czwartek, 30 czerwca 2016

Tamten wieczór

Uważaj na znajomości, które zaczynają się od głowy. O tych zapoczątkowanych fascynacją seksualną można szybko zapomnieć. O tych, które zaczynają się od rozmów, wymiany myśli i emocji, możesz nigdy nie zapomnieć. Te są trwalsze. Magdalena Witkiewicz (z książki Zamek z piasku)

***

Zbiegł po schodach nie oglądając się za siebie. Dopiero doszedłszy do auta odwrócił się, spojrzał i zobaczywszy go stojącego w oknie uniósł dłoń w geście pożegnania. Odpowiedział mu ten sam gest. Wsiadając w auto widział jego cień w oknie. Nic nie czuł wracając do domu, dopiero kiedy stał pod prysznicem zalały go uczucia, obezwładniając go i wstrząsając do głębi. Dowody owego wstrząsu zniknęły bez śladu spłukane strugami wody spływającej po twarzy...

środa, 29 czerwca 2016

O Luśce i nielatach

Luśka spuszcza mnie z oka tylko wtedy, kiedy przychodzą dzieci w odwiedziny. W zasadzie to już nie dzieci, a nastolatki - dla mnie różnica żadna, dla nich jednak kolosalna. Zostaje przez nie tak wytłamszona, wynoszona na rękach i wybawiona, że w zachwycie nie zauważa prawie nikogo poza ową młodzieżą. Prawie, bo w ramach konwenansów zrobi od czasu do czasu szybką rundkę po pozostałym towarzystwie, żeby sobie nie myśleli, że obrażona, ale załatwia to ekspresowo, by nie marnotrawić czasu przeznaczonego na zabawę. Przy okazji zabawiania Luśki nielaty zrelacjonowały mi wydarzenia, które miały miejsce od czasu, kiedy ostatnio się widzieliśmy. Jedna opowieść szczególnie mnie ujęła.  

Nastolatka nocowała u swojej szkolnej psiapsióły, a że na zadanie domowe miały wypowiedzieć się na temat przemocy środkami dowolnymi, postanowiły połączyć siły i nakręcić smartfonem krótki filmik – manifest przeciw przemocy. Autorki wymyśliły krótki, ale mocny w swoim wyrazie scenariusz, a w głównej roli obsadziły trzyletnią siostrę owej klasowej psiapsióły. Dla uwiarygodnienia fabuły – sztuka wymaga wszak prawdy, a prawda czasem poświęceń - zamknęły ją w szafie postraszywszy uprzednio nieśmiertelną Babą Jagą i udały, że uciekły z pokoju zostawiając ją samą uwięzioną. Na efekt nie musiały długo czekać, bo już po chwili dobiegł ich z czeluści szafy rzewny szloch. Kiedy ekipa filmowa uznała, że wzniósł się na satysfakcjonujący poziom, drzwi od szafy zostały otwarte, zanosząca się płaczem aktorka uwolniona i sfilmowana w stanie totalnego rozszlochania, załzawienia i zasmarkania. Film okazał się nieco kontrowersyjny, bo publiczność pokazu przedpremierowego, którą była mama owej trzylatki, zrecenzowała go krótko słowami: „Jak mogłyście!”. Za to trzyletnia Kamila była zachwycona dziełem, którego była główną i jedyną gwiazdą, bowiem autorki pochwaliły jej znakomity warsztat aktorski, który zaowocował bardzo realistyczną, godną wręcz Oscara kreacją. Relacja zakończona została refleksją: „Kamila bardzo mnie lubi, nawet dzwoni do mnie czasem z telefonu swojej siostry. Głupio mi było, że musiałyśmy ją zamknąć i postraszyć. To znaczy głupio mi było po, bo w trakcie nie. A mama Kamili jest super. Bardzo ją lubię. Ona mnie też. To taka fajna kobieta. Taka ułożona.”. W tym miejscu relacja została przerwana przez atak nieopanowanego śmiechu. Refleksja końcowa mnie zmiażdżyła i musiałem.

