poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Homofobia

(...)

Mój przyjaciel obwieścił mi, że jest homofobem i nienawidzi ciuciurup. Od razu zapewnił, że mnie to nie dotyczy, bo:
1. jego homofobia obejmuje wyłącznie jego byłych
2. nie jestem ciuciurupą

(...)

sobota, 5 sierpnia 2017

Luźna refleksja

(...)

- Pozwól Lusiu, że pańcio podzieli się z tobą taką luźną refleksją – powiedziałem trzymając w bezpiecznej odległości język Luśki, która przyszedłszy skłonić mnie do zabrania jej w góry, usiłowała zastosować argument miażdżący w postaci polizania po twarzy. - Wolałbym, żeby twój język nie spotkał się z moją twarzą, bo wiem, które rejony twego jestestwa pracowicie przed chwilą wylizywał. Rejestruję twoją gotowość i jakby co, to moja odpowiedź brzmi dzisiaj najprawdopodobniej tak, ale na to magiczne, wyzwalające wybuch twojego entuzjazmu słowo na p musisz cierpliwie poczekać do popołudnia. Bądź dobrej myśli. Tymczasem, żeby urozmaicić sobie oczekiwanie, idź na balkon, sprawdź, co tam słychać i jak już sprawdzisz, przyjdź opowiedzieć.

Poszła. Sprawdziła. Wróciła szczekając z donosem, że sąsiad przechodził w pobliżu. 

(...)

czwartek, 3 sierpnia 2017

Anihilacja

(…)

Chcąc rankiem zachłysnąć się ponownie widokiem rokokowej rabatki sporządzonej onegdaj przez sąsiadkę, wyszedłem na balkon, ale doznałem bolesnego rozczarowania, bo zniknęła bez śladu. Nie z winy jakiejś trąby powietrznej, czy huraganu, bowiem to inny żywioł zmiótł tę radującą oczy instalację z powierzchni ziemi. Żywioł ów ma na imię Baśka i jest córką sąsiadki. Zwiedziawszy się wczorajszego wieczora od gawiedzi o artystycznym wyczynie matki, pognała do niej szybciej od wichru. Dobiegłszy złapała się prawą dłonią za swoją dorodną, lewą pierś, głucho stęknęła, nie tylko pod jej ciężarem, zachwiała się, ale ustała i choć słowa entuzjastycznych zachwytów wzbierały w niej jak powódź, nie wyraziła ich, bowiem kątem oka zarejestrowała delikatne poruszenia firanek w sąsiedzkich oknach i mnie jawnie zbierającego dyndające na balkonie ręczniki. Siłą woli, zaciskając zęby, wprawiła w ruch swoje nogi i weszła do domu, gdzie – jak mniemam - nie omieszkała podzielić się z matką swoimi wrażeniami. Noc zapadła i mrok okrył ziemię, a wtedy w sąsiedztwie coś się dyskretnie poruszyło, zaszumiało i zaszeleściło. Rankiem okazało się, że rabatka zniknęła w równie cudowny sposób, jak się pojawiła. Mrok ukrył sprawcę tej anihilacji, ale gdyby mnie kto pytał, bez wahania, mrużąc z pretensją oczy, wskazałbym paluchem na Baśkę…

(…)

środa, 2 sierpnia 2017

Rabatka

(...)

Mojej sąsiadce, tutaj w górach, w ciągu jednego wieczora grządka pod oknem obrodziła feerią kolorowego kwiecia. Cud, mógłby ktoś powiedzieć, ale byłby w błędzie, sąsiadka bowiem wybrawszy się odwiedzić swoich dawno zmarłych rodziców na cmentarzu, mijając kontener na śmieci ustawiony przy wejściu, została porażona widokiem porozrzucanych wokół niego resztek wieńców. Porażenia owego doznawała regularnie, bo też i ów nieporządek pojawia się tam cyklicznie, a ona nie potrafiąc przejść obok niego obojętnie sprząta te resztki. Pochylając się wczoraj po strzępy wieńca obudziła z letargu ukrytą gdzieś w głębi estetkę i ujrzawszy oczyma duszy pstrokatą rabatkę pod swoim oknem, dech z zachwytu nad jej urodą straciła i zapragnęła wprowadzić owo objawienie w czyn, zebrała więc porozrzucane plastikowe kwiatki i materializując ową wizję, powtykała je w pustą grządkę pod swoim oknem. Wieść gminna przekazuje sobie z ust do ust nowinę o tej poruszającej, iście bizantyjskiej instalacji i tłumy gawiedzi pielgrzymują, by ją ujrzeć. A zaiste jest co podziwiać!

(...)

poniedziałek, 24 lipca 2017

Gdzie jest środek?

Po jednej stronie mający jedyne słuszne panaceum na naprawę Rzeczypospolitej, krzyczący o kanaliach, które zamordowały mu brata, mówiący won! do posłanki opozycji Kaczyński, jego arogancki, zabetonowany, głuchy na jakiekolwiek argumenty dwór i bojówki za 500+.

Po drugiej Schetyna straszący w imię demokracji (!) wyborców PiSu więzieniem, resztki skompromitowanej ośmiorniczkami PO, cyniczni prawnicy i demonstranci, których wypowiedzi dla mediów świadczą o tym, że większość nawet nie wie, co oprotestowują i którym brak powagi, bardzo potrzebnej w tej poważnej sytuacji, płk Mazguła opowiadający na manifestacjach o konstytucji i nazywający stan wojenny kulturalnym wydarzeniem, skompromitowany fakturami Kijowski i tonący we własnej megalomanii Wałęsa, bajający o przejęciu władzy.

Prawo-lewo. Lewo-prawo. 

A gdzie jest środek? Gdzie podziali się ludzie rozsądni, myślący samodzielnie, nie poddający się temu cynicznie kreowanemu przez spin doktorów obu stron obłędowi? 

