niedziela, 28 maja 2017

Zasadzka

(…)

Wychodząc z domu nie podejrzewałem, że rzeczywistość zasadziła się na mnie w żywopłocie naprzeciw wejścia do bloku. Przeszedłbym mimo nie zauważywszy, gdyby nie dźwięk pluskania, który objawieniu się rzeczywistości towarzyszył i sprawił, że niestety podniosłem oczy i zostałem porażony wizerunkiem wielkiej, wypiętej wprost na mnie dupy. Ja wiem, że użyłem słowa "dupa". Wiem, że to wulgarne, są jednak w życiu człowieka chwile, kiedy tylko dosadne, wulgarne słowo może adekwatnie opisać rzeczywistość. Zwłaszcza, kiedy nokautuje, zawstydza i zmusza do ucieczki do auta, a wszystko to w jednej sekundzie. Czmychając kątem oka zarejestrowałem, jak rzeczywistość wciąga na dupę legginsy, wyłazi z chaszczy i godnie krocząc odchodzi. Tego nie da się odzobaczyć! Ten obraz zostanie ze mną już na zawsze i za każdym razem, kiedy zobaczę czołówkę filmu MGM z ryczącym lwem, rzeczywistość z wypiętą frontalnie na mnie dupą stanie mi przed oczyma jak żywa. Niestety. I lepiej nie drążyć dlaczego akurat czołówka MGM… Ech… 

(…)

sobota, 27 maja 2017

O identyfikacji, lustracji i kompilacji

(...)

Cały wczorajszy wieczór czułem się nieswój. Brakowało mi jakiegoś elementu towarzyszącego w kontrapunkcie. Nie potrafiłem go jednak zidentyfikować, a że jego brak mi nie doskwierał, przestałem zawracać sobie tym głowę. Dziś rano sprawa wyjaśniła się sama, a w zasadzie wyjaśnił mi ją sąsiad, kiedy stałem się mimowolnym audytorium jego telefonicznych zwierzeń, snutych na balkonie przy paleniu papierosów. Mianowicie któryś z sąsiadów wreszcie nie zdzierżył jego popołudniowo-wieczornych muzycznych transmisji, którymi nas uszczęśliwiał do późna i zwrócił mu uwagę, którą on zignorował. Kiedy przedwczorajszym wieczorem ponownie obdarował nas tradycyjnym łomotem, tuż po 22 któryś z sąsiadów nasłał na niego policję. Nie powiem, że mnie to nie uradowało, bo sam wielokrotnie miałem ochotę to uczynić, kiedy moje łóżko wraz z podłogą podskakiwało w rytm aplikowanych przez niego łomotów. Mam nadzieję, że zmiana okaże się trwała.

(…)

Nie wiem, czy to z powodu oszołomienia ciszą, czy może dziesięciogodzinnego, cudownego wyspania się, a może z obu powodów, podczas lustracji mojej własnej, osobistej twarzy, dokonanej w łazienkowym zwierciadle dziś rano podczas mycia zębów, zakiełkowała we mnie refleksja, która prawie nigdy mi się nie zdarza, że jeszcze całkiem fajnie sobie wyglądam na gębie, nawet lepiej niż dwadzieścia lat temu. Pokrzepiony tą niespodziewaną myślą oddaliłem od siebie pokusę wielogodzinnego kontemplowania własnej urody, w celu zrobienia zapasu dobrej refleksji na gorsze poranki...

(…)

Robiąc kompilację piosenek do słuchania w aucie odnalazłem kilka, o których dawno zapomniałem, a kiedyś bardzo lubiłem. Tak już mam, że piosenki spinają się w mojej głowie z wydarzeniami, ludźmi, miejscami, zapachami i słuchane nawet po wielu latach uruchamiają geometrię wspomnień, czasem niewyraźnych, zamglonych, zredukowanych przez czas jedynie do poczucia niejasnego ciepła, które trudno z czymkolwiek konkretnym powiązać, a czasem pełnych kolorów, twarzy i słów zastygłych w powietrzu. „Come along” Titiyo jest właśnie jedną z tych obfitujących w barwne wspomnienia… 


sobota, 20 maja 2017

Długi weekend

Jestem chwilowo w górach. Długi weekend majowy mam. Trochę przesunięty w stosunku do tego, który miała reszta narodu. A że stosunek dobrze mi się kojarzy, nie narzekam. Wręcz przeciwnie – cieszę się, napawam i korzystam, bo pogoda piękna.