wtorek, 28 czerwca 2016

O urlopie i koleżance dyżurującej

Urlopuję się w górach. Czas zwolnił, bo nie popędza go pośpiech. Jest spokojnie i cicho. Tę rozkoszną ciszę przerywają jedynie równie rozkoszne trele ptaków. Budzę się co prawda o nieurlopowych porach, zazwyczaj skoro świt, ale nic to, bo mam – jak tu mówią – dłuższy dzień. Chłonę spokój i ciszę czując, jak powoli uchodzi ze mnie napięcie. Taki właśnie spokojny i cichy urlop lubię. Pracuję z ludźmi i ostatnią rzeczą, jakiej mi na urlopie brakuje jest ludzka ciżba. Jest fajnie, mimo snującej się gdzieś w tle małej okołorocznicowej tęsknoty.

Luśka dotrzymuje mi towarzystwa nie odstępując na krok. Dzieli się za mną swoimi zabawkami, a nawet suszonymi żwaczami, które uwielbia. W przeciwieństwie do mnie, bo śmierdzą, jak cholera. Ucina też sobie drzemki uwalając się na mnie. Tylko na noc Luśka mnie opuszcza, bo nocuje w sypialni mamy. Do niedawna spała w swoim kojcu umieszczonym obok jej łóżka, aktualnie śpi już z nią w łóżku. Mości się w nogach, na kołdrze. Rano po opuszczeniu sypialni i załatwieniu porannego siur, tudzież innych sprawin, Luśka podejmuje dyżurowanie pod moimi drzwiami. Nie dobija się, nie drapie i nie szczeka - kładzie się pod drzwiami i leży cierpliwie podsłuchując. Szał uruchamia dopiero, kiedy usłyszy ruch dobiegający z mojego pokoju i wtedy skacze, piszczy i drapie w drzwi, a po wpuszczeniu najpierw tańczy na dwóch łapkach domagając się głaskania, po wygłaskaniu zaś usiłuje zrobić mi poranną toaletę swoim języczkiem. Gdybym jej pozwolił, wylizałaby mnie całego, ale ograniczam obszar owego zabiegu tylko do dłoni. Taki nasz coranny rytuał. Właśnie odstawiłem pantomimę skierowaną do uwalającej się na mnie Luśki, bezgłośnie śpiewając: „Moja Luśka, moja śliczna!”. Patrzyła na mnie nieco podejrzliwie, a w jej oczach odbijała się myśl: „Albo ogłuchłam, albo zwariowałam”. Chcąc rozwiać swoje wątpliwości wykonała gwałtowny sus i zanim zdążyłem ją powstrzymać liznęła mnie w same usta, przeciwko czemu zaprotestowałem mówiąc „Luśka!”, co tak ją ucieszyło, że aż z tej radości usiłowała wedrzeć mi się na głowę, co niechybnie by się jej udało, gdybym jej nie powstrzymał. Tak się urlopowo z Luśką zabawiamy. 

sobota, 18 czerwca 2016

O kibicowaniu

Pisałem już kiedyś tutaj, że piłka nożna zupełnie mnie nie kręci i nie kibicuję, a jednak… Jestem dumny z naszej drużyny. Jestem dumny, że zremisowali z Niemcami. Nie dać się mistrzom świata to jest coś! Brawo chłopaki! Nie oglądałem meczu, ale dzikie ryki przetaczające się przez osiedle sprawiły, że słuchowo w nim uczestniczyłem. Powietrze gęste było od wibrujących emocji, a przeszywające je latające kurwy, przypomniały mi moją ciotkę, która choć sportu nie uprawiała żadnego, była namiętną kibicką futbolu. Pamiętam z dzieciństwa mistrzostwa świata, z któregoś tam roku, kiedy z jej córką zasiadaliśmy wygodnie i oglądaliśmy ją oglądającą mecze, pękając ze śmiechu. Ciotka w kibicowskiej gorączce w ogóle nie zwracała na nas uwagi i choć prawie nigdy nie przeklinała, a już na pewno nie przy dzieciach, oglądając mecz nie kontrolowała wybuchów swoich sportowych emocji i kurwą zdarzało jej się rzucić.

