środa, 26 października 2016

Weekend

W miniony weekend włóczyłem się po Wrocławiu, gdzie rozpieszczany byłem jak jakiś celebryta. Dziękuję H&D. Podróżowałem autokarem firmy, której nazwa może sugerować, że jest przewoźnikiem narodowym. Ma świetną ofertę, bo za naprawdę bardzo małe pieniądze (zwłaszcza w porównaniu z absurdalnie drogimi biletami PKP) można przejechać kawałek Polski. Podróż z Katowic do Wrocławia i z powrotem kosztowała mnie całe 30 zł. Bilet zakupuje się przez Internet i pokazuje kierowcy przy wsiadaniu, a że liniami tymi podróżują często tłumy, proces boardingu (celowa analogia lotnicza) trwa dobrą chwilę. Bohaterskim czynem udało mi się dopchać do miejsca w autobusie, znacząc szlak mojej ku niemu wędrówki obalonym i leżącym pokotem ludem, który ośmielił się stanąć mi na drodze. Przed odjazdem kierowca, jak kapitan w samolocie, powitał podróżnych, powiedział jak długo potrwa podróż i przypomniał o zapięciu pasów bezpieczeństwa, w które wyposażone są wszystkie autokarowe siedzenia. Ready for take off - pomyślałem i wystartowaliśmy w drogę. Po wygodnym umoszczeniu się na fotelu (mało miejsca na nogi, ale dało się wytrzymać te nieco ponad 2 godziny) rozejrzałem się ciekawie po pokładzie. Przede mną zasiadła pani o włosach ufarbowanych na fioletowo, naczapierzonych w misterną konstrukcję, podpartą od tyłu kwiatem z szarego woalu, którego płatki wystając poza jej głowę poruszały się przy każdym jej ruchu, jak macki jakiegoś kosmicznego ukwiału wczepionego w jej potylicę. Jak się później okazało z jej rozmowy telefonicznej z przyjaciółką, której byłem mimowolnym świadkiem, anturaż ów przybrała nie na wesele, jak mogłoby się wydawać, a w odwiedziny do syna. No tak – pomyślałem – Wrocław ponoć zajmuje trzecie miejsce w rankingu najmodniejszych miast do życia, po Warszawie i Krakowie, więc to zobowiązuje. Trzeba wyglądać. Pomyślawszy to, poprawiłem świeżo (rano) wyżelowane (odrobinkę, by poskromić ich naturalną skłonność do rozchełstu) włosy i rzuciwszy okiem na swój własny anturaż, strzepnąłem pyłek z ulubionych granatowych chinosów, który bezczelnie uczepił się ich na wysokości prawego kolana oraz poprawiłem szarą bluzę maskującą nie do końca odzyskaną wiotkość talii. Zadowolony z wyników owej inspekcji rozparłem się w fotelu wygodnie. 
Miejsce za mną zostało zajęte, ale nie oglądałem się, więc nie wiedziałem przez kogo. Obok tej osoby, po drugiej stronie przejścia (czyli po mojej nieco skośnej prawej) zasiadł całkiem przystojny pan, nieco starszy ode mnie, który poddał mnie wnikliwej, acz nienachalnej lustracji. Nie powiem, miło jest być w ten sposób zlustrowanym – to podnosi poczucie własnej atrakcyjności. Mój sąsiad po diagonalu i osoba siedząca za mną podróżowały razem. Mieli chyba coś wspólnego ze sztuką i teatrem, przynajmniej tak wywnioskowałem z ich rozmowy. Pojawiło się w niej sformułowanie sztuka reżyserska, wypowiedziane sarkastycznie. "Jak się obejrzy parę takich, to dwa lata potem na psychoterapię trzeba chodzić" powiedział mocno przepalony głos siedzący za mną, który wydawał się należeć do namiętnej palaczki 60+. Zerknąłem dyskretnie i pani z przepalonym głosem okazała się długowłosym panem 40+. Nie uszedł jego uwagi fakt zlustrowania mnie przez jego sąsiada i chyba partnera, skoro wydał mu komendę "Przesiadamy się!", którą tamten posłusznie wykonał. Dalszej mojej lustracji dokonał długowłosy pan tzw. złym okiem, co jeszcze bardziej połechtało moją próżność...