piątek, 14 lipca 2017

O rozprasowaniu na gładko

Eduardo, lokalny megacelebryta, mistrz plugawienia mowy ojczystej i namiętny miłośnik napojów wyskokowych zmienił swój image. Niestety nie zapuścił długiej grzywy, jak to obecnie u gimbazy w modzie, choć może to i dobrze, bo musiałby ją sobie wpierw wyhodować na plecach, żeby zaczesać, ani nie zaczął ubierać się w stylu młodzieżowym, chociaż Eduardo w rurkach to byłby olśniewający widok. Zmiana, która zaszła jest subtelna, acz wstrząsająco zauważalna. W pewnych okolicznościach. Eduardo pod wpływem promili staje się towarzyski, mowny, wylewny, jowialny i kolokwialny, czego beneficjentami stają się szczęśliwcy przechodzący obok jego domu umieszczonego przy głównej ulicy mojej górskiej miejscowości, na których robi łapanki, by się zwierzyć, bowiem słowa cisną go chcąc się wydostać na świat, koniecznie w obecności audytorium. Któregoś dnia jeden z owych zaszczyconych przez niego szczęśliwców stał się mimowolnym świadkiem tego, jak image mu się zmienił i poniósł tę wieść w świat. Eduardo mianowicie przemówił do owego człowieka kwieciście, kończąc swoją wypowiedź (jak zresztą każdą) słowem z długim, wibrującym rrrr w środku, będącym synonimem nazwy profesji jakoby najstarszej na świecie, do którego artykulacji bardzo starannie się przyłożył, bo jest jego ulubionym i wypowiedział je z przesadną, aktorską wręcz dykcją, czym wprawił w wibracje swoje ruchome uzębienie, które wypsnęło mu się z jamy i złośliwie sturlało na jezdnię, gdzie natychmiast zostało rozprasowane na gładko przez przejeżdżający samochód. Zaskoczony gwałtownym rozwojem wypadków Eduardo cmoknął tylko (już wtedy) bezzębnymi usty, ale szybko się otrząsnął i jak przystało na rasowego pragmatyka błyskawicznie przeszedł z tą stratą do porządku dziennego. Zdecydował też, że zmian do nowego image’u wprowadzać nie będzie, bo i po co poprawiać doskonałość. A przyznać obiektywnie trzeba, że uśmiech Eduardo zyskał znacznie na malowniczości i wyrazie, bowiem widać w nim bezdenną czeluść, z której wypełzają najrozmaitsze przekleństwa, jak robactwo z kloaki…

poniedziałek, 10 lipca 2017

Urlop

(…)

Mam urlop. Noszę trampki. Odmładzają mnie. Na twarzy.

(…)

Straszną rzecz pani Zosi uczynił psychiatra, u którego się przez chwilę onegdaj leczyła. Zrujnował jej zdrowie i „rozszarpał nerwy”, jak twierdzi, bowiem lek, który jej zaordynował i który łykała przez kilka tygodni (inhibitor wychwytu zwrotnego serotoniny) skumulował się w jej organizmie i wydzielać się będzie zatruwając ją systematycznie do końca jej żywota, powodując chybotliwość samopoczucia. Każda komórka ciała pani Zosi krzyczy o krzywdzie wyrządzonej jej owym lekiem, każde strzyknięcie w kościach jej o tym przypomina. Już miałem podważyć słabe punkty jej teorii obracając ją przy okazji w niwecz, ale pomyślałem sobie, że skoro snucie jej sprawia pani Zosi przyjemność, nie będę ją jej pozbawiał. Te i inne troski pani Zosia koi hobbystycznymi pomiarami poziomu glukozy we krwi dokonywanymi dwa razy w tygodniu glukometrem odziedziczonym po zmarłym mężu diabetyku. Pani Zosia nie ma cukrzycy, ale czy fakt ten ma ją pozbawić przyjemności płynącej z drobnej domowej diagnostyki, dzięki której czuje się zadbana? Zdecydowanie nie. Co z tego, że nie ma cukrzycy. Przecież mogłaby mieć. 

(…)

Drobne robactwo by nasz wszystkich zeżarło, gdyby nie Luśka, która iska nas regularnie. Jak wpadnie w trans, przelatuje wszystkie zagięcia ubrań i ranty, aż zęby trzaskają. 

niedziela, 9 lipca 2017

Kazimierz, Kazimierz

- Jaki tytuł miał ten film, w którym jest „Kazimierz, Kazimierz!”?
- „Noce i dnie”? – zapytałem tknięty intonacją mającą naśladować Barańską.
- Tak, to to.
- Tylko skąd ty tam Kazimierza wytrzasnąłeś?
- Jakiś na pewno tam był.
- Nie było. Za to był Bogumił.
- No, też prawda.

[kurtyna]

wtorek, 4 lipca 2017

Konfrontacja

Zainspirowany modowymi wyczynami koleżanki nabyłem onegdaj kurteczkę przeciwdeszczową w kolorze agresywnej, wulgarnej pomarańczy, przykuwającej uwagę wszystkich okolicznych istot żywych oraz materii nieożywionej, gdyż taka jest krzykliwa, a że ma do tego właściwości odblaskowe, to nawet z kosmosu ją chyba widać. Nieopatrznie doprowadziłbym do poważnego kryzysu, kiedy przyszedłem w niej do pracy kilka dni temu, bowiem intensywnie różowa, zwiewna kreacja, którą koleżanka się spowiła, w konfrontacji z wściekłą pomarańczowością mojej kurteczki wydała się bledziutka. Przez jedną pełną napięcia chwilę miałem wrażenie, że koleżanka wzburzona ograbieniem jej z uwagi widowni zedrze ją ze mnie wraz z pozostałą garderobą jednym szybkim ruchem ręki uzbrojonej w szpony, pozostawiając mnie nagim na pastwę świata, ale uprzedziłem ją i sam kurteczkę zdjąłem…

piątek, 30 czerwca 2017

niedziela, 18 czerwca 2017

Mleko czekoladowe

7% dorosłych Amerykanów jest przekonanych, że mleko czekoladowe pochodzi od brązowych krów – taki jest wynik badania przeprowadzonego przez Innovation Center for U.S. Dairy, rządową komórkę zajmującą się nabiałem. Może by i to śmieszne było, gdyby nie było takie straszne. Dwie dekady systematycznego dewastowania edukacji dają nadzieję, że również nasz piękny kraj może zaroić się od takich intelektualistów...

poniedziałek, 12 czerwca 2017

3 urodziny

Miał być tylko na chwilę, a obchodzi dziś trzecie urodziny. I istnieje realne niebezpieczeństwo, że mogą się zdarzyć też następne, bo blogowanie wciąż sprawia mi przyjemność. W ciągu tego trzeciego roku popełniłem parę całkiem fajnych postów: Sen, Zasadzka, Weekend, cykl modystka oraz dyptyk (z czasem na pewno się rozbuduje, bo obiekt nader wdzięczny do opisywania) poświęcony Bibi, równie jak ona brawurowy - Kąpiółka i O zmarnowanym potencjale. Również moja recenzja płyty Rafała Blechacza Bach Blechacza mi się podoba. W temacie recenzji nie jestem tak całkiem dziewiczy, bo dawno temu, na początku studiów, kilka moich recenzji (muzycznych i filmowych) zostało wydrukowanych. Ich emocjonalna szczerość bardzo się redaktorom naczelnym podobała. Nie kontynuowałem tej przygody jednak, bo studia pochłonęły mnie bez reszty.

Na koniec wspomnę o tym, co w całym tym trzyletnim okresie mojego blogowania ucieszyło mnie najbardziej, czyli trwałym skonsolidowaniu Szalonego Marcina z konsolą przez Grupę Szalonych Mikołajów - ludzi świetlistych, dryfujących po bezkresnych odmętach Internetów pośród niezliczonego mrowia innych żeglarzy. Mam nadzieję, że w tym roku również uda nam się coś wykręcić w ramach Robótki.