środa, 15 czerwca 2016

Upojenie

Jest wiatr, co nozdrza mężczyzny rozchyla;
Jest taki wiatr.
Jest mróz, co szczęki mężczyzny zmarmurza;
Jest taki mróz.
Nie jesteś dla mnie tymianek ni róża,
Ani też „czuła pod miesiącem chwila” –
Lecz ciemny wiatr,
Lecz biały mróz.

Jest deszcz, co wargi kobiety odmienia;
Jest taki deszcz.
Jest blask, co uda kobiety odsłania;
Jest taki blask.
Nie szukasz we mnie silnego ramienia,
Ani ci w myśli „klejnot zaufania”,
Lecz słony deszcz,
Lecz złoty blask.

Jest skwar, co ciała kochanków spopiela;
Jest taki skwar.
Jest śmierć, co oczy kochanków rozszerza;
Jest taka śmierć.
Oto na rośnych polanach Wesela
Z kości słoniowej unosi się wieża
Czysta jak skwar,
Gładka jak śmierć.

Stanisław Grochowiak "Upojenie"
_______________________________
Bardzo lubię ten wiersz, jego zmysłowy rytm, barwę słów. To jeden z najpiękniejszych erotyków.

Podoba mi się sugestywna żarliwość, z jaką Michał Żebrowski interpretuje wiersze. Lubię też jego głos, również z powodów sentymentalnych - Szarooki ma bardzo podobny. Powyżej interpretacja "Upojenia" nagrana przez niego i A. M. Jopek. Czy udana? Mnie się podoba. Żebrowski stworzył głosem intrygujący nastrój, w który Jopek ładnie się wpasowała swoim łagodnym, ciepłym wokalem. Całkiem przyjemnie się tego słucha.

wtorek, 14 czerwca 2016

Nie tylko o genach

Aśkę-strasznego-babola odwiedziła dziś w pracy progenitura. Nie miałem żadnych wątpliwości, czyją zstępną jest to dziewczę, bowiem jest mamci klonem doskonałym, tyle że o dwadzieścia parę lat młodszym. Ja nie wiem, jak się tam te geny zmieszały, że z mamci wszystko, a z tatka nic. Może się nie pomieszały? Może zaraz po zapłodnieniu geny mamci zeżarły geny tatka i dlatego taka do mamci podobna? I lico krągłe, i udo potężne, i tyłek monstrualny, i oczka chytre, rozbiegane, taksujące wszystko i wszystkich wokół. Po prostu mamcia wypisz wymaluj. Zaraz po wejściu zdmuchnęła z mamcinego talerza dwa kawałki ciasta, które pożarła z marszu, popijając półlitrową colą przyniesioną z sobą. Zniknęły tak błyskawicznie, jakby je w całości połknęła, bez żucia. Jak pelikan. To też ma po mamci. Ma czternaście lat, a wygląda na trzydzieści, bo tak jest utuczona. Biedne dziecko. Tak sobie pomyślałem, jak na nią popatrzyłem, że gdyby dzieciak którejś z koleżanek wrzucił w siebie za jednym zamachem dwa kawałki ciasta, Aśka-straszny-babol miałaby temat do gadania na kilka dni: że żarłoczny, nie nauczony umiaru, itd., a u swojej własnej progenitury tego nie dostrzega…

