kupić. Kliknięcie odłożyłem na dzień następny, spisawszy sobie nazwę kostki pamięci, którą miałem kupić. Następnego dnia zakupu dokonałem i zmotywowany zapewnieniem męża kumpeli, że sobie poradzę, ambitnie postanowiłem samodzielnie część tę wymienić. Przybyła do mnie rankiem kolejnego dnia, rozpakowałem ją, obejrzałem ze wszystkich stron i przez moją głowę przeleciała myśl, że jak na kostkę do laptopa, to jest trochę duża. Nie to, żebym uważał się za znawcę, nie. Po prostu wydawało mi się, że części do laptopa są mniejsze od tych do kompa stacjonarnego. Nic to – pomyślałem i podjąłem czynności operacyjne. Laptopa rozkręciłem, zajrzałem do środka w jego bebechy i pomyślałem WTF, przecież nie ma tam podobnej części, którą mógłbym wymienić. Ta, którą miałem w ręku zdecydowanie nie pasowała do żadnego elementu bebechów laptopowych. Poprzyglądałem się organom wewnętrznym lapa i moją uwagę zwróciła naklejka "Memory" przyklejona na element wzbudzający od początku moje podejrzenia. Trzeba było jednak od razu kliknąć i dokonać zakupu, bo robiąc to następnego dnia kupiłem pamięć o niemal identycznej nazwie, ale przeznaczoną do komputerów stacjonarnych. Skląłem w myślach swoją głupotę, ale refleksja, która na mnie spłynęła przeszkodziła mi w tym, bowiem pragmatycznie pomyślałem, że skoro tę kość do stacjonarnego już mam, to czemu jej nie wykorzystać. Rozkręciłem kompa stacjonarnego i spróbowałem dokonać wymiany, jednak kość nie pasowała do slotu, więc się nie udało. Spakowałem ją i odesłałem do sklepu, w którym ją nabyłem. Czekam na zwrot pieniędzy, bo tania nie była. Zakupiłem też właściwą kość pamięci do mojego laptopa i własnymi ręcami (tak, tak, aż się sam nad sobą wzruszyłem) wymieniłem ją. Laptop odzyskał młodzieńczy wigor, jakby łyknął całe opakowanie Viagry i hula aż miło. Jak nowy.

środa, 9 marca 2016

O rzucaniu kuprem

Uradowałem się dziś tą piosenką. I przy okazji sąsiadów. Było już po 14, więc nie powinni byli już spać. Zazwyczaj muzyki słucham nieinwazyjnie, bo lubię, jak snuje się przyjemnie w tle, a nie wdziera w głowę, w ogóle lubię w domu ciszę, dlatego sąsiedzi mają ze mną jak w raju. Dziś jednak napadła mnie ta piosenka, odpaliłem ją głośno i pląsałem po mieszkaniu rzucając kuprem:-) Niespecjalnie lubię tańczyć, więc rzadko to robię, ale czasem dopada mnie taneczny napad solowy, w czterech ścianach domu i rzucam sobie wtedy kuprem. A co:-) 