Szalony Marcin tuż po otrzymaniu konsoli 
 Happy birthday mój blogu.

piątek, 9 czerwca 2017

Ekspozycja

(…)

Seledynowe kalosze, spodnie i sweterek były rażące, ale nie niebezpieczne, bowiem prawdziwym zagrożeniem była kurteczka, której seledyn zamachnął się na mnie i próbował wypalić mi rogówkę. Durny ja, niepomny zagrożenia długo kontemplowałem ów zestaw, w który koleżanka (no bo któż by inny) się wystroiła, a wpatrywałem się weń, zwłaszcza w ową kurteczkę, bo jeszcze nigdy nie widziałem takiego odcienia seledynu – nazwałbym go laserowym. No i ów laserowy seledyn poraził me błękitne, nieprzywykłe do takiej ekspozycji oczęta i wyłoił moją biedną rogówkę. Zdążyłem jedynie pomyśleć nadaremno „Boże! Boże!” i mrugnąłem, co uratowało mój wzrok, a może nawet życie, bo jestem przekonany, że gdyby nie ten bezwarunkowy odruch, laserowość owego seledynu przeszyłaby mój mózg aż do potylicy, jak strzała. Nie patrzyłem więcej, choć patrzeć było na co. Koleżanki za to patrzyły, oj patrzyły. I podśmiechiwały się pod nosami dyskretnie, kontemplując zachłannie i nie odnosząc przy tym żadnych obrażeń, co skłoniło mnie do refleksji, że są genetycznie uodpornione na takie ekspozycje. Kobiety znaczy.

(…)

wtorek, 6 czerwca 2017

Moc mediacji

- Jaja ci od tego syfu odpadną! - tym krótkim, a jakże treściwym zdaniem, jedna z kilku narzeczonych mojego sąsiada zrecenzowała porządek i czystość panujące na jego balkonie. Wzruszył tylko ramionami, wciągnął ją do mieszkania, gdzie dalej pogadali sobie w body language. W efekcie owych negocjacji, które słyszało chyba całe osiedle, balkon właśnie się sprząta. Pani w oszołomieniu ponegocjacyjnym go pucuje. To się nazywa siła argumentacji! 

czwartek, 1 czerwca 2017

Bach Blechacza


Wydawać by się mogło, że w fortepianowych interpretacjach utworów Bacha powiedziane zostało już niemal wszystko przez Goulda, Argerich, Schiffa i innych tuzów pianistyki, okazuje się jednak, że sporo jeszcze dodać można, bowiem pojawiła się niedawno płyta (10 lutego b.r.), wydana przez Deutsche Grammophon, na której Rafał Blechacz gra Bacha. Płyta, którą potwierdza on swoją pozycję jednego z najbardziej utalentowanych i najciekawszych koncertujących pianistów. Mam do niego stosunek szczególny, bo jest moim ulubionym – muzycznym geniuszem fenomenalnie igrającym z formą, fakturą i barwą, szalenie wyrafinowanym, a jednocześnie wzruszająco szczerym, wrażliwym i nieskalanym efekciarstwem. I taka też jest jego interpretacja Bacha – skrząca się radością, urzekająco promienna, perliście selektywna, misternie precyzyjna, rozśpiewana, chwilami zamyślona i rozmodlona, poruszająca, fascynująca i zachwycająca. Blechacz, fantastycznie czujący Bacha, wykorzystuje jego złożoną wielogłosowość i rozbudowaną figuratywność do kreowania całych poematów, brzmiąc chwilami jak organy, czasami jak wielogłosowy chór, klawesyn, a innym razem jak głos solowy, a wszystko to precyzyjne, selektywne i doskonale czytelne. Płyta jest perfekcyjna, ale – co dla mnie kluczowe – pozbawiona studyjnej sterylności. Utworem, który zamyka całość jest transkrypcja fortepianowa chorału „Jesus bleibet meine Freude” z kantaty „Herz und Mund und Tat und Leben” BWV 147, w której Blechacz wznosząc się na wyżyny artyzmu zapładnia moją wyobraźnię obrazami strzelistych sklepień, refleksów słonecznych przenikających kolorowe witraże i igrających na białych ścianach, unoszącego się dymu kadzidła, dochodzących z oddali głębokich dźwięków organów, aksamitnego brzmienia chóru i ciepłego tenora śpiewającego melodię chorału. Słucham, chłonę i wciąż nie mam dość...
  


niedziela, 28 maja 2017

Zasadzka

(…)

Wychodząc z domu nie podejrzewałem, że rzeczywistość zasadziła się na mnie w żywopłocie naprzeciw wejścia do bloku. Przeszedłbym mimo nie zauważywszy, gdyby nie dźwięk pluskania, który objawieniu się rzeczywistości towarzyszył i sprawił, że niestety podniosłem oczy i zostałem porażony wizerunkiem wielkiej, wypiętej wprost na mnie dupy. Ja wiem, że użyłem słowa "dupa". Wiem, że to wulgarne, są jednak w życiu człowieka chwile, kiedy tylko dosadne, wulgarne słowo może adekwatnie opisać rzeczywistość. Zwłaszcza, kiedy nokautuje, zawstydza i zmusza do ucieczki do auta, a wszystko to w jednej sekundzie. Czmychając kątem oka zarejestrowałem, jak rzeczywistość wciąga na dupę legginsy, wyłazi z chaszczy i godnie krocząc odchodzi. Tego nie da się odzobaczyć! Ten obraz zostanie ze mną już na zawsze i za każdym razem, kiedy zobaczę czołówkę filmu MGM z ryczącym lwem, rzeczywistość z wypiętą frontalnie na mnie dupą stanie mi przed oczyma jak żywa. Niestety. I lepiej nie drążyć dlaczego akurat czołówka MGM… Ech… 

(…)

sobota, 27 maja 2017

O identyfikacji, lustracji i kompilacji

(...)

Cały wczorajszy wieczór czułem się nieswój. Brakowało mi jakiegoś elementu towarzyszącego w kontrapunkcie. Nie potrafiłem go jednak zidentyfikować, a że jego brak mi nie doskwierał, przestałem zawracać sobie tym głowę. Dziś rano sprawa wyjaśniła się sama, a w zasadzie wyjaśnił mi ją sąsiad, kiedy stałem się mimowolnym audytorium jego telefonicznych zwierzeń, snutych na balkonie przy paleniu papierosów. Mianowicie któryś z sąsiadów wreszcie nie zdzierżył jego popołudniowo-wieczornych muzycznych transmisji, którymi nas uszczęśliwiał do późna i zwrócił mu uwagę, którą on zignorował. Kiedy przedwczorajszym wieczorem ponownie obdarował nas tradycyjnym łomotem, tuż po 22 któryś z sąsiadów nasłał na niego policję. Nie powiem, że mnie to nie uradowało, bo sam wielokrotnie miałem ochotę to uczynić, kiedy moje łóżko wraz z podłogą podskakiwało w rytm aplikowanych przez niego łomotów. Mam nadzieję, że zmiana okaże się trwała.