Ile prawdy jest w stwierdzeniu, że należy ważyć słowa doświadczamy aktualnie w domu w górach, gdzie musimy słowo "pojedzie" reglamentować z wielką ostrożnością i rozwagą jedynie w momentach, kiedy rzeczywiście "pojedzie". Luśka bowiem rozsmakowała się w podróżowaniu samochodem. Nie od razu stała się entuzjastką automobilizmu. Pierwsza jazda to była… jazda. Luśka usiłowała wydrapać sobie drogę ucieczki z auta piszcząc tak, jakby na egzekucję jechała, a nie na wycieczkę. Szkód nie zdążyła narobić, bo została spacyfikowana przez pańcię, czyli moją mamę. Szczęśliwie cel podróży zrekompensował jej stres, bowiem jak się wyhasała i wyganiała w górach, o traumie zapomniała. Aż do momentu drogi powrotnej, choć jakiś proces analityczny musiał się w niej toczyć, gdyż z samochodu wydostać się próbowała jakoś tak bez przekonania, ograniczywszy swoje zabiegi jedynie do popiskiwania. Wnioski jakie wyciągnęła ze swoich rozmyślań podróżnych okazały się przełomowe, bo właśnie wtedy skojarzyła słowo "pojedzie" ("Luśka pojedzie") z wolnością, wiatrem w sierści i powiewającymi w sprincie uszami, no i uważać teraz trzeba na to, co się przy niej mówi, bo już samo to słowo, bez względu na kontekst sprawia, że przełącza się w tryb gotowości do jazdy, co oznacza dyżurowanie przy drzwiach wejściowych do domu, okraszone efektami dźwiękowymi w postaci popiskiwania, poszczekiwania i skomlenia. Długotrwałego, bo pamiętliwa jest.

Przy okazji hasania po górach Luśka przyswoiła jeszcze jedno zdanie: "Ty świntucho!". Nauczyła się go zaraz po tym, jak swoje nadwątlone gonitwą siły pokrzepiła była przepyszną, deserową owczą kupą! I to z nieskrywaną przyjemnością! Po pełnym oburzenia "Ty świntucho!" przybiegła przepraszać i lizać chciała, do czego, z oczywistych względów, nie dopuściłem. Postraszyłem, że jak kupy spożywać będzie, to po powrocie wyparzę jej pyszczek wrzątkiem. Groźba chyba podziałała, bo nie widziałem, żeby zrobiła to ponownie. Ochotę może i miała, ale za każdym razem, kiedy dostrzegałem niebezpieczeństwo spożycia, utrwalałem "Ty świntucho!". Jak na razie działa.

Włócząc się po górach minąłem wczoraj niegdysiejszy "stadion piłkarski" okolicznej młodzieży, położony na górskiej polanie, z trzech stron osłonięty drzewami, z czwartej lekko opadający w dół. Na "stadionie" owym okoliczna młodzież męska rozgrywała "mistrzostwa świata" w piłce nożnej. Na któryś z meczów sąsiadka młodzieżówka wybierająca się pokibicować, zabrała dziecko. Nie swoje, bo własnego wtedy jeszcze nie posiadała. Dziecko było zachwycone, bo owe rozgrywki bardzo ujrzeć chciało, poszło więc prowadzone za rękę polem, potem lasem, a właściwie leśnym duktem, cały czas pod górę. Wydawało się dziecku, że pokonuje monstrualną odległość, ale wiedzione ciekawością dzielnie szło. Młodzież na boisku rozgrzewała się już, więc dotarło w samą porę. Prócz sąsiadki młodzieżówki przybyło jeszcze parę innych dziewcząt, by zagrzewać drużyny do boju, co znacznie podniosło rangę rozgrywki i zmotywowało młodzież rozgrywającą, mecz zatem był zacięty. Lekko opadająca w dół murawa sprawiała, że dość często piłka im uciekała, więc próbowali wykorzystać dziecko do przynoszenia jej. Udało im się posłać po nią dziecię nawet kilka razy, co w końcu zirytowało sąsiadkę młodzieżówkę, która powiedziała młodzieży, żeby zamiast wykorzystywać nielata, sama sobie po piłkę ganiała, bo przecież i tak niczego innego nie robi. Mecz był jak z telewizora, aż do momentu, kiedy zwabiony żywiołowym dopingiem młodzieży żeńskiej oraz emocjonalnymi krzykami rozgrywającej męskiej, nie przywlókł się był wielki fan piłki nożnej, choć już zdecydowanie młodzieżą nie będący, Eduardo we własnej swojej osobie. Zaangażowawszy się emocjonalnie w rozgrywkę uwolnił ze swych koralowych ust girlandę tak plugawą, że cała młodzież wraz z okolicą zamarła w zdumieniu, bowiem nikt prócz Eduardo takich przekleństw nie znał. Pierwsza otrząsnęła się sąsiadka młodzieżówka, która zrobiwszy gwałtowny zwrot, jak wicher pognała z powrotem do domu, nie zważając na żywiołowy protest ciągniętego za sobą za rękę dziecka. Doceniwszy bowiem aspekt edukacyjny wystąpienia Eduardo, w poczuciu odpowiedzialności za dziecko, postanowiła usunąć je z pola rażenia bezprecedensowego zgorszenia spływającego z karminowych warg Eduardo. Tym dzieckiem byłem ja.