[Sławomir Nowak przyjął obywatelstwo Ukrainy. Krzyknął mi onet prosto w gałki oczne.  

(Tu nastąpiło powalenie na podłogę w celu wytarzania się w szale dzikiego, nieopanowanego śmiechu do łez i posmarkania się.)

No. 

Mogę pisać dalej.] 

Na moich oczach, pan siedzący po drugiej stronie przejścia, tak filigranowy, że zajmujący sobą półtora siedzenia, pożarł dwie wielkie chałwy. Zrobił to z tak wyuzdaną, pornograficzną wręcz pasją, że nieomal słyszałem ich krzyk uszami duszy. Pomyślałem, że jeśli zje jeszcze parę takich, to do końca podróży rozrośnie się na ową wolną połowę siedzenia. Po dwóch wielkich chałwach przyszła kolej na dwa duże serki topione sautè, które zostały błyskawicznie wessane przez czarną czeluść w twarzy zamykaną wargami. Potem dwie bułki z kiełbasą, której zapach rozszedł się po całym autobusie, popite półlitrową colą, następnie chipsy paprykowe, pół kilo solonych orzeszków, banan i druga półlitrowa cola. Nie pamiętam co było dalej w menu, a musiało być i to dużo, skoro kąt mojego oka rejestrował permanentny ruch jego żuchwy, perfekcyjnie zsynchronizowany z ruchami prawej ręki, co uprawdopodobniało moje śmiałe domniemanie, że nie był to bezproduktywny tik. W połowie podróży pan podjął próbę podniesienia podłokietnika, co w jego wypadku było operacją trudną, zakończoną jednak (częściowym) powodzeniem, bowiem po podniesieniu zrezygnował i podłokietnik opuścił. Dyskretny rzut oka pozwolił wydedukować, że wpił mu się on w fałdę troskliwie wyhodowaną w pasie, dzieląc ją na pół i zakłócając w ten sposób swobodę jej naturalnej chlupotliwości. Aby zająć czymś czas pomiędzy ruchami szczęki i ręki, pan słuchał muzyki przez słuchawki. Jakoś potrafił połączyć to w harmonijną całość z kompulsywnym żerowaniem, chrupaniem i żuciem w kontrapunkcie, co uświadomiło mi, jak mało umiem, bo ja bym nie potrafił. Cieszyłem się, że nie siedzi bezpośrednio przede mną, bo oparcie jego fotela wygięło się nienaturalnie do tyłu, skrzypiąc rozpaczliwie przy każdym jego ruchu i opierając się niemal o rachitycznie wychudzoną pierś długowłosego pana siedzącego za nim. Aż mnie ciarka przeszła na myśl, że mógłby siedzieć obok mnie. Perspektywa rozprasowania na szybie i zgonu na skutek uduszenia wydała mi się niezbyt pociągająca, dlatego, w takim wypadku, pozostałoby mi jedynie siedzenie w przejściu…

-To tu jest ta toaleta? - zapytała bardzo sympatyczna pani przerywając moje rozmyślanie. - Jezu, jak tu wejść?! - dodała po otwarciu drzwi do autobusowego klaustrofobicznego przybytku westchnień. Czym uświadomiła mojemu sąsiadowi po prawej konieczność odwiedzin w owym miejscu. Próba została podjęta zaraz po jej wyjściu. I to z powodzeniem! Oniemiałem z podziwu nad zdolnością takiego zagospodarowania dobrostanu i ułożenia go, by mógł zostać wciśnięty do mikroskopijnej autobusowej toalety. Obawiałem się, że zostanie tam na zawsze, a przynajmniej do czasu rozmontowania połowy autobusu w celu oswobodzenia, jednak pan zdołał się nawet tam obrócić (!), bo wyszedł poprzedzany swoim przodem, czyli normalnie. Nie wiem, jak tego dokonał. Nie mam pojęcia. I nie chcę wiedzieć. „Są rzeczy, o jakich nie śniło się filologom” mawiała Młoda lekarka na rubieży. To była właśnie jedna z nich i niech taką pozostanie. Mistrz to. Mistrz ekwilibrystyki ciałem. 