*

Urlop zbliża się wielkimi krokami i jest tuż tuż. I całe szczęście, bo moja tolerancja spada, a wraz z nią próg wkurwu się obniża. Wiem, że koleżeństwo ma tak samo, więc zaciskając zęby żegluję po firmowym akwenie starając się omijać mielizny i rafy oraz inne okręty. I choć czasem miałbym ochotę dokonać abordażu i skopać jakąś koleżeńską dupę – myślę, że takie pragnienie jest udziałem każdego człeka od czasu do czasu – heroicznie odmawiam sobie tej przyjemności, wzruszając się sam nad sobą, żem taki wyrozumiały i empatyczny. A tak naprawdę, to od kilku dni jestem „nieprzysiadalny”, jak napisał kiedyś Marcin Świetlicki. Ta moja „nieprzysiadalność” nie wynika tylko ze zmęczenia pracą, koleżeństwem, miastem, ale również, a może przede wszystkim, z powodu rozstrajającej mnie nieco, zbliżającej się rocznicy rozstania z Szarookim. Odrobinę roluję się do środka kontemplując mały okołorocznicowy żalek i nie chcę, żeby ktoś mi ten proces zakłócał, bo robię się wtedy opryskliwy. A skoro już o Szarookim: doktoryzuje się na UŚ i w związku z tym, dość regularnie bywa w Katowicach. Ptaszki zaćwierkały, że z życia i pracy w Paryżu jest bardzo zadowolony i nie planuje powrotu do kraju. Cieszę się, że jest mu tam dobrze. Ściął króciutko włosy i nosi stale kilkudniowy zarost. Wygląda megazajebiaszczo.

niedziela, 12 czerwca 2016

Urodziny

Rok temu, pisząc notkę na pierwsze urodziny mojego bloga, zastanawiałem się, czy będą drugie. Są. Dzisiaj mija drugi rok odkąd powstał. Przetrwał i miewa się nieźle, choć rzadziej od jakiegoś czasu publikuję. A może właśnie dlatego?

Poczytałem sobie notki napisane w tym drugim roku istnienia bloga i zaryzykuję stwierdzenie, że opublikowałem najlepsze jak dotąd – nie tylko moim zdaniem – posty: Dyptyk, Rozszczepienie i zagięcie, Deja vu i Etiudy. Te posty - i parę z pierwszego roku - przypominają mi, że potrafię nieźle pisać. Czasem. Jak złapię flow. A o to od jakiegoś czasu u mnie trudno.

Przywiązałem się do tego bloga i pisanie – choć rzadsze – wciąż sprawia mi przyjemność, jest więc bardzo prawdopodobne, że za rok obchodzić będę jego trzecie urodziny.

Wszystkiego dobrego mój blogu. 

Uwaga: poniższy filmik i pojawiające się w nim śliczne męskie pupiny oglądasz na własną odpowiedzialność.


piątek, 10 czerwca 2016

Koczowisko

- Przytul się i pośpijmy jeszcze trochę – westchnął w półśnie. Przytuliłem się więc. Ślicznie pachniał, jego ciało było takie ciepłe, włosy na brzuchu takie miłe w dotyku. Z zachwytu nad jego wdziękami wyrwała mnie myśl: Dlaczego leżymy w fotelach? Rozejrzałem się wokół: w mroku majaczyły rzędy foteli, a na wprost wielka, czarna plama kurtyny. Teatr? – pomyślałem. – Ale jak to? Dlaczego teatr? Byliśmy w teatrze? Dlaczego nie pamiętam? Może sztuka była tak nudna, że zapadłszy się w fotele zasnęliśmy i nikt nas nie zauważył i nie obudził? Dobrze, że Misiek tu ze mną jest, bo gdyby jakiś upiór w operze… Brr… Ale, żeby w teatrze koczować? Choć… - ziewnąłem. - Fotele takie mięciutkie… - oparłem głowę na ramieniu Miśka.- Misiek taki pachnący i cieplutki…