(…)

Nie wiem, czy to z powodu oszołomienia ciszą, czy może dziesięciogodzinnego, cudownego wyspania się, a może z obu powodów, podczas lustracji mojej własnej, osobistej twarzy, dokonanej w łazienkowym zwierciadle dziś rano podczas mycia zębów, zakiełkowała we mnie refleksja, która prawie nigdy mi się nie zdarza, że jeszcze całkiem fajnie sobie wyglądam na gębie, nawet lepiej niż dwadzieścia lat temu. Pokrzepiony tą niespodziewaną myślą oddaliłem od siebie pokusę wielogodzinnego kontemplowania własnej urody, w celu zrobienia zapasu dobrej refleksji na gorsze poranki...

(…)

Robiąc kompilację piosenek do słuchania w aucie odnalazłem kilka, o których dawno zapomniałem, a kiedyś bardzo lubiłem. Tak już mam, że piosenki spinają się w mojej głowie z wydarzeniami, ludźmi, miejscami, zapachami i słuchane nawet po wielu latach uruchamiają geometrię wspomnień, czasem niewyraźnych, zamglonych, zredukowanych przez czas jedynie do poczucia niejasnego ciepła, które trudno z czymkolwiek konkretnym powiązać, a czasem pełnych kolorów, twarzy i słów zastygłych w powietrzu. „Come along” Titiyo jest właśnie jedną z tych obfitujących w barwne wspomnienia… 


sobota, 20 maja 2017

Długi weekend

Jestem chwilowo w górach. Długi weekend majowy mam. Trochę przesunięty w stosunku do tego, który miała reszta narodu. A że stosunek dobrze mi się kojarzy, nie narzekam. Wręcz przeciwnie – cieszę się, napawam i korzystam, bo pogoda piękna.

Ile prawdy jest w stwierdzeniu, że należy ważyć słowa doświadczamy aktualnie w domu w górach, gdzie musimy słowo "pojedzie" reglamentować z wielką ostrożnością i rozwagą jedynie w momentach, kiedy rzeczywiście "pojedzie". Luśka bowiem rozsmakowała się w podróżowaniu samochodem. Nie od razu stała się entuzjastką automobilizmu. Pierwsza jazda to była… jazda. Luśka usiłowała wydrapać sobie drogę ucieczki z auta piszcząc tak, jakby na egzekucję jechała, a nie na wycieczkę. Szkód nie zdążyła narobić, bo została spacyfikowana przez pańcię, czyli moją mamę. Szczęśliwie cel podróży zrekompensował jej stres, bowiem jak się wyhasała i wyganiała w górach, o traumie zapomniała. Aż do momentu drogi powrotnej, choć jakiś proces analityczny musiał się w niej toczyć, gdyż z samochodu wydostać się próbowała jakoś tak bez przekonania, ograniczywszy swoje zabiegi jedynie do popiskiwania. Wnioski jakie wyciągnęła ze swoich rozmyślań podróżnych okazały się przełomowe, bo właśnie wtedy skojarzyła słowo "pojedzie" ("Luśka pojedzie") z wolnością, wiatrem w sierści i powiewającymi w sprincie uszami, no i uważać teraz trzeba na to, co się przy niej mówi, bo już samo to słowo, bez względu na kontekst sprawia, że przełącza się w tryb gotowości do jazdy, co oznacza dyżurowanie przy drzwiach wejściowych do domu, okraszone efektami dźwiękowymi w postaci popiskiwania, poszczekiwania i skomlenia. Długotrwałego, bo pamiętliwa jest.

Przy okazji hasania po górach Luśka przyswoiła jeszcze jedno zdanie: "Ty świntucho!". Nauczyła się go zaraz po tym, jak swoje nadwątlone gonitwą siły pokrzepiła była przepyszną, deserową owczą kupą! I to z nieskrywaną przyjemnością! Po pełnym oburzenia "Ty świntucho!" przybiegła przepraszać i lizać chciała, do czego, z oczywistych względów, nie dopuściłem. Postraszyłem, że jak kupy spożywać będzie, to po powrocie wyparzę jej pyszczek wrzątkiem. Groźba chyba podziałała, bo nie widziałem, żeby zrobiła to ponownie. Ochotę może i miała, ale za każdym razem, kiedy dostrzegałem niebezpieczeństwo spożycia, utrwalałem "Ty świntucho!". Jak na razie działa.

Włócząc się po górach minąłem wczoraj niegdysiejszy "stadion piłkarski" okolicznej młodzieży, położony na górskiej polanie, z trzech stron osłonięty drzewami, z czwartej lekko opadający w dół. Na "stadionie" owym okoliczna młodzież męska rozgrywała "mistrzostwa świata" w piłce nożnej. Na któryś z meczów sąsiadka młodzieżówka wybierająca się pokibicować, zabrała dziecko. Nie swoje, bo własnego wtedy jeszcze nie posiadała. Dziecko było zachwycone, bo owe rozgrywki bardzo ujrzeć chciało, poszło więc prowadzone za rękę polem, potem lasem, a właściwie leśnym duktem, cały czas pod górę. Wydawało się dziecku, że pokonuje monstrualną odległość, ale wiedzione ciekawością dzielnie szło. Młodzież na boisku rozgrzewała się już, więc dotarło w samą porę. Prócz sąsiadki młodzieżówki przybyło jeszcze parę innych dziewcząt, by zagrzewać drużyny do boju, co znacznie podniosło rangę rozgrywki i zmotywowało młodzież rozgrywającą, mecz zatem był zacięty. Lekko opadająca w dół murawa sprawiała, że dość często piłka im uciekała, więc próbowali wykorzystać dziecko do przynoszenia jej. Udało im się posłać po nią dziecię nawet kilka razy, co w końcu zirytowało sąsiadkę młodzieżówkę, która powiedziała młodzieży, żeby zamiast wykorzystywać nielata, sama sobie po piłkę ganiała, bo przecież i tak niczego innego nie robi. Mecz był jak z telewizora, aż do momentu, kiedy zwabiony żywiołowym dopingiem młodzieży żeńskiej oraz emocjonalnymi krzykami rozgrywającej męskiej, nie przywlókł się był wielki fan piłki nożnej, choć już zdecydowanie młodzieżą nie będący, Eduardo we własnej swojej osobie. Zaangażowawszy się emocjonalnie w rozgrywkę uwolnił ze swych koralowych ust girlandę tak plugawą, że cała młodzież wraz z okolicą zamarła w zdumieniu, bowiem nikt prócz Eduardo takich przekleństw nie znał. Pierwsza otrząsnęła się sąsiadka młodzieżówka, która zrobiwszy gwałtowny zwrot, jak wicher pognała z powrotem do domu, nie zważając na żywiołowy protest ciągniętego za sobą za rękę dziecka. Doceniwszy bowiem aspekt edukacyjny wystąpienia Eduardo, w poczuciu odpowiedzialności za dziecko, postanowiła usunąć je z pola rażenia bezprecedensowego zgorszenia spływającego z karminowych warg Eduardo. Tym dzieckiem byłem ja.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