A Wrocław? Jak to Wrocław- śliczny. Zarówno za dnia jak i w nocy.








wtorek, 25 października 2016

Chrumcissima

(…)

- Przez sen robisz groźne miny. I chrapiesz. Okropnie. Jak chrumcissima.
- Kto? – zapytał Szarooki przeciągając się.
- Lokatorka chlewika...
- No, ty się wreszcie doigrałeś! – Szarooki zerwał się i chichocząc usiadł na nim okrakiem, po czym zarzuciwszy sobie kołdrę na ramiona pochylił się ku niemu przykrywając nią siebie i jego… 

(…)

Dziś są jego urodziny...

środa, 12 października 2016

Delegacja

Wróciłem z wyjazdu służbowego. Zawiało mnie do Belgii na kilka dni i przywiało z powrotem. Dosłownie i w przenośni, bowiem podróżowałem samolotem.

Nie lubię wyjazdów służbowych. Co prawda podróż samolotem to wielka oszczędność czasu, hotel też był bardzo dobry, ale ja najbardziej lubię swoje własne łóżko. Nie lubię też tego, że rzadko zdarza się, żeby na służbowych wyjazdach było na tyle wolnego czasu, by można było pozwiedzać, więc turystyczne potrzeby zaspokoić trzeba w pośpiechu. Tym razem jednak było inaczej, więc zdołałem złazić Brukselę wzdłuż i wszerz.

Moja koleżanka, udającą się ze mną w ową delegację, zaoferowała się, że przyjedzie po mnie i pojedziemy na lotnisko, gdzie auto zostanie na parkingu, by na nas czekać, a po powrocie odwiezie mnie też do domu. Trafiła do mnie, ale do wyjazdu na autostradę musiałem ją pilotować. Może to była moja wina, może ja źle ją prowadziłem, ale takiej jazdy dawno nie przeżyłem. Mówię: ”Skręć w prawo i zajmij środkowy pas”, a ona, ku memu przerażeniu, skręca w lewo, krzyczę więc: „W prawo! W prawo! Nie pod prąd!”. Wróciła na prawy pas. Dobrze, że wczesne rano i ruch żaden. Jedziemy dalej. Mówię: „Zjedź na prawy skrajny pas, bo będziemy zjeżdżać”, a ta znowu chce skręcać w lewo, pod prąd. Ponownie wołam: ”W to prawo! W to!”, dodając gestykulację, żeby nie miała wątpliwości, o którym prawym mówię. Nie wiem, może naoglądała się tych filmików na YouTube o kierowcach jeżdżących pod prąd i też chciała zaistnieć? Jakoś dojechaliśmy do autostrady. Podróż na lotnisko przebiegła bez większych niespodzianek, może dlatego, że kierunki ruchu dzieli barierka i pas zieleni, dlatego nie kusiło ją by jechać w lewo, aczkolwiek koleżanka jest dość osobliwym kierowcą i czasem wykonuje manewry, których ja nie rozumiem. Zauważyłem, że inni kierowcy również. Kilkakrotnie włączył się mój wewnętrzny, niezwerbalizowany skowyt i zajęczał kurrrrrwaaaa! W drodze powrotnej również. Boję się z nią jeździć i nic na to nie poradzę, nie wypadało mi jednak powiedzieć, żeby się przesiadła i ja poprowadzę, choć kilkakrotnie ochotę miałem wielką. Nie chcę też sugerować, że kobiety są złymi kierowcami, bo zdarza mi się jeździć z prowadzącymi znakomicie, ale ona – makabra. Jej sposób prowadzenia auta objęty jest jakimś obłędem i tylko czujności innych kierowców zawdzięcza to, że nie miała dotąd wypadku. Nie wsiądę więcej do żadnego pojazdu, który ona miałaby prowadzić, bo na samą myśl o jeździe z nią cały dygoczę wewnętrznie. 