niedziela, 6 marca 2016

Atrakcje

Miałem wczoraj w pracy ciężki dzień. W ogóle mam za sobą ciężki, pracowity tydzień, więc - by się trochę rozerwać i zresetować - odwiedziłem wczorajszym późnym popołudniem psiapsiółę ze studiów. Zamiast jednak rozerwać się, jeszcze bardziej się zmęczyłem, bo musiałem wysłuchać jej niekończącego się, monotonnego narzekania ogólnoegzystencjonalnego na wszystko i wszystkich. Gdybym wiedział, że tak to będzie wyglądało, pojechałbym po pracy prosto do domu. Z przykrością muszę się przyznać, że pożegnałem ją wczoraj z ulgą i z przyjemnością wróciłem do domu. Każdy dom (czy mieszkanie) ma swój unikalny zapach, będący częścią jego atmosfery, sprawiającej, że postrzegamy je jako przytulne lub nie. Bardzo lubię zapach mojego mieszkania. Pachnie moimi rzeczami, perfumami, płynem do płukania – moim domem. Wczoraj zaraz po wejściu do domu powitany zostałem niemiło jakimś fetorem, jakby nieświeżego jedzenia. Uruchomiłem tryb detektywistyczny i przeszukałem wszystkie kąty, ale niczego podejrzanego nie znalazłem. Coś jednak śmierdziało i co zastanawiające, tylko przy drzwiach wejściowych. Otworzyłem je, wystawiłem głowę na korytarz i zaciągnąłem się korytarzowym powietrzem, stwierdzając, że zapachowo jest ok. Obejrzałem wycieraczkę pod drzwiami, wszystkie buty, czy aby nie ma pod nimi przypadkowo wdepniętego psiego szczęścia – nie było. Na wszelki wypadek umyłem drzwi wejściowe. Obwąchałem łazienkę – też nic. Włożyłem głowę do lodówki, poniuchałem i choć zapach lodówkowy był w normie, umyłem ją w ramach prewencji. Przesunąłem też łóżko w sypialni, bo pomyślałem, że mogła mi spaść za nie jakaś przekąska. Tyle, że ostatnio na łóżku przekąszałem tak dawno, że nawet jeśli coś spadło, to powinno już było wyschnąć na nieśmierdzący wiór. Nie znalazłem za łóżkiem niczego ciekawego, prócz kurzu, który zmyłem ścierą. W całym domu podłogę zresztą umyłem, jednak przy drzwiach czuć było dalej. Pomyślałem, że może to z szafy, gdzie trzymam odkurzacz, który mógł przecież zassać coś, co się tam teraz psuje, wytrzepałem więc odkurzaczowego wora (a właściwie pojemnik, bo odkurzacz mam bezworkowy), ale też niczego podejrzanego nie znalazłem, prócz takich tam prozaicznych odkurzaczowych paprochów. Narobiłem się jak głupi, ale smrodek czuć było dalej. Poddałem się i położyłem do łóżka z myślą, że czynności detektywistyczne wznowię rano, ale i tak pół nocy nie spałem zastanawiając się, gdzie może być źródło owej perfumy. Niczego jednak nie wymyśliłem i w końcu zasnąłem. Rano sprawa sama się rozwiązała, bo chcąc włożyć do zmywarki brudny kubek, otworzyłem ją i zostałem porażony tym właśnie fetorem, który czułem przy drzwiach wejściowych do mieszkania, tylko tak skoncentrowanym, że aż mnie zatkało. Nie miałem czasu uruchomić zmywarki wczoraj rano, bo wyszedłem do pracy, wieczorem zaś byłem tak zajęty przeprowadzaniem śledztwa, że zapomniałem, a załadowana była do pełna, między innymi artefaktami sprzed trzech dni. Włożyłem w nią wczoraj po śniadaniu ostatnie możliwe do upchnięcia naczynia i pozostawiłem niedomkniętą, a że wróciłem do domu dopiero wieczorem, zdążyła uwolnić z siebie aromaty. Nastawiłem program 70 stopni i odpaliłem ją, oddychając z ulgą, bo moja wyobraźnia zaczynała już snuć wizje rozkutych ścian, wyprutych rur i ogólnego zniszczenia…

piątek, 4 marca 2016

Umartwienie

W ramach piątkowego umartwienia pożarłem garść chipsów. Wiem, wiem. Ohyda. Fuj. Ale takie pyszne były, że nie mogłem się powstrzymać...  

środa, 2 marca 2016

Okruchy

Słowa rozsypane po domu... Głosy i śmiech zawisłe w drżącym powietrzu... Cienie przy stole... Spojrzenia zaplątane w firankę... Kocham Cię i Ja Ciebie też kocham schowane pod poduszkami... Echa czułych szeptów i miłosnych westchnień wstydliwie ukryte za zagłówkiem łóżka...