O zmarnowanym potencjale

(…)

Bibi miała kiedyś wielbiciela, bardzo nią zainteresowanego. Co prawda nie potrafiłby rozpoznać jej na zdjęciu (gdyby zaszła taka konieczność), bo nigdy wzrokiem nie sięgnął jej twarzy (o urodzie wybitnie radiowej), niemniej ślinił się był na jej widok nieprzytomnie, a w zasadzie na widok poprzedzających ją dwóch grzechów ciężkich, na których oczami się zawieszał i tarzał się w nich, i pławił, i wyczyniał dzikie, wyuzdane harce. Tak był urodą Bibi zachwycony, że gotowy był się z nią ożenić i to natychmiast, by z zapamiętaniem emablować jej klatkę piersiową oraz, niejako przy okazji, płodzić potomstwo. Choć Bibi obdarzona przez naturę wyjątkowo solidną obłą konstrukcją gotowa była płodzić i rodzić nawet trzy razy w roku, byle tylko matką zostać, doszła jednak do wniosku, że absztyfikant ów, choć nieźle wyglądał, to jednak do niej nie pasował. Intelektualnie. No bo jąkał się, kiedy rozmarzonym wzrokiem po jej biuście się błąkał. Dała mu więc kosza. Niestety sama również na koszu została, bowiem żaden inny zalotnik (jak dotąd) się nie objawił i dobiegła czterdziestki nie zdoławszy zrealizować swojego planu macierzyńskiego. Narzekanie na macierzyńskie niespełnienie stało się ulubionym tematem jej monologów, snutych smętnie przy unoszącym się melancholijnie dymie papierosowym i hektolitrach Coca Coli, bowiem Bibi jest kompulsywną nikotynistką (60 papierosów dziennie!) i namiętną pijaczką Coli (minimum 3 litry dziennie i to nie jakiejś badziewnej light dla cieniasów, ale tej porządnej, złożonej pół na pół z karmelu i kofeiny!), co ma przełożenie na wyniki Bibi: nadwagę i wysokie nadciśnienie tętnicze. Czy Bibi histeryzuje z tego powodu? Czy Bibi płacze? Nie. Bo Bibi zadowalają wyłącznie wysokie wyniki. Bez względu na to, czego dotyczą. Wpadłszy w zwierzeniowy cug Bibi uszczęśliwiała każdego, kto tylko się trafił martyrologiczną opowieścią o tym, jaka nieszczęśliwa, bo macierzyńsko niezrealizowana. Temat eksploatowała tak namiętnie, że znajomi unikać jej zaczęli, no bo ileż można słuchać ciągle tego samego. 

[Do przebogatej palety zalet Bibi należy również nadużywanie okazanej jej empatii, której dosiada jak rumaka i ujeżdża, póki nie padnie.]

Rozczulając się posępnie nad marnotrawstwem własnego potencjału macierzyńskiego Bibi powierzyła ową boleść matce jednej ze swoich uczennic. Nie dlatego, że tak jej ufała, bo jej prawie nie znała, ale dlatego, że pani była dobrze wychowana i grzecznie słuchała nie uciekając, a takie audytorium zawsze skłaniało Bibi do zwierzeń. Kobieta wysłuchała i pokiwała głową ze zrozumieniem i błyskiem w oku, którego Bibi nie zauważyła. A wtedy właśnie w głowie owej pani plan się był zrodził na zrobienie Bibi dobrze. Przy następnym spotkaniu, po kilku dniach, pani owa ponownie uszczęśliwiona przez Bibi monologiem progeniturowym, poczekała aż ta wzruszywszy się nad sobą zamilknie i wbiwszy się zgrabnie w powstałą pauzę, zaproponowała Bibi… aplikowanie o bycie rodziną zastępczą dla kilkuletniej dziewczynki. I nie był to gołosłowny bąk puszczony empatycznie ku pokrzepieniu Bibi, a konkretna propozycja, bowiem – jak się okazało - pani zawodowo zajmowała się rodzinami zastępczymi oraz adopcjami, o czym Bibi pojęcia nie miała. Powiedzieć, że Bibi się zdumiała to za mało. Bibi wyskoczyła z własnej skórki i stanęła obok niej. 

[Skórka Bibi wyprężona na krzesełku i jej jaźń lewitująca obok… Warto się wysilić nieco i wyobrazić sobie to rozejście się materii i ducha, bo widok to zaiste bezcenny, który było mi dane kiedyś, jeszcze za studenckich czasów, u niej wywołać i obserwować. Odtwarzam go sobie w pamięci zawsze, gdy potrzebuję szybkiego i pewnego rozweselacza.]

Kiedy jaźń Bibi otrząsnąwszy się z pierwszego szoku wróciła do skórki, Bibi zaliczyła fazę drugą zaskoczenia, której entuzjastką jest również umiarkowaną – chwilową afazję. Elokwentna, wygadana, rzec by można, że pyskata nawet, nie potrafiła oderwać języka od podniebienia. Próbowała, szarpała się, ale za cholerę język nie chciał się odkleić. W czasie, kiedy tak się z nim mocowała, wyobraźnia wyprojektowała jej obrazy owego zastępczego rodzicielstwa: odpowiedzialność za dziecko, zajmowanie się nim, dbanie o nie, poświęcanie się dlań, a nade wszystko – co własna ektoplazma wykrzyknęła jej dyszkantem! - rezygnacja z hedonistycznego oddawania się wyłącznie swoim własnym przyjemnościom. Bibi nie przywykła do poświęcania się. Ani tym bardziej do rezygnowania z życia wyłącznie dla własnej radości. Ni chuchu! – ryknęło jej jestestwo basem. I owemu rykowi Bibi się poddała. Zaraz, jak tylko odzyskała władzę w języku grzecznie się wymiksowała i od tamtej pory starannie unikała spotkania z panią. Miast zaciążenia owocującego powiciem zafundowała sobie małego, wybałuszonego mopsa, ułożonego, a więc niekłopotliwego i prostego w obsłudze, którego wystarczy wypuścić na dwór trzy razy dziennie i który sam się sobą potrafi zająć oraz o siebie zadbać, byle mu wodę i trochę karmy w michach zostawić. Wstrząs, który przeżyła sprawił, że przewartościowała i doceniła swoje życie. Otoczenie tę zmianę zarejestrowało, choć jej nie odczuło, bowiem zmieniła jedynie temat i ton monologów ze smętnego narzekania na bezdzietność, w entuzjastyczne, niekończące się opowieści o psie. Bibi martyrologiczna to ciężka sprawa, ale Bibi entuzjastyczna to masakra. Mierzona w decybelach.  