Robiąc fotograficzną dokumentację wyjazdu, by móc się podlansować na fejsie, zdołałem przywabić jednego z ochroniarzy lotniska. Niestety nie zadziałał mój urok osobisty ani nieodparty czar, a procedury, zrobiłem bowiem parę fot strefy kontroli bezpieczeństwa - natychmiast podszedł do mnie bardzo przystojny pan, uprzejmie zażądał pokazania zdjęć, które przed chwilą zrobiłem i tonem nie znoszącym sprzeciwu nakazał je wykasować, co też potulnie uczyniłem, bo taki był władczy. Grzecznie przycupnąłem sobie w poczekalni i nie prowokując więcej incydentów doczekałem odlotu. A przyznać muszę, że entuzjastą latania jestem umiarkowanym. Ogromnie doceniam oszczędność czasu, szybkość i wygodę, jednak entuzjazm swój wspierać muszę magiczną romboidalną pastylką, która w czarodziejski sposób powstrzymuje mnie przed zafundowaniem sobie i współpasażerom efektownego performensu w postaci dorodnego napadu paniki, spowodowanego przebywaniem w zamkniętym pomieszczeniu, z którego nie da się wysiąść, jak z autobusu. Poza tą drobną niedogodnością, pacyfikowaną magiczną mocą pastylki, jestem wprost stworzony do latania, w którym też jest coś z magii, bo pół Europy można przebyć w półtorej godziny, a ocean w siedem, choć za samolotowym okienkiem wygląda to tak, jakby wisiało się w powietrzu bez ruchu. Lot do Brukseli przebiegł spokojnie, pomimo lekkich turbulencji i pilota, który popisał się średnio, gwałtownie podrywając maszynę przy starcie i lądując też nie najprzyjemniej, twardo siadając na pasie. Chyba humoru nie miał na subtelne manewry. 

Sama Bruksela zaskoczyła mnie swoimi stosunkowo niewielkimi rozmiarami, bardzo zwyczajnym centrum i prześlicznym Wielkim Placem wpisanym na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Manneken Pis, będący symbolem i najważniejszym punktem turystycznym Brukseli, jest zaskakująco mały i łatwo go przeoczyć. Jakoś nieszczególnie mnie poruszył, choć selfie sobie cyknąłem, żeby mieć dowód zaliczenia. O wiele ciekawszym dla mnie miejscem było Królewskie Muzeum Sztuki Dawnej, w którym wystawione są prace Cranacha Starszego, Bruegla, Rubensa, van Dycka i Boscha. Bardzo podobała mi się również brukselska katedra z przepięknymi witrażami. Na wszystkich turystycznych trasach (również na lotnisku) widać dużo policji pod bronią, co stwarza dość przygnębiające wrażenie. Moim zdaniem Kraków, Wrocław i Warszawa są od Brukseli dużo piękniejsze. 

Czasem pół Europy przebyć trzeba, by po raz pierwszy w życiu na własne oczy ujrzeć zjawisko, jakie widywało się dotąd jedynie w telewizji. Idąc z Wielkiego Placu w stronę Manneken Pisa spotkałem laskę z wygoloną na zero i na kolorowo wytatuowaną głową oraz zakolczykowaną szczelnie twarzą. Miała kolucha w uszach, brwiach, nosie i wargach. Z tym całym badziewiem ważyła chyba 15 kg więcej niż bez niego. Swoją całkiem ładną buzię (przyjrzałem się dyskretnie) ukryła pod tym szajsem. Tak bardzo przylgnęła do oryginalności, że zrobiła z siebie dziwowisko. A może właśnie taką miała intencję?    