wtorek, 7 czerwca 2016

I po deja vu

Jeden z ostatnich bastionów czasów słusznie minionych z postacią je ilustrującą zakończył swoją działalność. Sklep na rogu, królestwo pani Krysi, został zamknięty. Przekonałem się o tym wczoraj organoleptycznie, chcąc bowiem kupić bułkę na kolację odbiłem się od zamkniętych drzwi, pocałowawszy klamkę. W pierwszej chwili pomyślałem, że może remanent, spojrzałem na kartkę zawieszoną na drzwiach chcąc potwierdzić swoje domniemanie, ale zamiast słowa renament… Tak, tak, pani Krysia z koleżankami robiły renament i z taką informacją kartkę na drzwiach do sklepu wywieszały, co nie dziwi, wziąwszy pod uwagę jej rozbuchaną osobowość. Tak sobie myślę, że gdyby kazać jej zrobić remanent, jak w innych placówkach handlowych, mogłaby się poczuć dotknięta, że chce się jej użyć do zadania tak trywialnego. Co innego renament. Już samo to słowo ma w sobie coś ekscytująco dekadenckiego. Spojrzałem zatem na wiszącą kartkę i wyczytałem z niej, że sklep został zlikwidowany. Nie powiem, żeby ta informacja mnie zaskoczyła, bo już od jakiegoś czasu zastanawiałem się, jakim cudem ten sklep jeszcze działa, mając w pobliżu konkurencję w postaci Biedronki i Fresh marketu. Odbiwszy się od zamkniętych drzwi upadłego królestwa pani Krysi, skierowałem swe kroki do zlokalizowanego w pobliżu Fresh marketu, żeby tam zakupić pieczywo. Obsłużyła mnie jedna z jej koleżanek, która w owym Freshu znalazła zatrudnienie. Zapytałem ją o ten zlikwidowany sklep bez nadziei na otrzymanie odpowiedzi, bo miałem wrażenie, że zaprogramowana była wyłącznie do wypowiadania profesjonalnych komunikatów, w stylu:  coś jeszcze?, dwadzieścia trzy pięćdziesiąt, dziękuję, zapraszam ponownie, itp. Wyemancypowawszy się jednak spod buta pani Krysi - a pamiętać należy, że siła owego buta była miażdżąca, zważywszy na gabaryty samej jego właścicielki – ku mojemu zaskoczeniu odpowiedziała na moje pytanie chętnie i wyczerpująco. Sklep mianowicie został zlikwidowany, bo już od dawna przynosił straty, pani Krysia zaś przeszła na zasłużoną emeryturę, ale nie zamierzała się emerytalnie rozleniuchować. Hodowanie kwiatków w skrzynkach na balkonie, bądź obrabianie działki pod miastem, tudzież tyłków sąsiadów, nie wydały się jej wystarczająco pociągające, co jest oczywiste, bowiem tak bogate i barwne osobowości, na dodatek o tak imponującej karierze ekspedienckiej, trudno zadowolić. Pani Krysia wpadła jednak na godny i satysfakcjonujący plan na swoje dalsze życie i postanowiła wykorzystać wolność, jaką dała jej emerytura. Zdecydowała, że czas najwyższy, żeby ujrzeć kawałek świata, a pierwszym jego skrawkiem, który postanowiła obejrzeć będzie Irlandia, do której wyemigrował jej syn z rodziną przed kilkoma laty. Wybiera się tam, by przy okazji sprawdzić - zdaniem jej byłej już koleżanki z pracy - czy aby znienawidzona przez nią niegodna synowa nie zaniedbuje jej synusia. Jednego z czterech, których powiła. Synowa podobno już szaleje ze szczęścia…

A skoro już o sklepie - znajoma przysłała mi dziś takie zdjęcie z zakupów:

Rozczulające, nieprawdaż?

niedziela, 5 czerwca 2016

O konfrontacji

- Pyszny ten sos pieczarkowy. Nawet lepszy niż mojej mamy.
- O, dziękuję ci kochanie. Cieszę się, że wytrzymał konfrontację z kulinarnym autorytetem twojej mamy.
Śmiech.