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Rocznica

Trochę tęsknię. Taką spokojną, ciepłą, refleksyjną tęsknotą. Lubię tak za nim tęsknić... 


piątek, 7 kwietnia 2017

001

Koleżanka przyszła dziś do roboty przebrana… No właśnie… To jej przebieranie się skłania mnie do snucia podejrzeń, że po godzinach może dorabiać sobie jako tajny superagent 001, z licencją na przebieranie (się). Kamufluje się przebierając a to za zielonego klauna, a to za różową dzidzię-piernik, a to za średniowiecznego rycerza wreszcie i daje odpór złu, jak James Bond nie przymierzając. Dziś na przykład przyszła do roboty przebrana za skórzany, czarny wór, z którego wystawały jasne elementy w postaci dłoni oraz głowy, przyozdobionej skórzanym, czarnym kaszkietem. Wyszedłszy z owego skórzanego wora koleżanka zaprezentowała światu skrajnie ascetyczną kreację, kontemplacyjno-ekspiacyjną rzec by można, łudząco przypominającą mnisi, karmelitański, brązowy habit. Znając jej słabość do niebanalnych dodatków, nie zdziwiłbym się, gdyby skrywała pod nim różową (kuloodporną) włosiennicę, srebrny pas (dawno utraconej) cnoty, złote (hiszpańskie) buty, a w fałdach paralizator (w siedmiu odcieniach fuksji) i (arogancko różowe, a jakże) akcesoria do ubiczowania – czyli absolutnie niezbędny zestaw każdego superagenta…

środa, 22 marca 2017

Pozwolenie

Miejsce akcji: praca. W rolach głównych: ja i głos kolegi w telefonie, który dzwoni tuż przed rozpoczęciem pracy.

- No co tam?
- Hej. Dzisiaj się trochę spóźnię.
- Ok, pozwalam.
- Pamiętaj, że tak naprawdę to ja pozwalam Tobie pozwolić...
- Pamiętaj, że to ja pozwalam Ci myśleć, że pozwalasz mi pozwolić...

Kurtyna.

niedziela, 19 marca 2017

O szyderczym chichocie

(...)

Kompletnie zignorowawszy rachunek prawdopodobieństwa los zaśmiał się szyderczo, po czym perfidnie wycelował dokładnie w tę samą parę, którą już onegdaj sponiewierał wystawiając w kościele na publiczną ekspozycję. Wiedział dobrze, że prawdą jest to, co twierdzi psychologia, że nie uczymy się na swoich błędach, a jedynie je utrwalamy i wykorzystał tę wiedzę z całą bezwzględnością. Czwarta ławka licząc od przodu. Nie wiem, co w sobie ma, że doskonale obły pan i równie idealnie krągła pani ciągną do niej jak ćmy do płomienia, choć zdecydowanie unikać jej powinni, zwłaszcza, że wabi ich ona obydwoje symultanicznie, jak jakaś rosiczka. Obła pani przeszedłszy nawę zatrzymała się przy owej pechowej czwartej ławce, wymownie dawszy siedzącemu już na jej brzegu obłemu panu do zrozumienia, że chce w tę ławkę wejść. Pan nie chciał się rozstać z owym, najwidoczniej ulubionym przez siebie skrajnym miejscem, jednak niepomny doświadczeń sprzed kilku miesięcy nie wyszedł z niej, żeby pani przejść mogła swobodnie, ale uniósł się jedynie, zmuszając ją do przeciskania się, czym niechcący wykreował zdarzenie dla siebie i pani krępujące, acz dla postronnego widza spektakularnie malownicze. Jakieś wspomnienie przebytej traumy musiało się kołatać w pamięci pani, skoro do procedury przeciskania się podeszła odmiennie i zaszła pana tyłem. Swoim. I to dosłownie. Z całą pewnością odniosłaby sukces, gdyby nie jeden drobiazg, który jej w tym przeszkodził – obłość. A w zasadzie dwie, które się na siebie nałożyły. Przeciskawszy się albowiem, pani niechcący ześlizgnęła się wprost w próżnię dokładnie pomiędzy krągłością pana a jego udami i utknęła w niej strategiczną częścią swojej cielesnej powłoki, zwanej przez niektórych niewymowną. Widok był porażająco naturalistyczny. I z całą pewnością odświeżył obydwojgu pamięć o ekscesie sprzed kilku miesięcy, bowiem bezzwłocznie podjęli czynności zaradcze. Pani złapawszy oparcie ławki poprzedzającej ciągnęła ile tylko sił miała, pan zaś pomagał jej w tym usiłując oburącz przesunąć jej biodra w bok, aż obydwoje poczerwienieli na twarzach z wysiłku. Ławka skrzypiąc rozpaczliwie wytrzymała szczęśliwie tę ekstremalną ewolucję, a wspólny wysiłek zaowocował sukcesem, okraszonym dwoma ciężkimi klapnięciami zadanymi siedzisku z nieco większą energią niż to zwykle bywa. Powstrzymawszy z wielkim trudem atak pełnego współczucia śmiechu pomyślałem, że o ileż łatwiej poszłoby im, gdyby pan miast uparcie trwać w półprzysiadzie tworzącym ową więżącą panią próżnię, po prostu usiadł...

(...)

wtorek, 14 marca 2017

O powrocie do normy

Koleżanka powróciła z urlopu wypoczęta, wyluzowana i jakaś taka stonowana, bowiem kilim, którym się była spowiła dla uświetnienia swego powrotu uczyniony był zaledwie z kilku barw: wiśni, rubinu, szkarłatu, karmazynu i pąsu. Czyli bardzo skromnie. Przy bliższym oglądzie kilim okazał się być imitacją indiańskiego ponczo. Całości dopełniały wpięta we włosy, migocząca sztucznymi rubinami dorodna kokarda, wyglądająca jak gigantyczny, połyskujący motyl uczepiony jej potylicy, wypiłowane i umalowane na czerwono szpony, wypomadowane na rubinowo usta oraz plastikowa torebka w kolorze czerwieni rajdowej, o fakturze nieudolnie udającej gadzią skórę. Wzruszyłem się widząc, że wszystko wróciło do normy. Świat odzyskał kolory i blask...

czwartek, 9 marca 2017

O wypłowieniu świata

(…)

Zaczęło się tak niewinnie od spojrzenia ot tak przed siebie. Mój wzrok niepowstrzymany śmignął za okno ponad dachami aż po horyzont. Rozbuchana swoboda owego wzrokowego śmignięcia sprawiła, że poczułem się jakiś taki nieswój. Coś się zmieniło. Dramatycznie. Czegoś było mi brak. Jakiegoś punktu odniesienia. Oparcia. Bez którego przewróciłem się i runąwszy w głąb mojego jestestwa zwiedziłem niektóre jego zakamarki. Introspekcja była ciekawa, ale dość krótka, bo próbując zogniskować na czymś wzrok skonstatowałem, że świat zszarzał i wypłowiał, jakbym nagle zapadł na daltonizm. A jeszcze wczoraj cieszył oczy wysoce skondensowanymi barwami nader inspirującej kreacji koleżanki, która przebrała się była za klauna. Nie sądzę, żeby to była świadoma stylizacja – po prostu tak jej samo niechcący wyszło, dzięki szalenie efektownej tunice w kolorze arogancko soczystej zieleni, przyozdobionej od frontu trzema krwistoczerwonymi pomponami. Uśmiechnąłem się przypominając to sobie i w tym momencie mnie olśniło. Zrozumiałem skąd to moje wrażenie zapadnięcia na nagły daltonizm i poczucie braku. Nie było JEJ! Nie było tej mojej ulubionej, przemocą swoich wysoce skoncentrowanych kolorystycznie kreacji oraz migotliwością dodatków osaczającej i więżącej mój wzrok (nie sposób od nich oczu oderwać!), koleżanki. Aktualnie przebywa na urlopie. Nie wiem, naprawdę nie wiem, jak ja się w robocie odnajdę!