To nie objaw rasizmu, jedynie moja obserwacja z kilkudniowego tam pobytu: niemal wszystkie sklepy z pamiątkami i knajpy w centrum prowadzą Arabowie, przed sklepami spożywczymi rozkładając towary na chodnikach, jak na jakimś suku. Niektórzy dość nachalnie zaczepiają potencjalnych klientów. Do tego jeszcze ci policjanci pod bronią i tajniacy przyglądający się uważnie ludziom, a nie zabytkom, co jest konsekwencją marcowych zamachów terrorystycznych - wszystko to sprawiło, że po zmroku nie czułem się w centrum Brukseli komfortowo. Spotkałem tam też dwóch przedstawicieli brukselskiej elity, zwanej żulerią. Co ciekawe, rozmawiali po polsku… 

Znajoma zażyczyła sobie magnesik na lodówkę, przy okazji zwiedzania rozejrzałem się więc za jakimś. Trudne to nie było, bo na turystycznych szlakach sklepów z pamiątkami obfitość wielka, a w nich magnesików ile dusza zapragnie, choć na wszystkich Manneken Pis w najróżniejszych kolorystycznych konfiguracjach i rozmiarach. Najbardziej wstrząsnęła mną wersja wykonana z porcelany, wielkości spodeczka, w której Manneken obsypany obficie złotym brokatem prezentował się na równie zabrokatowanym srebrnym tle. Właściciel sklepu z pamiątkami najpewniej uznał ten model za najpiękniejszy dostępny u niego bibelot, dzieło sztuki nieomal, skoro wycenił go na całe 15 euro. Nie nabyłem go jednak, choć mógłby być chlubą każdej magnesikowej kolekcji, bo nie wiedziałem, czy znajoma byłaby w stanie znieść aż tyle… piękna. Wykosztowałem się na mniej wstrząsający wariant, w którym czarny szklany Menneken sika na przeźroczystym szklanym tle. Nie dane mu jednak było opuścić Belgii. Wróciwszy do hotelu zapakowałem go dla bezpieczeństwa do torby na laptopa, którą miałem zabrać z sobą jako bagaż podręczny na pokład samolotu. Przy odprawie musiałem wyciągnąć laptopa oraz ładowarkę z torby i przy tej operacji mannekenowy magnesik wypadł i strzaskał się był na sto szklanych okruszków. W całości pozostały jedynie sam magnesik oraz mannekenowa łapka trzymająca siusiaka, dlatego przekroczywszy bramkę grzecznie przeprosiłem i pamiątkę ową porzuciłem. Oczywiście bramka z konieczności została wyłączona z użytku, bo rozsypane szklane confetti stanowiło zagrożenie dla stóp pasażerów, z których większość musi do kontroli zdejmować buty i przekraczać bramkę bez nich. Jeśli w TV mówili o zatorze przy bramkach kontroli osobistej na brukselskim lotnisku, to winny byłem ja – nie żaden Arab.

Lot powrotny był idealny (start i lądowanie wprost mistrzowskie), choć nie obyło się bez pewnych niedogodności, bo próbowano nas, pasażerów, upiec, zamrozić, znowu upiec i ponownie zamrozić. Zabawnie było obserwować jak ludziska rozbierali się, potem ubierali, żeby znowu się rozebrać i ubrać ponownie, jak sterowani. Komfortowa temperatura ustaliła się dopiero po około pół godzinie lotu, czyli pokonaniu 1/3 trasy. Startowaliśmy przed świtem. Pod chmurami była ciemność, ale po wzniesieniu nad chmury ujrzeliśmy cudowną, olśniewającą jasność rozświetlającą horyzont. Dzień się budził bardzo efektownie...