[kurtyna]

Zrobiłem dziś ten sos do razowego spaghetti. Rzeczywiście pyszny.

sobota, 4 czerwca 2016

O nagłym zrobieniu się lata

Nagle zrobiło się lato. Każdego ranka wybucha gwar ptaków, owady latają jak szalone, krzewy kwitną, kwiatki pachną, topole rozrzucają te swoje waciki, które latają w powietrzu i wdzierają się do mieszkań przez otwarte okna. Wszystko, co żyje korzysta ze słońca i ciepła. Ja też. Uwielbiam późnowiosenne, letnie i wczesnojesienne poranki pełne światła, gwaru i życia, tak różne od ciemnych i cichych, choć przyjemnie rześkich poranków późnojesienno-zimowych, które też bardzo lubię. Cieszę się słońcem, ciepłem, ptasimi trelami, bzyczeniem owadów i zapachami - niektóre z nich uruchamiają we mnie geometrię wspomnień, jak na przykład specyficzna, słodkawa woń białych kwiatów krzewu kwitnącego na przełomie maja i czerwca. Krzewy te rosły pod oknami akademika, w którym mieszkałem i ich aromat docierał do mojego pokoju przez otwarte okno, aktualnie zaś mijam taki krzak idąc do pracy. Ich zapach przypomina mi czasy studenckie, a zwłaszcza ekscytujący finisz pierwszego roku studiów. Byłem wtedy taki zakochany... Co prawda prędko okazało się, że absztyfikant nie zasługiwał na moje zainteresowanie i znajomość tę zakończyłem, ale sam stan owego zakochania wspominam bardzo miło. A jak się krzaczor ten nazywa nie wiem. Sfotografowałem go i może ktoś rozpozna? 
Odliczam dni do urlopu, bo jestem już bardzo zmęczony. Od dawna nie miałem wolnego całego weekendu. Dzisiaj też muszę pokazać się w pracy popołudniu. Na szczęście tylko na dwie godziny, ale to i tak rujnuje mi sobotę. Dobrze, że jutro będę mógł poleniuchować. Pisząc tego posta, złapałem się na tym, że dłuższą chwilę zajęło mi przypomnienie sobie pozytywnych synonimów słowa „zapach”, bo na myśl przychodziły mi same negatywne: odór, fetor, wyziew. To jeden z symptomów przemęczenia. Jak i obniżająca się tolerancja dla zbezczelnień koleżeństwa. Wkurza mnie zwłaszcza jeden kolega, który drzemie w pracy. Przychodzi, siada i drzemie pochylony z półotwartymi oczyma, wolno mrugając powiekami, wyłączony, niezainteresowany tym, co dzieje się wokół, od czasu do czasu pozorując jakieś ruchy, żeby zmylić otoczenie, że niby nie drzemie. Wkurza mnie to tym bardziej, że zanosi się na to, że będę musiał spuścić z łańcucha drzemiącą we mnie zimną sukę i zrobić mu klasyczną zjebkę, żeby przestał się opierdzielać, a wbrew pozorom, wcale nie lubię być bitch, choć czasem jestem zmuszony. 

czwartek, 2 czerwca 2016

O bezwstydnym przyznaniu się

Muszę się do czegoś przyznać bezwstydnie. Spłakałem się dzisiaj. Poryczałem się literalnie. Łzy płynęły mi po twarzy, kiedy wstrząsany histerycznymi konwulsjami, tarzałem się na kanapie w szale dzikiego i niepohamowanego śmiechu. Oglądajta i słuchajta ludziska, i śmiejta się jak ja. Sugeruję obejrzeć w trybie pełnoekranowym (kliknąć w kwadracik w prawym dolnym rogu).