(…)

poniedziałek, 27 lutego 2017

Kolczuga i inne militaria

(…)

Drzwi się otwarły i pojawiła się w nich roziskrzona, srebrzysta postać. Migotliwe świetlne iskry, jak maleńkie błyskawice, skakały po niej oślepiając moje oczy. Anioł – pomyślałem oniemiały, kiedy świetlista postać zbliżała się w moim kierunku. Chciałem wrzasnąć, ale głos uwiązł mi w krtani. I dobrze, bo to nie był anioł tylko koleżanka przyodziana w srebrną kolczugę. Tak, w kolczugę! Zabezpieczającą ją od szyi po kolana. Usiadła na swoim miejscu odprowadzona spojrzeniami pełnymi szczerego podziwu. Zastanowiło mnie, dlaczego przy siadaniu kolczuga ta nie zazgrzytała i nie zachrzęściła, jak można byłoby się spodziewać. I jak powinna była! Brak owego chrzęstozgrzytu zrodził moje podejrzenie, że nie jest ona wykonana z metalu, a z jakiegoś innego, tajemniczego materiału. Może to owa legendarna kolczuga mości Froda, wykonana z bezcennego mithrilu, miękka jak jedwab i mocna jak kevlar połączony z włóknami aramidowymi i szybą przeciwpancerną? Frodo odpłynął za morze, więc nie jest mu już potrzebna, a dla koleżanki jak znalazł. Nawet jeśli to nie mithril, a zwykła srebrna dzianina, to i tak nie można nie docenić jej psychologicznego oddziaływania na ewentualnego zamachowca. Skąd taki wniosek? Ano stąd, że koleżanka porusza się głównie komunikacją miejską, a po przeczytaniu posta diabła w buraczkach >>KLIK<< o czyhających w niej zagrożeniach, olśniło mnie: koleżanka po prostu się zabezpiecza przed ewentualną napaścią uzbrojonych strzyg ową miejską komunikacją się przemieszczających. Choć… Znając ją, nie sądzę, żeby jakakolwiek strzyga ośmieliła się na nią targnąć ręką, szponem, tudzież innymi militariami. Po prostu, jak mówi gawiedź u mnie w górach, ręka by jej „uskła” zanim by koleżanki dosięgła. Odgryzłaby ją jej z szybkością błyskawicy. Zerkając dyskretnie na to cudo, które na siebie włożyła, pomyślałem sobie, że gdyby ją zobaczył pan Jacyków, botoks w twarzy by mu się zwarzył, zalewając jego jestestwo taką dawką zwarzonej botuliny, że zwoje mózgowe rozwinęłyby się mu i zwinęły z powrotem w odwrotnym kierunku, zmieniając go przy okazji z waginosceptyka w waginoentuzjastę, tak, że padłszy na kolana błagałby ją skamląc, by go wystylizowała i poślubiła. Paradowaliby potem razem wystrojeni po czerwonych dywanach salonów…

Ciekawe, czy w spadku po mości Frodzie otrzymała też słynną pelerynę niewidkę? Jeśli któregoś dnia w robocie ujrzę samoklikającą klawiaturę, samoprzemieszczające się powietrzem kartki papieru, tudzież samobujający się fotel (koleżanka lubi się czasem na fotelu bujnąć), będę wiedział, że to nie żadne czary mary, a dzień prezentacji owej peleryny niewidki. Skomplementuję, że bardzo twarzowa. A co…

(…)

Gocha zadzwoniła wczoraj, żeby pogadać. Nie jest to w tym wypadku (wyjątkowo) eufemizm, bo rzeczywiście zadzwoniła, żeby pogadać a nie, jak ma w zwyczaju, pomonologować. Miała niezmiernie rzadki napad potrzeby realizacji integrującego dialogu, żeby poczuć się częścią jakiegoś środowiska i muszę przyznać, że całkiem przyjemnie się z nią pogadało. Nie to, że szał był i tyłek urwało, nie. Konwencja pępka wszechświata zarządzającego wszystkimi i wszystkim nie była jednak dominująca, co w jej przypadku było ogromnym poświęceniem, do jakiego – zdawało mi się – nie była zdolna i już to, w konfrontacji ze zwykłą jej egocentryczną megalomanią sprawiło, że gadało się przyjemnie. Człowiek zna kogoś całe życie i wydaje mu się, że zna tego kogoś dobrze, a tu proszę, surprise, bo okazuje się, że nawet Gocha czasem potrafi swój egotyzm utrzymać na wodzy. W tym kontekście, po tym jak ją bezlitośnie obsmarowałem onegdaj – a powszechnie wiadomym jest, że prędzej język bym sobie wyrwał niż obmówił bliźniego - obiecuję rozważyć, jak tylko opublikuję tego posta, czy aby nie wyrwać sobie tego mojego niewyparzonego jęzora z jamy gębowej… 

Update (30 sekund przed publikacją)

Po głębokim namyśle postanowiłem jednak tego nie robić, bowiem z doświadczenia wiem, że egotyzm i megalomania stanowią nienaruszalne jądro osobowości Gochy, więc następny jej telefon, najprawdopodobniej doskonale wpasowujący się w zwyczajną konwencję, z obsobaczenia jej mnie rozgrzeszy…  

sobota, 18 lutego 2017

Stylizacja

(…)

Idąc do pracy znalazła przy drodze sponiewierane zwłoki lisa, sine od odniesionych obrażeń. Ujęta ich niezwykłym fioletowym kolorem pomyślała, że szkoda byłoby, gdyby takie dobro się zmarnowało, podniosła je więc i okręciła wokół szyi. Zupełnie przypadkiem pasował idealnie do reszty jej garderoby, równie jak lisie truchło sinej. Pracowała cały dzień z tym lisim denatem u szyi, którego łapki smętnie majdały przy każdym jej co żwawszym ruchu. To był porażający widok. Koleżanka dba, żebyśmy się za szybko nie uodpornili na jej jakże efektowne stylizacje...

(…) 

wtorek, 14 lutego 2017

poniedziałek, 6 lutego 2017

Tabu

Jest rok 1814. Wojna między rodzącymi się Stanami Zjednoczonymi a Anglią wciąż trwa. James Delaney po 10 latach spędzonych w Afryce, na wieść o śmierci ojca wraca do Londynu, by objąć po nim schedę – upadający biznes i strategiczny kawałek ziemi położony na hipotetycznej granicy pomiędzy tworzącymi się Stanami a wciąż pozostającą we władaniu Anglii Kanadą. Owego kawałka ziemi pragnie również Kompania Wschodnioindyjska. Delaney, mający co do tego skrawka lądu swoje własne plany, znajduje się w samym środku niebezpiecznej rozgrywki trzech potężnych graczy, dzięki swojemu sprytowi i bezwzględności stając się czwartym rozgrywającym. 
„Tabu” to autorski projekt Toma Hardy’ego. Napisał go wspólnie z ojcem, Edwardem "Chipsem" Hardy’m, scenarzystą i pisarzem oraz Stevenem Knightem, mającym na koncie rewelacyjne „Peaky Blinders”. Za produkcję serialu odpowiada Ridley Scott. Koprodukcja BBC i stacji FX, łącząca angielskie wyrafinowanie z amerykańskim rozmachem, to spełnienie marzeń wielbicieli produkcji kostiumowych. Szalenie efektowne, pięknie sfilmowane, doskonale zagrane. Dużo tu mroku, makabry, groteski, karykaturalnych postaci, z których większość ma zaawansowaną próchnicę, a niektóre również widoczne skutki chorób wenerycznych, bardzo powszechnych w XIX wieku. No i jest znakomite aktorstwo Toma Hardy’ego, jednego z najciekawszych i najzdolniejszych aktorów swojego pokolenia. Oszczędne, głębokie, niejednoznaczne i szalenie wysublimowane. Jego bohater jest dziki, mściwy i bezwzględny, ale też zmysłowy i intrygujący. Kipi w nim mrok, żądza zemsty, ale również wielka namiętność do ukochanej sprzed lat.
   
Tytuł serialu to nie przypadek. Dla Brytyjczyków prawda o Kompanii Wschodnioindyjskiej przez lata była tabu. Ta gigantyczna organizacja, dzięki której Wielka Brytania stała się imperium, parała się nie tylko handlem (również niewolnikami), ale też polityką, wywiadem, lichwą, korupcją i zbrodnią. Jej działalność zapoczątkowała królowa angielska Elżbieta I nadając jej przywilej monopolu handlowego z Indiami Wschodnimi. Na terenach kolonizowanych przez Brytyjczyków instytucja ta miała szerokie uprawnienia polityczne i administracyjne, daleko wykraczające poza tradycyjny handel. Mogła utrzymywać własną armię, zawierać układy polityczne i sojusze, wypowiadać wojnę, miała prawo do posiadania własnej waluty i pobierania podatków. Na przestrzeni XVII i XVIII wieku podbiła Indie, którymi de facto rządziła aż do 1858 r., mając zasadniczy wpływ na kreowanie brytyjskiej polityki imperialnej. W 1813 r. rząd brytyjski zniósł monopol kompanii na handel z Indiami, a w roku 1858, po powstaniu sipajów, przejął władzę w Indiach. Kompania została rozwiązana w roku 1874. 

Po obejrzeniu czterech odcinków mogę powiedzieć, że jestem tym serialem oczarowany. To majstersztyk, wymagający stuprocentowej uwagi widza, ale za tę uwagę szczodrze się odwdzięczający. Szczerze polecam.

sobota, 4 lutego 2017

Wyścig

Obudziły mnie nad ranem dreszcze i wzbierające mdłości. Zerwałem się z łóżka... Choć nie, nie zerwałem się. Wstałem godnie, bo zawroty głowy nie pozwoliły mi się zerwać. Asekurując się ścianą poczłapałem do łazienki najszybciej, jak tylko się dało. Prawa łapka na ścianie, lewa nózia, prawa nózia, prawa łapka, lewa nózia, prawa nózia, prawa łapka, lewa nózia, prawa nózia… Drzwi. Korytarz pokonałem jednym posuwistym, chwiejnym krokiem. Dopadłszy łazienki… Cóż, powiem tylko tyle, że wyścig z pawiem udało mi się wygrać. Droga powrotna do łóżka wyglądała podobnie, jak ta do łazienki, z tą różnicą, że nieponaglany womitem kroczyłem z chwiejną godnością, asekurując się dla odmiany lewą łapką. Przemieszczając się pomyślałem sobie, że złapałem cholerną grypę, bo ciążę, którą owe poranne mdłości mogłyby sugerować,  z całą pewnością mogłem wykluczyć. Zsunąłem się wdzięcznie do łóżka i zapadłem w taki dziwny półsen, który trwał aż do dzisiejszego ranka. Już jest lepiej, co znaczy, że zaczynam zdrowieć. 

wtorek, 31 stycznia 2017

wtorek, 24 stycznia 2017

SOS dla Michała

Michał ma 36 lat, choruje na stwardnienie rozsiane. Na przełomie lutego i marca ma zaklepane miejsce na turnusie rehabilitacyjnym szytym na jego miarę. W Bornem Sulinowie rehabilituje się pacjentów chorych na stwardnienie rozsiane, ale niestety to kosztuje. W sumie niewiele, bo 3 tysiące, ale Michał takiej sumy nie ma. Pomóżmy Mu. Gdyby ktoś z Szanownych Czytelników zechciał się dołączyć, wystarczy kliknąć w poniższe zdjęcie (ulotka), na którym można znaleźć wszystkie potrzebne dane.
Lub zajrzeć na bloga Skorpiona w rosole, czyli Moniki i tam o Michale poczytać.

Dziękuję.

czwartek, 12 stycznia 2017

Truchło

(...)

Weszła niosąc przewieszone na ramieniu, uwieszone na dwóch uchach, dosadnie pomarańczowe, włochate, rozdęte, bezwładne truchło gigantycznej gąsienicy, której kudłate wypustki w takt jej kroków falowały, hipnotycznie ogniskując na sobie spojrzenia wszystkich obecnych. Wrażenie było piorunujące. Zauważyła to i zadowolona uśmiechnęła się nieznacznie. Doszedłszy do swojego miejsca usiadła, a gąsienicowy zezwłok z czułością złożyła na krześle obok. Przyjrzałem się truchłu z bezpiecznej odległości, bo przecież mogło spać jedynie i obudzone rzucić w moją stronę, żeby ukąsić, albo i opluć nawet. Moja ostrożna kontemplacja przerwana została przez koleżankę, która rozpiąwszy gąsienicy włochaty kubraczek, wyciągnęła z jej wnętrza swój telefon komórkowy, uświadomiwszy mi tym gestem, że to coś, co wziąłem za zwłoki zmutowanej gąsienicy, w istocie było… torebką. Koleżanka w myśl zasady, że to dodatki odróżniają nas od zwierząt, dba, żeby jej były niezapomniane.

(...)

środa, 11 stycznia 2017